niedziela, 22 listopada 2015

Rozdział 42



Apologize, no it won’t make it better. What can I say? It’s all too late.
Tell me, is this the part when, when we part ways forever.
 Tell me, is this the part when we are over.
Guess we are fighting all this fight.
There is nothing left out of everything we are.
 And I know that you're so gonna hate me,
If you did what I did, I would hate you too.
We are over.
                                                                    Tove Lo - Over


Koniec. Każdy z nas kiedyś o nim myślał. Są takie, na które czeka się z utęsknieniem i takie, przez które nigdy nie chcielibyśmy przechodzić. Koniec może się zbliżać i możemy to wyczuwać, ale nie zawsze to nam się udaje. Innym razem może być szybki i bezbolesny, lub tak jak w przypadku metody odklejania plastra – następuje błyskawicznie, prawie niezauważalnie, a sekundę potem, kiedy sobie uświadomimy, że nastąpił, zaczyna naprawdę boleć. Wróciłam do Nowego Yorku, do hotelu, który miał być moim domem, ale nie był na tyle bezpieczny bym czuła się tam tak, jakby należał do mnie i mogła go w ten sposób nazywać. Znalazłam się w tym miejscu, o którym tak bardzo chciałam zapomnieć. Gdybym trafiła tutaj kilka miesięcy temu, nie walczyłabym. Wszystko byłoby dla mnie do tej pory obojętne. Z łatwością pogodziłabym się z myślą, że zasłużyłam sobie na to. Moje życie nie miało dla mnie jakiejkolwiek wartości, a śmierć nie byłaby czymś przerażającym. Budziłam się z myślą ,,To kolejny piękny dzień by umrzeć.’’ Niestety, dzisiaj wszystko się zmieniło. Moje życie miało dla mnie sens. Miłość otworzyła mi oczy na to, jak piękny może być świat, że to ja źle go postrzegam i pochopnie krytykuję. Zrozumiałam, że błądziłam uciekając od prawdziwego życia do krótkotrwałej adrenaliny. Potrzebowałam stabilizacji. Nie wytrzymywałam tego stresu i poczucia winy. Wmawiałam sobie, że jestem w stanie nic nie czuć, w momencie kiedy zabijam. Nie można wyłączyć emocji. Człowiek jest zaprogramowany na działanie pod ich wpływem. Zdałam sobie sprawę, że Mike pogłębiał moje błędy i zachęcał do popełniania kolejnych. Nigdy nie powinnam uważać, że chce mi pomóc i o mnie dba.  Od początku miałam wrażenie, że nie pasuję do tego świata, który mi stworzył.
Wymarzyłam sobie normalne życie, którego namiastkę mogłam poznać w Paryżu. Czy morderczyni ma prawo mieć tak wielkie marzenia? Dlaczego miałabym na to zasługiwać?
Właśnie wtedy, kiedy moje marzenie o normalnym życiu jest tak blisko spełnienia zostaję zamknięta w zimnej, pochłoniętej mrokiem celi. Doskonale pamiętając, jak całkiem niedawno stałam jeszcze po drugiej stronie stalowych prętów. Myślałam, że Mike nigdy mi tego nie zrobi. Liczyłam na wszystko, złość, nienawiść, ale do końca wierzyłam, że on naprawdę w jakimś stopniu darzy mnie ludzkimi uczuciami. Niekoniecznie dobrymi, nie byłam na tyle głupia, żeby na coś tak absurdalnego wpaść, ale jako jego była dziewczyna, która przeszła razem z nim przez to piekło chyba trochę szacunku jednak mi się należało. Jeśli w jego sercu była chociaż jedna dobra komórka uważałam, że istnieją czyny, do których się nie posunie. Granice są węższe i szersze, ale każdy jakieś ma. Teraz moje myśli krzyczały zupełnie coś odwrotnego. Zdradziłaś go. On czuje się zdradzony. Nie jesteś dla niego nic warta. On nie potrzebuje wrogów. Teraz ty jesteś jego wrogiem. Sprzeciwiłaś mu się. Jest nieobliczalny.
Przyprowadzając mnie do piwnicy potraktował mnie jak zwykłą prostytutkę, którą wynajmuje na jeden dzień, a potem zabija. Przez trzy dni na jego życzenie jechałam z Justinem zamknięta w ciężarówce by tutaj dotrzeć. Promienie słońca oślepiały nas, kiedy któryś z kierowców otwierał drzwi po to by podać nam jedną bułkę i szklankę wody mineralnej.  
- Justin, gdzie oni mogą nas wieźć?- szepnęłam w środku pierwszej nocy spędzonej w ciężarówce. Moje ręce były przykute do kajdanek. Z dwadzieścia podobnych łańcuchów wisiało na hakach brzęcząc i obijając się o siebie nieustannie przy każdej nierówności, manewrze czy hamowaniu. Podczas całej podróży do hotelu ciężarówka zatrzymała się tylko dwa razy na dłużej, kiedy została przenoszona z lądu na prom i z powrotem.
- Ćśś… wszystko będzie dobrze. - odszepnął, kojącym głosem. – Spróbuj się do mnie przesunąć.
Klęcząc na kolanach przybliżyłam się do niego jak najciszej potrafiłam i usiadłam na piętach. W momencie, w którym jego ręce znalazły się na tyle blisko mnie, żeby mógł mnie dotknąć natychmiast mnie przytulił. – Jesteś bardzo zimna.- ściągnął swoją kurtkę i nałożył mi ją na ramiona. Czułym gestem wyciągnął moje długie, brązowe włosy spod skórzanego materiału i pozwolił by opadły lekko na moje ramiona. Zapach jego perfum i skóry pozostały na niej powodował, że przez sekundę poczułam ulgę. Z nim czułam się bezpieczniej, chociaż nie chciałam, żeby był tutaj ze mną. To jasne, że ja go w to wciągnęłam. Nie znał Mike’a, to moim zadaniem było zrobić wszystko by nie miał okazji poznać jego najgorszej strony.
- Zostaw, tobie będzie zimno. – zaczęłam protestować.
- Dam radę. To ty cała się trzęsiesz.- uśmiechnął się zmartwiony. – Kiedy przestaniesz się ze mną kłócić o każdą głupotę? – spytał z błyskiem w oku.
- Chcesz żebym przestała? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Mogę się założyć, że nie potrafiłabyś tego zrobić. Nie wytrzymałabyś nawet godziny. Dobrze, że się kłócisz, to znaczy że masz jeszcze trochę siły. Zjedz. – westchnęłam tylko, kręcąc głową na nie.- Proszę? – spuściłam głowę w dół, a on podał mi suchą bułkę, którą w południe wrzucili nam do ciężarówki.
- Co ty będziesz jadł? Nie jestem głodna. – prawdę mówiąc, w ogóle zapomniałam, że człowiek musi coś jeść. Można by pomyśleć, że byłam najedzona przerażeniem. Było tak wielkie, że zapychało mój cały żołądek.
- Rachelle…
- Ułam mi pół. – mruknęłam niechętnie, ulegając jego błagającemu spojrzeniu. I spróbuj tu postawić na swoim… - westchnęłam przegrana w myślach.
- Zjedz całą. Nie wiadomo kiedy podadzą nam coś następny raz.- był nieustępliwy.
- Justin, ale ty też musisz…
- Starałem się być miły, ale… Albo ją zjesz, albo wepchnę ci ją do gardła. Rano zdążyłem zjeść więcej niż ty. – spojrzałam na niego z irytacją, ale zjadłam tę bułkę, wiedząc doskonale, że będzie chciało mi się po niej pić. Nie traktowałam jego groźby poważnie, ale widziałam, że nie da mi spokoju, dopóki nie zobaczy, że faktycznie ją przeżuwam. – Pamiętasz, co sobie obiecaliśmy? – wyciągnął w moją stronę obie ręce.
- Tak. – szepnęłam smutno, wsuwając swoje lodowate, blade dłonie w jego, ponieważ moje opuszki palców zdążyły już zdrętwieć.
- Powiedz to. – uścisnął je pokrzepiająco.
- Walczymy razem. Nigdy nie mam wątpić w to, co do mnie czujesz.
- Doskonale, ta zasada jest z nich wszystkich najważniejsza. Pamiętasz drugą?- mówił spokojnym tonem i odwracał skutecznie moją uwagę od myśli krążących wokół zbliżającej się katastroficznej wizji kolejnego spotkania z Mike’iem.
- Nie rozpraszasz mnie kiedy jadę i posłuchasz mnie jeśli bardzo cię o coś proszę. – uśmiechnęłam się i spojrzałam w jego piękne oczy. Jak mogłam tak bardzo się w nim zakochać? Roześmiał się.
- Obiecałaś mi, że już nigdy nie będziesz myśleć o tym, żeby wracać do tego tyrana.- spojrzał na mnie tak, jakby nie do końca był pewien czy jestem w stanie spełnić tę jedną obietnicę.
- Dotrzymam słowa. – pewny ton w połączeniu z przenikliwym spojrzeniem powinien go przekonać. - Kocham ciebie i chce być tylko z tobą. Nieważne gdzie. Cokolwiek się stanie, moje serce zawsze będzie przy tobie.
Nie obchodziło mnie to, czy powinnam być w stosunku do niego tak bardzo otwarta. Już nie dbałam nawet o to, czy stara Rachelle zdobyłaby się na tego typu wyznania. On uczynił mnie najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Czułam się przy nim bardzo wyjątkowa i właśnie to było warte wszelkich wyrzeczeń, pozbycia się nieposkromionej dumy i dotychczasowych przyzwyczajeń.
- A ty obiecałeś, że zawsze będziesz mnie kochał nawet wtedy, gdy mówię, że cię nienawidzę. – mruknęłam przypominając mu ostatnią zasadę. Rozłączył nasze dłonie i ujął swoimi delikatnymi opuszkami z wielką troską moje policzki.
- I nigdy nie przestanę. – ucałował mnie opiekuńczo w czoło. – Zapamiętaj dobrze te słowa.
Słowa, tylko tyle i aż tyle mogliśmy teraz sobie ofiarować. Szykowałam się na najgorsze. Pragnęłam by zapamiętał mnie właśnie taką. Wpatrzoną w niego z miłością, piękną, bez blizn i siniaków, oddaną mu całkowicie. Dopiero w tej chwili dotarło do mnie co oznacza to prawdziwe oddanie w miłości. Zawładnął moim sercem i tylko on mógłby mi je zwrócić.
Wkrótce położyliśmy się na ziemi. Ułożyłam się wygodnie na jego ramieniu, a on wtulił swój policzek w mój. Objął mnie w talii. Nie widział, że płaczę, bo byłam obrócona do niego tyłem. Miałam wrażenie, że to już nasz koniec. Nasza ostatnia wspólna noc, którą spędzimy w kajdankach, leżąc w ciężarówce i zamarzając na śmierć.
- Oni nas zabiją, prawda? – spytałam drżącym głosem, kładąc złożone dłonie pod głowę. Dotknęłam zimnego metalu na moich rękach rozpalonym od płaczu policzkiem.
- Gdyby tylko o to im chodziło nie zadawaliby sobie tyle trudu by nas gdzieś wywozić.
- Tak sądzisz?
- Taką mam nadzieję. Postaraj się zasnąć. – poprosił, głaszcząc moje ramię.
Cela, w której teraz byłam znajdowała się w podziemiach hotelu za czarnymi masywnymi drzwiami. Zastanawiałam się co zrobili z moim małym, przytulnym pokojem na górze. Pewnie zajęła go Gorgina, ale to raczej kolejna, głupia rzecz jaką sobie ubzdurałam. Może to dziwić, ale czułam się tutaj gorzej niż w ciężarówce. Było tu znacznie ciemniej. Nie byłam w stanie odróżnić żadnych kształtów. Pojedyncze dźwięki były tak różnorodne, że każdy z nich powodował ciarki na plecach. Odezwałam się dopiero wtedy, kiedy coś myszowatego, tak mi się wydawało, pisnęło zbyt blisko mnie.
- Justin, jesteś tu? – spytałam panicznym głosem. Rozdzielili nas od razu zanim weszliśmy do hotelu. Otworzyli drzwi ciężarówki uwolnili nas z kajdanek, ale szybko obezwładnili i poprowadzili jak najzwyklejszych zbrodniarzy bocznym wejściem do hotelu. Przez całą drogę byłam wściekła. Kłóciłam się, że jestem w stanie sama iść i nie planuję uciekać. Nie wierzyli mi, tylko jeszcze mocniej wyginali mi ręce i kopali w łydki bym szła szybciej. W piwnicy zostałam przekazana dwóm innym mężczyznom. Bezczelnie zaczęli szarpać mnie za ubranie.
- I co niunia, idziemy odpokutować za zdradzenie szefa? – śmiali się i wyzywali mnie od dziwek. Inni obecni w piwnicy szeptali po kontach jakieś bluźnierstwa albo pożerali mnie wzrokiem. Przed wejściem rozebrali mój płaszcz i zniszczyli szalik. Na całe szczęście w celi zostawili mnie w spodniach i bluzce. Nie zabrali mojego złotego naszyjnika, ponieważ schowałam go w ukrytej kieszeni jeansów, pierwotnie przeznaczonej do schowania malutkiego, ostrego sztyletu.
 – Tak bardzo się boję. – jęknęłam praktycznie bezgłośnie, ściskając dwie złote zawieszki - jedno malutkie serduszko, które dostałam od taty i kluczyk, który Justin podarował mi w Paryżu.
- Rachelle? – zawołał zmęczonym, zachrypniętym głosem. - Przesunęłam się w stronę z której dobiegał jego głos. – Jestem za ścianą. Wszystko jest w porządku. Poczułam niewypowiedzianą ulgę, kiedy dotarło do mnie, że wciąż jest blisko. Niestety nie byliśmy w stanie nawzajem się uratować. Już było na to za późno.
- Proszę, tylko nie okłamuj mnie, bo tak naprawdę jest beznadziejnie. Siedzimy tu i czekamy na śmierć. – wyszeptałam czując, że łzy napływają mi do oczu. Byłam zdumiona, że mój organizm nie jest jeszcze na tyle odwodniony, żeby tracić ją na głupie objawy słabości, bólu i obezwładniającej bezradności.



********


W piwnicy wreszcie zapalono światło. Klatki były puste. Nie mam pojęcia, co zrobiono ze wszystkimi kobietami, które tutaj przetrzymywali, kiedy ostatni raz odwiedzałam to miejsce. Wepchnęli Justina do mojej celi. Z hukiem upadł na kolana. Kazali mu natychmiast wstać. Włosy zasłaniały mu twarz. Przynieśli krzesło i zmusili go, żeby usiadł naprzeciwko mnie. Bałam się ruszyć. Tak bardzo chciałam być bliżej niego. Gdybym mogła, obroniłabym go własnym ciałem. Nie spojrzał w moją stronę ani razu jakby miał zostać za to ukarany. Właściwie nie musiał tego robić, doskonale wiedział, że jestem tutaj z nim. Zaczęłam się trząść kiedy rozpoznałam głos Mike’a wchodzącego do piwnicy. Mówił do kogoś rozzłoszczonym głosem. Nie rozumiałam pojedynczych słów.
- Myślałaś, że mi uciekniesz? – spytał, wchodząc do mojej celi. Jego zimne spojrzenie wbiło mnie w ścianę. Czułam jak serce podchodzi mi do gardła. Zagryzłam wargi i podniosłam głowę do góry. – Jesteś zwykłą suką. Powinienem dawno zostawić cię na ulicy.
Od czego to wszystko się zaczęło? No tak, nasze pierwsze spotkanie. Siedziałam na krawężniku tuż przed drzwiami klubu, z którego mnie wyrzucono. Potargane włosy i rozmazany tusz wokół moich oczu sprawiał, że wyglądałam jak tania prostytutka. Nikt się nie zatrzymał. Nikt nie zapytał, czy czegoś mi nie potrzeba. Z resztą byłam przekonana, że nie potrzebuję żadnej pomocy. Zapewne nie przyjęłabym jej. Trzymając brodę na kolanach z wykrzywionymi ustami wpatrywałam się w samochody jadące ulicą. Nagle podszedł do mnie umięśniony, wysoki blondyn.


- Co się stało? Wyrzucili cię z domu? – spytał, siadając niedbale na krawężniku obok mnie.- Daj mi zgadnąć… - zmrużył oczy, a ja uniosłam głowę by
przyjrzeć się nienaturalnie intensywnemu kolorowi jego oczu.
- Nie mam domu. Spadaj. Nie szukam przygód. – odwarknęłam z nadzieją,
że sobie pójdzie.
- A jeśli powiem ci, że mogę być największą przygodą twojego życia? – jeszcze raz przyjrzałam mu się uważniej. Te oczy chyba mnie zahipnotyzowały
 i siła jaka od nich biła. Uśmiechnął się do mnie szarmancko.
I wtedy pomyślałam: Czemu nie?
Przecież w każdej chwili mogę uciec.  


- To ja powinnam zostawić ciebie w tym bagnie, żebyś zginął. – powiedziałam drżącym głosem. – Nigdy nie zasługiwałeś na to, by ktokolwiek cię kochał.
- Miłość to bzdura. Udowodniłaś mi to swoim puszczalstwem. Oboje za to zapłacicie! – podszedł do krzesła, na którym siedział Justin, stanął za jego plecami i położył mu ręce na ramionach. Nagle gwałtownie uderzył go w twarz, a ja miałam wrażenie, że zaraz zwymiotuję.
- Zostaw go! - zaczęłam krzyczeć. Howard zadał kolejny cios. Następnie chwycił go za szyję i razem z krzesłem przechylił w swoją stronę.
 – I jak dobrze się ją pieprzyło? – po tych słowach, które wykrzyczał mu do ucha z całej siły kopnął krzesło w przód.
- Sam tego chciałeś. Powinieneś być wściekły tylko na siebie. – odezwał się w końcu Justin kaszląc. Jego twarz zrobiła się lekko blada.
- Za kogo ty się kurwa uważasz? Nie dość, że w tajemnicy, za moimi plecami, w moim hotelu dymałeś moją dziewczynę to jeszcze zabiłeś mojego najlepszego ochroniarza! Zasłużyłeś na to bym pociął cię na kawałki. – w jego dłoni zabłysnął ostry nóż. Przeciął nim sznury, którymi Justin miał przywiązane ręce. Chłopak uderzył głową o podłogę. Wstrzymałam na chwilę oddech. Na szczęście poruszył się. Mike z zaciśniętymi zębami zaczął kopać go w brzuch. Tak bardzo chciałam mu pomóc. Zamilkł i leżał z zamkniętymi oczami. Na jego twarzy widniało straszliwe cierpienie. Miałam krzyczeć, że Mike się myli, że Justin wcale nie zabił Ricka, ale przez to, że Thomas nagle pojawił się z kamienną twarzą w wejściu do celi nie mogłam tego zrobić. On uratował nam życie. Jeśli powiedziałabym prawdę to byłoby nie fair. Z resztą ostrzegał nas, żebyśmy uciekali.
- Proszę, przestań! – wrzasnęłam z rozgoryczeniem. Howard obrócił się w moim kierunku i zaczął się śmiać.
- Martwisz się o niego? Jakoś nie myślałaś o tym, kiedy całowałaś go w windzie. Pieprzyłaś się z nim w jego pokoju, na sali gimnastycznej i u siebie. – spojrzałam na niego zaskoczona. – Widziałem wszystko. W twoim pokoju dawno zamontowałem kamery.
- Zrobiłem to, czego ty nie potrafisz. Może doszła do wniosku, że nie jesteś jej wart. – odparł słabym głosem Justin. Chciał zwrócić na siebie uwagę. Nie prosiłam go o to, by w takiej chwili mnie bronił. Poradzę sobie, to on potrzebuje mojej pomocy, ale jak zwykle musi zgrywać bohatera. Nienawidzę go za to. Chcę, żeby przeżył.
- Co ty powiedziałeś? – warknął Mike.
- To, co słyszałeś. – oznajmił Justin uśmiechając się. Mike rzucił się na niego ponownie. Zaczęli okładać się pięściami. Nie wiedziałam, który jest silniejszy, ale każdy cios, który przyjął mój ukochany ściskał mi wnętrzności. Chłopak skutecznie się bronił. W końcu odepchnął od siebie Howarda, wstał i kopnął go w brzuch. Natychmiast dwóch ochroniarzy wbiegło do celi i naraz chwyciło Justina, rozrywając mu koszulę.
- Ty! – syknął Mike złowieszczo przez zęby. – Doigrałeś się.
- Dlaczego jemu to robisz? Wyżyj się na mnie. To ja ciebie zdradziłam.- przypomniałam mu, kiedy zaczął go brutalnie bić po twarzy i brzuchu. Teraz Justin nie był w stanie odeprzeć żadnego ataku. Ochroniarze ściskali jego wytatuowane ramiona. Po jego nagiej klatce piersiowej, odkrytej przez rozdarty materiał koszuli spływały krople potu i krwi. Howard wreszcie odsunął się od niego, a swoje mordercze parzące spojrzenie skierował na mnie. Podszedł do mnie i złapał mnie za szyje ciągnąc do góry i przyciskając z całej siły moją głowę do ściany zmusił mnie żebym wstała. Byłam przerażona bardziej niż kiedykolwiek. Nie mogłam wytrzymać tej zimnej pustki w jego oczach, ale doskonale wiedziałam, że muszę na niego patrzeć.
- Patrz uważnie i ucz się. Ty mu to zrobiłaś. – po wypowiedzeniu tych słów pchnął mnie w bok. Całym ciałem uderzyłam w kąt celi.
- Nie słuchaj go! – wrzasnął Justin, a ja dostrzegłam, że jego oczy zrobiły się szkliste. Wyrwał się ochroniarzom i teraz on pierwszy zaatakował Howarda. Przyszpilił go do ściany i uderzał pięściami to w jeden to w drugi policzek. Był wściekły. Jeszcze nigdy nie widziałam go w takiej furii. Jeden z mężczyzn wyciągnął broń.
- Justin! Uważaj! – wrzasnęłam na całe gardło. Obrócił się i błyskawicznie wytrącił mu pistolet z ręki. Broń upadła na ziemię i oddała strzał w ścianę obok. Podskoczyłam w miejscu i zaczęłam się trząść. Mike skorzystał z okazji i teraz zaczął dusić Justina swoim masywnym ramieniem.
- Proszę, przestań. – krzyczałam, dławiąc się łzami. – Błagam, zostaw go! Proszę! – Nie mogłam na to patrzeć. Moje serce wyrywało się z piersi na ten widok – Proszę, nie rób mu krzywdy. – jęknęłam z bólem.
- Dlaczego miałbym cię posłuchać, po tym wszystkim? – spytał poważnie. -Wiem, że najbardziej zranię ciebie, robiąc krzywdę jemu. 
Człowiek stojący przede mną w obłędzie nie był Mike’iem Howardem. Wyglądał tak jak on ale nim nie był. Zobaczyłam potwora na własne oczy. Największego mordercę Nowego Yorku. Diabła bez skrupułów i bez duszy.
- Nie możesz mnie winić za to, co czuję! To nie moja wina! To ty się zmieniłeś. Nigdy nie powiedziałeś, że właśnie tak to będzie wyglądać. Obiecywałeś, że z tym skończysz! Teraz stoisz przede mną i jak gdyby nigdy nic, chcesz odebrać mi to, co kocham. To co czyni mnie szczęśliwą… Jak wielkim potworem trzeba być?
- Przyjrzyj się sobie.
- Wszystkie złe rzeczy były twoim wymysłem. Zabijałam ludzi, bo ty tego chciałeś! – podjęłam ostatnią próbę, przemówienia do niego. Nic w jego wyrazie twarzy się nie zmieniło. Ta sama żądza zabijania igrała w jego oczach. Wstałam powoli i ostrożnie. Cztery pistolety były wycelowane prosto we mnie. – Obiecuję, że wrócę do ciebie. Wszystko będzie tak jak dawniej, tylko tego nie rób. – powiedziałam łagodnym tonem. Moje ręce się trzęsły.
- Rachelle! Nie rób tego! – zaprotestował Justin. Posłałam mu przepraszające spojrzenie. Złamałam obietnicę. Zrobię wszystko, żeby on żył. Robię to dla ciebie, skarbie. Musisz żyć, inaczej całe moje życie okaże się bez sensu. Zabiłam tylu ludzi, ale ty przeżyjesz. Teraz moja kolej by cię uratować.
- Zachciało wam się bawić w pieprzonego Romea i Julię? Myślisz, że uwierzę ci po tym wszystkim? – warknął Mike.
- Nie kłamię. Wrócę i zrobię co tylko chcesz. Jedynym moim warunkiem jest to, żebyś pozwolił mu żyć.
- Jak mogę ci ufać, że teraz mówisz prawdę?
- Na tej samej zasadzie, jak ja ufam tobie, że go nie zabijesz. Jeśli skłamię zabijesz i mnie, i jego. – zagryzłam dolną wargę w oczekiwaniu na odpowiedź. Mike w końcu odsunął się i puścił Justina. W przeciągu sekundy chwycił do ręki pistolet, który nosił z tyłu, zaczepiając o czarny, skórzany pasek od spodni.
- Proszę, nie zabijaj go! – krzyczałam na całe gardło, widząc, że celuje w jego głowę.
- Nie zrobię tego, bo to ty to zrobisz. Mogę o wszystkim zapomnieć, jeśli w tej chwili go zabijesz. – podał mi pistolet, który przed chwilą wyciągnął. Justin spojrzał na mnie. Jego wyraz twarzy łamał mi serce. - Co tak stoisz! Zabij go! – rozkazał mi Mike. 


Nie czerpałam przyjemności z zabijania innych ludzi. 
W to wszystko wciągnął mnie on. Kochałam adrenalinę, ale nie w taki sposób. 
Chłopak trząsł się patrząc na mnie błagalnie, klęczał na betonie.
Wokół rozrzucone zostały ostre odłamki szkła i zwłoki niewinnych ludzi.
 Zamknął oczy czekając na dźwięk odbezpieczania broni,
strzał, a potem ciemność. 
Wtedy uświadomiłam sobie ile krwi niewinnych ludzi noszę na rękach.



Mike wbił nóż w brzuch Justina, a następnie znienacka jedną rękę wykręcił mi na plecach a do drugiej podał broń.
- Teraz, strzelaj! – wrzasnął głosem pełnym grozy. Czułam się jakby czas się zatrzymał. Nie mogłam opanować drżącej ręki, a mój wskazujący palec znalazł się na spuście. Krew buzowała w moich żyłach, a w uszach szumiało. Serce biło sto razy na minutę. Wszystko stało się rozmazane. Miałam wrażenie, że ta broń może wystrzelić w każdej chwili bez mojej pomocy.
- Nie, nie zrobię tego. Nigdy nie potrafiłam tego zrobić. – szepnęłam bezgłośnie, patrząc w mętne brązowe oczy Justina. Przez jego twarz przemknął cień wątpliwości. Czy on naprawdę myślał, że go zabiję? Gdy opuściłam rękę w dół mimo protestu Mike’a, Justin odetchnął.
- Dobrze, w takim razie trzeba zobaczyć, czy jeszcze do czegoś się nadajesz.- mruknął triumfalnym tonem. Był usatysfakcjonowany i szczęśliwy. Dostaliśmy swoją nauczkę.– Przykuć go. Ona idzie ze mną.- te słowa skierował do swoich ochroniarzy. Natychmiast zabrali się do wykonywania jego rozkazów. Mike szarpnął mnie za rękę i wyprowadził z piwnicy. Nim zniknęłam Justinowi z oczu, poruszając bezgłośnie ustami oznajmiłam, że go kocham. Mrugnął oczami, że rozumie i spuścił głowę w dół wycieńczony.
Mike zabrał mnie do swojej sypialni. Nic się w niej nie zmieniło, od kiedy byłam tutaj po raz ostatni. Zabrał z barku jakąś czarną, szklaną butelkę bez etykiety. Jej zawartość rozlał do szklanki. Płyn był czarny jak smoła i miał charakterystyczny zapach, który w ogóle nie zachęcał do wypicia. Następnie z szuflady zamykanej na kluczyk wyjął plastikową torebkę z białym proszkiem. Wsypał go do szklanki i zamieszał, po czym metalową łyżkę od razu wyrzucił do kosza. Podał mi go do mojej drżącej ręki.
- Wypij.- powiedział stanowczym tonem. Spojrzałam na niego nieufnie.
- Nie chcę mi się pić. – oznajmiłam nieśmiało. Wolałabym, żeby mnie teraz zgwałcił niż kazał pić to ohydztwo. Skąd mam wiedzieć, co to naprawdę jest? Jeśli się potem nie obudzę? Albo co gorsza… obudzę, ale on już zdąży zabić Justina?
- Jeśli chcesz, żebym go wypuścił musisz to wypić. Gwarantuje ci, że dzisiaj nie umrzesz. – tym ostatnim zdaniem naprawdę bardzo mnie uspokoił. Jak ja mogłam uwierzyć w to, że on się zmieni? To tragicznie śmieszne. Teraz zaczynałam wątpić w to czy kiedykolwiek był dobry. Wydawało się to po prostu niemożliwe. Wzięłam łyk i zaczęłam powstrzymywać się, żeby nie zwymiotować. – Wypij całość. Nie mam czasu cię pilnować. – moje wściekłe spojrzenie go nie przeraziło. wiedział, że odniósł zwycięstwo. Znał mnie na tyle dobrze, że spodziewał się takiego zachowania z mojej strony. Wypiłam więc wszystko jednym haustem. Czułam się tak jakby zaraz ogień miał wypalić mi gardło. Drapało niemiłosiernie. Oczy zaczęły mnie szczypać. W lustrze, wiszącym na ścianie nad barem widziałam, że poczerwieniały, a źrenice się rozszerzyły. Zaczęłam kaszleć i dusić się od środka. Chwilę potem wszystkie objawy się uspokoiły.
- Czy to wszystko?- spytałam bezdźwięcznym głosem, takim jakim mówią ludzie po uszkodzeniu strun głosowych.
- Tak, teraz zobaczymy jak podziała. – mruknął zadowolony.


 
*******



Stając przed celą byłam w szoku. Justin wyglądał jeszcze gorzej niż przedtem jak go tutaj zostawiłam. Trzymał się dzielnie, ale całe jego ciało było brudne od krwi, a liczne uderzenia, które przyjął zaczęły powoli przypominać wielkie, fioletowe sińce.
- Chcę się z nim pożegnać. Bez świadków.- odparłam. Thomas kiwnął głową i zostawił nas samych. Podeszłam do niego i zaczęłam rękawem bluzki wycierać jego spoconą, brudną twarz. Palcami ułożyłam mu blond włosy i niesforną grzywkę, która podczas bójki stanęła mu dębem na głowie. Starałam się delikatnie opuszkami palców ująć jego policzki, bo nie chciałam sprawiać mu bólu. Wycałowałam każdy skrawek jego twarzy. Nie mogłam powstrzymać łez. Uklęknęłam przed nim, czując się tak jakby każda rana na jego ciele była moim dziełem.
- Zrobiłaś głupstwo. – szepnął smutnym głosem, głaszcząc mój lewy policzek.
- Nie, ratuję ci życie. Straciłam już wszystkich, których kocham. – łkałam przytulona do jego ciepłego brzucha. – Nie pozwolę, żebyś ty był następny.
- Żałujesz, że to zrobiliśmy? - uniósł mój podbródek trzema palcami, żebym na niego spojrzała.
- Nie, ale jest mi tak przykro, że przeze mnie cierpisz. – otarł łzę, która wydostała się z moich oczu.
- To nie jest twoja wina.
- Jedyne czego żałuję to… - urwałam rozmyślając się.
- Dokończ.
- Nie, to głupie. – wbił we mnie jedno ze swoich zniewalających spojrzeń, przy których mięknie mi serce. Pod jego wpływem zaczynam spełniać każde jego życzenie, wbrew własnej woli. - Żałuję, że kiedy kochaliśmy się w Paryżu, nie wiedziałam, że to już ostatni raz. – Justin uśmiechnął się.
- Wciąż wierzę, że to jeszcze nie jest koniec.
- Nie, Justin. Ja nie chcę już z nim walczyć. – wstałam na nogi.- Chcę, żebyś ułożył sobie życie i zapomniał o mnie. Zawsze będę cie kochać, ale masz skorzystać z tego. Proszę. Na wszelki wypadek jeśli Mike nie wywiąże się ze swojej części obietnicy masz się ukryć, dopóki nie będziesz miał pewności, że jesteś bezpieczny. Proszę cię.- Justin poruszył palcami lewej ręki, żebym podała mu swoją dłoń. Korzystając z tego, że pochyliłam się ku niemu pocałował mnie łapczywie w usta. Jego miękkie wargi całowały moje. Pocałunek smakował metaliczną krwią, ale dla mnie był jak narkotyk. Wsunęłam język między jego ciepłe usta i zamknęłam oczy. Skupiałam się tylko na tym jak mi w tej chwili z nim dobrze, jak niesamowicie jest go całować i przyjmować jego pocałunki. Powolne, ale w tempie, drapieżne i delikatne.
- Tak powinien wyglądać nasz pierwszy pocałunek. - oznajmił, kiedy oderwaliśmy się od siebie.




Przegryzłam wargę, siadając na łóżku. 
W świetle pokoju hotelowego jego brązowe oczy 
były bardziej wyraziste niż w ciemnym, zadymionym klubie. 
Zdjął czarną, skórzaną kurtkę i został w białej, obcisłej koszulce, 
która podkreślała jego mięśnie brzucha. Bez słowa przybliżył się do mnie. 
Chwyciłam go za koszulkę i pociągnęłam go za nią by razem opaść na łóżko.
 Jasne światło latarni za oknem rzucało cień na jego twarz. 
Spojrzałam na jego lekko wilgotne usta, które mimowolnie oblizywał co jakiś czas.
 Miałam nadzieję, że nie robi tego by mnie sprowokować.
 Jego ciepły oddech pomieszany z alkoholem
 i gumą miętową owionął moje zarumienione policzki. 
Chwila? Czy ja byłam zawstydzona? Nie, to niemożliwe.
 Wpijając się w jego usta namiętnie, czułam jakby przepływał przez nas żar. 
Jego pocałunki były tak przyjemne, że chciałam więcej  i jeszcze więcej, a on wciąż sprawiał, że miałam pewnego rodzaju niedosyt. 
Kiedy przerywał pocałunek, a po sekundzie
 znów zetknął swoje wargi z moimi myślałam, że dostanę szału. 
Objęłam jego szyję rękami, a palcami zmierzwiłam 
jego gęste włosy i zmniejszyłam odległość między jego ustami, 
a moimi do minimum. Zrozumiał moje intencje, 
żeby przestał się bawić w subtelne, krótkie pocałunki.
 Tym razem każdy z nich był głębszy, dłuższy i bardziej namiętny. 



- Możemy zagrać w najbardziej lubię? – spytał mnie. - Ty zaczniesz.
- Najbardziej lubię… kiedy wypowiadasz moje imię i mnie całujesz. Kiedy mówisz, że jestem wyjątkowa i wyznajesz, że mnie kochasz. Lubię to uczucie, kiedy mam wrażenie, że czynisz mnie lepszą osobą. Teraz ty.
- Najbardziej lubię… kiedy się uśmiechasz, jesteś wtedy taka piękna. Uwielbiam patrzeć jak walczysz o swoje i nigdy się nie poddajesz. Lubię twój błogi wyraz twarzy kiedy leżymy razem w łóżku, jak ślinisz poduszkę w czasie snu i o tym nie wiesz. To jak bardzo kochasz ludzi i walczysz o to, co dobre. Nigdy nie byłaś zła, chociaż za wszelką cenę próbujesz wywrzeć na innych takie wrażenie. Proszę, niezależnie od tego, co będzie się działo, nie utrać tego. Nie przestań być tą dziewczyną, która była na tyle silna by z zimnego drania bez serca zrobić to, kim jestem teraz. – popłakałam się. Pierwszy raz popłakałam się przy nim. Nie miałam żadnej wątpliwości, że dobrze robię ratując go. Nie zawahałabym się ani razu przed podjęciem drugiej, takiej samej decyzji.
Kiedy miałam ostrzec go, że sobie poradzę i po raz ostatni powiedzieć mu, jak bardzo go kocham. Do celi wszedł Thomas.
- Bieber, wychodzisz. – oznajmił krótko, otwierając celę.
- Wrócę po ciebie. – szepnął tak, bym tylko ja słyszała i ucałował mnie w czoło. Wyszedł. Thomas zamknął za nim drzwi i razem udali się w stronę wyjścia. To nieprawda, że kiedy kogoś kochasz nie pozwolisz mu odejść. Możesz trzymać go zamkniętego w klatce, ale nie dasz mu szczęścia. Są takie sytuacje, w których właśnie tą jedyną dobrą rzeczą jaką możesz zrobić dla drugiej osoby jest dać jej odejść. Chociaż nie chciałbyś tego robić, a sama myśl o tym strasznie boli jest dowodem prawdziwej miłości. Prawdziwej, bezgranicznej i najsilniejszej miłości jaką możesz komuś podarować by sam odnalazł własne szczęście. Poświecenie własnych pragnień w walce o osobę, którą kochamy.
Sekundę później zgasiły się wszystkie światła, a ja siedziałam w mrocznej piwnicy. Parę metrów nade mną ludzie bardzo dobrze się bawili. Jedli w restauracji, spali, przyjeżdżali tutaj i odpoczywali. Nie mieli pojęcia, że tu jestem. Nie mieli pojęcia, że ktokolwiek tu jest, zamknięty w celi. Nie byli świadomi, że są w hotelu, którego dyrektorem jest wcielenie piekielnego diabła, który codziennie morduje ludzi. Zdałam sobie sprawę, że mój czas się kończy. Teraz moja kolej. 





__________________________________________________

Nie, to jeszcze nie jest koniec. ;3
Nie będzie dzisiaj mojego długiego monologu.
Dziękuję Wam za komentarze pod ostatnim postem.
Wiem, że jedni zapomnieli, innym się nie chce, ale dziękuję tym
którzy pozostawili coś po sobie. Naprawdę, każde miłe słowo pomaga. 
Cieszę się, że czytacie.. Do następnej kochani! 
Napiszcie proszę  czy udało mi się Was przestraszyć, bo umieram z ciekawości. xD 





Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam, 
tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, 
lub po prostu wiesz, że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje, 
napisz komentarz.

ROZDZIAŁY | LISTA INFORMOWANYCH| ZWIASTUN | KONTAKT

piątek, 23 października 2015

Rozdział 41




Ludzie radzą sobie ze strachem na różne sposoby. Jedni starają się z nim walczyć, a inni ignorować. Problem w tym, że ignorowanie lub zaprzeczanie nie spowoduje, że strach minie. Uważanie, że strach jest czymś, czego nie powinniśmy czuć jest błędem, ponieważ każdy kiedyś musi się z nim zmierzyć. To normalne uczucie, takie jak miłość, gniew czy nienawiść. Nieważne w jakiej formie się pojawia i z jakiego powodu. W momencie, w którym paraliżuje cię strach nie przejmujesz się dlaczego, ponieważ skupiasz się na samym jego odczuwaniu. Powód jest mniej istotny, bo zawsze może się zmienić.  \Moim sposobem na radzenie sobie ze strachem było jego ignorowanie, ale to nie oznacza, że przestałam go odczuwać.
- Po prostu musimy to na spokojnie przemyśleć. – odparł Justin, który zapewne uważał, że wcale nie zorientowałam się jak bardzo jest zdenerwowany chodząc po pokoju w tę i z powrotem. W przeciwieństwie do niego po mnie nie było tego widać. Zajęłam miejsce w wygodnym wiklinowym fotelu, w którym chwilę temu, nim zajrzałam do torby z moimi ubraniami, byłam szczęśliwa i opanowana. Wpatrywałam się w pustą ścianę i było mi z tym dobrze. Nie musiałam tego roztrząsać. Wiedziałam, że tak będzie. To dla niego uwierzyłam, że uda nam się uciec, ale sama w głębi wątpiłam w to. Od początku byłam świadoma tego, do czego doprowadzimy. Mike nigdy nie przegrywa. Zawsze dostaje to, czego chce. A tym, czego teraz chce jest najwyraźniej moja śmierć. - Walizki były cały czas w bagażniku. – analizował dalej, a ja pochłonięta ścianą przede mną mogłam się założyć, że rozzłoszczony chwyta się za głowę. Czułam całym swoim ciałem, że patrzy na mnie, oczekując jakiejkolwiek reakcji. Milczałam od jakiś piętnastu minut. Już nie mógł tego zwyczajnie wytrzymać. – Powiedz, coś proszę. – nie posłuchałam go. Podszedł bliżej i ukucnął przy mnie, przytrzymując się rękoma o oparcia krzesła. – Chociaż ten jeden raz chciałbym wiedzieć, o czym myślisz. – nie znalazłam żadnego słowa, które w tej chwili miałoby dla mnie jakikolwiek sens. Po prostu dotarło do mnie, że byłam bardzo naiwna. Głupia. Zawiodłam samą siebie… Zawsze musisz liczyć na to, że ktoś cię zawiedzie – to często się zdarza, ale zawieść samego siebie i nie móc zrzucić winy na kogoś innego, bywa czasem nie do zniesienia. Wszystko teraz było dla mnie właśnie takie. Nawet on, którego w nocy tak beztrosko zapewniałam, że jest całym moim światem - teraz kucający przy mnie i próbujący nawiązać ze mną jakikolwiek kontakt. Mój świat właśnie rozpadał się na małe kawałeczki, a ja mogłam tylko czekać i patrzeć na to z łamiącym się sercem i bezradnością wypisaną na twarzy. – Co masz na myśli? – zwrócił się do mnie stanowczym tonem, bo wydawało mu się, że ten łagodny nie jest w stanie nic zdziałać. Chwycił moje dłonie i potrząsnął nimi.
- Sądzę, że powinieneś ratować swoje życie i wyjechać. – to w sumie jedyna myśl, jaką chciałam mu przekazać. Masochistycznie wolałam zająć się przewidywaniem najgorszych scenariuszów na najbliższe godziny. Kto wie, może nawet minuty? Niż razem z nim zacząć wyzywać cały wszechświat za to, że jest przeciwko mnie.
- Chcesz tego? - Nie. Nie chcę byś odchodził. Nie wytrzymam tego po raz drugi, ale nie wybaczę sobie, jeśli Mike cię zabije.
- Tak.- odparłam spokojnie, nie mogąc na niego spojrzeć, kiedy go okłamuję.
- To dziwne, bo twoje oczy mówią co innego. – wskazującym palcem odgarnął kosmyk włosów, który wydostał się z mojego luźnego koka za ucho. Przegryzłam dolną wargę ze zdenerwowania.
- Znowu to robisz. – wreszcie spojrzałam w jego brązowe oczy, mając wrażenie, że robię to po raz ostatni. Pragnęłam zapamiętać każdy błysk, który się w nich tlił. Każdy mały szczególik jego oczu, którymi patrzył na mnie z tak wielką czułością i troską. – Zachowujesz się jakbyś wiedział o mnie wszystko. – nigdy nie przypuszczałam, że patrzenie na ukochaną osobę, może powodować tak obezwładniający ból.
- Znam cię i wiem do czego teraz dążysz… – złapał mój nadgarstek, kiedy uniosłam rękę, żeby wyswobodzić się z jego uścisku.-  Że robisz to tylko po to, żebyśmy się pokłócili i żebym zrobił to, co chcesz. – po tych słowach puścił mnie, wstał i zaczął rozglądać się po pokoju, obracając się do mnie tyłem. Nastąpiła długa chwila ciszy. Gdybyśmy wciąż tkwili w hotelu w Nowym Yorku, pewnie zostawiłabym go samego i poszła do swojego pokoju, ale teraz nie miałam gdzie uciec. Nasz pokój w Paryżu był wspólny, wszystko zaczęło być wspólne od kiedy zdecydowaliśmy się na ,,nowe życie,’’ które wygląda na to, że jest jeszcze trudniejszym od starego. Wstałam z fotela i powolnym, niezdecydowanym krokiem podeszłam do Justina, który najwyraźniej próbował się uspokoić. Prawym ramieniem objęłam jego szyję od tyłu, dłonią przywierając do jego serca. Biło bardzo szybko. Przełknęłam ciężko ślinę. Drugą dłonią zjechałam aż do jego pępka, opuszkami palców masując jego brzuch. Czułam jego zapach. Nosem musnęłam kawałek jego odsłoniętej szyi z  tatuażem PATIENCE. Zamknęłam oczy i rozedrganą dłonią czułam jak jego serce się uspokaja. Znów zaczyna bić w swoim normalnym rytmie. - Nie będzie tak. Rozumiesz? Nie zostawię cię samej. – westchnął już opanowanym tonem głosu, ale pobrzmiewała w nim nutka surowej stanowczości.
- Nie chcę cię stracić. – szepnęłam przytulając się do niego mocniej. Kiedy o tym pomyślałam, zebrało mi się na łzy, ale nie pozwoliłam sobie na płacz.
- Nie stracisz.- odwrócił się do mnie przodem i zamknął w swoich objęciach, głaszcząc po głowie. – Mam dobry pomysł.- odsunął się ode mnie. Jedną dłoń, położył na moim lewym biodrze, a druga ujął tył mojej głowy, wplatając palce w moje włosy, zmuszając mnie, bym spojrzała mu w oczy. - Musimy tylko wymeldować się z tego hotelu i zniknąć w tłumie turystów. – ucałował mnie w czubek głowy.
- Skąd ty to bierzesz? – spytałam zachrypniętym głosem. - Tą całą pewność. – uściśliłam.- Dlaczego jesteś taki pewny, że po raz kolejny uda nam się uciec? – spytałam, wycierając oczy obiema dłońmi i odrywając się od ciepłego ciała chłopaka.- Nie będziesz moim bohaterem i nie poświęcisz się za mnie. Jeżeli twój pomysł zawiera choćby jedną z tych rzeczy odpada. Nie piszę się na to.- uniosłam do góry obie ręce.
- Nie poświęcam się. Nie jestem bohaterem. Ja cie po prostu kocham Rachelle. Chcę cię chronić, ponieważ cię kocham. Wiem, że życie jest popaprane, ale mimo wszystkiego wierzę w to, że miłość zawsze wygrywa. Jeśli to kłamstwo, nie obchodzi mnie to, ponieważ nie chciałbym żyć w świecie, w którym miłość nic nie znaczy. – złapał mnie za ramię i pocałował mnie. Nie poruszyłam się ani o minimetr. Nie oddałam pocałunku. Po raz pierwszy nie oddałam jego pocałunku pełnego miłości. Po wyrazie jego twarzy  widziałam, że bardzo go tym zraniłam. - Rachelle, poddałaś się. Przy pierwszej okazji poddajesz się i jak pies z podkulonym ogonem, chcesz wrócić do tego psychopaty. Uważasz, że to jest w porządku? - spytał, a ja nic nie odpowiedziałam, wiedząc, że będzie kontynuował dalej. - I tu się mylisz! Nie masz racji! To nie jest w porządku! Masz prawo zacząć nowe życie bez niego. Jesteś niezależna, nie potrzebujesz Mike'a Howarda. Nie żyjesz jego życiem, tylko swoim! Dlatego teraz zobaczysz to, co chciałem ci pokazać, a wieczorem wyjedziemy stąd i poszukamy kolejnego miejsca. I jeśli będzie trzeba, będziemy to robić tak długo, aż Howardowi znudzi się szukanie nas.
Wahałam się. Z jednej strony byłam realistką i nie wierzyłam w to, że ten pomysł się powiedzie tak mocno jak on. Zazwyczaj szczęście mnie opuszczało. Z drugiej strony wiedziałam, że wolałabym przystać na jego plan, by być z nim jak najdłużej to możliwe. Jego wizja bardziej mi się podobała. Miał w sobie tyle energii i optymizmu. Nie chciałam zabierać mu tej wiary. Kto normalny, decyduję się na coś, w co do końca nie wierzy? Musiałam go w tym wspierać. To był sprawdzian dla nas obojga. Nie możemy się kłócić. Jesteśmy zdani tylko na siebie. Musimy naprawdę zacząć ufać sobie nawzajem.  Wcześniej żyliśmy samotnie. Nauczyliśmy się egoistycznie troszczyć o siebie samych. Teraz musimy przyzwyczaić się, że nasze decyzje są wspólne, nasze przetrwanie zależy od nas. Chodzi o nas i nasze szczęście. I to my ponosimy wszelkie konsekwencje naszych czynów.




*******



Nie chciałam by moim ostatnim wspomnieniem z Paryża była kłótnia w pokoju hotelowym. Może ja faktycznie za bardzo panikuję? To przecież całkiem możliwe, żeby zdjęcie zawieruszyło się w moich ubraniach i trafiło z nimi do torby, prawda?  Co w takim razie z listem po drugiej stronie? Tego nie potrafiłam wyjaśnić, ale Mike mógł domyślać się co planujemy. Jesteśmy oddzieleni od niego jakieś kilka tysięcy kilometrów lądu i cały Ocean Atlantycki. Paryż to wielkie miasto, może nie jest tak tłoczne jak Nowy York, ale i tak trudno znaleźć w nim dwoje osób, które w dodatku nie legitymują się prawdziwą tożsamością. Dlaczego wszystko musi wciąż zależeć od Howarda? Jestem tutaj po raz pierwszy i nie wiadomo, czy kiedykolwiek tu wrócę. Nie stracę tych wszystkich wspomnień ze względu na niego. Justin bardzo starał się, żeby ten wyjazd był idealny. Miałam zrobić awanturę, że chcę wyjechać, mimo że naprawdę pragnęłam tu zostać? Nie ma mowy.
Tym razem zdążyliśmy na rejs statkiem po Sekwanie o zachodzie słońca.
Rozglądając się dookoła spostrzegłam w oddali paryską replikę statuy wolności. Przysięgam, odnosiłam takie wrażenie jakbym wciąż była w domu, tylko w jakieś części miasta, którą rzadko odwiedzałam. Dwie godziny później przechadzaliśmy się przez nowoczesną dzielnicę La Defense. Na nocnym niebie świeciły gwiazdy i księżyc. Było spokojniej niż za dnia. Niestety nie byliśmy zupełnie sami. Od zakochanych par, które mijaliśmy spacerując po promenadzie biło szczęście. Zmartwienia wydawały się ich nie dotyczyć. Przyjęło się, że osób zakochanych nigdy nie powinno się słuchać, bo tracą umiejętność trzeźwego, realistycznego myślenia. Może to prawda. Może miłość zakłada nam te różowe okulary na twarz i koloruje nasz świat, sprawiając, że każde miejsce, w którym jesteśmy staje się naszym rajem. Mimo wszystko wiem, że jest warta tego błogiego szczęścia, które przez moment nam towarzyszy. Chciałam więc czuć się tak jak oni, jak zwykła, zakochana dziewczyna. Starałam się od samego początku, ale nie potrafiłam. Cały czas zachowywałam czujność. Świadomość zagrożenia nie opuszczała mnie ani na minutę. Stało się to chyba moim bezwarunkowym odruchem. Rachelle Roberts zaczęła się czegoś naprawdę obawiać. Bałam się dlatego, że wreszcie miałam coś do stracenia. Nie mogłam oprzeć się głupiemu przeczuciu, że śmierć czeka na mnie kilka kroków dalej. Zakochany człowiek na pewno nie powinien myśleć o śmierci, przytulając ukochaną osobę podczas zachodu słońca, a raczej wyobrażać sobie dalsze życie z nią. Justin i ja różniliśmy się bardzo od tych normalnych par. Byliśmy wielkim dziwactwem. Tak, to chyba dobre słowo. Znienawidzona była dziewczyna tyrańskiego dilera i urokliwy seks trener skazani na śmierć. Cała nasza wielka miłość, którą zostaliśmy naznaczeni zrodziła się z nienawiści i wzajemnego pożądania. Tak, dziwactwo to dobre słowo.
W pewnym momencie stanęliśmy przy jednym z najwyższych wieżowców. Głównymi drzwiami wyszła kobieta ubrana w czarną, ołówkową spódnicę i żakiet tego samego koloru. Szła powolnym krokiem, a spod jej żakietu wystawała biała bluzka zapinana na guziki. Zmęczonym wzrokiem spojrzała na zegarek, który nosiła na swojej lewej ręce.
- Szybko, chodź! – Justin szepnął mi do ucha, ciągnąc mnie za rękę w stronę zamykających się drzwi budynku. Kobieta nawet nie obróciła głowy, kiedy podbiegaliśmy w jej kierunku. Jak zahipnotyzowana szła na przód, nie zwracając na nas uwagi. Weszliśmy do biurowca, w którym wszystko było bardzo nowoczesne, w kolorach czerni i szarości. Wypastowana podłoga błyszczała i odbijała każde nasze stąpnięcie po akustycznym pomieszczeniu. Wnętrze przypominało połączenie centrum handlowego z hotelem. Stojąc na środku holu i spoglądając w górę można było zobaczyć wszystkie kondygnacje budynku. Niemal zakręciło mi się w głowie, kiedy zorientowałam się jak wysoko nade mną znajduje się sufit. Spodziewałam się tutaj chociaż jednego ochroniarza, ale budynek wydawał się całkowicie pusty. Doszliśmy do windy.
- Co my tu robimy? A jak ktoś nas złapie? Justin, to szczeniackie. Nie powinniśmy tu być. - szepnęłam spięta.
- Zaufaj mi, wszystko będzie dobrze. - wcisnął guzik wzywający cztery windy. Jedna z nich natychmiast się otworzyła. Jej ściany były potężnymi lustrami. Przejrzałam się odbiciu w lustrze. Nie pasowaliśmy do siebie. Nie byłam idealną dziewczyną dla niego. Justin wyglądał jak anioł z potężną siłą, a ja byłam sobą, zmartwioną i zakłopotaną.- Po prostu potrzebujemy trochę adrenaliny.- On potrzebuje adrenaliny? Gdybym wcześniej nie znała go, pomyślałabym, że mam do czynienia z wariatem. Uciekamy przed mordercą, a on potrzebuje adrenaliny. -Straciłaś chęć walki, trzeba ci ją przywrócić. 
- Oboje wiemy, że to przegrana walka. On jest silniejszy od nas.- oparłam się o ścianę.
- Nie dowiemy się, jeśli nie spróbujemy. Co mam zrobić, byś wreszcie w to uwierzyła? – spytał spokojnym, przyciszonym głosem. Wzruszyłam tylko ramionami. Odgarnął kosmyk włosów z mojego czoła. Spojrzał na mnie badawczym wzrokiem. Oblizał spierzchnięte usta i szepnął mi do ucha.- Masz ochotę na numerek w windzie?- po moich policzkach rozlał się rumieniec. Zastanawiam się w takich chwilach czy on potrafi mi już czytać w myślach, przecież miał te swoje sztuczki uwodziciela… Wtedy zaczynam się modlić by tak nie było.
- Windy ostatnio nie kojarzą mi się zbyt dobrze. – pokręciłam głową z politowaniem, przegryzłam dolną wargę, na co on zareagował śmiechem.
- Chodzi ci o ten pierwszy raz, kiedy rozbierałem cię wzrokiem w windzie, do której weszła starsza kobieta z dzieckiem, czy może wtedy, kiedy wracaliśmy z klubu kipiący seksem i musieliśmy cholernie długo na nią czekać? A może przypomniałeś sobie tę chwilę, w której prawie bym cię miał, gdyby nie Mike, otwierający drzwi dwa piętra wyżej? – spytał filuternie się do mnie uśmiechając i dając mi słodkiego buziaka w policzek. Mówiąc to myślałam o tej Gorginie, która wydawała mi się podejrzana. Przyglądając się mu i jego rozbrajającemu uśmiechowi nie miałam serca się na niego gniewać. Naprawdę nie chciałam się z nim kłócić, chociaż ten temat mnie dręczył. Dręczyła mnie niewiedza.
Wjechaliśmy na ostatnie piętro.
- Zawsze chciałem to zrobić, kiedy byliśmy w Nowym Yorku. – wyznał zadowolony, że zaciągnął mnie ze sobą na górę na sam dach budynku. Chyba mu nie wspominałam, że mam lęk wysokości. Na górze było bardzo wietrznie i chłodno. Złożone dłonie na piersi przycisnęłam do ciała i stanęłam w bezruchu. Justin szedł do przodu. W pewnym momencie zatrzymał się, a ja otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. Miałam zacząć na niego krzyczeć, żeby się nie wygłupiał, tylko do mnie wrócił. – Chodź, podejdź bliżej. - wyciągnął do mnie rękę stojąc pół metra od krawędzi budynku. Ciszę przerywał tylko świst wiatru. Jeśli myślał, że to jest romantyczne, to się przeliczył. Teraz to chyba zrozumiałe, dlaczego dziwactwo tak bardzo mi do nas pasowało. - No chodź.- zaśmiał się.- Rachelle, co jest nie tak?
- Boję się. - wydukałam wreszcie, niezbyt zachwycona tym, że musiałam się do tego przyznać.
- Będę cię trzymał. Nie spadniesz. - jego ręka wciąż była wyciągnięta w moją stronę.
- Nie, zostanę tutaj. Wierz lub nie, ale doskonale wszystko widzę. - spuściłam wzrok na czubki swoich butów. Kiedy do mnie wrócił uspokoiłam się.-  Mam już wystarczająco podniesiony poziom adrenaliny.
- Czy kiedykolwiek pozwoliłem ci spaść? – spytał, obejmując mnie w tali. Próbowałam sobie przypomnieć taki moment. Nie, on nigdy nie pozwolił by coś mi się stało. To Nate wpakował mnie do wody w Champlain o mało mnie przy tym nie topiąc, ale on nigdy nie zrobił niczego by mnie skrzywdzić, a jeśli kiedykolwiek czułam się przez niego zraniona, to zrobił to tylko po to, by zapewnić mi bezpieczeństwo.
- W porządku, ale uważaj. - westchnęłam po chwili zastanowienia, chociaż jeszcze nie byłam gotowa na to, by ruszyć się z miejsca.
- Byłbym idiotą, gdybym pozwolił mojej dziewczynie spaść z trzydziestopiętrowego wieżowca, nie uważasz? - chwycił mnie za rękę, dodając mi odwagi.
- Twoja dziewczyna nie dałaby ci potem żyć. – zażartowałam. Naprawdę nie wiem dlaczego w tamtej chwili było to dla mnie zabawne. Może to kolejny objaw strachu. Nietypowy, ale czemu nie?
- Nie musiałaby tego robić, bo skoczyłbym za nią. - odparł z lekkością w głosie i wzruszył ramionami tak, jakby mówił o jakieś błahostce, wcale nie zapewniając mi tym zdaniem, że poświęciłby dla mnie swoje życie.
- Od kiedy ty jesteś taki uroczy? - uśmiechnęłam się szeroko, drocząc się z nim i ujmując zziębniętymi palcami jego rozpiętą, czarną, skórzaną kurtkę z zamkiem błyskawicznym.
- Od zawsze, nie pamiętasz? - pocałował mnie z czułością, wciąż kierując się w stronę krawędzi dachu wieżowca.
- Ale nad twoją skromnością musimy jeszcze popracować. - szepnęłam w jego usta, rozluźniona i nieświadoma, że sekundę temu zmanipulował mnie, odurzając namiętnym pocałunkiem.
- Chwyć mnie za ręce i nie puszczaj.- złączył nasze obie dłonie razem przez co zrobiło mi się cieplej. Czułam się jakbym była tą bohaterką z filmu, w którym statek rozbija się o górę lodową.  Uśmiechnęłam się szeroko i zamknęłam oczy, czując wiatr we włosach. Trwaliśmy tak w tym momencie i było naprawdę miło. Z każdą sekundą moje zaufanie, którym go darzyłam rosło.
- No, no, no. Kogo my tu mamy? – usłyszałam niski ton głosu. Otworzyłam nagle oczy i spojrzałam w dół. Wystarczyłby jeden niekontrolowany ruch, żebym spadła. Justin przycisnął mnie odruchowo do swojego ciała, za co byłam mu w tym momencie niezmiernie wdzięczna. Spojrzałam z przerażeniem w kierunku, z którego jak mi się wydawało dochodził głos. Zobaczyłam Thomasa i Ricka. Dwóch najlepszych ochroniarzy mojego byłego. Brakowało tylko jego, Mike'a Howarda. Rozejrzałam się po dachu, nie puszczając Justina ani na sekundę. Szukałam dobrze znanej mi blond czupryny i morderczego wyrazu twarzy. Nigdy nie przypuszczałam, że stojąc na krawędzi dachu dostanę palpitacji serca, nie dlatego, że mogę spaść na dół, ale dlatego, że mój psychiczny były chłopak mnie znalazł. Justin stanął przede mną wyciągając pistolet z tylnej kieszeni spodni.
- Nie zapomnieliście o czymś, gołąbeczki? Szef się o was dopomina. – wyszczerzył lśniące, białe zęby Rick.
- Jeszcze nie dotarło do niego, że już wypisaliśmy się z klubu psychicznych popaprańców?  - spytał zgryźliwie Justin, niekoniecznie zainteresowany odpowiedzią.
- Z tej roboty nie możecie zrezygnować żywi. Myśleliśmy, że o tym wiecie. –odparł chłodnym tonem Thomas, który stał po lewej stronie swojego kumpla.
- To zabawne, bo ja wciąż żyję. – wzruszył ramionami z błyskiem w oku Justin. Był cholernie odważny, ani razu głos mu się nie załamał.
- Już niedługo, szkoda że będziemy musieli zabić też ją. – kiwnął w moją stronę głową Rick. – Była taka obiecująca. – prychnął z udawanym żalem. - Cóż suka to suka, zawsze tak twierdziłem i zdania nie zmienię.- spojrzał mi prosto w oczy, kpiąc ze mnie. Odwzajemniłam jego spojrzenie. Gdyby nie jego masa wydrapałabym mu oczy, żeby nie mógł już patrzeć na nikogo w ten sposób. Co jak co, ale jego mądrości nie cieszyły się moim uznaniem. - To co, liczymy do trzech czy macie jeszcze jakieś specjalne życzenie? – nastąpiła cisza. Miałam jedno życzenie. Brzmiało ono mniej więcej tak: ,,Wynoś się stąd i zostaw nas w spokoju'', ale każdy idiota wie, że to zmarnowane życzenie. Nie mniej jednak dzięki niemu zyskujesz parę sekund życia więcej. – Okej, raz… dwa...- nagłe usłyszałam strzał. Zamknęłam oczy i skuliłam się za Justinem. To była ta chwila, o której myślałam cały poranek. To chore przeczucie mnie nie zawiodło. Nagle zdałam sobie sprawę, że to wszystko trwa jakoś nienaturalnie długo. Powinnam już być niezdolna do jakiejkolwiek myśli. Może to Justin pierwszy strzelił? Odważyłam się otworzyć oczy. To co zobaczyłam wprawiło mnie w osłupienie. Rick leżał na betonie. Obok niego stał Thomas z bronią w dłoniach wycelowaną w jego kierunku. Trafił w prawie udo. Postrzelony Rick był całkiem zszokowany. Justin stał przede mną nieruchomo z wyciągniętą bronią, całkowicie oniemiały.
- Przykro mi Rick, już od dawna chciałem się z tego wypisać. Mike to chory człowiek, stary. Robię to, co muszę, ale już nigdy więcej nie zabiję niewinnych ludzi. Mam dzieci Rick. Jaki mogę dawać im przykład? Jak mogę wracać do domu, całować moją dziewczynę i mówić, że wszystko jest w porządku? Te wszystkie twarze śnią mi się po nocach. Boję się o życie moich bliskich, bo mam wrażenie, że Howard będzie tym, który wkrótce krze mi ich zabić. Jeśli strzelisz do nich, ja zabiję ciebie, a nie chciałbym tego robić.
- Co ty pieprzysz Thomas?  Strzelaj do nich, załatwimy to i wracamy do domu! Przestań zachowywać się jak zasrany dzieciak! – syczał przez zaciśnięte zęby i splunął na podłogę dłońmi tamując krwawienie. Obok jego zranionej, krwawiącej nogi leżał pistolet. – Thomas patrzył na niego uważnie, ale nie wydawał się być przejęty słowami swojego partnera. Martwiłam się tylko o to, żeby Justin nie powiedział w tej chwili nic głupiego. Pragnęłam cicho i niezauważona przemknąć w stronę drzwi.
- Stałeś się jego wierną kopią. Wcześniej nigdy nie zabiłbyś niewinnej kobiety. Nie ma już dla ciebie ratunku. – Rick chwycił za broń i trzęsącą ręką celował nią w nas z furią w oczach. – Skoro teraz chce zabić nawet ją, nie jest już człowiekiem. Nie pozwolę by to samo stało się z tobą. - Nagle kolejny strzał.- Ostrzegałem cię. 
Zadrżałam i zamknęłam oczy na widok rozbryzgującej się krwi. Thomas po raz kolejny strzelił do Ricka. Następnie pochylił się nad leżącym i sprawdził puls. Poczułam ulgę, powinnam się cieszyć. Nigdy nie spodziewałabym się takiego obrotu sprawy.
- Nie powinienem był tego zrobić, po tym jak ostatnio mnie potraktowałaś. Zwrócił się wreszcie do mnie, wstając z klęczek. Tak, pamiętam. Justin wyjechał na misję, a ja jeszcze miałam nadzieję, że Howard się zmieni. Tamtej nocy wyzywałam Thomasa i Ricka, za to że zamknęli go w jego pokoju bez żadnego nadzoru i pozwolili mu się naćpać. Teraz żałuję, że mu wtedy pomogłam. Nie zasługiwał na ratunek. - Mike jest tyranem, a ja obiecałem sobie, że już nigdy nie przyłożę ręki do jego złych czynów. Wiesz, że wierzę w Boga? Nie chcę zginąć w piekle za jego grzechy. Jednak jeśli będę musiał to zrobić, zabiję was. – Justin uniósł broń, ale błyskawicznie zatrzymałam go napierając swoją dłonią na spluwę. - Więc nie zmuszajcie mnie, żebym na was wpadał, bo następnym razem to zrobię. Wynoście się stąd. – ostatnie zdanie warknął. Widać, że ta cała sytuacja go wykończyła. Dwa razy nie trzeba było nam powtarzać. Podbiegliśmy do wyjścia, ale Justin nagle szarpnął mnie w przód. Szybko zabrał broń pozostawioną przez martwego już Ricka, spojrzał porozumiewawczym wzrokiem na Thomasa, dziękując mu za uratowanie nas i poprowadził mnie w stronę drzwi. Jeden spokojny dzień, tylko tyle chciałam. Byłam roztrzęsiona tym wszystkim. Justin przytulał mnie do siebie całą drogę do hotelu. Zamiast do pokoju, poszliśmy na parking gdzie zostawiliśmy nasze wypożyczone auto.
- Co teraz? – spytałam wreszcie, spoglądając na niego szklistymi od płaczu oczami.
- Jedziemy stąd. – szepnął spoglądając na mnie i odpalając silnik.
- Więc to już koniec, pięknych widoków, romantycznych chwil, udawania normalnych ludzi? Wracamy do strachu, śmierci, bólu i okrucieństwa? – spytałam zrezygnowanym tonem. Opadłam bezwładnie na oparcie siedzenia. – Będzie mi tego brakowało. – mruknęłam smutno, kiedy wyjechaliśmy z podziemnego parkingu. Ta cała sytuacja nas wykończyła. - Skąd mógł wiedzieć, że jedziemy do Paryża? – spojrzałam na niego ożywiona, przerywając smętną ciszę.
- Może zgadywał? – wbił wzrok w czerwone światło na skrzyżowaniu prawdopodobnie mając nadzieję, że przez to, jakieś rozwiązanie samo przyjdzie mu do głowy.
- Mike nie bawi się w zgadywanki. Nie robi takich rzeczy, dopóki nie upewni się, że to prawda. Jest człowiekiem czynu. – w samochodzie było słychać tylko dwa nierówne oddechy. Nic więcej. – To oznacza, że Mike jest tutaj razem z nami. – wydedukowałam słabym tonem. Wyjęłam z torby mój sztylet, ostry przedmiot, którego zimno nie wiadomo dlaczego było w stanie mnie teraz uspokoić. Mój ukochany podążył za mną wzrokiem.
- Co ty robisz? – spytał zaskoczony.
- Muszę mieć coś, czym mogę się obronić. Nie chcę pokazać mu, że się go boję. Nie może mieć nade mną jakiejkolwiek władzy.
- Masz rację. Chyba zostaniemy jeszcze w Paryżu. – uśmiechnął się do mnie, ruszając samochodem jak tylko zaświeciło się zielone światło. Teraz byłam przerażona jego zachowaniem. Czemu z niektórych rzeczy tak trudno nam zrezygnować?
  



******



Dwa tygodnie, dokładnie tyle minęło od podjęcia naszej szalonej decyzji o pozostaniu w Paryżu. Paradoksalnie w tej chwili stał się dla nas najbezpieczniejszym miejscem na ziemi. Thomas prawdopodobnie przekazał Mike’owi wiadomość, że uciekliśmy stąd. Ludzie Mike’a szukają nas wszędzie, tylko nie tutaj. Na wszelki wypadek codziennie spaliśmy w innym hotelu, ale cały czas w obrębie miasta. Montmartre  to dzielnica kultury i sztuki okupywana przez artystów. Na szczycie wzgórza przynależącego do tej części miasta znajduje się bazylika Sacrè Coeur. Zapowiadał się pogodny, spokojny dzień. Poszukaliśmy jakieś uroczej małej kawiarni. Zamówiłam nam ciepłe croissanty i herbatę.
- C’est tout Madame? * - spytał przystojny czarnowłosy francuz z wąsem i zielonymi oczami, wręczając mi papierową torebkę z wypiekami.
- Qui, merci beaucoup.**- uśmiechnęłam się olśniewająco popisując się moimi nowo nabytymi umiejętnościami posługiwania się językiem francuskim, mimo że bez problemu mogłam się porozumieć ze wszystkimi językiem angielskim. Justin zabrał swoją herbatę i obejmując mnie ostentacyjnie w pasie i podprowadził do stolika przy oknie. Usiedliśmy na wysokich krzesłach, biała para unosiła się z naszych kubków.
- Dlaczego wciąż podrywasz przy mnie innych facetów?
- Nie robię tego. – zaprzeczyłam, wsypując cukier do herbaty i mieszając ją łyżeczką.
- Robisz. – zmarszczył brwi jak zawsze, kiedy mu się sprzeciwiam.
- To była zwykła życzliwość.- protestowałam niezrażona jego wnikliwym wzrokiem.
- Nie, ten uśmiech nie jest życzliwością. W ten sposób zawsze uśmiechasz się do mnie. – Czy mi się tylko zdawało, czy on naprawdę był urażony? Myślałam, że tylko żartuje.
- Naprawdę? Nie wiedziałam, że do ciebie uśmiecham się inaczej niż do innych ludzi. Nie miałam pojęcia, że jesteś na tyle ważny, żeby któryś z moich uśmiechów był specjalnie zarezerwowany dla mnie.
- Wiesz, że jestem cholernie o ciebie zazdrosny.
- Świetnie, kolejny psychopata do mojej kolekcji…
- Stanowczo za dobrze cię uczę. Możemy już skończyć z manipulowaniem ludźmi.
- W porządku. Mogę tego nie robić, jeśli ty się tego zaczniesz wystrzegać. – uniosłam jedną brew do góry w powątpiewaniu. On godziny nie wytrzyma bez pokazywania wszystkim wokół jak bardzo jest pewny siebie. Osiem na dziesięć dziewczyn przechodzących obok niego zawsze obraca się w jego kierunku. Pod tym względem powinien być brzydszy. Musiałabym mu założyć karton na głowę i wyciąć mu tylko dziury na oczy, żeby mógł wiedzieć, gdzie idzie.
- To co innego. Ja żyję z tym od wielu lat. To już zaczęło być moim usposobieniem, nawykiem. – zaczął jeść croissanta i patrzeć na mnie tym swoim urzekającym spojrzeniem.
- Złym nawykiem, który trzeba zmienić. – miałam podsunąć mu mój pomysł z kartonem, kiedy koło mnie stanął jakiś mężczyzna po czterdziestce.
- Jesteś taka piękna. Czy mógłbym cię namalować? – spytał po angielsku. W ręku trzymał brulion papieru zawinięty w rurkę. Na jego ramieniu zawieszona była torba. Z przednich kieszeni wystawały mu pędzle.
- Nie, nie mógłbyś. – wtrącił ostro Justin. Spojrzałam na niego zaskoczona. Artysta spłoszył się i pospiesznie wyszedł z kawiarni.
- Czemu go wygoniłeś? – spytałam z żalem. Chciałam swój portret, a on mnie go pozbawił.
- Bo nie chcę by cię rysował jakiś obcy gość. Jedynie ja mogę cię namalować. – teraz to wymyślił…
- Ale ty nie potrafisz malować, Justin. Nie chcesz mojego portretu?
- Wole ciebie żywą. Z portretem nie można zrobić wielu rzeczy. – parsknęłam śmiechem i wróciłam do jedzenia ciepłego croissanta.
Nieoczekiwanie drzwi z hukiem trzasnęły o ścianę, rozbijając ich szklaną część.
Podskoczyłam z przerażenia.
- Pod stół!- usłyszałam krzyk Justina i szybko zanurkowałam pod blat. Ludzie zaczęli krzyczeć. Pociski trafiały w ściany, kieliszki, krzesła i stoły. Przytuliłam się bardzo mocno do Justina.
- Wszyscy na ziemię! Wzrok w podłogę! Ktokolwiek podniesie głowę dostanie prosto między oczy. – zagrzmiał władczy głos. Wbiłam palce w szyję Justina. Słyszałam jak czyjeś kroki miażdżą kawałki potłuczonego szkła i stają się coraz głośniejsze. Wkrótce mężczyzna stanął tuż przed nami. Podniosłam powoli głowę, oddychając głęboko.
- Jestem pewny, że bardzo tęskniliście. – czułam się tak, jakbym śmierć spojrzała mi w oczy.– Zapakować ich do ciężarówki i rozstrzelać pozostałych. - To był Mike, który przyszedł po swoją zemstę. Spodziewaliśmy się tego. Dręczyły mnie wyrzuty sumienia, bo piętnaście osób, które pechowo wybrały tą samą kawiarnię co my, z naszego powodu zostaną pozbawieni życia. Czułam się tak, jakbym to ja ich zabijała. To wszystko miało się skończyć. Mieliśmy żyć długo i szczęśliwie. Dlaczego nie wyczułam momentu, w którym powinnam się poddać? Spojrzałam prosto w oczy chłopaka, którego kiedyś kochałam. Był potworem, a jego oczy były przepełnione nienawiścią i wściekłością. Nic więcej. Żadnego żalu, skrzywdzenia czy smutku. To był Howard, który zabija, który przetrzymuje biedne kobiety w piwnicy, który nie ma ludzkich uczuć, który uwielbia zadawać cierpienie. Justin miał odwagę wytrzymać jego spojrzenie. Ja nie potrafiłam. Osoba, która była miłością mojego życia celowała do mnie z odbezpieczonej broni.
Kiedy czegoś się boisz, czujesz się tak, jakbyś w zawrotnym tempie zjeżdżał windą w dół bez możliwości zatrzymania się. Strach zabiera ci oddech i uświadamia niebezpieczeństwo. Strach nie jest ani czymś dobrym ani złym.
I w końcu, to właśnie strach, jest tym instynktem, który pozwala nam przetrwać.

_________________________________________________
*Czy to wszystko, proszę Pani?
**Tak, dziękuję bardzo.





_______________________________________

Jest mi bardzo przykro.
Wiecie, że zaczął się rok szkolny.
Dla mnie jest on szczególnie ważny.
Klasa maturalna.
Każdy człowiek (normalnie myślący) 
przerwałby na moim miejscu
pisanie do czasu, aż skończą się matury.
Jednak ja nie wytrzymałabym bez pisania
i wiem, że skrzywdziłabym tym Was,
a i tak jestem cholernie Wam wdzięczna,
 że czekacie tak długo na kolejny rozdział.



Moim priorytetem na najbliższe pół roku będzie matura.
Nie wiem, co ile dodam rozdział.
Obiecuję Wam jedno, że nie zostawię tego opowiadania
Raz w miesiącu na pewno spodziewajcie się rozdziału.
Proszę, uszanujcie to i jeżeli kochacie tą historię tak jak ja
wiem, że przetrwacie to.
Ja przynajmniej mam nadzieje, że to przeżyję do maja.
W tym roku niezależnie od wszystkiego potrzebuje Waszego wsparcia.
Wiecie, że komentarze bardzo motywują.
Pomysły same wchodzą wtedy do głowy.
Napisanie rozdziału nie zajmuje mi dwie, trzy godziny.





Chciałabym, żebyście dali znać, że czytacie i czekacie.
Bo taki jeden komentarz, potrafi sprawić,
że siedzę pół nocy i piszę ten rozdział.
Bardzo Was cenię i nie wiem, co jest nie tak.
Czy po prostu macie już dosyć? 
Chcecie, żebym to jak najszybciej skończyła?
Znudziło Wam się? Może brakuje Wam czegoś?
Czegoś się spodziewacie?
Trzymajcie się i mam nadzieję,
że zobaczę tą śliczną dwudziestkę pod tym rozdziałem.






Wiem, że to ,,chwyt poniżej pasa'' ale...
 Is it too late now to say  #SORRY ?





Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam, 
tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, 
lub po prostu wiesz, że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje, 
napisz komentarz.

ROZDZIAŁY | LISTA INFORMOWANYCH| ZWIASTUN | KONTAKT


HASZTAG: #AddictedToDeathPL