poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Rozdział 16





Jak może wyglądać poranek w towarzystwie przystojnego chłopaka? Odpowiedź: bajecznie. Moje życie nigdy nie było bajeczne, a więc…
Jestem z przystojnym chłopakiem, jest ranek, słońce świeci, ptaszki śpiewają, a ja leżę przytulona do przystojnego chłopaka, jesteśmy gdzieś w środku lasu. W sumie, to nie mam pojęcia gdzie faktycznie jesteśmy. Nie błyszczymy świeżością, jesteśmy brudni od krwi i ziemi. Boli mnie noga, a konkretniej rana na niej. Leżymy na ziemi, na której jest pełno robali. Przystojny chłopak jest oparty o pień drzewa, po którym również chodzą robale. Nie wiadomo czy przez sen jakiegoś nie połknęłam. Po tej cudownej nocy spędzonej w lesie z przystojniakiem, którego nienawidzę i z którym kiedyś się przespałam, czuje że wszystko mnie swędzi, bo pogryzły mnie komary. Jak widać, mam wspaniały humor, a mój jedyny jak na ironię towarzysz płci męskiej, który nie jest gejem ma z tego wielką radochę. Wspominałam, że ledwo uszliśmy z życiem, a moja najlepsza przyjaciółka oraz siostra faceta, który jest moim chłopakiem i równocześnie najgorszym przestępcą na świecie oraz jej partner do misji, którym jest zainteresowana zaginęli? No i jeszcze muszę opiekować się dużym atrakcyjnym, umięśnionym dzieckiem, które przy najbliższej okazji chce mnie przelecieć, (to nazywają seksoholizmem, ale możemy pominąć ten szczegół). Miało się mną opiekować, ale dziwnym trafem to ja zajmuje się nim. W sumie to on jest dla mnie jedynym (jak na razie) potencjalnym zagrożeniem. Niezły temat na książkę… 


 ,,Rachelle Roberts – Droga przez piekło.’’ 


Wyszłaby z tego naprawdę dobra biografia, przynajmniej nie byłaby nudna. 
Kiedy już wydostałam się z silnie zaciśniętych ramion Justina, w taki sposób, żeby go nie obudzić (co było naprawdę wyczynem, za który powinnam dostać medal). Ostatnim razem nie wyszło mi to za dobrze, biorąc pod uwagę, że obudził się akurat wtedy, kiedy miałam go zabić. Oczywiście na myśl o tym nie mogłam się nie uśmiechnąć. Justin wczoraj wieczorem powiedział mi, że jest tu gdzieś jakaś rzeka. Z zaciśniętymi zębami kuśtykałam w jej stronę, ponieważ czułam się brudna. Po jakiejś godzinie stałam na jej brzegu. Rozejrzałam się dookoła. Widziałam w oddali most, z którego prawdopodobnie wylecieli Monique i Jev. Postanowiłam, że jak tylko doprowadzę siebie do porządku (na ile to możliwe w dziczy) zacznę poszukiwania. Tęskniłam za moim pokojem w naszej siedzibie. Miałam też nadzieje, że Mike stęsknił się za mną przez ten czas. Tak naprawdę, czego ja oczekiwałam? Tego, że się zmieni? Właściwie tak.
Może nie liczyłam na to, że stanie się dobrym człowiekiem, ale chciałam by nie był całkiem zły. Musiała zostać w nim jakaś cząstka człowieczeństwa. Wierzyłam w to. Nie chciałam wyobrażać sobie, co robił podczas mojej nieobecności. Może ta długonoga blondyna umila mu czas? Kiedyś to była moja rola. W sumie ja też nie byłam wobec niego w porządku. Ale sam załatwił mi prywatnego trenera. Spisał się idealnie, naprawdę. Jak dowie się, że zawaliliśmy również tę misję na pewno się wścieknie. Teraz to nie wiem, czy chcę tam wracać. Moglibyśmy tu jeszcze trochę zostać… To wszystko wina Justina, on komplikuje nasze zadania i uniemożliwia nam ich wykonanie. Chociaż ja też, nie powinnam chodzić taka rozkojarzona, tylko uczyć się od niego jak dezorientować innych. Wiedziałam, że nie jest dla mnie odpowiednim partnerem. Rozebrałam się do majtek i usiadłam mocząc obie nogi w wodzie. Po zetknięciu się rany z wodą odnosiłam wrażenie jakby podpalano mi tam skórę. Szczypało. Zacisnęłam zęby i schyliłam się, żeby ją zobaczyć. W tym momencie wpadłam do wody. Niezdara ze mnie. Naprawdę nie wiesz jak bardzo masz rozwiniętą koordynację o tej porze? Twój trener ostrzegał cię, żebyś do niej nie zaglądała. – włączyła się moja szydercza podświadomość. Nie dostrzegłam wcześniej, że nurt był tak silny. Walczyłam. wierzgałam na wszystkie strony nogami i rękami, usiłowałam przytrzymać się brzegu, ale to wszystko na nic. Woda była letnia i zalewała moja twarz. Spazmatycznie łapałam powietrze... Przełknęłam ślinę i czułam jak serce wyrywa mi się z piersi. To już koniec. Popłynę sobie rzeką i wpadnę do Atlantyku. Nawet nie zdążę się z nikim pożegnać. Nie wygarnę Justinowi jakim jest idiotą, nie będę miała okazji nawrzeszczeć na Mike’a i uświadomić mu, że to, co robi jest bardzo złe. Nie powiem Monique, że jest najlepszą osobą, jaką spotkałam w moim życiu. A to wszystko przez moją głupotę. Myślałam, że umrę inaczej. Nie chciałam wtedy patrzeć na krzaki i las. Coraz trudniej oddychałam i zalazłam się łzami. Usłyszałam krzyk przedzierający się przez szum w moich uszach. Miałam w nich pełno wody. Zrobiło mi się słabo. Ujrzałam scenę jakby wyciętą z filmu. Justin w białej bokserce poprawiał włosy i uśmiechał się do mnie. Oświetlało go białe światło dochodzące z okna. Z jego ust wyczytałam coś w rodzaju Kocham Cię. Był naprawdę szczęśliwy, miał ten błysk w oczach. Patrzył się na mnie tak, jakbym była jego całym światem. Dotknął mojego policzka zbliżając się do ust. Nagle wyimaginowane wspomnienie zniknęło, a ja wróciłam do rzeczywistości.
Chwilę potem, gdy zdecydowałam się otworzyć oczy zorientowałam się, że trzymałam prawdziwego Justina w pasie wbijając w niego paznokcie. Ciągnął mnie do brzegu. Wdrapał się na ziemię i wyciągnął mnie z wody ciężko oddychając. Wyplułam wodę, której jeszcze nie zdążyłam się napić prosto w jego twarz. Zrobiło mi się zimno i wreszcie dotarło do mnie, że jestem zmarznięta, mokra i półnaga. Zakryłam rękoma piersi. Justin wytarł swoim mokrym ubraniem twarz, co w sumie nie miało najmniejszego sensu. 
- Jak ty to robisz? – zapytałam czując, że się rumienię.
- Co takiego? – powiedział pożerając mnie wzrokiem. 
- Pojawiasz się znikąd i ratujesz mi życie. – stwierdziłam, dostrzegając jak bardzo głupio brzmi to zdanie. 
- Jestem bohaterem. – odpowiedział, nie odwracając wzroku od mojego ciała.  Prychnęłam, wywracając oczami.
- Przestań się gapić. – warknęłam oburzona przyciskając, ręce do piersi jakbym chciała, żeby znikły. – Gdzie są moje ubrania?
- Nie mam pojęcia.- wzruszył ramionami i podejrzanie się uśmiechnął. 
- Nie ciesz się tak i daj mi moje rzeczy! – wrzasnęłam. Zapominając o tym, że obiema rękami zakrywam biust, uderzyłam go w ramie. Wyglądał śmiesznie, miał mokre, przylizane włosy i marszczył brwi, a na czole pojawiły mu się zmarszczki mimiczne. 
- Nie masz się czego wstydzić, widziałem cię całą. – to ostatnie słowo dosadnie podkreślił. Czy mógłby być chociaż trochę gorszym uwodzicielem? Odetchnęłam głęboko.
- Oddaj mi moje ubrania, ja nie żartuje.- westchnęłam i patrzyłam na niego z nadzieją, że zostawi mnie w spokoju. W końcu poszedł po nie. Były schowane w wysokiej trawie niedaleko najbliższych drzew należących do lasu.
- Bez nich wyglądasz lepiej.- stwierdził susząc zęby. Nie przepuści okazji do zabawy. Szczególnie do takiej, w której ja jej nie widzę. 
- Daj! – ryknęłam znów bez rezultatu. Wstałam z ziemi i miałam ochotę wrzucić go do rzeki i zadusić, zostawić na samym dnie. Oczywiście uprzednio odbierając mu moją bluzkę, spodnie i stanik. 
- Okej, ale coś za coś.- wstał i zmierzył się ze mną wzrokiem.
- Czego chcesz żmijo? - zapytałam
- Pocałunku.- uśmiechnął się czarująco. 
- Okej.- musnęłam szybko jego usta i czekałam, aż dostanę z powrotem moje ubranie. – Oddawaj!- rozkazałam pewnym tonem. Ale jak zwykle nasze zdania się nieco różniły. 
- Dłuższego.- zażądał i zanim zdążyłam zaprotestować (chłopak ma naprawdę niezły refleks, trzeba mu to przyznać) objął mnie swoim silnym ramieniem. Poczułam jego wilgotną skórę. Była cieplejsza od mojej. Pocałował mnie z pasją, jakiej długo nie czułam. Miałam wrażenie, że całuję tego chłopaka, z którym spotkałam się pierwszy raz, który był przeciwieństwem mojego nieznośnego trenera. Ta chwila czułości trwała tak długo, aż zabrakło nam powietrza w płucach. Za nic żadne z nas nie chciał go przerywać. Wiem, że tracę głowę, ale może taka się urodziłam? Próbowałam to powstrzymać, ale ten moment przypomina stan upojenia. 
- Wystarczy.- wyszeptałam, bo nie dałam rady normalnie mówić. 
- Jeszcze raz.- mruknął, pochylając się w stronę moich ust. Odsunął moją dłoń zakrywającą piersi i zarzucił ją sobie na ramię. Na jej miejscu położył swoją. Ścisnął moją pierś, co spowodowało, że przeszedł przeze mnie prąd. Bezczelnie wykorzystuje sytuację. Nadepnęłam go zdrową nogą, aby się ode mnie odczepił.
- Pieprz się.- warknęłam i z ręki, którą mnie obejmował wyszarpnęłam mu moje rzeczy i odeszłam w głąb lasu się przebrać.
- Z tobą zawsze! – usłyszałam zza pleców krzyk mojego Romeo. Jednak chcę do domu. 



******



- Jak tylko wrócimy z Monique i Jevem do Mike'a, zapominamy o tym, co nie powinno się zdarzyć. – uznałam, jedząc grzankę. Siedziałam naprzeciwko Justina na stacji benzynowej w stylu lat osiemdziesiątych z barem. Miło było coś wreszcie zjeść. Trochę nam zajęło dotarcie tutaj, ale było warto. Byłam tak bardzo głodna, że zjadłabym z wielką ochotą płatki owsiane, za którymi nie przepadam.
- To jest moja praca.- powiedział wreszcie z buzią pełną smażonego bekonu. Nie sposób było się nie śmiać z tego widoku. – Co?
- Jesz jak świnia.- powiedziałam przez śmiech. – I masz gniazdo na głowię.- jak on to robi, że wyglądając, jakby przed chwilą przeszło po nim tysiąc wściekłych wiewiórek, a parę z nich założyło sobie zapasy w jego włosach, nadal przypomina modela z okładki Teen Vogue.
- Masz coś we włosach.- nachylił się przez stół i z uwagą rozdzielił kosmyki moich włosów.
– Au!
- Przepraszam, pociągnąłem cię? – zapytał takim tonem jakim dziecko przeprasza swoją mamę, że wzięło lizaka bez pytania. 
- Żartowałam.- uśmiechnęłam się do niego.
- Nieśmieszne.- skomentował cierpko.
- A zabieranie mi ubrania to już tak?
- To część treningu.- oznajmił z szerokim uśmiechem, na twarzy. – Dobry nauczyciel ćwiczy wszędzie. – Świetnie, mamy tu prawdziwego trenera z powołania.
- Ale nie chcę ,,ćwiczyć’’ parę minut po tym, kiedy prawie umarłam.- powiedziałam mrużąc oczy.- Nie uważasz, że to przesada? Poza tym, czy naprawdę jestem taka najgorsza? - Nie wierzę, że akurat jego pytam o zdanie.
- A kto powiedział, że wtedy to ty ćwiczyłaś? Może ja próbuję się czegoś od ciebie nauczyć? - powiedział tajemniczo.
- Przestań robić mi wodę z mózgu.- powiedziałam szybko, połykając ostatni kawałek tostu.- Spróbowałbyś poćwiczyć sobie z Jeviem. Nowe doświadczenie na pewno by cię wzbogaciło. 
- Ha, jeszcze bardziej śmieszne.- zironizował i zaczął udawać, że się śmieje.
- Jak nie to nie, ale ja nie będę twoją zabawką.- powtórzyłam ku jego przestrodze po raz setny. Wciąż żywiłam tą głupią nadzieję, że za którymś razem mnie posłucha.
- Szkoda, bo świetnie się tobą bawię.- uśmiechnął się i rozłożył wygodnie na kanapie, patrząc na mnie uważnie z założonymi rękoma pod głową. 
- Jak ich znajdziemy? – zapytałam składając talerze, aby kelnerka mogła je zabrać. 
- Myślę, że przejdziemy się nad rzekę, a teraz do drzwi.- rozkazał nieoczekiwanie nim zorientowałam się co się dzieje i o co mu chodzi chwycił mnie za rękę, i wybiegliśmy z baru nie płacąc za jedzenie. 
- Nie mogliśmy zapłacić? - powiedziałam z paniką słysząc jakiś męski głos, który kierował w naszą stronę wyzwiska.
- Jesteśmy w mafii, my nigdy nie płacimy. Poza tym, masz coś przy sobie? – zapytał, widząc moją minę. – No właśnie. 
Schowaliśmy się za samochodem, Justin podszedł do drzwi kierowcy i kombinował coś przy zamku, aż go nie wyłamał.
- Co ty wyprawiasz? – spytałam zaskoczona.
- A jak ci się wydaje, księżniczko? Załatwiam nam karocę.- warknął otwierając drzwi.- Dalej, wsiadaj. – poganiał mnie.
Oszołomiona wsiadłam z drugiej strony. Justin od razu odpalił silnik i wyjechał z parkingu potrącając właściciela. Wcisnął pedał gazu i przekraczając prędkość jechaliśmy bez celu, jak najdalej od kolejnych kłopotów, których spodziewaliśmy się niedługo. 
- Działasz jak klej na problemy.- wywnioskowałam na głos, składając ręce na piersi.
- Mógłbym to samo powiedzieć o tobie.- oderwał jedną rękę od kierownicy, zaczynając przeszukiwać nerwowo całe auto. Obserwowałam go zdziwiona, gdy grzebał w kieszeni swoich spodni. Wyjął z niej zapalniczkę.- Trzymaj!- powiedział, wrzucając mi ją do rąk.- Zobacz czy działa. 
- Szczerze wątpię, żeby po kąpieli...- urwałam, ponieważ zapaliła się. Spojrzał na mnie z wyraźnym zadowoleniem na twarzy.
- Uprzedzając twoje następne pytania, jedziemy nad rzekę, spalimy tam ten samochód i poszukamy ich.- wreszcie, ktoś mi coś mówi… to się chwali. Może on wcale nie jest takim najgorszym partnerem?
- A jeżeli... – przełknęłam ciężko ślinę.
- Na pewno żyją.- zapewnił i przejechał opuszkami palców po moim ramieniu, dodając mi tym otuchy.
Po jakiś trzech godzinach przejażdżki terenowej po brzegu rzeki, doszliśmy do wniosku, że jedziemy w złą stronę, a jeszcze bardziej zadziwiające było to, że nigdzie nie widzieliśmy wraku samochodu i naszych przyjaciół. 
- Jak mogłeś nie zauważyć, że jedziemy przeciwnie do prądu wody? - zapytałam zażenowana podpierając się łokciem o szybę z ręką przy czole. 
- Dezorientujesz mnie. Dla ciebie wszystko się rusza, wszędzie widzisz ludzi.- powiedział wkurzony. 
- Próbuje pomóc.
- Nie pomagasz.- zatrzymał samochód.
- Och wiem, po prostu zawróć.- mruknęłam wściekła i machnęłam ręką bezradnie.
- To nie będzie takie proste, mało tu miejsca.- syknął przez zęby. 
- To wpakuj go do wody, tylko pozwól mi wysiąść. I tak chciałeś go spalić. 
- Tak, ale chciałem to zrobić w jakimś celu.- spojrzał na mnie. Wytrzymałam jego spojrzenie. Siedzieliśmy tak w chwili ciszy.
- Oświeć mnie.- poddana westchnęłam w końcu.
- Nie uważasz, że samochód który został skradziony i nagle sobie dryfuje po wodzie jest podejrzany? – syknął takim tonem, przez co poczułam się przy nim wyjątkowo głupia. 
- A, po to.- wydusiłam rozumiejąc. - Dobra wysiadamy i idziemy pieszo. 
- Ściemnia się. Nie znajdziemy ich już dzisiaj.
- Nie, nie i nie! Nie namówisz mnie na kolejną noc w lesie!- spojrzałam na niego przerażona, stanowczo kręcąc głową. Zdawał się panować nad sytuacją, ale ja nie. Oddalił się ode mnie i zaczął się rozglądać. 
- O patrz, tam coś jest! - wykrzyknął. Serce zabiło mi szybciej, podbiegłam do niego. Znaleźliśmy ich! Całe szczęście!- krzyczałam w duchu uradowana.
- Widzisz ten stary samochód?
- Myślałam, że widzisz Monique i Jeva...- jęknęłam zrezygnowana i założyłam ręce na piersi. Mój gwałtowny entuzjazm znikł równie szybko jak się pojawił. - No i co z tym samochodem?
- W nim dzisiaj śpimy. - oznajmił bez ustalania tego ze mną.
- Ale on jest kogoś.- napomknęłam.
- Ten skradziony też nie był niczyj.- przypomniał mi. Przed nami rozciągały się kilku hektarowe pola. W oddali widziałam jakieś gospodarstwo wiejskie. 
- A właśnie. Zostań tu.- powiedział i poszedł w stronę skradzionego samochodu. Zapalił zapalniczkę i podpalił samochód. Na początku spokojnie się podpalał. Justin zaczął biec w moją stronę. Chwile później ciszę przerwał huk i samochód eksplodował. Ptaki wystraszyły się i wyleciały w powietrze. Pewnie inne zwierzęta też były przerażone. 
- I jak, spodobało się?
- Czad, normalnie. - powiedziałam z sarkazmem.







___________________________________________

Witajcie po długiej przerwie!
Przepraszam, że musieliście tak długo czekać. 
W ciągu tych świąt wielkanocnych, spodziewajcie się
kolejnego rozdziału. 
Szykuje coś specjalnego, ale o tym później.
Najcudowniejsza piosenka, której zawdzięczacie ten rozdział: 




 Teledysk  po prostu niesamowity. Uwielbiam <3 

Zapraszam jak zwykle na mój twitter,
 jeżeli chcielibyście mnie troche powyzywać, albo po prostu pogadać. 



Jeżeli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam, tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, lub po prostu wiesz, że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje
napisz komentarz.




czwartek, 10 kwietnia 2014

Jesteście najlepsi z najlepszych!





Ogłaszam wszem i wobec, że rozdział pojawi się w niedzielę 13 kwietnia. 
Dziękuje, że tyle czekaliście i jesteście ze mną. 
Dodam 2 rozdziały w ciągu 2 tygodni. 
Wiem, że zakładając bloga powinnam być punktualna i pisać często. 
Czuje, że Was bardzo zaniedbuje. Przepraszam.
Jeżeli uda mi się lepiej dysponować czasem trzy rozdziały miesięcznie macie jak w banku. 
Kocham Was i dziękuje. ;) 




czwartek, 6 lutego 2014

Rozdział 15




Poczułam, że robi mi się zimno. Chciałam otworzyć oczy, ale za bardzo się bałam. Dreszcze przebiegły po moim ciele, co oznacza że jestem cała i zdrowa. Ach, to cholerne szczęście. Dotarło do mnie coś jeszcze, mianowicie to, że nie jestem sama. Czułam czyjś dotyk. Ktoś trzymał mnie za rękę i to z bardzo konkretną siłą. Mówił chyba do siebie, a przez szum drzew i ból głowy nawet nie usiłowałam tego zrozumieć. Leżałam na czymś twardym. Ubita ziemia, trawa, gdzie nie gdzie kamienie... na pewno to było to. A tam gdzie ziemia, trawa i kamienie… tam są też robale. Dobra, dosyć śpiąca królewno, trzeba się ruszyć. Na pewno ktoś, zauważył mój grymas na twarzy i pochylił się nade mną niżej.
Poczułam czyjeś usta… znajome, ale nim to do mnie dotarło otworzyłam oczy.
- Hej, nie tak szybko.- warknęłam czując ostry ból w nodze. Nie potrzebuje żadnego RKO. Ciemny kształt zaczął nabierać kolorów i ostrości. Okazał się być NIM. – Matko przenajświętsza… znowu ty. Dlaczego, Boże dlaczego ty mi to robisz? – westchnęłam na głos patrząc w niebo. Powoli zaczynało się ściemniać.
- Skończyłaś już? – mruknął Justin, wbijając we mnie swój wzrok. Pomógł mi wstać.- Jak się czujesz? - ależ on troskliwy… przecież ja tylko wyskoczyłam z pędzącego samochodu jakiś czas temu... Drobnostka.
- Poradzę sobie sama.- odparłam, zabierając swoje ręce z jego szyi.
- Jak zwykle... zawsze musisz być taka uparta? – zapytał mój wybawca.
- Czekaj, niech pomyślę... to bardzo trudne pytanie.- powiedziałam z przekąsem.- Myślę, że tak, inaczej nie byłabym sobą.- uśmiechnęłam się słodko. Po czym stanęłam o własnych siłach na ziemi.  – Au! - jęknęłam z bólu i spojrzałam na swoją nogę.
- Mówiłem.- bez jakiegokolwiek uprzedzenia wziął mnie na ręce.
- Nienawidzę tego. – westchnęłam.- Jak zgrywasz bohatera.- uściśliłam widząc jego niezrozumiałe spojrzenie.
- Jestem nim. – odparł z dumą, a ja wzniosłam oczy ku niebu… ponownie.
- Jesteś silny. – stwierdziłam inteligentnie, gdy z łatwością mnie niósł. Zastanawiałam się, czy przeszkadza mu rana, ale z przykrością musiałam stwierdzić, że tym razem, na pewno mu jej nie opatrzę. Dlaczego? Wiem, czym mogłoby się to skończyć, a tego właśnie chciałabym uniknąć. Teraz miałam świadomość, co tak naprawdę się dzieje i nic już nie mogłoby mnie usprawiedliwić. – Jak tam twoja rana na brzuchu... boli? – uśmiechnęłam się na samo wspomnienie naszej chwili w ciasnej łazience, mając nadzieje, że tego nie spostrzegł. Śmieszyło mnie to, że potrafiliśmy ze sobą rozmawiać w taki sposób, jakbym wcale nie należała do tego ześwirowanego świata wariatów. Jakbym wcale przed chwilą nie otarła się o śmierć, ścigana przez gangsterów, którzy jakimś cudem wiedzą kim jestem, a to jest jeszcze bardziej niepokojące. Jakbyśmy byli zwykłymi nastolatkami... na spacerze, cóż może w samym środku dzikiego lasu, ale jak zwał tak zwał.
- Nie boli.- powiedział sucho. Nastała chwila ciszy. Wpatrywaliśmy się w siebie, a ja usiłowałam się nie rumienić.
 - Dobra, przypuśćmy, że ci wierzę. Opowiesz mi co się stało i jakim cudem mam tak zmasakrowaną nogę? – stwierdziłam, że w takim układzie muszę sięgnąć po konkrety.- Gdzie Jev i Monique? – uświadomiłam sobie nagle ich nieobecność. Boże, nie możesz być nim tak zaślepiona, to nigdy się tobie nie zdarzało.– pomyślałam mentalnie uderzając się w twarz. Siostra Mike’a jest dla mnie jak rodzina… jak mogłam o nich zapomnieć? Powinnam od razu zapytać. Mam szczerą nadzieje, że Justin nie dowie się jak wielki ma na mnie wpływ, bo bez trudu by to wykorzystał. – Pamiętam jak jechaliśmy samochodem i Monique coś wykrzyczała, ale dalej film mi się urwał.- dodałam, ułatwiając mu początek.
- W sumie sam za bardzo nie wiem.- przyznał. Otworzyłem drzwi i wyciągnąłem cię z auta na ulicę razem ze sobą. Przeturlałem się pod tobą, aby się wydostać i zejść im z drogi. Chwilę później zorientowałem się, że straciłaś przytomność. Monique wyrwała otwarte drzwi trafiając w jakiś słup napięcia. W oddali był most… tam ona po prostu zjechała samochodem prosto w rzekę. Nasz uroczy Slade i jego przyjaciele prawie skoczyli za nią, ale nie mogąc wymanewrować, pojechali naprzód. Chyba Jev ,,niechcący’’ załatwił im hamulce.- Rzeczywiście nic nie pamięta…- Potem zaciągnąłem cię w głąb lasu, wykorzystałem seksualnie kiedy spałaś i czekałem, aż się obudzisz.- uśmiechnął się zadziornie. Oczywiście na ostatnie słowo zdębiałam i poczułam przyjemne uczucie w brzuchu… Chwila? Przyjemne? W pewnej chwili zaczęłam żałować, że byłam przy tym nieobecna, ale odpędziłam tą myśl, bo musiałam zacząć:
- JAK MOGŁEŚ.- krzyknęłam, ale nie dał mi dokończyć mojej litanii.
- Wyluzuj, tylko żartowałem. Zedrę z ciebie ubranie dopiero wtedy, gdy ty będziesz tego chciała.- nie przemyślałam tego, powinnam mu to odpłacić siarczystym policzkiem, ale jego obietnica skutecznie mnie pobudziła. Cholerny profesjonalista. Jak może żartować akurat teraz, gdy zgubiliśmy Monique i Jeva? Nie jestem w nastroju na takie żarty.
- To nie jest dobry moment na twoje błaznowanie, ale muszę cię uświadomić, że twoje życzenie nigdy się nie spełni.- zniszczyłam mu to fantastyczne złudzenie. Chociaż nie ukrywam, że szczególnie gdy był przy mnie, nie raz sama o tym myślałam. Mimo tego, musiałam opanować jego zboczone perswazje. Przynajmniej na teraz. – Co teraz zrobimy? – zapytałam.- W ogóle wiesz dokąd idziemy? – zmarszczyłam brwi, ale nie usłyszałam żadnej odpowiedzi.- Nie masz pojęcia, gdzie idziemy, prawda? - odpowiedziałam samej sobie, na co twierdząco pokiwał głową. Ciężko westchnęłam.
- Wygląda na to, że będziemy spać w lesie. – mówił tak radosnym tonem jakby ta dżungla była pięciogwiazdkowym hotelem z widokiem na Atlantyk, a co najlepsze nie musielibyśmy za niego płacić. Poprawka, on by nie musiał. – Dzika puszcza jest tak podniecająca.
- Ty się cieszysz? – spojrzałam na niego z dołu.- Musiałeś mocno uderzyć się w głowę przy kontakcie z asfaltem. – mruknęłam czule i pogładziłam go po głowie jak małe dziecko.
- Żywa natura. Pewnie dużo tu zwierząt. Dzikich zwierząt.- zaczął. Ach, już wiem czym się tak cieszył…
- Myślisz, że są tu kojoty, wilki czy coś w tym stylu? – spytałam, zaczynając się bać i rozglądać dookoła.
- Może lisy… Z pewnością tu dużo robactwa i wężów. Czyż nie uroczo? – uśmiechnął się z błyskiem w oczach.
- Justin, błagam jeszcze jedno słowo, a utnę ci te twoje dwa skarby sama.- powiedziałam, licząc że da sobie spokój. Nie byłam na tyle naiwna, żeby sądzić, że mi w to uwierzy, ale zawsze warto próbować, no nie?
- Lubię jak się boisz. To takie zabawne.- szepnął mi do ucha. Za to on powinien bać się mnie. Już ja to kiedyś zmienię.
- Cóż, dla mnie nie.- warknęłam wściekła, że musi mnie nieść, bo inaczej przywaliłabym mu. Jeden dzień... jeden pieprzony dzień, a ja znowu wylądowałam z nim w lesie. Nie lubię lasów, od dzisiaj.
- Nie ruszaj się. Jakiś pająk po tobie chodzi... hm tarantula, rzadki okaz.- powiedział naprawdę przekonująco, może to dlatego, że miałam fobie na punkcie tego typu zwierzątek i od razu czułam wszystkie razem na sobie. Były wszędzie. Zaczęłam się wyrywać i krzyczeć. Machałam rękami dookoła celowo natrafiając na jego twarz.
- Uspokój się, niczego na tobie nie ma. Nie możesz tak głośno krzyczeć, bo naprawdę zjawi się jakieś drapieżne zwierzę czekające na świeże mięso.- oświadczył poważnym tonem i puścił mnie.
- Przestań. Bardzo grzecznie proszę. Do czasu. – syknęłam łapiąc się za nogę, kiedy tyłkiem wylądowałam boleśnie na ziemi.
- Co ty wyprawiasz? – widząc, że się ode mnie oddala, lekko się wystraszyłam.
- Nie chciałaś, żebym cię niósł.- Ma rację, nie chciałam, ale on robi to tylko dlatego, żeby mnie zdenerwować. – Trzeba rozpalić ognisko.- Tak! Zawsze o tym marzyłam.. pobawmy się w jaskiniowców! Nasi przyjaciele przecież wcale nie zginęli.
- Dobrze, tylko wróć. – mruknęłam tylko.
- Będziesz tęsknić?
- Tak, bardzo.- zironizowałam i wywróciłam oczami.
- Nie wariuj i nie rób nic z nogą, bo zrobisz sobie krzywdę. Radziłbym nie zaglądać.- powiedział na odchodnym, zatrzymując wzrok na opatrunku na mojej nodze.
Zostałam sama. Nie chciałam zostać sama. Zaczęłam się bać. Co chwilę coś szeleściło. Słyszałam jakieś odgłosy zwierząt i przeraźliwe huczenie sowy. Nawet nie wiem, kiedy zrobiło się ciemno. Ile można zbierać głupie patyki? Zrobił to specjalnie... już ja mu się odwdzięczę, gdy wróci. Usłyszałam pękanie gałązek.. A jeśli ktoś dorwał Justina? Był bardzo przystojny, jakiś grasujący po okolicy zboczeniec mógł się nim zająć. Aż zrobiło mi się go żal… pomijając fakt, że sama chciałabym go w najbliższej chwili rozebrać. Czy moje życie musi się kręcić wokół pożądania? I to jeszcze takiego, które kręci się tylko wokół wybitnie irytującego i seksownego imbecyla? Nienawidzę go. Gdyby nie on, nie zachowywałabym się teraz jak typowy facet, który myśli tylko o jednym. Ale o tym właśnie myślę, gdy go widzę... nawet jeśli go nie widzę, to mam dość wyobraźni by podziwiać go w myślach. Przeklęty specjalista. Nagle poczułam, że coś się do mnie zbliża. Bałam się spojrzeć w tamtą stronę, zacisnęłam ręce w pięści. Ogarnij się, poczekasz aż to coś cię zje, albo ktoś walnie cie od tyłu w głowę? Idiotka. Obróciłam się... zauważyłam ruch w krzakach. Potem przerażające sapanie. Rzuciłam się biegiem w przeciwną stronę. Nie myślałam o bólu, bardziej zależało mi na tym, by uciec, a adrenalina w tym przypadku zdziała cuda. Parę minut później trafiłam na coś twardego.
- Aua.- jęknęło.
- Justin? - zapytałam.
- Nie, świnia.- mruknął, biorąc głęboko powietrze.
Leżałam na nim. Na chwilę zapatrzyłam się w jego usta.
- Z tym mogłabym się kłócić, bo jesteś tym i tym.
- Zejdziesz ze mnie? - mruknął.
- Dziwne, zwykle lubisz jak się do ciebie przyklejam.
- Może to dlatego, że rozrzuciłem z tysiąc patyków, które usiłowałem uzbierać jeszcze jakieś kilka minut temu? A parę z nich dusi mi żebra. – dodał i spojrzał na mnie z grymasem. – Co się dzieje? Czemu biegasz?
- Ktoś tu jest i obserwuje nas.- przypomniałam sobie. Szybko zeszłam z niego.
- Co ty bredzisz, wydaje ci się. – odpowiedział wstając.
- Chcesz mi powiedzieć, że nie widzisz tego dużego kształtu przed nami? - uśmiechnęłam się kąśliwe, a następnie odruchowo schowałam za nim. Widziałam jak wyjął z tylnej kieszeni nóż. Usłyszałam warczenie, ale było to coś innego niż zwykły pies.
- Ja się nim zajmę, a ty idź. Znajdę cię. Chociaż raz mnie posłuchaj.- powiedział szeptem wpatrując się w cień przed nami. Z nerwów zrobiło mi się nie dobrze. W ustach miałam metaliczny smak strachu. Cokolwiek się stanie nie chciałam tego oglądać. Posłuchałam go i pobiegłam w przeciwną stronę.




*****



Nie wiem ile biegłam. Gdy usiadłam opierając się o pień drzewa zdałam sobie sprawę, że zostawiłam Justina samego z dziką bestią. Nie powinnam się nim martwić, ponieważ to nie ja tu jestem mężczyzną. Nie wiem ile czasu minęło, ale wrócił. Umazany krwią, ale cały. W rękach trzymał gałązki. Ułożył kamienie w okrąg i w środku umieścił gałęzie. Obserwowałam go uważnie.
- Już po wszystkim.- powiedział i usiadł obok mnie.- To był zwykły wilk. Odstraszyłem go.- wyjaśnił, poprzedzając moje pytania. -  Nic mi nie jest.
- Jakby to robiło mi jakąś różnicę...- robiło i to wielką, ale czy ja muszę być z nim szczera? Nie. 
- Widzę, że humor ci dopisuje.- uciął, ale nie był zadowolony. – Jak noga?
- Dobrze.
- Pokaż.- odruchowo się odsunęłam. – Nie zrobię ci krzywdy.- obiecał ciepłym głosem. Rozdarł mój rękaw, na co krzyknęłam, ale położył palec na moich ustach. Zmienił opatrunek, a ja powstrzymywałam się, aby nie spojrzeć na ranę.
- Musiałem to zrobić. Od mojego ubrania mogłabyś mieć jeszcze większe zakażenie. – powiedział, zdjął kurtkę i położył mi na ramionach. Byłam zbyt zmęczona, by być dla niego chłodna i wredna, taka na jaką zasłużył swoim wcześniejszym zachowaniem. Było mi tak zimno. - Chodź bliżej.- spojrzałam na niego ostro.- Będzie ci cieplej, jak się przytulimy. Jeżeli będziesz chora, też nie będzie dobrze. – posłusznie to zrobiłam. Poczułam się bezpiecznie i mimo wszystkiego co nas spotkało zaznałam chwilę spokoju. Czułam jego zapach, był bardzo blisko mnie, przywarł do mojego ciała i ogrzewał je. To przypomniało mi ten dzień, w którym spotkałam go po raz pierwszy i tę noc, z której pamiętam niestety niewiele. Czułam, że gdy jest blisko bije ode mnie wewnętrzne ciepło, więc po chwili przestałam drżeć.
- Pierwszy raz, cieszę się że nie jestem sama.- powiedziałam na głos, zanim zdążyłam pomyśleć o tym, co robię.
- Miłe wyznanie jak na osobę, która co chwile mi coś zarzuca. – stwierdził tuląc mnie do siebie mocniej. Na chwile wstrzymałam oddech, zaskoczona tym gestem.
- Zdarza się. Ale naprawdę czasem jesteś nie do wytrzymania.- obróciłam głowę tak, aby widzieć jego oczy, nie myśląc o tym, że nasze twarze są niebezpiecznie blisko siebie. Tylko nie patrz na usta, bo on cie pocałuje... Chociaż właśnie tego byś chciała, czyż nie? - pouczyłam się.
- To nie ja. To ty boisz się tego, co jest między nami. Zaprzeczasz temu, co jest prawdą. – powiedział nie odchylając głowy.
- Proszę cię, przestań. – jęknęłam błagalnie zmęczona.
- Ale z czym.- zbliżył się jeszcze bardziej i oblizał usta. Jego jedna ręka oderwała się od moich ramion i ruszyła w dół do brzucha.
- Nie.- szepnęłam błagalnie, ale za wiele to nie dało. Gdy za chwile miałam się poddać, odsunął się i zaczął śmiać.
- Widzisz? Mam cię w garści.- uśmiechnął się zadziornie, tak jak tylko on potrafił. – Pociągam cie i to cię boli. A to co robię ci się podoba.
- Cholerny sadysta.- mruknęłam do siebie i odwróciłam głowę.- Jesteś gorszy niż pięć minut temu.
- Nawet jeśli ja też bym tego chciał, ostatnio groziłaś mi śmiercią. Więc mam prawo cię dręczyć.
- Nie masz. I nigdy mieć nie będziesz.- odsunęłam się od niego i usiadłam obok. – Zawsze ktoś mną rządził. Dlatego tego nie lubię. Ty też nie. Ale nie znasz takiego życia tak długo jak ja. W ogóle nic o tobie nie wiem. - uświadomiłam sobie, całkiem zapominając, że wszystko mówię na głos.
- Mi też nie jest łatwo. Jestem w tym świecie, ale nigdy mi się nie podobał. Nie mam pojęcia jak żyje się normalnie. Wiem, że jeśli chciałbym do niego wrócić, nie uda mi się. To jest jak cień, chociaż będziesz chciał przed nim uciec, on należy do ciebie i zawsze za tobą podąża.
- Przyznaję, czasem wcale nie jesteś aż taki głupi.- przyznałam, wiedząc dokładnie o co mu chodzi. Co jest naprawdę rzadkością, będę musiała to gdzieś zapisać. – Czym zajmowałeś się wcześniej? – zapytałam nieśmiało.
- Niektóre rzeczy są zbyt niebezpieczne, żeby je poznać. – powiedział, a ja doznałam pewnego rodzaju deja vu. Wiedziałam, że na żadne pytanie nic mi już nie odpowie. To by było na tyle ze szczerej, otwartej rozmowy. Gestem ręki pokazał mi, bym do niego wróciła. Ponownie ułożyłam się wygodnie, opierając się plecami o jego klatkę piersiową i przytulając się do niego. Walczyłam ze snem, miałam nadzieje, że któreś z nas odezwie się, albo on zmieni zdanie i odpowie na moje pytanie. Po chwili wtuliłam głowę w jego szyje i zasnęłam. Było tyle rzeczy, o których nie wiedziałam. Tyle niedopowiedzeń i niejasności. Wiedziałam, że kiedyś dokończymy tę rozmowę, nieważne czy to będzie mu się podobało czy nie. 




__________________________________________________


Dzisiaj będzie krótko, ponieważ nie czuje się najlepiej. 
Mam nadzieje, że rozdział nie jest tak beznadziejny, 
bo ostatnio wena mi się nieco skończyła.
Ale spokojnie, pomysły nadal są!
Ja to skończę i nigdy nie odejdę, chociaż
mielibyście mnie znienawidzić.
Tak wiem, jestem okropna.
No, to możecie powyżywać się w komentarzach.
W ciągu tygodnia powinnam coś napisać.

Zapraszam na twittera, pisać cokolwiek, nudno mi,
mam ferie tak więc proszę --> twitter





Szykuje się mała niespodzianka, tak więc 
DO NASTĘPNEJ ;D 


niedziela, 22 grudnia 2013

Rozdział 14






Szliśmy przez wąską szosę, przy niej rozciągały się drzewa, które robiły się coraz gęstsze. Przez ich korony przedzierały się promienie słoneczne. Okazało się, że to początki lasu. Raz na jakiś czas odzywały się odgłosy natury. Całą tę mantrę przerywały nasze kroki. Monotonne i równomierne szuranie o asfalt. No świetnie, ładnie się wpakowałam… gdybym wcześniej wiedziała, że tak wygląda jego ,,sprawdzenie okolicy’’ w życiu bym się na to nie zgodziła. Przywiązałabym się jakimś sznurem do tego lodowatego pieca w pokoju i została. Z każdym metrem miałam dosyć tej wycieczki krajoznawczej. Czego mielibyśmy się spodziewać w tej dziurze? Rozejrzeliśmy się po podwórkach domów, które wyglądały na opuszczone, a teraz wędrujemy jeszcze dalej? To zdecydowanie jest podejrzane. Zrobił to specjalnie, żeby mnie zdenerwować. Jestem tego pewna. Nie odzywaliśmy się do siebie. To nie była przyjemna cisza. Musiałam ją przerwać, bo mnie strasznie zirytowała. Nie dość, że muszę znosić jego fanaberie, to mam siedzieć cicho jak jakaś służąca. Nie, o tym to on sobie może tylko pomarzyć.
- Czemu musisz być tak cholernie denerwujący? – westchnęłam ciężko.- Czy nie możesz odpuścić chociaż jeden dzień?
- Ćwiczenie czyni mistrza.- uśmiechnął się szelmowsko. Wpadł na wspaniały pomysł zejścia z drogi i powędrowania przez las. Świetnie, mamy czas. W sumie nie wiem, dlaczego za nim szłam, ale musiałam być naprawdę zmęczona.
- Mogę cię o coś zapytać? – zatrzymałam się na chwilę. Mój towarzysz odwrócił się do mnie i stanął w miejscu.
- Skoro musisz... – odparł bez emocji. Dlaczego ja go w ogóle pytałam o pozwolenie? Wielki i wspaniały Justin najwidoczniej nudzi się w moim towarzystwie.
- Dlaczego budzę w was takie zainteresowanie? – w odpowiedzi mruknął coś do siebie pod nosem, nie zwracając uwagi na to, że chciałabym to usłyszeć.- Serio pytam, możesz chociaż raz potraktować mnie poważnie?
- Jesteś wyjątkowa.- powiedział gardłowym głosem.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Inne dziewczyny są dla nas na wyciągnięcie ręki. Ty masz charakterek.- podniósł mi podbródek, a ja wykręciłam mu rękę po chwili na plecach. Nie pozwoliłam się dotykać. Westchnął i bez problemu wyrwał się. – Sama widzisz. Poza tym nie wiesz jakie to pociągające patrzeć na dziewczynę szefa. Najlepszy towar. – parsknął i odwrócił się, przyśpieszając kroku. On po prostu się ze mnie nabijał. Szczęściarz, miałam niewypowiedzianą ochotę zerwać jakąś gałąź i walnąć go nią, gdybym miała taką siłę, by wyrywać pnie, z pewnością teraz bym to zrobiła.
- To takie urocze, pewnie każda dziewczyna na moim miejscu uwierzyłaby w tą bajkę, ale nie ja.- w sumie, decydując się na zadanie mu pytania musiałam liczyć się z tym, że on zawsze musi korzystać z okazji, żeby mnie dobić. Dałam mu znakomitą sposobność, nie ma co. Nigdy nie wiesz, kiedy mówi prawdę, a kiedy się popisuje.
- Mówiłem całkiem poważnie, ale jak wolisz.- wysilił się na obojętny ton, zarezerwowany dla przypadkowych, nieznajomych osób. Kocham jego podejście. Nie wytrzymam z nim, niech ktoś przyniesie mi sekator do gałęzi… będzie łatwiej.
- Wracamy.-  zarządziłam i zaczęłam iść w stronę, z której przyszliśmy, chociaż nie byłam do końca tego pewna. Teraz dopiero pomyślałam o tym, że mogłam powiedzieć to jakiś kilometr wcześniej.
- Nie.- usłyszałam, na co stanęłam i obróciłam się do niego przodem. Natychmiast obdarzyłam go moim najostrzejszym spojrzeniem, które chyba nie zdołało ukryć zaskoczenia. No dobrze, nie spodziewałam się, że będzie mi tu skakał z radości i od razu się zgodzi, ale…
- Mamy jeszcze coś do załatwienia.- powiedział i pchnął mnie do najbliższego pnia. Poczułam na plecach chropowatą korę. Zarwał się wiatr i na chwile zasłonił mi pole widzenia moimi włosami. Sekator… dajcie mi tu piły! Zabije go, po prostu go zabije! Podszedł do mnie z tym swoim chytrym lisim uśmieszkiem. – Mam cię.- powiedział i położył dłonie na moich biodrach.
- Nie dotykaj mnie. Jeżeli za chwilę nie weźmiesz swoich obrzydliwych rąk z mojego ciała, to licz się z tym, że odgryzę ci palce.- ryknęłam zaborczo, wbijając w niego nienawistny wzrok.
- To dziwne, biorąc pod uwagę, że zawsze gdy ciebie dotykam to drżysz.- oderwał jedną dłoń od mojego ciała, palcem wskazującym pogładził mój policzek aż do dolnej wargi. - To zabawne. – uśmiechnął się szerzej.
- Zależy dla kogo. Chyba będę musiała skorzystać z oferty Monique.- broniłam się nieustannie, ale taki facet jak on, nie mógł się mnie bać, bo był silniejszy. Jego gesty były przyjemne, ale czułam się teraz jak zniewolone zwierzę. Nagle wyjął pistolet zaczepiony o pasek do spodni i przyłożył mi do głowy. Zamilkłam, a moja złość ustąpiła miejsca przerażeniu.
- Raczej nie będziesz miała okazji ją o to poprosić.- odparł patrząc się na mnie z tajemniczym wyrazem twarzy, z którego nic nie mogłam odczytać.
- Co ty chcesz zrobić? - zaczęłam nerwowo łapać powietrze. Może on ma jakieś zaburzenia psychiczne? Pewnie, że ma! Od początku to wiedziałaś! Ale, żeby był niebezpieczny wobec ciebie? – Nie zrobisz tego.- wyszeptałam i zaczęłam się trząść. Tempo patrzyłam się w parę wydobywającą się z moich ust. – Nie zabijesz mnie.- powiedziałam na głos, bardziej chcąc tym przekonać samą siebie niż jego, ale nie brzmiało to najlepiej.
- Masz racje, nie zabiję.- przyznał naturalnym głosem, powstrzymując się od śmiechu. Wytrzeszczyłam oczy i czułam jak już się we mnie gotuje kolejna porcja wściekłości. Uduszę go!
- Jesteś idiotą! - krzyknęłam tak głośno, że mój głos rozniósł się echem po całym lesie. Zaczął bawić się bronią jakby była na plastikowe kulki, kręcąc nią wokół palca. 
- Może, ale chciałem sprawdzić czy wiesz, że nie zrobię ci krzywdy. To bardzo ważne. O to mi chodziło, o zaufanie.- powiedział dumnie, unikając mojego wzroku.
- Niestety, jeszcze długa droga przed tobą. - przeciągnęłam wszystkie samogłoski. Patrzyłam odważnie w jego oczy dopóki nie zwrócił ich ku mnie.
- Twierdzisz, że mi nie ufasz? - zapytał jakby chciał się upewnić.
- Nie, ja to wiem. - syknęłam zaciekle.- Wiem, że masz na tyle oleju w głowie... cóż czasem każdemu się zdarza. Mike zabiłby cię za coś takiego.
- Myślę, że nie jesteś dla niego taka ważna, jak kiedyś. – szepnął nadal uważnie spoglądając na moją twarz. Bolało, ale nie dałam tego po sobie poznać. Skoro chce pogrywać, to jeszcze nie wie na ile mnie stać.
- Masz racje, nie zabiłby cie. – poczekałam chwile i dodałam – Zleciłby to komuś by nie brudzić sobie rąk. – spojrzałam na niego z obrzydzeniem.
- Jeżeli byłabyś to ty, nie zrobiłabyś tego.- odparł.
- Nie, wcale.- odpowiedziałam sarkastycznie, w tym momencie spojrzałam na niego jakby był dla mnie nic nieznaczącym dupkiem. Wykorzystałam wszystkie swoje siły, by mu nie ulec i być twardą. Mieć bezwzględną, okrytą chłodem twarz.
- Skarbie, jeżeli już się na mnie rzucasz, to z innymi zamiarami. – na chwilę przez jego twarz przebiegł cień łagodności. Uśmiechnął się, westchnął  i owionął mnie swoim oddechem. Zahipnotyzowana zbliżyłam się do niego. Przez dłuższą chwilę staliśmy bardzo blisko siebie, czując swoje oddechy jakbyśmy chcieli odkryć, które z nas wytrzyma dłużej. Wyciągnęłam rękę i strąciłam jego pistolet na ziemię. Wcale się tym nie przejął, tylko kopnął go gdzieś dalej. Po chwili przydusił mnie do drzewa składając namiętny pocałunek na moich ustach. Złączył nasze palce i pogłębiał go.
- Jesteś okropna i wredna.- mruknął, łapiąc oddech i oblizując dolną wargę.
- A ty głupi i irytujący.- odpowiedziałam, sekundę później przegryzając ją. 
- Nie powinniśmy wracać? – westchnęłam pozwalając aby ustami drażnił moje czułe miejsce na szyi.
- Powinniśmy.- odpowiedział wracając do moich ust.




******




- Nie możesz tego robić to nie ma najmniejszego sensu. – spojrzałam na niego, gdy wracaliśmy do motelu. Oderwałam swoją dłoń, od jego dłoni, wsunęłam ją do kieszeni i odsunęłam się trochę od niego by zachować między nami bezpieczną odległość. Gdy zwrócił na to uwagę zerknął na mnie, a ja tempo wpatrywałam się w asfalt i czubki swoich butów, by tylko uciec przed tymi nieprawdopodobnie głębokimi, brązowymi oczami, wstrząsającymi mną od środka. – Po prostu dobrze wiesz, że jestem z Mikiem i bawisz się mną. – kontynuowałam ciszej.
- Skąd ci to przyszło do głowy? – no tak, znowu się zgrywa. Znowu on nie jest niczego winien, bo to ja jestem okropna i wredna. Niech go szlag trafi. 
- Nie jesteś tym człowiekiem, którego na początku poznałam. Oszukiwałeś mnie. – zaczęłam spokojnie. – Nie musiałeś mnie ze sobą zabierać, to był zły pomysł. 
- Nie zostawiłaś mi dużego wyboru, nie sądzisz? Zawsze jak zostajesz sama, robisz na odwrót niż tak, jak ja proszę, żebyś zrobiła. Nigdy mnie nie słuchasz i pakujesz się w kłopoty. Co oczywiście komplikuje sytuacje, bo muszę chronić jeszcze ciebie. Po tym jak postanowiłaś zapoznać się z tym gościem z klubu, wszystko zaczęło się psuć. Ledwo przeżyliśmy. 


Znowu tu był. Nie mogła odwrócić od niego wzroku. Dlaczego przyszedł? Przecież mamy nie było. Chodziła po mieście i zostawiła ją całkiem samą w domu. Dziewczynka nie była w stanie się poruszyć. Czuła, że rączki jej się trzęsą, a jej małe plecki zalewa wielka fala zimnego potu. Miała wrażenie, że zapada się pod ziemie. Spoglądała po kątach pomieszczenia, usiłując znaleźć drogę ucieczki. Łudziła się na próżno, wszystko było pozamykane, a dorosły mężczyzna o twarzy – jak jej się zdawało potwora, albo złego diabła, zasłaniał jej jedną część pokoju. Nie łatwo być małym i bezsilnym. Mężczyzna wpatrywał się w nią z nienawiścią i dziwną mieszanką zadowolenia. 
- Chcesz pić? - zapytał. Siedziała w kącie nieruchoma ze łzami w oczach tuliła do siebie kolana. Pokiwała słabo głową z grymasem na twarzy. 
- Synku, daj jej miskę.- mlasnął bez krzty uczucia. Drzwi uchyliły się, a w nich stał blondyn, niewiele starszy od niej. Miał niebieskie magnetyczne oczy, po tacie. 


To był ogromny błąd. To nie powinno się stać. Nie mogłam tak po prostu się poddać. Nie miałam prawa do tego, by darzyć go jakimkolwiek uczuciem, a tym bardziej nie takim silnym. Nie chciałam się do tego przyznać, najłatwiej było udawać przed samą sobą, że nie istnieje niż z nim walczyć. Najwygodniej jest unikać prawdy. Każda komórka mojego ciała lgnęła do niego, a im dłużej stawiałam temu opór, tym bardziej stawało się to nie do zniesienia. Przecież należę do Mike’a. Jestem jego dziewczyną, nie mogę mu tego zrobić. Nie mogę go zdradzić. Moje życie zamieniało się w jakąś beznadziejną telenowele z bardzo kiepską fabułą i jeszcze gorszymi aktorami. Z Mikiem przeszłam tyle lat, był ze mną od zawsze. Pomagał mi kiedy nie miałam nikogo. Był wszystkim, co tak naprawdę miałam. Właśnie tak mam mu się za to wszystko odpłacić? Przecież kochałam go, jesteśmy razem. Nasze życie jest ciągłą pracą i walką. Nic dziwnego, że jest tak zdenerwowany. Ostatnią rzeczą, którą musi się przejmować to nasz związek. Dzięki niemu wszystko tak sprawnie działa. Powinnam go wspierać. Nigdy nie może się dowiedzieć o mojej chwilowej słabości. Nie mogę i nie chcę go stracić. Zawsze był dla mnie najważniejszy. 
- Jestem dla ciebie lalką, którą możesz się bawić.- zaczęłam uparcie, wierząc że zdołam przekonać samą siebie do tego, co mówię. 
- Rach, ja…
- To nie był trening, nie miałeś prawa mnie tknąć. Dobrze o tym wiesz. Nie masz prawa mówić, że nie jestem dla niego ważna. Nie wiesz nic o naszym związku. 
- Czy ty naprawdę nie widzisz, że on...
- Nie odzywaj się do mnie. Tysiąc razy mówiłam ci, że nienawidzę ciebie i tego, jak mnie traktujesz. Skoro muszę z tobą pracować, nie utrudniaj mi tego. Wiesz, że nie podoba mi się, ta cała gierka z tobą jako moim trenerem. Zapomnij o tym wszystkim, co tam się działo. – ucięłam, chociaż bardzo chciałam się rozpłakać. Musiałam to zrobić, żeby to wszystko naprawić, żeby wszystko wróciło do normy. Żeby było jak dawniej. Za bardzo bałam się zmian.
Byliśmy już przy samym wejściu do motelu, więc Justin nic nie odpowiedział. Unikaliśmy siebie nawzajem. Czułam jakby ktoś mną sterował, jakby ktoś pociągał mną za sznurki. Zrezygnowałam z wolności.
- Coś dzwoni od kilkudziesięciu minut.- powiedziała zdezorientowana Monique, którą zastałam w naszym pokoju. Zajrzałam do swojej torby i wyjęłam telefon... ktoś dzwonił z zastrzeżonego numeru. Dopiero teraz doszło do mnie, co się dzieje i szybko odrzuciłam go na ziemie jakby mnie poparzył.
- O co chodzi? - powiedział Jev, kulejąc do nas. Wyglądał lepiej niż wczoraj. Cokolwiek zrobiła z nim Monique, podziałało.
- Nie miałam tego telefonu jak wychodziłam z klubu... to niemożliwe.- powiedziałam przerażona. Nie miałam żadnych halucynacji, doskonale pamiętałam jak pytałam barmana o to, kto go zabrał. Justin szybko podbiegł do telefonu i zaczął go oglądać ze wszystkich stron, po czym rzucił nim gwałtownie i brutalnie o ziemie. Wtedy przestał dzwonić.
- Wynośmy się stąd już! Namierzyli nas, do komórki przyczepili nadajnik. Cały czas nas obserwują. Wiedzą, gdzie jesteśmy. – na te słowa rozeszliśmy się, zabraliśmy szybko wszystkie torby i wybiegliśmy z hotelu, nawet nie płacąc. Recepcjonista w szoku krzyczał za nami i wybiegł na zewnątrz. Monique otworzyła drzwi do samochodu. Justin niemal wepchnął Jeva na tylne siedzenia, a ja szłam ostatnia. Gdy obróciłam się, chcąc zobaczyć co z recepcjonistą usłyszałam strzał i sekundę później leżał w kałuży własnej krwi. Szybko zorientowaliśmy się, że samochód, który ścigał nas wczoraj w nocy jedzie za nami. Tłumiłam krzyk. Przez chwile jechaliśmy pod prąd, Monique robiła wszystko by ich zgubić. Nie udało się. To był już koniec. Siedziałam sparaliżowana, prawie nie oddychając. Obejrzałam się na jadących za nami trzech mężczyzn. Jednym z nich był Slade. Otworzył okno samochodu i wyciągnął pistolet. Monique widząc to, krzyknęła i skręciła gwałtownie na lewy pas. Wszyscy schylili się, a przez tylną szybę przeleciała kula, która trafiając w przednią wyleciała na wylot.
- Na mój znak, wysiadacie. Biegnijcie jak najdalej od szosy. Spotkamy się. Wrócę po was. – powiedziała szybko, unosząc głowę by spojrzeć na jezdnię. – TERAZ. 
Wszystko działo w tak zawrotnym tempie. Całe życie zawirowało mi przed oczami. Poczułam ręce Justina na sobie, a potem ogarnęła mnie ciemność. 




_________________________________

Cześć kochani!
Bardzo was przepraszam, że nieregularnie dodaje rozdziały. 
W szkole mam naprawdę ciężko, a należę
do osób, które wszystko robią na ostatnią chwile. 


Ponieważ nie przewiduję, że 24 grudnia coś dodam, już teraz
życzę Wam Wesołych Świąt, 
obżarstwa, prezentów, spełnienia marzeń 
i więcej czasu. 
Bądźcie po prostu szczęśliwi, bo życie jest nieprzewidywalne, 
a nie warto tracić czasu na jakiekolwiek smutki.
Z okazji świąt nie powinnam dodawać takiego zakończenia, ale
obiecuje wam, że wszystko będzie dobrze, oczywiście jak na razie ;p


Ho, ho, ho! 



Jeszcze coś wspaniałego, co musicie obejrzeć. Podziwiam tego, który to zrobił :





Następna notka jeszcze w tym roku!
Bardzo dziękuje za komentarze, 
wiele dla mnie znaczą xD 


sobota, 9 listopada 2013

Rozdział 13

  



Obudziło mnie czyjeś pukanie, energicznie odepchnęłam od siebie Monique i z przerażeniem spojrzałam w szybę. Justin razem z Jevem stali przy samochodzie i uśmiechali się do nas jak gdyby nigdy nic. Jev wyglądał jak widmo człowieka. Był blady, przemęczony i zgarbiony. Na jego nadgarstkach zauważyłam otarcia i odciski od kajdanek, rany i zadraśnięcia. Na prawym policzku miał niezłego siniaka. Zastanawiałam się jakim cudem potrafi po tym wszystkim stać, nawet jeśli Justin podtrzymuje go. Z nim też nie było najlepiej. Miał rozciętą wargę i siniaka na czole. Trzymał rękę tak, jakby była złamana. Dopiero po paru sekundach spostrzegłam ciemne plamy na jego czarnej kurtce. Była to krew. Miałam nadzieję, że nie jest jego.
- Czy was do reszty pogięło? - usłyszałam zdenerwowaną Monique, a kto znał ją tak dobrze jak ja, wiedział, że nie cierpi kiedy ktoś budzi ją w taki sposób.
- Przyjmę to jako oznakę tęsknoty za nami.- mruknął Justin otwierając drzwi samochodu.
- Co się właściwie stało? Zgubiliście ich? – zapytała ostrym wzrokiem patrząc na Justina. Mówiłam jej! On jest nie do wytrzymania. Czy nie powinno mi być obojętne to, że wrócił? Jednak tak nie było. Dziwne, że miał jeszcze siły na te swoje głupie odzywki.
- Później wszystko wam wyjaśnimy, musimy się zwijać. Załatwiliśmy dwóch, ale trzeci może gdzieś tutaj krążyć. Myślę, że głupi gaz nie mógł go unieszkodliwić.
Ten ''głupi'' gaz, uratował ci życie. - pomyślałam, wzdychając głęboko.
– Nie mielibyśmy szans, gdyby nie ja i mój refleks. Masz szczęście, że dobrze strzelam.– spojrzał arogancko na Jeva. Jego skromność, nawet w takich chwilach po prostu powalała  mnie na kolana. Nigdy go nie zrozumiem, a to niby ja jestem ta skomplikowana.
Justin pomógł Jevowi wsiąść do samochodu. Gdy tylko zamknęły się wszystkie drzwi Monique wyjechała z parkingu. Jev od razu usnął.
- Co mu jest? – zapytałam szeptem, nie chcąc go obudzić.
- Dostał po prostu parę razy więcej, niż ja. – odparł zaniepokojony.
- A ty nie mogłeś parę razy więcej go obronić, tylko bawiłeś się w strzelaninę? – zadrwiłam.
- Chyba lepiej tak, niż jakby miało się na niego rzucić trzech naraz. – zakończyła Monique. – O czymś nam nie mówisz. – wyczuła instynktownie.
- Jakiś facet obserwował zza rogu całe zajście...- przyznał nieśmiało. - Ale zobaczyłem go dopiero wtedy, gdy uciekaliśmy. Wydaje mi się, że skądś go znam. Widać było, że nie znalazł się tam przypadkowo, nie panikował ani nic. Stał oparty o samochód, chyba srebrne volvo. Obserwował nas. Nie miał broni, nawet nie chciał zaatakować. Coś mi się tu nie podoba. Czuję, że to nie koniec.
- Fajnie, że informujesz nas o tym tak szybko. - Monique przycisnęła pedał gazu i zwiększyła prędkość do stu dwudziestu kilometrów na godzinę.
- Nie panikujmy. Może mieszka tam, albo coś. - powiedziałam trzymając się mocniej, wciskając swoje ciało jak najgłębiej w fotel. Aż taką fanką szybkiej jazdy nie byłam.
- Zabłysnęłaś, naprawdę. Każdy marzy o mieszkaniu w budynku z powybijanymi szybami. – westchnął nadal coś kalkulując.
- Musimy znaleźć jakiś motel. Trzeba się zatrzymać, bo Jev nam tu zaraz zejdzie.- powiedziała zdenerwowana Monique, obserwując go w lusterku.
- Tak, zatrzymajmy się  w tym, który jest najbliżej, żeby szybciej mogli nas znaleźć.- zironizował Justin machając rękoma.
- Uważaj, jeśli zamierzasz krytykować mój każdy pomysł, bo ja też umiem dobrze strzelać. – skarciła go wzrokiem, a jej zmartwione i pełne troski spojrzenie padło ponownie na Jeva. Nie mieliśmy komórek, Justinowi i Jevowi dawno je zniszczyli, a moją zabrał jakiś idiota. Jedynie Monique miała jakiś kontakt ze światem, ale zmieniała karty i baterie średnio co połączenie, żeby nikt nas nie namierzył. Mimo wszystko, nie chcieliśmy ryzykować, dzwoniąc po pomoc.
W końcu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku (czyt. wielkie odludzie, którego nazwy nie jestem w stanie nawet wymówić) oddalonym od Clevland o jakieś 5 mil. Typowy motel, bez luksusów, ale po tym co nas spotkało nie mieliśmy prawa przejmować się tym, ani być wybredni. Oczywiście z racji tego, że Bóg chyba mnie po prostu nie lubi, akurat w tym motelu były tylko dwuosobowe pokoje. Miałam nadzieje, że będę dzieliła jeden z nich z Monique, ale ona uparła się, że będzie czuwać przy Jevie całą noc, a my z Justinem musimy odpocząć. Nie miałam wyboru.
- Rachelle, a może tak…- zaczął, gdy znaleźliśmy się oboje w pokoju.
- Ty podłoga, ja łóżko. Nie masz innej możliwości.- powiedziałam ostro. Nie targował się, był równie zmęczony jak cała nasza trójka. Wszedł do łazienki, a ja zdjęłam płaszcz, nadal byłam w tym idiotycznym, skąpym stroju. Skorzystałam z jego nieobecności i przebrałam się. Zamieniłam gorset na czarne leginsy i luźną białą bluzkę. Było tutaj bardzo zimno, stary piec był lodowaty, nikt nie pomyślał o kaloryferze. Potarłam ramiona dłońmi, żeby się rozgrzać. Żółte upiorne ściany z pewnością odstraszały gości, ale właściciele raczej nie mieli wielkich ambicji. W pokoju poza łóżkiem, lampką nocną i paroma półkami nie znajdowało się nic, co dodałoby pomieszczeniu przytulnego charakteru. Drzwi od łazienki były odrapane z farby jakby trzymali tu wściekłego kota. 
Niespodziewanie usłyszałam przerywany krzyk Justina. Wparowałam do łazienki jak błyskawica.
- Co ty…- zaczęłam, ale zobaczyłam jego wielką ranę na brzuchu i zastygłam w  bezruchu. Nie mogłam uwierzyć, że wytrzymuje taki ból.
- Nic mi nie jest…- Tak, rana na pół brzucha, to tylko takie ,,draśnięcie,’’ nic wielkiego. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, w jakie gówno się dostałam. Na jakie niebezpieczeństwo się narażam. Wcześniej to wszystko wyglądało niewinnie. Zabiłam wiele osób i nie uważam, że to błahostka, ale rzadko bałam się o własne życie tak bardzo jak dziś.
- Daj mi to, jeszcze bardziej wszystko rozpaprzesz. Sięgnęłam po wodę utlenioną i waciki.- usiadłam na wannie, naprzeciwko Justina.
- Nie, proszę. – odsunął się ode mnie i jęknął... Nawet go jeszcze nie dotknęłam. - Będzie szczypać…
- Dostałeś tyle razy w gębę i to – zaśmiałam się i pokazałam mu wacik nasączony wodą – ma cię boleć? Przestań, nie jesteś małym dzieckiem. Trzeba to odkazić.
- Poradzę sobie... możesz iść.
- Zamknij się, po prostu. – poprosiłam… naprawdę grzecznie, ale inaczej by się nie dało. – Zacznij mówić, coś do mnie, nie myśl o tym. – powiedziałam, widząc że nadal chciałby uciec z tej ciasnej łazienki.
- Ten dureń miał nóż... Nie zauważyłem go, bo spojrzałem na Jeva jak sobie radzi.- tłumaczył się i przerwał sycząc z bólu. Widziałam jak za każdym razem, gdy go dotknęłam jego mięśnie się napinały. Miał wielkie szczęście, że rana nie była głębsza i nie uszkodził sobie narządów wewnętrznych. Zabrałam jakąś maść i bandaż z samochodu. Przyłożyłam gazę, tak aby zakrywała całą ranę. Rozwinęłam bandaż, prosząc go aby się obracał. Na koniec oceniłam moją pracę i nie było tak źle. Powinno się trzymać. Potem spojrzałam na niego i mechanicznie zaczęłam oczyszczać mu jakieś zadrapania na twarzy. Nie wiem jak to się stało, ale nerwowo ciągle usiłowałam znaleźć jakąś jeszcze ryskę, która nie istniała, żeby ją oczyścić. Jego oczy uważnie śledziły moje ruchy. Wstałam, a on objął mnie ramieniem.
- Rachelle, starczy... już. – powiedział tuż przy moich ustach. Mogłam poczuć jego ciepły oddech na mojej skórze.
- Ale.. – chciałam już się obrócić i nawilżyć wacik. Strącił mi go z rąk i położył moją dłoń na swoim ramieniu. Przybliżył się i zetknęliśmy się ustami. Przeniósł swój wzrok od moich oczu i do ust, musiałam się podobnie zachowywać. Czułam jego smak, całą kwintesencje uczucia. Zatracałam się i pragnęłam. To było jak magnetyczna siła, której nie można przerwać. Tak delikatna, subtelna ale zarazem zdecydowana i ostra. W pewnej chwili zdałam sobie sprawę, co tak naprawdę do cholery robię. Oderwałam się od niego natychmiast.
- Czy ty musisz za każdym cholernym razem używać sobie na mnie tych twoich sztuczek? – zaczęłam.- Naprawdę, nie starczy ci wrażeń na dziś? Mam ci poprawić tę ranę? – warknęłam i szybko wyszłam z łazienki, żeby znaleźć chwile oddechu, oraz powstrzymać się przed jakimiś ruchami, których później będę żałować.
- A było tak miło.. - wyszedł za mną rozglądając się po pokoju, podrapał się po karku, w ten swój zabójczo gorący sposób. Boże, jak ja go nienawidzę.
- Nienawidzę ciebie, tej twojej pieprzonej gry aktorskiej i jeszcze jedno – wzięłam oddech.- Nienawidzę, gdy ktoś robi sobie ze mnie zabaweczkę i mnie sprawdza! – to ostatnie wykrzyknęłam. Spojrzał na mnie i nabuzowany opuścił pokój.
- Tak, idź sobie i śpij na dworze! Nie wracaj i nie licz na to, że te drzwi będą otwarte! – krzyknęłam za nim sfrustrowana. Dlaczego właśnie ja muszę się z nim męczyć?  Usiadłam na łóżku i wzięłam głęboki oddech. Nie mogę się przy nim rozpłakać. Jestem Rachelle Roberts, a ona nie pozwoliłaby na to nigdy. Po jakimś czasie wgapiania się w nagie ściany pomieszczenia, odsłoniłam zasłony, spojrzałam przez okno złożone z kratek oddzielanych czarną linią. Jak przeczuwałam, stał tam obrócony tyłem do mnie i palił papierosa. Głupi pozer!- pomyślałam i ze złością zasłoniłam okno, prawie nie drąc satynowego materiału. Przykryłam się kołdrą i zwinęłam się w pozycje embrionalną, bo znów zaczęło mi być okropnie zimno. 


****


Obudziłam się okryta kocem, a pod sobą słyszałam ciche pochrapywanie Justina. Przewróciłam się na drugi bok, aby go zobaczyć, a przy tym nie narobić większego hałasu. Te wspaniałe łóżko skrzypiało niemiłosiernie. Stwierdziłam, że Justin najlepiej wygląda, kiedy śpi. Przynajmniej wtedy się nie odzywa. Ten błogi spokój i zadowolenie na jego twarzy, kiedy chaos panuje na jego głowie było tak rozbrajające, że aż chciałam się do niego przytulić. I koniec. Bańka mydlana pękła. Dziewczyno, opanuj się... zapomniałaś z jakim debilem masz do czynienia?  Wreszcie zdałam sobie sprawę z tego, że jest mi nadzwyczajnie ciepło. Gdy zasypiałam cała się trzęsłam… Musiał mnie okryć kocem, gdy spałam. Dziwne, że nie skorzystał z okazji by wleźć mi pod kołdrę. Chyba wczoraj byłam dla niego zbyt ostra… ale w sumie co miałam zrobić jak facet całuje mnie bez uprzedzenia, wiedząc że mam chłopaka? Nie można też zapomnieć, że jest mistrzem uwodzenia, takie rzeczy przychodzą mu łatwo. Nie poddam się i będę z nim walczyć.. Ale w sumie naprawdę chcę z tym walczyć? Justin chyba wyczuł, że nie śpię i powoli się budził, więc udałam, że śpię. Ale ze mnie buntowniczka... Chwilę później poczułam jego usta na moim policzku. Przesunęłam głowę nie mogąc powstrzymać się przed pocałowaniem go w usta. Zawisnął nade mną. Nie ważne co myślałam, ile razy chciałam to powstrzymać. Gdzieś głęboko chciałam tego, chociaż nie mogłam się do tego przyznać. Moje ciało płonęło dla niego i pragnęłam go mieć jeszcze bliżej siebie. Chwyciłam go za gęste, miękkie włosy i ścisnęłam je w dłoni. Położył się na mnie i przykrył nas kołdrą. W sumie był cały zimny, ale już po chwili jego ciało stawało się coraz cieplejsze i napierało na moje. Kiedy już jego zdecydowane i ostre pocałunki nie pozwalały mi kompletnie oddychać, przeniósł je na moją szyje. Dłońmi wędrował po moim ciele, pieszcząc moje piersi i brzuch. Przyjemne dreszcze przeszły po mnie, gdy ugryzł mnie w szyje i wpił się w nią ustami. Sapiąc, na sam koniec ucałował mnie w czoło i spojrzał na mnie zadziornie.
- Wiedziałem, że nie śpisz.- mruknął.
- Spadaj. – powiedziałam, bo tylko na tyle starczyło mi powietrza w płucach.- Wykończysz mnie.
- Ale ja nawet…- przerwałam znów go całując. Wiedziałam, że za chwilę powie coś, co mnie zdenerwuje. Przy nim zapominam co robię, co myślę, a już na pewno nie mam bladego pojęcia, co można, a czego nie. Zanim dotarło do mnie to wszystko, musiałam przez chwilę ochłonąć, a przede wszystkim odciągnąć go od siebie. Właściwie, co ja teraz robiłam? A... tak. Miałam mentalną ochotę uderzyć się w głowę czymś perfidnie ciężkim, ale zrobię to, gdy nie będę miała widowni. Zachowuje się jak jakaś pieprzona niewyżyta nastolatka... Chwila? Przecież, to on pierwszy pocałował mnie w policzek czyli jednak to jest znowu jego wina. Dlaczego nie mogę tego zaprzestać? Dlaczego nie potrafię powiedzieć ,,nie''  Bo jesteś głupia - odpowiedziałam sobie. Teraz nie tylko chciałam się ponownie na niego rzucić, ale spanikowałam i musiałam odejść od niego jak najdalej można. Brak samokontroli mnie niepokoił, był dla mnie czymś nowym, a ja nie mogłam pozbawić się wszystkiego, nad czym pracowałam, przez jakiegoś chłopaka o niesamowitych oczach i oszałamiającym wyglądzie. 
Wstałam i poszłam do łazienki.
- Nie rozumiem, co ty chcesz tym osiągnąć. – westchnęłam patrząc mu prosto w oczy.
- Nie wszystko jest grą.- powiedział tajemniczo i uśmiechnął się.
- W naszym świecie nie ma niczego innego. Nie uważasz? – zerknęłam na niego uważniej.
- Jest, tylko ty nie chcesz tego zauważyć.– ponownie uśmiechnął się, wstał z łóżka, które sprytnie sobie przywłaszczył i podszedł do mnie.
- Ach, czyli to była kolejna lekcja? Przykro mi, ale to nie ja wpakowałam ci się do łóżka. Ty to zacząłeś.
- A ty to skończyłaś. – uciął tym swoim aroganckim tonem.- Chyba, że jeszcze nie, chcesz coś dodać, dokończyć...- prowokacyjnie znów przybliżył swoje usta do moich.
- Po pierwsze, daj mi przestrzeń. – powiedziałam odpychając go od siebie ręką i cofając się. - Po drugie, jesteś obleśny.- westchnęłam z politowaniem.- Po trzecie, jesteś jak zwykle irytujący.- powiedziałam takim tonem jakbym sobie nagle to przypomniała, po kolei wyliczając mu ładnie wszystko na palcach, żeby lepiej mnie zrozumiał.
- Gratuluję, właśnie zabawiałaś się z obleśnym facetem. Dzień jak co dzień.- brzmiało to tak, jakbym sprawiła mu swoimi słowami przykrość.
- Myślisz, że robię to dla siebie? Zmuszają mnie do tego. Jesteś po prostu chamem.- warknęłam pakując swoje rzeczy.
- Teraz nikt ci niczego nie kazał.- przypomniał mi.
- Masz racje, teraz to ktoś mnie zmanipulował, wykorzystując to, że jestem jeszcze nieprzytomna i nawet nie wie, jak bardzo będzie tego żałował. Nie jestem laleczką do próbowania, rozumiesz? - spojrzałam ze złością w jego oczy... Czy on myślał, że ja sama sobie wybrałam takie życie?
- Nic takiego nie powiedziałem. Dlaczego zawsze musisz robić awanturę? Nie wiesz, jaka ty jesteś irytująca. Z tym swoim wymyślaniem, dopowiadaniem różnych rzeczy i tym jak zawsze dramatyzujesz, chcąc pokazać, że jesteś lepsza od innych.
- Przykro mi, życie ze mną naprawdę musi być dla ciebie ciężarem. NIE WIESZ JAK BARDZO SIĘ CIESZĘ. – wrzasnęłam głośno. Jeszcze chwila, a zaraz go uderzę.
- Ogarnijcie się, bo nie wytrzymam. Co znowu? – jęknęła Monique wchodząc do naszego pokoju.
- Wiesz, drzwi służą do pukania. – upomniał ją Justin.
- Jednak nie są na tyle szczelne by zagłuszyć wasze krzyki. Co ty jej zrobiłeś? – zapytała widząc moją minę.
- W sumie, dosyć dużo rzeczy zanim tu przyszłaś. – znów ten uśmiech godny największego flirciarza na świecie. Monique spojrzała na mnie i mój chwilowy przyczajony uśmiech. Nie musieliśmy jej już nic więcej tłumaczyć.
- Zachowujecie się jak pieprzone piętnastolatki, albo pieprzycie się ze sobą, albo chcecie się zabić. Wybierzcie jedną opcje, a na chwilę obecną, zlitujcie się nad Jevem i dajcie mu spać, bo przyjdę tu następnym razem i utnę mu jaja.- przy tym ostatnim spojrzała na Justina.- Zrozumiano?
- Ja nie mam nic przeciwko.- powiedziałam z uśmiechem.
- Słonko myślę, że jednak masz, ale jeszcze o tym nie wiesz.- skwitowała i wyszła. 
- Trzeba się rozejrzeć po okolicy, a potem wrócić do twojego boskiego chłopaka.- powiedział po chwili.
- Fajnie, idź. Nie musisz się spieszyć i tak nie będziemy na ciebie czekać.- mruknęłam ze złością.
- Myślę, że poczekają, bo idziesz razem ze mną.- założył kurtkę.
- Coś ci się pomyliło, ja nic nie muszę.
- Owszem, musisz.- powiedział chwytając mnie bezczelnie za rękę i ciągnąc w stronę drzwi.
- Tak, a jeśli się nie zgodzę to niby co mi zrobisz? - parsknęłam.
- Pewnie dużo rzeczy, ale na razie to musi poczekać.- mruknął sam do siebie. Postanowiłam nie myśleć o tym, ale przyjemne dreszcze przebiegły po moim ciele. On miał w sobie to coś... Był wkurzający, przesiąknięty męską arogancją, ale mimo tego nie jedna by się na niego rzuciła.. Nie, żebym ja miała ochotę to zrobić... ale w sumie już to zrobiłam.. Może powinnam nienawidzić siebie? Jego słowa nigdy nie były prośbą, to był raczej rozkaz.. ale to właśnie sprawiało, że przyciągał mnie do siebie. 






___________________________________________


Przepraszam, przepraszam, przepraszam...
Liceum to jakieś nieporozumienie, 
właśnie głównie z tego powodu nie wyrobiłam się
z rozdziałem. 
Za co was jeszcze raz, najmocniej przepraszam. ;) 
Wkurza mnie to, że mam tyle pomysłów 
a potem gdy już to piszę... 
TO NAGLE ZAPOMINAM. Ugh, dobra. 
Cieszę się, że was przybywa, tak naprawdę dzięki waszym komentarzom 
pod ostatnim rozdziałem, pisałam po nocach. 
Rozdział sprawdzałam kilkanaście razy, ale jestem pewna, że 
następnym razem też bym coś wyłapała, a ponieważ
czekacie, co niektórzy z Was z niecierpliwością, 
dodaję taki jaki jest ;p 
Tęskniliście z Mike'iem? Tak, ja też nie xD 
Ale cóż, nic nie trwa wiecznie, nie? 





Powiem wam, że chłopcy z One Direction pozytywnie mnie zaskoczyli. 
Wcześniej nie byłam do nich przekonana, ale ostatnia piosenka
naprawdę jest świetna, a teledysk zasługuje na uznanie.






Chociaż nadal jest to blog o Justinie i nie sądziłam, 
że kiedykolwiek o nich coś napiszę, to żeby
było sprawiedliwie, planowałam to od jakiegoś miesiąca: