niedziela, 29 stycznia 2017

Rozdział 48




To nie będzie łatwe...Przełknąć cały ten ból. Każdego dnia próbować zapomnieć, o tym wszystkim, żeby ruszyć dalej. Żałowałam, że czas nie może zatrzymać się na nasze życzenie. Dopasować się do nas, żebyśmy mogli na spokojnie ułożyć sobie w głowie wszystkie nasze sprawy. Pozbyć się negatywnych uczuć i nauczyć się żyć z tym, co nam zostało z myślą, że to co było nigdy do nas nie wróci. Ludzie przychodzą i odchodzą. Już dawno powinnam się do tego przyzwyczaić i to zaakceptować, ale nie mogłam. Nie chciałam tego znieść, mimo że wiedziałam, że tak po prostu jest, a ja nie jestem wyjątkiem. Śmierć Mike’a poróżniła nas z Monique. Nawet Scoot nie był w stanie przekonać jej do zmiany zdania. Z nikim nie była na tyle związana, żeby chcieć się poświęcić i tu zostać. To miejsce przypominało jej wszystko, co najgorsze. Wszystko, co sprawiało jej ból. Współczułam jej i zazdrościłam równocześnie. Mogła zacząć układać swoje życie na nowo. Zdecydowała się, że potrafi to zrobić sama i nie potrzebuje pomocy od nikogo, kiedy ja byłam wyczerpana i panicznie obawiałam się samotności. Wszyscy odwrócili się ode mnie. Pierwszą noc po śmierci Mike’a spędziłam w pokoju Justina. Wydawało się, że zagrożenie minęło, od kiedy on nie żyje. Jednak takie sprawy jak ta szybko wychodzą na światło dzienne. Leżałam na łóżku wiedząc, że go szukają, że muszę być czujna. W salonie zostawiliśmy włączony telewizor, aby słyszeć najnowsze wiadomości. 



Krew. Wszędzie pełno krwi. Kałuża krwi na podłodze. Poplamione ubranie. Krwawy koszmar, który nie był przeznaczony dla tak młodziutkich par oczu. Szok, który ścisnął jej gardło. Niesprawiedliwość okrucieństwa. Zbyt szybko przedstawiono jej ten świat. Nie pozwolono jej cieszyć się z bajkowego dzieciństwa. Nie dano jej wyboru, była zbyt młoda by podejmować przemyślane decyzje. Nikt nie był w stanie zwrócić jej spokoju. Trzęsące rączki łapczywie zaciskały się na pluszowym misiu. Ani śladu pocieszenia i nadziei… Pragnęła zniknąć, a to, że obróci się tyłem od tego widoku nie oznaczało, że o nim zapomni. W oczkach zastygły szkliste łzy, które na zawsze dodały im smutnego wyrazu. Zbyt wiele bólu mieściło się w malusieńkim serduszku.



- Co się dzieje kochanie? Strasznie kopiesz.- otworzyłam oczy czując na policzku jego dłoń. Palce delikatnie i czule muskały moją rozgrzaną twarz.- Kochanie?- mruknął z uśmiechem, całując mnie po twarzy. Czułam jak jego kąciki ust unoszą się do góry, kiedy stykają się z moją skórą. Zaczął delikatnie składać pocałunki na mojej szyi, nagim ramieniu i niżej.
- Bo wiesz, śniło mi się… nie uwierzysz my… - jąkałam się drżącym głosem, przegryzając wargę.
- To nie był sen.- odparł spokojnie, patrząc mi w oczy. Wtedy wszystko sobie przypomniałam. Mężczyzna z gęstymi siwymi włosami zdjął kapelusz i wychylił głowę zza drzwi. Nie spodziewaliśmy się, że ktokolwiek nas odwiedzi.
- Jestem przedstawicielem prawnym Pana Mike’a Howarda, czy mam przyjemność z Panią Rachelle Roberts? – omal nie zemdlałam, słysząc imię i nazwisko mężczyzny, którego kiedyś kochałam i zabiłam. Justin przytrzymał mnie, kiedy zachwiałam się na nogach.
- Tak, o co chodzi? – spytałam słabym głosem, czując suchość w gardle, dłoń przytrzymałam na szyi, bo poczułam w środku kujący ból spowodowany nerwami. 
- Mogę wejść? – spytał, zerkając na próg drzwi. Bez słowa otworzyłam szerzej drzwi i zaprosiłam go gestem ręki do salonu. Nic więcej nie mogłam i bałam się z siebie wydusić. Każde słowo mogło być wykorzystane przeciwko mnie. - Czy jest Pani pewna, że ten człowiek powinien być przy naszej rozmowie?- zapytał mnie, kiedy usiadłam z Justinem na kanapie. Chłopak musnął subtelnie i kojąco moje kolano.
- Ufam mu bezgranicznie. Chcę, żeby tutaj był. – odpowiedziałam, nadal czując się niekomfortowo przy nieznajomym.
- Przepraszam, że nie uprzedziłem o mojej wizycie, ale dostałem polecenie, żeby wszystko zrobić to jak najszybciej i osobiście. Jestem tutaj by dopilnować, aby spełniła się ostatnia wola Pana Howarda. Muszę zgodnie z aktem notarialnym zadbać o jego interesy. – usiadł w fotelu i wyjął czarną, skórzaną teczkę z dokumentami, poprawiając okulary na nosie.
- Co chce pan przez to powiedzieć? – spytałam marszcząc brwi, dotykając swojego lodowatego policzka. Wstałam z kanapy, chcąc nalać do szklanki wody mineralnej.
- Że Pan Mike wyznaczył Panią na swoje miejsce w testamencie.- otworzyłam usta, byłam zszokowana. Szkło upadło mi na podłogę, po chwili poczułam jak Justin podtrzymuje mnie w pasie.
- Kochanie wszystko w porządku? Cała zbladłaś….- potem nie słyszałam nic. Nastała ciemność, a ja straciłam przytomność. Ocknęłam się, gdy Justin całował mnie w rękę, trzymając w obud dłoniach. Tym razem ponownie leżałam na kanapie z mokrym ręcznikiem na czole, a Justin i urzędnik pochylali się ku mnie z zatroskanymi wyrazami twarzy.
- Dlaczego właśnie ja, a nie Monique czy Scoot? – spytałam siadając, Justin podał mi szklankę z wodą.
- Monique jest szefem ochrony, trudno byłoby ją zastąpić, a Pan Scoot nie jest odpowiednim kandydatem. Pan Mike życzył sobie, żeby to Pani zajęła się jego interesami, ponieważ tylko Pani ufa i wie, że Pani nie zniszczy jego pracy.
- A nie może się Pan tym wszystkim zająć? – mruknęłam z niechęcią, coraz bardziej pogubiona. Nie mogłam uwierzyć, w to co usłyszałam. Ja miałam zająć miejsce Mike’a? Nigdy mi na tym nie zależało. Dlaczego nie powiedział mi, że spisał testament? Nic nie rozumiem.
- Przykro mi Panno Roberts, ale jestem tylko powiernikiem. To już jest Pani interes. W następnym tygodniu przyniosę dokumenty do podpisania. Mogę również przynieść umowę, od dwóch lat oferowałem swoje usługi Panu Howardowi - powiedział zabierając swoje rzeczy. Ukłonił się i powolnym krokiem ruszył w stronę drzwi.
- Dobrze, może Pan już iść. – machnęłam ręką zmęczona od natłoku myśli i sprzecznych uczuć. To wszystko nie może dziać się naprawdę.
- Jeszcze jedno Pani Roberts...– dodał stojąc w wejściu do salonu.
- Tak? - uniosłam głowę, żeby spojrzeć na niego.
- Niech Pani uważa na siebie, teraz jest Pani smakowitym kąskiem. Na Pani miejscu zapewniłbym sobie ochronę. – poprawił okulary, patrząc na mnie uważnie.
- Nie mam na to pieniędzy.- oznajmiłam bezsilnie, kładąc jedną dłoń na czole.
- Ależ ma pani.- odparł rozbawiony, a jego spojrzenie się ożywiło.
- Jak to? - otworzyłam szeroko usta ze zdumienia. 
- Wszystkie pieniądze Pana Mike’a są już na Pani koncie. – byłam w szoku, z trudem nie rzuciłam się głową na poduszkę. Moje ciało było lodowate, czułam się jakbym straciła nad nim jakąkolwiek kontrolę.
- Ile? – zapytałam bezgłośnie z drżącymi ustami.
- Pokaźna sumka. O ile się nie mylę dziewięć cyfr.- uśmiechnął się serdecznie.
- Dziewięć? – jęknęłam nie dowierzając. Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać.
- Sto milionów dolarów.- kaszlnął, zakrywając pięścią połowę twarzy. – Do zobaczenia Panno Roberts.- pożegnał się zamykając drzwi.
- Czemu masz taką minę? – zapytał Justin równie zszokowany jak ja.
- Po prostu miałam nadzieję, że jak zabijemy Mike’a pozbędziemy się wszystkich problemów i uciekniemy od tego, a teraz czuję, że to dopiero przedsmak tego, co na nas czeka. Mam wrażenie jakby historia zataczała koło, a ja nie chce w tym uczestniczyć. – przymknęłam oczy, przytulając się do jego gorącego ciała. Nikt nie musiał nam tłumaczyć, że skoro jego notariusz wie już o jego śmierci, to wie również policja. Minie parę godzin, dowiedzą się media, a wraz z nimi cały ten hotel. Howard świadomie lub nieświadomie zrobił wszystko, abym nigdy nie mogła stąd uciec. Kiedy dotarło do mnie, co powiedział ten człowiek, podający się za jego prawnika zrozumiałam, że moje życie nie będzie normalne. Straciłam jakąkolwiek nadzieję i szanse na to, żeby takie było. Witamy w koszmarze, znowu. – pomyślałam, rozumiejąc już dlaczego nigdy nie mogłam po prostu zrezygnować.



*******



To, że teraz ja tu rządzę nie oznacza, że ten hotel nagle stanie się zwykłym hotelem. Muszę zachować pozory, tak jak robił to Mike. Nie miałam lepszego pomysłu. Zatrzymaj się, zawróć! Przecież to wszystko nie tak miało wyglądać. – krzyczała moja podświadomość. Miałam znowu uciekać, wiedząc że nigdy mi się to nie uda? Wciąż zachowywać się jak egoistka? Znosiłam odrzucenie przez bliskie mi osoby, ale kolejnego nie przetrwam. Wykorzystam ten chaos, moim asem w rękawie było to, że nikt oprócz zaufanych mi osób do tej pory nie wiedział, że to ja zabiłam Howarda. Chciałam, żeby tak zostało, ale Charles miał rację, nikt nie uwierzy w samobójstwo. Będą szukali winnych, a mnie na pewno też zaczną sprawdzać, ze względu na sam fakt, że przejęłam jego interes. Muszę być twarda i nie zwariować. Nie wiedziałam jak to wytrzymam, nie byłam gotowa na konsekwencje. Nie wiedziałam też jak tym wszystkim zarządzać. Liczyłam na pomoc doświadczonej Charlotte. Musiałam wyrobić sobie autorytet wśród tych wszystkich ludzi. Zdawałam sobie sprawę, że to będzie trudne. Mike cieszył się bardzo dużym szacunkiem. Każdy robił to, co do niego należało. Jak to zrobił? Odpowiedź była prosta, to strach trzymał ich w ryzach. Po spotkaniu z zarządem, w którym każdy z członków został opłacony i zastraszany przez Mike’a, oficjalnie zostałam właścicielką hotelu. Zdecydowaliśmy nie zmieniać jego nazwy, a tablicę upamiętniającą poprzedniego właściciela wywiesić przed głównym wejściem. Justin nie mógł mi w tym wszystkim towarzyszyć, ale był czujny na wszystkie niepokojące plotki na temat Howarda. Jednak miałam nieodparte wrażenie, że Justin traktuje mnie nieco inaczej, odkąd urzędnik zapukał do drzwi jego apartamentu. Oboje byliśmy bardzo zestresowani, spacerując nad przepaścią. Jeden nieprzemyślany krok i spadniemy oboje. 
Następnego dnia musiałam posprzątać gabinet Mike’a. Monique nie mogła się tym zająć, nawet nie chciała jego rzeczy. Uświadomiłam sobie, że po raz ostatni byłam tutaj wtedy, gdy wyzywałam Howarda i oznajmiłam mu, że odchodzę. Wszystkie przedmioty pozostały nienaruszone. Charlotte nie było w pomieszczeniu obok, chyba się rozchorowała. Uważałam, że to dobrze, ponieważ będę mogła wyrzucić wszystko w spokoju. Wiedziałam, że to będzie dla mnie trudne. Usiadłam na jego hotelu, wciąż niespokojna. Pachniał jego perfumami. Więc, tak czuje się szef. – pomyślałam, kręcąc się na fotelu, kiedy zrobiłam kilka obrotów i zrobiło mi się nie dobrze zabrałam się za porządki. Najpierw spaliłam w kominku elektrycznym wszystkie papiery dotyczące kobiet w piwnicy. Wyjęłam z ramki kluczyk do jednej z szuflad. Przejrzałam drżącymi palcami wszystkie akta. Nie było ani moich, ani Justina. Dziwne… Pozostawiłam tylko dane dotyczące ochroniarzy i samego hotelu, bez jego drugiej działalności. Nawet jeśli policja zechciałaby przeszukać gabinet Mike’a już nic podejrzanego w nim nie znajdą. Na koniec, z biurka ściągnęłam plakietkę z jego imieniem i nazwiskiem i wyrzuciłam ją do kosza. Zamyśliłam się i przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w nią. Nadal nie dotarło do mnie, że on nie żyje, nigdy już nie będzie w tym  gabinecie. Żegnaj...
- Skarbie, skończyłaś już?  - usłyszałam i podskoczyłam w miejscu wystraszona.
- Justin, o mało nie dostałam zawału! Właśnie niszczę wszystkie dowody jego okropnych zbrodni…- spojrzałam na niego wilkiem. Mógłby chociaż tutaj spróbować pukać do drzwi. Obróciłam się do niego tyłem, ukucnęłam i wrzuciłam ostatni stos papierów do kominka.
- Mam dla ciebie mały drobiazg szefowo. – oznajmił, sarkastycznie wypowiadając słowo ,,szefowa.’’ Zza pleców wyciągnął plakietkę z moim imieniem i nazwiskiem.
- Jesteś uroczy, dziękuję! - spojrzałam na niego bardziej pobłażliwie. Jak zwykle wyglądał zbyt dobrze. Miał na sobie czarną bokserkę i szare dresy. Uśmiechałam się podchodząc do niego i pocałowałam go w usta. Jedną ręką podparłam się blatu szklanego biurka, aby utrzymać równowagę, kiedy jego pocałunki stały się bardziej gwałtowne, przerwałam jeden z nich, bo pod palcami poczułam tekturę. Dziwne, posprzątałam wszystkie papiery i nie widziałam wcześniej tej teczki. Tak to jest kiedy się tonie w papierach, nagle zaczynają się mnożyć. Chciałam odłożyć ją, robiąc sobie miejsce na stole, kiedy nagle wypadła z niej jedna kartka zapisana pismem Mike’a. Podniosłam ją z podłogi. Niewątpliwie był to list zaadresowany do mnie.
- Justin? Możesz mnie na chwilę zostawić samą? – poprosiłam, trzymając kartkę i siadając na fotelu, wiedząc że na stojąco tego nie przetrawię.
- Dobrze, idę na siłownię. Zobaczymy się później. Dzwoń, jeśli będziesz mnie potrzebować.- odpowiedział spokojnym głosem i ucałował mnie w czoło. Kiedy wyszedł zaczerpnęłam chwilę oddechu, zbierając w sobie odwagę, by zacząć czytać.


Jeżeli czytasz ten list, to znaczy, że mnie już z Tobą nie ma. Wiem, stałem się potworem, ale musiałem być taki jak oni. Na początku nie miałem cię w to wciągać. Jednak nie spuszczałaś ze mnie oczu, więc odseparowanie się od ciebie, graniczyło z czymś niemożliwym. Zawsze byłaś ciekawska. Nie miałaś nikogo, nie mogłem cię tak po prostu zostawić. Nie chciałem tego zrobić też ze względu na siebie.  Wiesz, jakim jestem egoistą... Specjalnie ściągnąłem tu Justina, bo wiedziałem, że on będzie w stanie być dla ciebie kimś, kim ja dla ciebie być nie mogłem. Widziałem jak na niego patrzysz. Wiesz ile razy chciałem go zabić, wiedząc, co robi z Tobą na treningach? Kiedy uciekliście nie byłem w stanie się z tym pogodzić. Liczyłem na to, że wrócisz do mnie, gdy on ci się znudzi, ale tak się nie stało. Zakochałaś się w nim, więc jak mogłaś wrócić do kogoś takiego jak ja? I pomyśleć, że na początku miał być tylko twoim ochroniarzem. Wiem, że nie zgodziłabyś się na to. Jesteś taka uparta. Nie gniewaj się, Monique o niczym nie wiedziała, podobnie jak ty. Pamiętaj, wszystko co zrobiłem, robiłem po to by żyło nam się lepiej. Zawsze Cię kochałem.

Mike

PS. Pod moim gabinetem w skrytce jest prezent dla ciebie. Kluczyk jest w wazonie, tym który stoi na marmurowej półce nad kominkiem. Skoro mnie już nie ma, mam nadzieję, że chociaż to pozwoli Ci się obronić. 




Dopiero kiedy umarł, zaczęłam go rozumieć. Wiecie dlaczego większość ludzi, którzy zostali zranieni zazwyczaj czują nienawiść? Bo łatwiej jest skupić się na nienawiści, wściekłości, czy gniewie, niż na cierpieniu, które boli. Prościej jest udawać, że wyzbyło się wszystkich uczuć, niż zmierzyć się z nimi. Ale nie jest to dobre rozwiązanie, nie wystarczy na długo. Czułam, że moje serce pęka na pół. Może to poczucie winy, które znowu powróciło, a może jednak wciąż kochałam Mike'a nie chcąc się do tego przyjąć. Nie kochałam go tak, jak kocha się chłopaka, po prostu przez tyle lat przyzwyczaiłam się do niego i był jak przyszywany członek rodziny. Może nie powinnam go zabijać? Może źle zrobiłam, bo w głębi duszy był dobrym, ale bardzo pogubionym człowiekiem?
Dlaczego doceniamy ludzi dopiero po śmierci? Bo wtedy nie są już w stanie chodzić nam po głowach, rozszarpywać naszych nerwów i w pewnym momencie nawet nam tego brakuje. Zawsze brakuje na tego, czego nie mamy lub tego, co już straciliśmy.
Nie mogłam się poruszyć, bo znowu czułam te przygniatające wyrzuty sumienia. 



- Zadam ci ostatnie pytanie, kochasz mnie? – zaczął znowu wrednie śmiać się, jakbym powiedziała coś przezabawnego.
Jeśli wciąż mnie kochał i za wszelką cenę chciał odzyskać
potrafiłabym to zrozumieć. Jeśli po raz kolejny wykorzystał mnie,
a jego celem była jak zwykle rozrywka z oglądania czyjegoś cierpienia,
powinnam strzelić bez zastanowienia.
- Kochanie, miłość to słabość, a ja słabości nie mam.- odparł rozbawiony, 
patrząc mi prosto w oczy.



Z wazonu wyjęłam kolejny złoty klucz, bardziej masywny i większy od tego, którym otworzyłam szufladę z aktami. Odsunęłam dywan. Na środku pokoju w podłodze było wejście. Otworzyłam skrzypiącą klapę  i zeszłam po drewnianych schodach na dół.
Pomieszczenie było wygłuszone i ciasne, ale w jakiś sposób przytulne i luksusowe. Bordowy fotel wyglądał na nowy, jakby nikt na nim nie siadał. Naprzeciwko niego był telewizor plazmowy. Jedna ściana była podświetlana blokami, na każdym z nich znajdowała się  kieszonka na płytę CD w kolorze złotym, idealnie pasującym do barwy światła i motywów pantery na ścianach. Mike zawsze miał wyszukany gust. Dotknęłam krawędzi jednej z płyt, która zajmowała honorowe miejsce w samym centrum. Widniał na niej napis Rachelle & Justin zapisany starannie wygrawerowanymi literami. W wgłębieniu przeciwległej ściany była dębowa szafka otwierana od dołu, o której pisał Mike. Ujrzałam duże, głębokie, czarne pudełko, ale jak na swoje rozmiary zadziwiająco lekkie. W środku było białe, otwierało się tak jak pudełka na biżuterię. W ciepłym świetle tego małego pokoju zobaczyłam błyszczący, srebrny, jeden z najbardziej drogich pistolet jaki kiedykolwiek widziałm. Na broni w pudełku wyryty był napis.


Dla mojej małej, niezależnej dziewczynki, żeby potrafiła się bronić. 


Pod spodem między krawędziami pudełka zauważyłam kawałek kartki. Wyjęłam gąbkę wypełniającą pudło z przygotowanym specjalnie wgłębieniem na broń. Moim oczom ukazały się jak się domyślałam, klucze do pozostałych szuflad w komodzie z aktami i kolejne ręczne zapiski. Z szokiem odkryłam, że dotyczą jego eksperymentu, nad którym pracował. Cała receptura była na wyciągnięcie mojej ręki. Usiadłam w wygodnym hotelu, czytając niewiele mi mówiące nazwy związków chemicznych wchodzących w skład narkotyku o nazwie White Dreamer. Odstawiłam notatki na miejsce, ale zabrałam broń, wsunęłam ją między pasek od spodni i zakryłam szeroką bluzką. Wróciłam na górę. Byłam pewna, że nic w tych aktach już nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Nie wiedziałam, w jak wielkim błędzie byłam. Howard zapisywał w nich każdy dzień mojego życia od momentu, w którym się poznaliśmy. Było tu wszystko, od kiedy wstałam do położenia się spać. Streszczenie każdej drobnej rozmowy, którą przeprowadziliśmy. W moim pokoju oprócz kamer, był też podsłuch. Miał obsesję na moim punkcie. Wiedział wszystko. Wtedy, kiedy byłam z Justinem w swoim pokoju, a on nagle do niego wszedł, wiedział o tym, że jestem z nim. Mógł odsłonić zasłonę wanny i oskarżyć mnie o zdradę, jednak tego nie zrobił. Dlaczego? W co powinnam wierzyć? Kiedy mówił prawdę? Wtedy gdy oznajmił mi, że nie jest zdolny do miłości? Czy wtedy, kiedy pisał do mnie ten list, który był zupełnie sprzeczny z tym, co powiedział? Kolejne notatki mną wstrząsnęły, byłam nie tylko jego narzędziem do zabijania ale również królikiem doświadczalnym. 



Dzień pierwszy,
kolacja w restauracji, bardzo mała dawka. 
W skutek mieszania narkotyku z alkoholem, 
organizm dziewczyny reaguje normalnie. 
Nie nastąpił zgon, jedyny skutek uboczny, 
to krótkie zawroty głowy.



Pamiętam ten moment, to wtedy zaczęło mi się kręcić głowie, kiedy wracałam do sypialni Justina od Monique. Nie był to objaw wyczerpania. Bałam się czytać dalej.




Sprawdziłem na sobie reakcję z innymi narkotykami. Wynik pozytywny, odurzenie, senność i halucynacje. 
Jestem odporny.



Wtedy, kiedy go przyłapałam w jego pokoju myślałam, że o mały włos przedawkował. Gdyby nie ja, umarłby we własnej sypialni. Teraz wiem, że zrobił to specjalnie. Był tak zaślepiony i chciwy, gotowy do zamachu na własne życie w imię jakiego świństwa, które wymyślił. Nie odurzył się ze względu na mnie, nie był zraniony. Cały czas wszystko kręciło się wokół jego narkotyku. 



Dzień drugi,
urodzinowa przystawka,
tym razem podałem większą dawkę.
Wymieszałem ją z pastą. 
Organizm wykazuje większą tolerancję na narkotyk.




Dlatego był taki podekscytowany, bardzo chciał bym spróbowała ''nowej'' przystawki Barego! Pamiętam to szaleństwo w jego oczach... Powoli otwierały mi się oczy. On naprawdę był psychicznie chory. 




18 października
Podałem jej narkotyk w whisky przed zabiciem Larissy.
Jej zdolności poznawcze zostały nienaruszone. 
Idealnie wymierzony strzał prosto w pień mózgu.
Podpisałem umowę z Black Dope, przez nich odkryłem, 
że z ich popisową wódką 
 wzbudza nietypowe halucynacje.




Mike nie wiedział, że po tym wylądowałam w szpitalu. To jego nowy narkotyk z narkotykiem w wódce spowodował, że straciłam przytomność. Justin wiedział co robi, zabierając mnie do lekarza. Nie mogli niestety zidentyfikować substancji, która to spowodowała, ponieważ była jego nowym narkotykiem! 




24 października
Sprawdziłem reakcje z alkoholem i ekstazą, 
podałem jej truciznę, 
oprócz zaczerwienionych oczu i rozszerzonych źrenic, 
kaszlu i duszności, kontaktuje normalnie. 
Po ataku brak skutków ubocznych. Zemdlała. 
Cierpi, ale ani narkotyk, ani trucizna
 nie jest w stanie jej zabić.




Te zawroty głowy, kiedy było mi niedobrze w samochodzie, kiedy poczułam się słabo po tym, jak wróciłam z piwnicy od Larissy, duszności, za każdym razem kiedy kręciło mi się w głowie, senność, wymioty, znów zawroty głowy w Black Dope… Nie mogłam złapać oddechu. Testował na mnie ten swój eksperyment, za każdym razem byłam blisko śmierci i nawet nie miałam o tym pojęcia! Spojrzałam jeszcze raz na list, który ten łajdak mi zostawił. Mój wzrok zatrzymał się na jednym zdaniu.,, I pomyśleć, że na początku miał być tylko twoim ochroniarzem.’’ Ogarnęła mnie wściekłość tak wielka, jakiej dawno nie czułam. Rzuciłam teczkę na podłogę. Mike dotrzymał obietnicy, wyjaśnił mi wszystko. 



******


- Dlaczego nigdy nie powiedziałeś mi, że jesteś moim ochroniarzem?- wtargnęłam na salę gimnastyczną, kiedy on podnosił ciężary. Był sam. Dezorientowała mnie jego naga, spocona klatka piersiowa. Oblizałam usta. Ten to ma zawsze szczęście…
- Skąd wiesz? 
- Czy to ma jakieś znaczenie? Wiem. Odpowiedz mi na pytanie.- warknęłam na Justina, zakładając ręce na piersi.
- Nie mogłem ci powiedzieć. Teraz nie ma sensu do tego wracać. Nie chciałem byś myślała, że troszczę się o ciebie z obowiązku. Poza tym gdybyś wiedziała, że nim jestem, robiłabyś wszystko, żeby się mnie pozbyć. – odwrócił ode mnie wzrok.
- Ach, więc lepiej było zostać moim seksualnym prześladowcą, żebym robiła wszystko by się ciebie pozbyć?! – podniosłam ton głosu, opuszczając na niego ciężar, który zręcznie przyjął. Stęknął, zostawił sztangę, usiadł prosto i nareszcie na mnie spojrzał.
- Nigdy nie przyszło ci na myśl, że sama nazwa ,,trener uwodzenia’’ beznadziejnie brzmi? – zapytał unosząc brwi. Tak, od samego początku uważałam to za absurd, ale gdy ludzie wokół ciebie zdają się temu nie dziwić, w pewnej chwili uwierzysz w największą głupotę i nie zobaczysz w tym nic nadzwyczajnego. Czasami kłamstwa wydają się być bardziej wiarygodne niż prawda. Oszczędzając sobie nerwów, rzuciłam moje akta na jego kolana. W ciszy zaczął je przeglądać.
- Wiesz co jeszcze? On faszerował mnie tym swoim narkotykiem! Nie wiem jakim cudem jeszcze żyję… - wypuściłam powietrze z ust, odgarniając włosy z twarzy i usiadłam obok niego wpatrując się w czubki moich butów. Nie wiem, czy do końca dotarło do niego to, co powiedziałam, ale nie wydawał się zaskoczony na tyle, na ile powinien być..
- Wiesz co to znaczy? Prawdopodobnie jesteś jedyną osobą na świecie, która jest odporna na ten narkotyk.  




__________________________________________________

Wcześniej nie wspominałam Wam o tym, ale moje opowiadanie
jest również dostępne na Wattpadzie.
Muszę przyznać, że chyba jestem zbyt przyzwyczajona
do Bloggera i wiele w Wattpadzie mi rzeczy przeszkadza, 
ciężko również mi go trochę ogarnąć. 
Jeśli ktoś ma konto i chciałby pogłosować, pokomentować, albo woli 
Wattpada od Bloggera to proszę bardzo. 
PS. Jeśli też ktoś go całkowicie ogarnia i chciałby mi pomóc
to niech się zgłosi. :)
Tym razem poinformowałam wszystkich o nowych rozdziałach.
Dostałam weny w idealnym czasie, przed sesją. 
Z tym rozdziałem widzicie, że wszystko nabiera sensu.
Mam nadzieję, że o niczym nie zapomnę.



Cudowna okładka na wattpada zrobiona przez @luv_my_harex
Zapraszam do obejrzenia jej innych prac: 
Jak myślicie, dziewczyna z okładki pasuje do Rachelle?


Jestem ciekawa czy podobał się Wam rozdział 
no i zostawcie komentarz, a potem szybciutko
przejdźcie do kolejnego rozdziału.
Małym maratonem chciałam Wam wynagrodzić te wszystkie miesiące
ciszy, w których szczerze mówiąc nie bardzo szło mi pisanie.



wtorek, 3 stycznia 2017

Rozdział 47





Byliśmy już w centrum miasta drogę do hotelu znałam na pamięć. Ostatni skręt w lewo i znajdziemy się na wprost czarnej, stalowej bramy, przez którą widać dziedziniec i schody prowadzące do głównych drzwi luksusowego holu. Tym razem nie wejdziemy bocznym wejściem, bo wiemy, że Mike nas nie zauważy. Nigdy już go tutaj nie będzie. Naprawdę, nie byłam gotowa na walkę z Howardem, nie pomyślałam nawet o tym, co będzie dalej. Może, gdzieś w podświadomości czułam, że powinniśmy zginąć razem z nim. Wkrótce przekonałam się, że miałam rację.
Idąc przez hol, słyszałam tylko własny niespokojny oddech i rytmiczne stukanie moich obcasów. Nadal czułam się winna, to całe bogactwo, nieważne czy zdobyte legalnie czy nielegalnie było jego dziełem. Każdy skrawek przypominał mi go, jego okropny charakter, ale i też tą jaśniejszą stronę, kiedy wydawał się bardziej ludzki. Jak silnym musiał być, żeby to wszystko postawić na nogi? Jak nieprzerwanie dążył do swojego celu? Już go osiągnął, ale nigdy tego nie zobaczył. Nigdy nie mógł się po prostu nim cieszyć, bo wciąż skupiał się na tym, że ktoś mu to odbierze. Co jeśli ludzie mają rację? Może zmarli faktycznie obserwują nas z góry? Jeśli tak jest, wcale nie ujdzie mi to na sucho. Z pewnością Howard tylko czeka aby mi się odwdzięczyć za to, co mu zrobiłam.
Justin cały czas uważał mnie za wariatkę i wcale mu się nie dziwiłam. Wiedziałam dokąd muszę iść. Dawno temu zdecydowałam się to zrobić, a żaden inny dzień nie byłby bardziej idealny. Musiałam uwolnić te biedne kobiety z piwnicy i upewnić się, że następne już nigdy do niej nie trafią. Oprócz mnie nikt się nimi nie przejmował. Wiele z nich siedziało w klatkach już długie miesiące. W smrodzie, krwi i ciemności, której przerwanie oznaczało tortury strażników. Nie wyobrażam sobie kolejnego tygodnia spędzonego w tym mroku, a spędziłam tam zaledwie kilka dni. Czułam, że tylko ja mogę uratować je i przy okazji odwdzięczyć się wszystkim ludziom, którzy dzisiaj przeze mnie zginęli.
Zjazd windą w dół do piwnicy, przyprawił mnie o zawroty głowy. Nie wierzyłam, że mi się uda, ale to się nie liczyło. Justin był ze mną, trzymał moją rękę i nie byłam sama. Mimo, że to była moja sprawa, on zdecydował się mi towarzyszyć. Strażnik jak zwykle pilnował drzwi. Szłam pewnym krokiem, czując że Justin cały czas jest za moimi plecami. Modliłam się tylko by nie wyjść z roli. Od tego czy strażnik mi uwierzy, zależało dosłownie wszystko.
- Szef przysłał mnie tutaj, muszę przesłuchać jedną dziewczynę.- oznajmiłam i uśmiechnęłam się do niego. Spojrzał na mnie nieufnie, potem zwrócił wzrok w kierunku Justina z bardzo poważną miną i kiwnął głową, wpuszczając nas. Rażące światło oślepiło nas na kilka sekund, a razem z nim powitał nas nieprzyjemny zapach, do którego po prostu nie można się przyzwyczaić. Gdy strażnik bacznie nas obserwujący w końcu zamknął drzwi i zostawił nas z kolegą w środku, mrugnęłam do Justina.
- Przyszłam przesłuchać tę dziewczynę. – powiedziałam, wskazując na samotną dziewczynę w środkowej klatce od prawej ściany. Wzdrygnęła się, ale nie patrzyła na mnie. Kiedy strażnik zająknął się, chcąc zacząć się sprzeciwiać, nagle zadzwonił mój telefon. – Przepraszam na chwilę… - mruknęłam szybko i niewyraźnie udając, że odbieram telefon, aby wyjść na wiarygodną. - Tak? Ale… - grałam zdziwioną i zdenerwowaną, jak to przystało na rozmowę z szefem. - Jest pan pewny? Dobrze, przekażę. – odparłam spokojnie i włożyłam telefon do kieszeni spodni . – Zmiana planów, Howard chce abyś natychmiast wypuścił te dziewczyny, nie będą mu już potrzebne. – mężczyzna był bardzo zaskoczony. Ani przez sekundę nie zadrżał mi głos, byłam z siebie dumna. W dodatku chyba nawet nie mrugnęłam. Tylko modliłam się, żeby nie zaczął zadawać głupich pytań, bo nie zdążyłam ułożyć sobie w głowie odpowiedzi. 
- Głuchy jesteś? Nie zrozumiałeś? Ruszaj się! - otrząsnął go z szoku surowy głos Justina.– Zorganizuj im ubrania, przecież tak nie mogą wyjść na ulicę! – warknął oburzony. Mężczyzna zmieszany oddał mu klucze i odszedł. Gdy tylko zniknął nam z oczu, zabrałam klucze od Justina i zaczęłam otwierać klatki.
- To ona! Mówiłam, że po nas wróci!- odezwał się głos z tyłu pierwszej klatki od drzwi. Zdezorientowane kobiety patrzyły na mnie jak na wybawicielkę. Kobieta, która mnie rozpoznała była o kilka lat starsza ode mnie. Przepchnęła się łokciami i wyszła przed szereg. Przekręciłam kluczyk w kłódce, a ona zamiast wyjść z klatki jako pierwsza i pobiec do uchylonych przez Justina drzwi, prowadzących na tyły hotelu, przytuliła mnie i zaczęła płakać. Przez krótką chwilę milczała, czułam jak w moich objęciach bardzo powoli staje się mniej spięta. - Pamiętam cię, jako jedyna stąd wyszłaś. Wiedziałam, że nas tutaj nie zostawisz. 
Była niesamowita, większość kobiet zamkniętych tutaj przypomniało posągi bez emocji, ale ona do nich nie należała. Nie zapomniała o nadziei, chociaż wielokrotnie robiono jej krzywdę. Jej słowa poruszyły resztę kobiet, odsłaniając zasłonę nieczułości i pogardę względem siebie. Nie patrzyły już na mnie z podejrzeniem. czy z lękiem, który przez pobyt tutaj został przyklejony do ich twarzy i zastygł. Zaufały mi. Dałam im szansę, a one mi. Chociaż wyglądały mizernie, na ich twarzach pojawiło się coś na kształt przebłysku radości. Kobieta, która mnie rozpoznała wciąż obejmowała moją szyję, w tak paniczny sposób, jakbym była jej kołem ratunkowym na środku głębokiego oceanu. Szepnęłam do niej, że Mike już nigdy ich nie skrzywdzi. Dobrze, że żadna z nich nie zdawała sobie sprawy, że to ja byłam jego dziewczyną. Nie wiem, czy wtedy tak łatwo skorzystałyby z mojej pomocy. Dostały ubrania personelu, tylko tyle udało się załatwić. Ich własne ubrania dawno zostały spalone. Po kilku minutach klatki świeciły pustką. Justin i ja kierowaliśmy się do wyjścia. Niespodziewanie usłyszałam czyjś szloch. Zatrzymałam się.
 – Poczekaj chwilę. – szepnęłam do Justina puszczając jego rękę i całując go w policzek. Odrobinę wydawał się zaniepokojony, ale stanął przy drzwiach, obserwując mnie czujnie. Powoli szłam w kierunku narastającego płaczu. Dziewczyna, która schowała się za dużymi metalowymi skrzyniami mogła mieć szesnaście lat. Siedziała przy ścianie ubrana już w strój sprzątaczki, zakrywała oczy i policzki skostniałymi dłońmi.
- Hej… - spojrzała na mnie z paniką i przestrachem. – Nie bój się, czemu nie wyszłaś razem z nimi? – spytałam ją miłym i spokojnym tonem głosu, żeby jej nie spłoszyć.
- Skąd mam wiedzieć, czy nie chcecie mnie gdzieś wywieźć? Gdzieś, gdzie będzie jeszcze gorzej niż tutaj? Może to jest kolejny podstęp…
- Wiem, że trudno zaufać komukolwiek, jeśli przeżyło się takie piekło…
- Nawet jeśli nagle chcesz pomóc, ja nie wyjdę stąd tak po prostu. Ja... nigdy tego nie zapomnę... – westchnęłam, wiedząc, że nie mogę jej tu zostawić. Była całkowicie zagubiona i oszołomiona. Przez chwilę, myślałam, że wpadnę w furię. Jak mógł skazać na taki los, tak młodą dziewczynę? Tak młodą jak ty, kiedy go poznałaś? Może powiesz, że wtedy było inaczej? – drwiłam z samej siebie w myślach. 
- Opowiedz mi o tym.
- Co ty możesz wiedzieć…
- Hmm… Co ja mogę o tym wiedzieć? – było to przekomiczne pytanie z uwagi na to, że zadano je mnie. Jednak ona była młoda, naiwna i myślała, że wszystko kręci się wokół niej. Miała do tego prawo. Kolejna osoba podobna do mnie… Coraz bardziej wierzę, że to doświadczenia kreują nasz charakter, a my nie mamy na niego wpływu. - Byłam kiedyś nastolatką, która szukała problemów, w sumie nie było to tak wcale dawno i…  też zostałam tutaj uwięziona. – po tych słowach chyba zyskałam jej uwagę. - Był przystojny i oznaczał kłopoty. Obiecał mi lepsze życie. Miałam tylko trzymać się go i być mu wierna. Zabierał mnie na wycieczki, kupował drogie prezenty. Na początku byliśmy partnerami do zabawy, ale później, kiedy zaczęłam lepiej go poznawać zauroczył mnie. Bardzo go kochałam.- zamilkłam na chwilę, bo wspomnienia ścisnęły mi gardło, a do oczu napłynęły łzy.- Nie zorientowałam się, kiedy zaczął mnie krzywdzić. Byłam cierpliwa, ale to nic nie zmieniało. W końcu też tu wylądowałam. Mogłabym jeszcze więcej ci o tym opowiedzieć, ale to naprawdę długa i nużąca historia. - otarłam łzy z policzków. Przez minutę obie milczałyśmy.
- Jak mam tak po prostu wrócić? – jęknęła niemrawo, spoglądając mi głęboko w oczy.
- Posłuchaj, nie będę cię okłamywać, pamięć o tym wszystkim co przeżyłaś, odbije się na twoim życiu. Na pewno tak łatwo nie dopuścisz obcych do siebie, ale to nie znaczy, że nie warto spróbować.- uśmiechnęłam się pokrzepiająco. W sumie nie sądziłam, że będę się zwierzać jakieś małolacie, ale na jej miejscu chciałabym od kogoś to usłyszeć, żeby móc ruszyć dalej.
- Myślisz, że będziesz w stanie pokochać kogoś mocniej?- spytała nieśmiało.
- Tak, już to zrobiłam. – uśmiechnęłam się smutno, zakładając kosmyk za ucho. Zerknęłam na Justina, który na całe szczęście nie miał pojęcia o czym mówię. Bardzo dobrze.
- A co z tym, że każdemu trafia się ta druga połówka, jedna, najprawdziwsza miłość na całe życie?
- Cóż ten chłopak jest nie tylko moją prawdziwą miłością, ale też najlepszym przyjacielem. Czasami uczucia mogą nas mylić, ale jeśli będzie cię kochał i będziesz mogła na nim polegać tak jak na najlepszym przyjacielu i zaufać mu na tyle, że może kiedyś opowiesz mu o tym wszystkim, to będziesz wiedziała…- w tym momencie zostałam zaskoczona dosyć silnym jak na tak wychudzoną dziewczynę uściskiem. Wydaje mi się, że do mojego lewego ucha dotarło jakieś przygłuszone ,,dziękuję.’’ Potem wstała i wyszła, machając do mnie i lekko się uśmiechnęła.
Byłam wzruszona, zbyt wiele emocji tłumiło się w moim sercu. Miło jest odetchnąć z ulgą, że wreszcie zrobiło się coś dobrego.
- Kochanie? – usłyszałam jego kojący głos i przymknęłam oczy, otulając się moimi rękoma, gdy chłodny wiatr wdarł się przez otwarte drzwi piwnicy, do których prowadziły strome schody. Jedynie światło z ulicznych latarni na zewnątrz padało przez nie na korytarz i puste, otwarte klatki. Ciepłe ramiona Justina otuliły moje zmarznięte barki, a jego usta ucałowały mnie opiekuńczo w czoło.
- Tak bardzo cię kocham.- mruknęłam cicho, dotykając brodą jego skórzanej kurtki i opierając się na jego silnym ramieniu. Jego dłoń pogłaskała moje włosy. Kiedy otworzyłam oczy widziałam klatkę, w której ja zostałam uwięziona. Splotłam jedną dłoń z jego, oderwaliśmy się od siebie, czując, że pora już iść. – Teraz Monique.
- Dzwoniłem do Scoota, wszystko jest już gotowe. Jedziemy na górę do jej pokoju. – odpowiedział spokojnie, na co ja zmarszczyłam brwi.
- Co masz na myśli mówiąc ,, wszystko jest już gotowe’’? – podniosłam odrobinę głos.
- Nie spodoba ci się to, ale Scoot przyznał mi rację. – Świetnie, uwielbiam jak oboje knują coś za moimi plecami. – Zdecydowaliśmy się na pewne środki ostrożności.- kiedy wydusił z siebie to zdanie spojrzałam na niego podejrzliwie. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Wszystko było na swoim miejscu. Scoot wyszedł nam naprzeciw.
- Boże jak się cieszę, że jesteście cali! – przywitał się z Justinem uściskiem dłoni, a mi prawie zmiażdżył żebra, pozbawiając mnie na kilka sekund oddechu. Nie zastanawiając się już więcej, po prostu ominęłam go i weszłam do sąsiedniego pomieszczenia.
Monique ubrana tak, jak ją zapamiętałam w magazynie w czarny top, skórzaną kurtkę i spodnie, siedziała na środku pokoju, przywiązana kostkami i nadgarstkami do krzesła. Na jej głowie jawił się jakiś chaos. Włosy zakrywały jej oczy. Wszystko wskazywało na to, że nie obyło się bez szarpaniny... Bałam się cokolwiek powiedzieć. Gdy zrobiła energiczny ruch głową , by choć odrobinę zgarnąć włosy z twarzy, odsłoniła swoje błękitne oczy przepełnione nienawiścią. Jakby tego było mało, ja zamierzałam dodać jej do tego więcej powodów.
- Rachelle… - wyglądała trochę, jakby nie była w stanie uwierzyć, że stoję przed nią. Przez krótką chwilę miałam nadzieję, że ostudziła w sobie te wrogie emocje, lecz kiedy tylko zobaczyła Justina za moimi plecami, umiała dodać dwa do dwóch. - Skoro wy dwoje tu jesteście, to oznacza, że…
- Monique, ja…
- Jeśli zamierzasz cokolwiek do mnie mówić, najpierw niech on stąd wyjdzie.- przerwała mi stanowczo.
- Zostawcie nas same. – poprosiłam nieśmiałym głosem, spoglądając na Scoota, bo oczami mojej duszy widziałam całkowity protest Justina i w tej kwestii nie mogłam na niego liczyć.
- Scoot zostań. Nie ufam jej. – mruknął Justin, uważnie obserwując Monique.
- Jestem przywiązana do krzesła, chociażbym chciała nie mogę jej skrzywdzić! – syknęła do niego z przymrużonymi oczyma. Po krótkim namyśle oboje skinęli do siebie głowami i z niechęcią wyszli.
- Wiesz, to wszystko nie byłoby potrzebne, gdybym miała pewność, że nie chcesz zrobić mi krzywdy.- chciałam być z nią szczera, pokazać że nadal zasługuje na jej przyjaźń mimo, że bardzo brutalnie ją odtrąciła. Dlaczego mnie nie rozumie?
- Po prostu powiedz to, co musisz i zejdź mi z oczu... – wyrzuciła z siebie rozgoryczona. Z każdym jej atakiem, coraz trudniej było mi zacząć. Myślałam, że już zaakceptowałam to, co się stało, że łatwiej będzie mi o tym mówić. Justin wiedział co czuję i był tam ze mną, więc nie musiałam mu tego opowiadać, przeżywać od nowa. Myliłam się, moje słowa zrobią jej krzywdę. Zranią jej serce. Niezależnie od tego czy powiedziałabym jej prawdę, czy nie mówiła nic i tak zachowam się jak potwór. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ten moment zapamięta do końca życia. Nie tak wyobrażałam sobie tę chwilę. Powinnam ją teraz przytulić, pocieszać, pomóc jej tak, jak tylko potrafię. Jak mogłam to zrobić, skoro to ja byłam winna temu wszystkiemu? Przyjaciółka powinna stać po jej stronie, być z nią, a nie walczyć.
- Rozumiem twoje zachowanie, ale wiesz, że mam rację. – westchnęłam zrezygnowana. Rozejrzałam się po pokoju, zaczęłam szukać czegoś, czym mogłabym szybko rozerwać sznury, które ją krępowały.
- Co robisz? – spytała zdenerwowana moim zachowaniem. – Czego szukasz?
- Mam. – mruknęłam zadowolona, znajdując wreszcie pilnik w torebce należącej do Monique, która leżała na komodzie. Justin nie byłby zachwycony jakby widział, że właśnie próbuję ją uwolnić. - Jestem tutaj, dlatego że wciąż jesteś dla mnie ważna. – kontynuowałam dalej, przecinając węzły na jej kostkach, a później nadgarstkach. - Nie mogę tak po prostu pozbyć się tych wszystkich wspomnień. To ty byłaś osobą, której mogłam się zwierzać, z którą mogłam się dobrze bawić i czułam się jakbym miała siostrę. Nie wymyśliłam sobie tego, ty też tak uważałaś, a potem się zmieniłaś.- powiedziałam szczerze, patrząc jej w oczy. Uważałam, że jeśli zechce się na mnie rzucić tak jak wtedy, kiedy byłam uwięziona w piwnicy powinna móc to zrobić. Nie oznajmię jej, że Jev i Mike nie żyją ze świadomością, że tym razem ona czuje się jak więzień.
- Ludzie się zmieniają. Powinnaś coś o tym wiedzieć.
- Monique, ty reagujesz złością i nienawiścią na tych, którzy chcą być blisko ciebie!  - wskazałam na nią dłonią, cały czas patrząc na nią błagalnym wzrokiem. - Nie możesz akceptować tego, że mogłam pokochać kogoś innego i mścisz się na mnie za to, że jestem naprawdę szczęśliwa? – uśmiechnęłam się lekko, a pierwsze łzy spłynęły po moich policzkach. Kucałam przed nią, patrząc na nią z dołu. - Pamiętasz, kiedy to wszystko się zaczęło? Justin był dla mnie irytującym dupkiem, a ty wtedy otworzyłaś mi oczy, pomogłaś poradzić sobie z negatywnymi emocjami i uwolniłaś mnie od tych ciągłych zakazów. Od tamtej pory robiłam to, co dyktowało mi serce. Nie chciałam nikogo zdradzać i ranić. Wszystko byłoby w porządku, gdybyście pozwolili mi odejść w spokoju. – serce mi pękało, widząc jak w jej oczach również zbierają się łzy.
- Zostawiłaś mnie! Zostawiłaś mnie z tym wszystkim! Z jego gniewem! Z tymi obrzydliwymi rzeczami! – machała rękoma gestykulując ze zdenerwowania. W jej głosie usłyszałam żal, którego z resztą od początku nie skrywała. Minutę później, wciąż nie utrzymując ze mną kontaktu wzrokowego, ściskała w rękach potargane włosy na głowie. Obie cierpiałyśmy. Tak bardzo chciałam teraz coś zrobić, ale wiedziałam że już nie jest tak jak dawniej. Nie mogłam jej nawet dotknąć.
- Nie odeszłabym bez słowa. Chciałam wyjechać z Justinem, ale bałam się tobie o tym powiedzieć.  Nie miałam zamiaru ciebie zostawiać! Proponowałam ci, żebyś uciekła razem z nami! – wstałam i podeszłam do łóżka, chcąc się choć odrobinę uspokoić, żebym mogła mówić dalej.-  Posłuchaj mnie, nie proszę cię o to, żebyś nadal była moją przyjaciółką, ale moim obowiązkiem jest, żeby teraz tobie otworzyć oczy. –  Monique była zszokowana tym, co usłyszała. Nie marzyłam o tym, że nagle się pogodzimy, ale wszystko szło na dobrej drodze do tego, żebyśmy mogły znosić swoją obecność. W pokoju zawisła cisza. Trwała tak długo, dopóki nie zadała tego jednego pytania.
- Gdzie jest mój brat? – wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na nią. Była zmartwiona, niespokojna, ale wciąż nieświadoma tego, co zaboli ją najbardziej. Zacisnęłam usta i usiadłam na łóżku, bo miałam wrażenie, że zaraz ugną się pode mną nogi. 
- Nie chciałam, żebyś dowiedziała się od kogoś innego. To byłoby okropne. – zakryła dłonią usta. - Przed magazynem, kiedy już Scoot zabrał cię do hotelu… Wiesz, że nie zrobiłabym tego, nie chciałam naprawdę. - widziałam wyraz szoku na jej twarzy, jej oczy robiły się szkliste. - On nie żyje…
Po kolejnej chwili, w której było słychać tylko nasze oddechy, wpadła w atak złości.
- To Justin do niego zadzwonił, to wy przygotowaliście na niego zasadzkę! On nigdy nie chciał cię zabić Rachelle! Nigdy by tego nie zrobił! Nie pozwoliłabym mu na to! – krzyczała płacząc i zwijając się z bólu. Zaczęła kiwać się gwałtownie do przodu. Z wyglądu przypominała osobę doprowadzoną do obłędu.
-  Naprawdę, nie chciałam tego. – powtarzałam jak w transie przez łzy, zaciskając ręce w pięści. - Ja nie mogłam pozwolić by zabił Justina.
- Nie obchodzi mnie to, że go kochasz, zapłaci mi za to.- krzyczała z nienawiścią.
- To nie on, to ja zabiłam twojego brata.- otworzyła szeroko oczy i zaczęła krzyczeć.
- Morderczyni! – to wyzwisko było gorsze niż wymierzenie najmocniejszego uderzenia w twarz. Już nie miałam odwagi spojrzeć jej w oczy. Ta wiadomość była najgorszą jaką usłyszała w swoim życiu, a to nie był jeszcze koniec.
 - I Jev… on chciał mnie chronić. Kula jednego z ochroniarzy trafiła w niego. Osunął się w moich objęciach na podłogę. – zamknęłam oczy i skuliłam się na łóżku. - Monique jest mi tak przykro… - jęknęłam zachrypniętym głosem. Zasługiwałam na to, żeby teraz się na mnie mściła, ale ona nie miała nawet siły by wstać.
- Czego ode mnie oczekujesz? Rozgrzeszenia? Pochwały? Nigdy ci tego nie wybaczę! – wybuchłam płaczem, tylko na tyle było mnie stać. – Czy Jev powiedział coś zanim umarł? Muszę to wiedzieć. Jesteś mi to winna.
- On… kazał ci przekazać, że bardzo cię kocha i nie żałuje, że tak postąpił. Obiecał mi, że wszystko będzie dobrze. – krztusiłam się własnymi łzami. Nic nie jest dobrze, to boli. Nie powinnam kłamać, ale ona potrzebowała to usłyszeć. Pójdę smażyć się w piekle, ale nie chciałam zadawać jej kolejnego bólu. - Gdyby nie on…- na moment straciłam głos. – On uratował mi życie.
- Powinnaś umrzeć razem z Mikiem! Powinnaś teraz gnić razem z nim w tej ziemi! On nic nie zrobił! Powinien żyć! Jak mogłaś mi go odebrać! – wyżywała się na mnie. Czułam, że chciałabym zniknąć. Cały czas w głowie powtarzałam jedno słowo, Morderczyni!... Morderczyni!... Morderczyni!
- Wiesz, że nie byłam w stanie nic zrobić! – wrzasnęłam spanikowana, odganiając od siebie głosy w mojej głowie. Człowiek już tak ma, że niezależnie od sytuacji zawsze będzie się bronił, gdy w końcu przeleje się szala goryczy.
- Byłaś! Mogłaś wezwać pomoc!
- Wtedy, gdy szukali mnie by odstrzelić mi łeb? – patrzyłam w kierunku Monique, ale i tak jej nie widziałam, przez łzy, którym nie było końca.
- Widzisz, jesteś pieprzoną egoistką! Pozwoliłaś mu umrzeć! – moje wyrzuty sumienia wzrastały. Przez całą drogę zadawałam sobie pytanie, czy mogłam zrobić coś więcej. Monique zdawała się uważać, że nic nie czuję, kiedy w ciemnym pokoju razem z nią płakałam i miałam wrażenie jakby ktoś kazał mi połknąć żarzący się węgiel.
- On zmarł w kilka sekund na moich kolanach! – wrzeszczałam nadal wstrząśnięta tym wszystkim, nie miałam sił na kolejne kłamstwa i wyrzuty sumienia.
- Nie jesteś Bogiem, on na pewno mógł żyć! Gdybym wciąż tam była…. On mógł żyć… To na moich kolanach powinien umrzeć! Nic by się nie stało, gdybyś nie pokochała tego idioty! Życzę ci, żebyś cierpiała tak jak ja, żeby ktoś zabrał ci go, tak jak ty zabrałaś mi Jeva.
- Kiedyś sądziłam, że jesteś przeciwieństwem swojego brata. Nigdy nie byłaś mściwa. Czy ty naprawdę sądzisz, że ja ci go zabrałam? On zmarł, zastrzelony przez jednego z ochroniarzy Mike’a! To była jego decyzja! Powinnaś to uszanować! – wytarłam łzy, mając dość. -  Naprawdę nie poznaję cię. Mam ci przypomnieć co było chwilę przed tym? Miałaś zamiar mnie zastrzelić, zanim Scoot się zjawił. Jak mogłaś chcieć mnie zabić!?
- Byłam zagubiona! Cóż, jesteśmy kwita, moja przyjaciółka, którą kiedyś znałam nigdy nie zabiłaby mojego brata!
- Obie straciłyśmy ważnych dla nas ludzi! Myślisz, że dobrze się z tym czuję? Może trudno ci w to uwierzyć, ale ja naprawdę kochałam twojego brata i do końca nigdy nie zostanie mi obojętny. Wiesz co on powiedział? Przyznał, że nigdy mnie nie kochał, że miłość jest tylko słabością. Nie mogłam tego słuchać. Od początku kiedy pochłonęła go ta cała praca czułam się jak zabawka. Nie miałam chwili, żeby go nawet uspokoić. Celował do mojego chłopaka! To już nie był twój brat. Zostałyśmy same, Monique! Czas żeby żyć dalej. Przyszłam tutaj, by wreszcie zrobić to, co należy. Potrzebuję cię. Potrzebuję mojej jedynej przyjaciółki. – podeszłam do niej i wyciągnęłam w jej stronę rękę.
- Jesteś bezczelna! Jak możesz mnie prosić o to, po tym jak zabiłaś mojego brata! – odepchnęła moją dłoń i wstała nabuzowana, wywracając krzesło, na którym siedziała przed chwilą. - W dodatku jesteś powodem śmierci chłopaka, którego kochałam! Nie jesteś w stanie wyobrazić sobie takiego bólu! Nigdy tak wiele nie straciłaś! Nie jesteś sama, twój Justin wciąż żyje! – odwróciła się do mnie tyłem i otworzyła drzwi, które prowadziły na balkon.- Nie chce mieć z tobą nic wspólnego! Brzydzę się tobą. Może Mike nie zachowywał się normalnie, wiem to, ale każdy potrzebuje kogoś, kto będzie w niego wierzył! Jestem jego siostrą i nie pozwalam ci obrażać go po... śmierci! Był dobrym bratem, a dzięki tobie nie miałam czasu żeby się nim nacieszyć! - przerwała, aby złapać trochę oddechu i uspokoić się. - Nie dałaś mu wystarczająco szans, żeby pokazał ci jaki jest naprawdę. Zabierz to wszystko, jest tyle warte co ty, moja stopa tu nigdy więcej nie postanie! Ja... Nie chcę cię znać! – nigdy wcześniej nie przypuszczałabym że kiedykolwiek spojrzy na mnie z takim obrzydzeniem. Kiedy wyszła na balkon pobiegłam za nią, bojąc się że będzie chciała skoczyć. Na całe szczęście przedostała się między barierkami do opustoszałego sąsiedniego tarasu restauracji i nie obróciła się ani razu. Potem usłyszałam tylko jak chłopcy wbiegają do pokoju.
- Gdzie Monique? – spytał Justin, chwytając mnie za ramiona i ciągnąc do pokoju. Dla niego musiałam wyglądać jak niepewna samobójczyni, stojąca na krawędzi. – Uwolniłaś ją!?
- Wyszła. – odparłam szeptem patrząc na dywan.
- Jak to wyszła? – dopytał Scoot nie dowierzając. Podniósł krzesło, które leżało na podłodze.
- Nie mogłam jej zatrzymać. Wystarczy, że zabiłam jej brata i chłopaka, nie uważasz? – Nie chciała mijać się z chłopakami, którzy stali pod drzwiami i zapewne słyszeli wszystkie nasze krzyki. Dopiero dłuższa chwila ciszy zmusiła ich do zainterweniowania. Boże, gdyby Mike tu był wiedziałby co robić.
- Idę jej poszukać, może zrobić sobie krzywdę! Wiedziałem, że nie powinienem zostawiać was same! – powiedział zdenerwowany Scoot i wybiegł z pokoju trzaskając drzwiami.
- Przyszłam tutaj, by wreszcie zrobić to, co należy. – niemrawo szepnęłam,  wycierając nos w rękaw.
- Wiem, skarbie… - mruknął Justin przytulając mnie mocniej i całując mnie w głowę. – Nie obwiniaj się. Nie było dobrego wyjścia z tej sytuacji. Musiałaś coś wybrać.
- Zawsze jest jakiś sposób…
- Nie tym razem kochanie, nie tym razem. – poczułam jak jego ciepła dłoń gładzi moje spięte plecy.
Śmierć jest gorzka. Ta gorycz jest tym bardziej uciążliwa, że wyczuwamy ją całym ciałem. Niefortunnie ten smak zostaje tylko z tymi, którzy nadal żyją. Gorzkość, która pobudza naszą pamięć wbrew naszej woli, żebyśmy nigdy nie zapomnieli o tych, których straciliśmy. Mogłam przewidzieć, że nie da się zjeść ciastka i mieć ciastko. Nie miałam prawa jej szukać. Monique odeszła, tak jak ja uciekłam od jej brata. Miała rację. Pewne czyny nigdy nie zostaną wybaczone.






___________________________

Nie po raz pierwszy nie dałam rady. 
Odpuściłabym sobie tę notkę, gdyby nie jedna rzecz, 
a właściwie sentyment. 
Sentyment do tego, co napisałam i opublikowałam
właśnie w ten dzień 3 stycznia w 2013 roku. 
Chciałam Was zaskoczyć, ale teraz 
zaczęłam studenckie życie, jestem na swoim wymarzonym
kierunku i niedługo zaczynam serię zaliczeń
dlatego mimo wszystko wiem, że 
chociaż bardzo chciałabym się w pełni skupić na pisaniu nie mogę. 
Oczywiście, mogłabym dodawać rozdziały byle jakie, 
tak abyście nie odchodzili, nie czekali i nie niecierpliwili się,
ale to jest wbrew mnie.
Jeżeli mam coś publikować, 
muszę czuć, że lepiej nie potrafiłam tego napisać.
Nie chodzi tu o brak pomysłów, po prostu czasem siadam
i nie wiem jak coś opisać.
Przepraszam, ale jestem tylko człowiekiem.
Szanuję Was i jest mi wstyd, że tak mało mogłam Wam pokazać,
ale nie umiałam inaczej.
Na koniec życzę Wam wszystkim, żeby ten Nowy Rok
dał Wam wiele wspaniałych wspomnień i radości.
Mam nadzieję, że nie ze względu na mnie, ale na 
moje opowiadanie będziecie ze mną ten ostatni rok. 





piątek, 16 września 2016

Rozdział 46





Każda bajka dla dzieci dzieje się w wesołym świecie. Niebo jest niebieskie lub różowe, a ziemia zielona, po brzegi wypełniona kolorowymi kwiatami. Bohaterowie są różni, mogą być zwierzętami, wróżkami czy ludźmi. Podobieństwo między nimi jest jedno, znaczna większość z nich jest uśmiechnięta. Promienne słońce wstaje razem z nimi, a księżyc wraz z gwiazdami usypia ich do snu. Nikt nie wspomina o problemach czy złamanych sercach, bo w bajkach miłość i przyjaźń są  najważniejsze i nikt nie decyduje się ich lekceważyć. Wszyscy żyją długo i szczęśliwie.
Dziewczynka zebrała w swoim maleńkim serduszku całą odwagę, by otworzyć oczy. Nie była wypoczęta, ponieważ śniła koszmary tak straszne i realistyczne, że wyczerpały ją bardziej, niż dwie poprzednie bezsenne noce. Koc na podłodze nie był tak miękki i wygodny jak jej łóżko w przytulnym, dziecięcym pokoju. Mężczyzna zauważając, że się obudziła, natychmiast znalazł się przy niej. Naturalnie wzdrygnęłaby się, ale jego obecność była dla niej już codziennością, nieprzyjemnym elementem dnia i nauczyła się panować nad emocjami na tyle, aby ich mu nie okazywać. Skłoniła ją do tego postawa mężczyzny, który widząc jej przerażenie czerpał z niego chorobliwą satysfakcję i radość. Jej kosmyk włosów za sprawą jego palców powędrował za ucho, przy okazji niespodziewanie wyrywając jeden z nich.
- Dzień dobry, skarbie. – powiedział spokojnym i miłym głosem nie pasującym do jego groźnych oczu. Długi, brązowy włos skierował w stronę światła dochodzącego zza okna okalanego kratami. – Sprawdzimy czy twoja mamusia jest naiwnym, prawdomównym niewiniątkiem czy też bystrą, podstępną kłamczuchą.
- Moja mama nie kłamie! – wydusiła oburzona, patrząc mu z nienawiścią w oczy.
- Tak sądzisz, słoneczko? Może kiedyś obiecywała ci, że nigdy cię nie zostawi? – uśmiechnął się nieszczerze. - Wciąż uważasz, że nie kłamie? W takim razie gdzie ona jest? – dziewczynka spuściła głowę, chcąc ukryć żal. Nie wiedziała. – Posłuchaj, mam dla ciebie dwa cukierki.- wyciągnął z kieszeni słodycz zawiniętą w plastikowy skrawek kolorowej folii i obie dłonie wystawił w jej kierunku, chcąc aby wybrała, który sobie życzy – ten z lewej czy z prawej dłoni. Chwyciła niechętnie jeden, ponieważ nie ufała temu człowiekowi. Dziwiła się mu, dlaczego ją częstuje, bo przez kilka najbliższych dni nie troszczył się o to, by miała co jeść. Gdyby nie jego pracownik, który przynosił jej potajemnie posiłek pod wieczór złożony z płatków śniadaniowych i mleka, dawno umarłaby z głodu. – Dobry wybór. – mruknął i poczekał, aż cukierek rozpuści się w jej ustach. Był bardzo słodki o smaku truskawki. – Lubisz słodycze, prawda? – skinęła lekko głową, obserwując mężczyznę swoimi mądrymi oczami. – W porządku, a teraz ten drugi. – namawiał z szerszym uśmiechem. Małe palce przyjęły kolejny podarunek. Gdy tylko znalazł się w jej buzi, natychmiast go wypluła. Jego gorzkość spowodowała u niej odruch wymiotny. Zasługiwał na tytuł najbardziej obrzydliwego cukierka, jaki kiedykolwiek jadła w swoim sześcioletnim życiu.- Czujesz to? Tak smakuje śmierć. – po tych słowach zrozumiała, że bajki ją oszukały, że prawdziwe życie jest zupełną odwrotnością tego, co widziała w telewizji lub tego, co tata czytał jej w książkach. Mężczyzna podniósł cukierek i zawinął go w folię. Dzierżąc go razem z włosem w zaciśniętej pięści wyszedł, zostawiając ją samą w ciasnym, mrocznym pomieszczeniu, które nie było wesołe pomimo tego, że tak jak w bajkach, za oknem świeciło słońce.





Jeśli ktoś nas zapyta: Czy wierzysz w czary? Zazwyczaj odpowiadamy ,,nie''. Jednak nasza sytuacja zmienia się w momencie, w którym mierzymy się z czymś, na co nie mamy wpływu, czymś, co jest ponad nasze siły. Zaczynamy wierzyć cuda, jakąś magiczną moc, która jest w stanie zrobić daną rzecz za nas. To właśnie wtedy, w najgorszych chwilach, wszyscy wierzą w to, co nieprawdopodobne. Nie łatwo pogodzić się ze stratą kogoś bliskiego. Chcemy wierzyć, że przeżywamy ją we własny, niepowtarzalny sposób, jednak to przykre doświadczenie nie czyni nas wyjątkowymi. Istnieje jeden schemat ogólny dla wszystkich. Według jego autorów jest pięć faz przeżywania żałoby.
ZAPRZECZENIE
Plac pełen samochodów nagle opustoszał. Kurz wzniesiony przez odjeżdżające pojazdy opadł na ziemię, ale w skwarze pod słońcem widać było, że wiruje w przestrzeni, chcąc znaleźć zaszczytne miejsce w kałuży krwi albo wcisnąć się pomiędzy łuski, pociski, kawałki ostrego szkła i kamienie. Ostatni strzał należał do mnie, jedynie jego echo rozbijało się po dziurawych ścianach. Każda myśl w mojej głowie przepływała wolniej, a kolejny nawet najmniejszy ruch przestał być dla mnie widoczny. Nie miał najmniejszego znaczenia, podobnie jak każdy kolejny oddech. Czułam się jak duch, straciłam zimną krew, adrenalina zniknęła. Zawitał spokój, ale tylko pozornie, bo nie towarzyszyła mu ulga. Nie wiedziałam jak to wyjaśnić, ale czułam śmierć panoszącą się dookoła. Patrzyła mi prosto w oczy i drwiła ze mnie, ostrzegając że mnie nie ominie. Otrząsnęłam się z szoku ze łzami, którymi zaczęłam się dławić i podbiegłam do Justina leżącego na asfalcie. Z początku czułam się zagubiona, nie wiedziałam co robić, potrzebowałam zaczerpnąć oddechu, żeby odważyć się go dotknąć.
- Proszę. – szepnęłam, drżącymi palcami badając jego twarz. Jedną trzęsącą się ręką przytrzymałam jego dłoń, która wciąż była ciepła. – Kochanie, proszę… – łkałam, nie mogąc pojąć, że zostałam sama, że jego już ze mną nie ma. Był brudny od krwi. Rozpięłam jego koszulkę, chcąc zacząć masaż serca. Nagle jego dłoń ścisnęła moją, a z moich ust wyrwał się krzyk. Pod zakrwawionym ubraniem miał kamizelkę kuloodporną, a kula utknęła w niej zamiast w jego sercu.
GNIEW
Uderzyłam go w barki z całej siły. Patrzył na mnie i lekko się uśmiechnął. Jego ręka pogładziła uspokajająco moje ramię, zataczając na nim kręgi opuszkami palców. Zmarszczyłam brwi, próbując odzyskać mowę. Zaczęłam się jąkać. Jeden głęboki oddech więcej przywrócił mój temperament na właściwe miejsce.
- WYSTRASZYŁEŚ MNIE! – wrzasnęłam rozgorączkowanym głosem, wycierając wilgotne powieki i policzki.
- Od razu wystraszyłeś… - teraz moje oczy, przez które przebijało się otępienie pomieszane ze zmartwieniem, w przeciągu jednego mrugnięcia zamieniły się w oczy ziejące niewyobrażalnie nieposkromioną wściekłością.
- Dlaczego się nie odezwałeś?! Dlaczego nic nie zrobiłeś?! – odepchnęłam się rękoma od jego klatki piersiowej i wstałam z asfaltu. Nie mogłam na niego patrzeć, nie zasługiwał na te łzy, które zobaczył, kiedy otworzył oczy. – Dlaczego pozwoliłeś mi myśleć, że ty… - nie dokończyłam, bo nie chciało mi to przejść przez gardło. Wciąż byłam roztrzęsiona, a on nie potrafiłby mnie uspokoić. Nie po tym, jak upozorował swoją śmierć! Dlatego nie będąc w stanie spojrzeć ani na niego, ani na Mike’a, który w przeciwieństwie do Justina na pewno został zastrzelony, szybkim krokiem szłam jak najdalej od tego pobojowiska. Uciekałam, bo przecież to robiłam przez całe życie, kiedy tylko poczułam się zagrożona.
- Rachelle, musiałem to zrobić. Nie odważyłabyś się… – powiedział spokojnym tonem, kiedy ja stanęłam w miejscu i obróciłam się do niego, by spojrzeć mu w oczy. Chwyciłam go kurczowo za nadal rozpiętą w połowie koszulę.
- Nigdy więcej… – warknęłam wściekła.- Nigdy więcej nie żartuj sobie tak ze mnie! Byłam pewna, że nie żyjesz! Przez te kilka minut przeżyłam największe katusze w moim życiu! Nie masz prawa robić mi takich rzeczy! – krzyczałam rozżalona. Chwycił mnie za ręce, bym nie wymachiwała nimi w powietrzu z nerwów.
- Czy ty mnie słuchasz? Przerywasz mi…
- Wiesz, kto ma problemy ze słuchem? Ty! Zamykając mnie podstępnie całkiem niedawno po tym, jak mówię, że pracujemy razem! – spuścił głowę w dół, oblizując dolną wargę. – Och, tylko nie graj mi tu pokrzywdzonego! Już nigdy nie dam się tak oszukać!
- Powinnaś być szczęśliwa. Wygraliśmy. Co jest nie tak? – spytał, na chwilę zatrzymując wzrok w guzikach koszuli, które zdecydował się zapiąć.
- Co jest nie tak? Zabiłam kilkoro ludzi, wszędzie pełno krwi i te ciała leżące na placu, a ty pytasz mnie co jest nie tak?! – Czy naprawdę po moim wyrazie twarzy nie widać, że dla mnie to zbyt wiele?  
- Kochanie jesteś zbyt wrażliwa i za dobrze ich oceniasz. Pamiętaj, że nie znaleźli się tu przypadkiem. Wiedzieli co ich czeka, nie byli niewinni, zasługiwali na to, żeby umrzeć, a nawet prosili się o to. - po moich plecach przeszły ciarki. Dotychczas czułam je tylko w obecności Mike’a. Najbardziej niepokojącym było zdanie, które kiedyś już słyszałam. Prawdopodobnie całkiem nieświadomie Justin je powtórzył. Wiedziałam, że bliżej mu do diabła niż do anioła i ma pewnie swoje za uszami jak każdy, ale do cholery, czy ja naprawdę znam tego chłopaka z którym wiążę swoją przyszłość?
POCZUCIE WINY I ROZPACZ
- Ty nic nie rozumiesz, prawda? Zemściłam się na nim.
- No i? – spytał, kręcąc głową z uniesionymi wysoko brwiami jakby zabicie człowieka nie było niczym złym, ani wstrząsającym.
- Zachowałam się zupełnie jak on. - Czy naprawdę jestem taka zła? Ja po prostu chciałam uratować go przed nim samym. Nie wiedziałam, że będę musiała go zabić. Spełniły się jego słowa… Zabijanie, to jedyny sposób, aby żyć. - Ja go zabiłam Justin, rozumiesz? Co teraz będzie? – nie wiedziałam, że kiedykolwiek się do tego przyznam. Nie miałam już siły i upadłam na kolana ponownie. Klęczałam na betonie, w samym środku magazynu i zalałam się łzami. Do czego to wszystko doprowadziło… Obarczona wyrzutami sumienia nie miałam siły, by iść dalej. Wiedziałam, że muszę się stąd ruszyć, ale nie mogłam. Miałam zostawić te wszystkie ciała? Znajomych i nieznajomych? Oni wszyscy zginęli przeze mnie i przez moją głupotę. Jestem pieprzoną egoistką. Poświęcenie dla miłości to piękna rzecz, ale zrozumiałam, że to co przed chwilą się stało to była rzeź, nie poświęcenie, z którego powinnam być dumna. Rzeź spowodowana przez dwóch egoistów, którzy przeżyli. Poświęcenie opłacone życiem innych. Justin przykucnął przy mnie jak przy małym płochliwym dziecku.
-  Ćśś kochanie, poradzimy sobie. - przytulił mnie mocno i pocałował w czoło, lecz mi wcale nie zrobiło się lepiej. – Skarbie, wiem, że to trudne, ale musimy stąd iść. Nie mogą nas tu znaleźć, dość już problemów mamy na głowie.- spojrzałam na niego, wiedząc że moje oczy są opuchnięte, a usta wykrzywia grymas. Podał mi rękę, pomagając mi wstać. Kilka minut później Justin schował kamizelkę do bagażnika, a w rękawiczkach zebrał pełne magazynki. Następnie prosił, abym mu pomogła broń opuszczoną przez Mike'a podczas upadku, włożyć mu do ręki, tak aby wszystko wyglądało na samobójstwo, ale ja tylko pokiwałam stanowczo głową na boki, odmawiając. Patrzyłam jak pochyla się nad jego ciałem, które zapewne utraciło już swoje naturalne ciepło, i unosi jego ciężką, bezwładną rękę. Miał otwarte oczy, miałam wrażenie, że nas widzi. Nie zapomnę tego widoku do końca życia. Wycie syren policyjnych zmusiło mnie do ściągnięcia wzroku z twarzy Howarda, puściliśmy się biegiem do samochodu. Kiedy odjeżdżaliśmy i byliśmy już kilkaset metrów od magazynu, obracając się i patrząc przez tylną szybę samochodu widziałam, jak w mgnieniu oka policja otoczyła magazyn ze wszystkich stron, jakby dostali wcześniej informację o tym zdarzeniu. Założyłabym się, że Mike miał coś z tym wspólnego, gdyby nie był trupem.
Droga, którą przemierzaliśmy przypominała pustkowie. Na autostradzie łatwiej byłoby nas złapać. Nuda, spowodowana powtarzającymi się polami, ogromnym, gęstym lasem lub hektarami piasku jednak została zniwelowana, ponieważ mieliśmy dosyć wrażeń. Chyba oboje potrzebowaliśmy chwili na rozmyślanie. Nie potrafiłam sobie wyobrazić jak powinnam czuć się po tym, co się stało. Naprawdę do samego końca wierzyłam w Howarda. Chociaż krzywdził mnie przez tyle lat, nie pragnęłam jego śmierci.
Od dwudziestu kilometrów coraz częściej pojawiały się ostre zakręty i gwałtowne wzniesienia. Na jednym z nich inny samochód, jeden z nielicznych, które mieliśmy okazję mijać, zajechał nam drogę. Justin początkowo uderzał w klakson samochodu kilkakrotnie, aż w końcu z niebywałą precyzją zatrzymał się kilka centymetrów od maski drugiego samochodu. Pomimo tego, że nie wątpię w jego umiejętności to i tak nieprzyjemne dreszcze rozbiegły się po moich plecach.
- Co jest kurwa?!- wykrzyknął Justin zirytowany, uderzając o kierownicę. O ruszeniu się z miejsca nie było mowy, zakręt był niebezpieczny, ulica wąska, groziło nam wylądowanie w rowie. Wściekły Justin patrzył na kierowcę. Nie wytrzymał, wysiadł z samochodu trzaskając drzwiami. Wyczuwając w powietrzu kłopoty zrobiłam to samo. Nieznajomy mężczyzna z uśmieszkiem wysiadł ze swojego rang rovera, mierząc się wzrokiem najpierw z Justinem, a później ze mną. Jego spojrzenie lekko mnie sparaliżowało, dlatego oparłam się o rozgrzane od zachodzącego już słońca drzwi naszego samochodu z założonymi na piersi rękoma. Postanowiłam obserwować ich z daleka, bo już zbyt często zawieram kontakty z chłopakami, do których powinnam bać się odezwać. Facet miał wytatuowaną prawą rękę, od ramienia do nadgarstka wiła się po niej jaszczurka.
- Kto by pomyślał, że dwójka takich szczeniaków jak wy zrobi coś, co planowałem od tylu lat.- zaczął ze sztucznym uśmiechem bić nam brawo.
- Kim ty do cholery jesteś? – spytał Justin, który w razie czego, był gotowy rzucić się na niego w każdej chwili.
- Jesteście całkowicie zieloni, jeśli mnie nie znacie… Cóż, nazywam się Charles Price, a i przepraszam, że was spłoszyłem. – obrócił się stronę swojego samochodu i pstryknął palcami. Mężczyzna siedzący z przodu na fotelu pasażera włączył syrenę policyjną.- Myślałem już, że nie zdążę wam pogratulować.
-  Nie wiem o czym mówisz. – mina, którą zrobił Justin, była miną za którą najlepsi aktorzy dostają Oscara. Nawet ja byłabym w stanie uwierzyć, że jest zwykłym chłopakiem, który nie brał udziału w żadnej strzelaninie i naprawdę znalazł się tu przejazdem.
- Spokojnie, nie jestem gliną, po prostu lubię używać ich zabawek. – zaśmiał się rozbawiony własnym żartem. – Ciebie nie znam, ale ty… - teraz ostentacyjnie wpatrywał się we mnie. – Rachelle, dziewczyna Howarda. Nie wyglądasz na zrozpaczoną.- stwierdził i uśmiechnął się cwaniacko, wyciągnął pudełko papierosów, wyjął z niego jeden, a później zapalniczką podpalił. Wsunął używkę w usta i zaciągnął się długo. Z rozwartych lekko ust wydostawały się kłęby dymu. - Myślicie, że uwierzyłbym, że największy drań, który stąpał po Nowym Yorku i dorobił się fortuny na zabijaniu innych ludzi tak po prostu popełnił samobójstwo?
Chyba poczucie winy miałam wypisane na twarzy, bo po krótkiej ciszy dodał - Wszystko jasne, to tobie powinienem pogratulować najbardziej.
- Nie sądzę, żebym miała się z czegokolwiek tłumaczyć.- odparłam, patrząc mu odważnie w oczy. Co ja sobie myślałam, że się wystraszy, przestanie zadawać pytania? Ten mężczyzna potrafił zidentyfikować właściciela hoteli, wielkiego, dobrze zapowiadającego się młodego biznesmena Mike Howarda, wiedząc też, że jest tym Mike'iem, bezlitosnym mordercą. Wygląda na to, że Charles Price to nie byle kto. Ugięły się pode mną kolana.
- Oczywiście, że nie, przecież każdy korzysta z takich okazji. 
- Nie czekałam na okazję. Nie chcę jego pieniędzy i nie jestem dla ciebie konkurencją. Spędziłam z nim sporą część mojego życia, skończ proszę tą okropnie fałszywą, uprzejmą gadkę.
- W takim razie się dogadamy... Dobrze, przejdźmy do rzeczy. – przydeptał niedopałek papierosa podeszwą swoich drogich, czarnych butów. - Nie chcę was oglądać nigdy więcej! Jeśli znów wejdziecie w drogę mi i moim ludziom, naprawdę tego pożałujecie. – nagle ton jego głosu zmienił się diametralnie, mimo, że o to prosiłam nie byłam na to przygotowana. - A teraz wybaczcie mi, idę świętować śmierć mojego największego wroga. Macie szczęście, że Mike mi zawadzał, gdyby nie to, że przez was nie żyje, pewnie bym was zabił. Potraktujcie to jako wyraz wdzięczności. Dla waszego dobra, lepiej, żebyście nie zmienili zdania.
Potem zwyczajnie zostawił nas z konsternacją na twarzy.
To ten moment, kiedy uświadamiasz sobie, że każdy twój czyn ponosi za sobą konsekwencje. Gdyby Mike wciąż żył, wiedziałby jak pozbyć się Charlesa. On wiedział wszystko, miał znakomity instynkt w tych sprawach.
TĘSKNOTA
- Co teraz? - spytał Justin, nadal wyprowadzony z równowagi.
- Musimy wrócić do hotelu.- odparłam, wsiadając do samochodu.
- Wyjeżdżamy! - sprzeciwił się i zmarszczył brwi, uderzając w kierownicę, co nie zrobiło na mnie wrażenia. Przyzwyczaiłam się, że rzadko się zgadzamy.
- Nie będę znowu uciekać. Pozwoliłam Ci urządzić strzelaninę, teraz Ty zrobisz to, o co cię proszę. Zawieź mnie do hotelu.- rozkazałam mu zdecydowanym głosem. Nawet nie włączył silnika.-  To moja jedyna szansa, póki nikt nie wie, że Mike nie żyje.- w oczach zebrały mi się łzy, bardzo zależało mi na tym, by zrobić co należy. Położyłam dłoń na jego kolanie i spojrzałam na niego błagalnie.
- Ale ona... 
- Musi się dowiedzieć ode mnie.
- Znienawidzi Cię.
- Uwierz, już bardziej nie może.
- Mówiłaś, że już nie raz rzuciła się na Ciebie, to teraz...
- Pozwolisz jej mnie zabić?
- Oczywiście, że nie.
- Więc mamy plan.
AKCEPTACJA





____________________________________

NASTĘPNY 19 WRZEŚNIA