niedziela, 9 listopada 2014

Rozdział 24

   

Stałam jak wryta w podłogę. Ze strachem patrzyłam na jego rozbestwioną twarz. Za nim stało czterech umięśnionych mężczyzn, których ręce z pewnością potrafiłyby zmiażdżyć mi kości. W oczach Slade'a wybuchały iskry satysfakcji. Wiedziałam, że jest okropny, ale teraz nienawidziłam go jeszcze bardziej. Miałam nadzieję, że rozdział tej misji jest zamknięty. Skąd on do cholery wiedział, gdzie jesteśmy? Zmierzyłam go najbardziej morderczym wzrokiem, bo tylko na tyle mnie było stać i rzuciłam się w stronę tylnego wyjścia domu. Nie moi drodzy, moje życie to nie jest film, nie pójdę na górę tak jak każda dziewczyna w opałach i nie będę się zamykać w łazience, jakbym miała jakieś wątpliwości czy trzech złych facetów może roznieść drzwi jednym kopnięciem. Nie miałam przy sobie broni. Jev stał już przy drzwiach i mi je otwierał. Zebrałam tyle sił w sobie ile potrafiłam, żeby sprintem pobiegnąć w głąb lasu. Co jakiś czas sprawdzałam, czy Jev za mną nadąża. Nie mógł przecież mi dorównać po urazach jakie doznał ostatnio na misji. Na chwilę zwolniłam, żeby mnie dogonił i zaczerpnęłam przy okazji tchu.
- Gdzie jest Nate? - zapytałam sapiąc, zgięta w pół z dłońmi na kolanach.
- Ja... Nie mam pojęcia. Może pobiegł w drugą stronę. Pobiegłem od razu za tobą.- odpowiedział dusząc się. Usłyszałam szelest liści. Już nas doganiali. Kiedy miałam coś powiedzieć, ktoś rzucił się na mnie od tyłu. Silną ręką przyciskał mi twarz do brudnej i wilgotnej ziemi. Usłyszałam szyderczy śmiech, którego właścicielem nie mógł być nikt inny jak tylko Slade. 
- Jestem zaskoczony, że tak łatwo zabrać Howardowi jego ulubioną zabaweczkę. Wiedziałem, że nie trudno cię złapać, ale myślałem, że on będzie bardziej pilnował swoich skarbów.- przerwał, śmiejąc się.- Pokaż mi jej twarz.- powiedział chłodno, a mężczyzna, który cały czas mnie trzymał, mocno pociągnął mnie za włosy wyrywając część z nich.
- Dupek.- syknęłam wściekła i spojrzałam na Jeva, którego obezwładniało dwóch innych mężczyzn.
- Jesteś taka zawzięta. Pokłady twojej energii kiedyś się kończą? – postanowiłam zignorować jego pytanie i zaczęłam zadawać pytania.
- Jak nas znaleźliście? – grałam na zwłokę, wiedząc że czas jest jedynym, co mogłoby nas teraz uratować.
- Od miesięcy śledzimy każdy samochód wynajęty przez Howard Company.- wyjaśnił zadowolony.
- Mike będzie tutaj za pięć minut i nie przegapi okazji, by pokazać wam kto tu rządzi! Jeśli chcesz zyskać choć kilka dodatkowych z ostatnich godzin swojego życia, radzę zacząć już teraz uciekać w kierunku Grenlandii. – zaczęłam blefować, mając nadzieję, że Nate już wezwał pomoc i zaraz się tu zjawi.- Nie lubi zimnego klimatu.
- Jesteś taka urocza, ale traci mi się cierpliwość. – mówił irytującym głosem, sztucznie się uśmiechając. – Założyć jej worek na głowę i do samochodu, a tego tam zapakować na tyły w bagażniku. – jego pomocnicy pokiwali głową na znak, że zrozumieli polecenie. To była ostatnia szansa.
- Slade, czekaj! – wrzasnęłam w stronę jego odchodzących pleców znikających w ciemności.
- Czego chcesz, księżniczko? – zapytał obracając się. Co oni mają z tą księżniczką? Gdybym tylko uwolniła się od tego śmierdzącego potem oprycha…
- Zostaw Jeva. Chciałeś mnie, masz to czego chciałeś. On nie jest ci potrzebny. – powiedziałam, ciężko oddychając.
- Mógłbym to zrobić, ale jedna zabawka więcej to lepsza zabawa. – zatarł ręce.
– Już nie mogę się doczekać.



******



Nie wiem kiedy straciłam przytomność, ale byłam niemal pewna, że czymś mnie odurzyli. Znajdowałam się w jakimś pustym magazynie. Poznałam to po zapachu stęchlizny i gipsu, który zapewne sypał się ze ścian. Wreszcie rozwiązali mi oczy. Powstrzymałam odruch, żeby zasłonić je przed rażącym światłem żarówki zawieszonej na drucie. Szarpałam się z nimi kiedy kazali mi usiąść na krzywym drewnianym krześle. Moje ręce przywiązano do oparcia krzesła. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Jev siedział po drugiej stronie na podłodze, kilka metrów ode mnie ze spuszczoną głową. Jego nadgarstki były przytwierdzone łańcuchami do ściany.
- Jev! Żyjesz? – szepnęłam, kiedy zostawiono nas samych. Chłopak powoli podniósł głowę.
- Rachelle...- wysapał wyczerpany. Ciężko unosiła się jego klatka piersiowa. Pobili go, jego twarz wyglądała okropnie. Było na niej pełno krwi. Chciałam podejść do niego, otrzeć ją z jego twarzy, ale byłam bezsilna.
– Gdzie jest ten sukinsyn? – powiedziałam do siebie przez zęby. Na skrzypienie starych metalowych drzwi przeszły mnie ciarki. Obcy mężczyzna zdecydowanym krokiem podszedł do mnie. Zmierzyłam go wzrokiem. W dłoni trzymał bat.
- Jesteś ładna. Szkoda tej pięknej buźki.- spojrzał na mnie uważnie, a ja obdarzyłam go czystą pogardą.- Ha, zadziorna. Szef lubi takie. Wielka szkoda.- westchnął, po czym zadał mi pierwszy cios. Wrzasnęłam z bólu. Czułam jak bat rozdziera mi skórę. Zdjął mi bluzkę i zaczął ranić moje plecy. Jev krzyczał do niego, ale ten nie reagował nawet na jego prowokacje. Dwa lata temu nie wiedziałabym jak to jest stanąć twarzą w twarz z katem. Z każdym uderzeniem usiłowałam się przekonać, że boli mniej. Wiedziałam czego się spodziewać. To jest prawdopodobnie mój koniec. Nikt mnie tu nie znajdzie. Stawianie się im było bez sensu. Po jakimś czasie przestała mi przeszkadzać krew z nosa spływająca do moich ust. Przyzwyczaiłam się do niewyraźnych kształtów migających przed moimi oczami. Zaczęłam nawet je w jakimś stopniu odróżniać. Bardzo bolała mnie głowa od licznych uderzeń. Policzki miałam całe zaczerwienione – byłam tego pewna, bo czułam jak mnie pieką. Nie płakałam. Wkrótce moje mięśnie były wiotkie i czułam się lekka. Nie czułam już bólu, ale mężczyzna wciąż zadawał mi kolejne uderzenia.
- Zapytam ostatni raz. Co sprzedaje twój szef i jaka jest receptura tego świństwa?
- Nie wiem. Nie mam pojęcia. Nie dzieli się ze mną tą wiedzą.- stwierdziłam, że lepiej będzie jeśli nie dodam: ,,A gdybym nawet wiedziała, nie powiedziałabym wam.’’ Tym razem Bóg mnie wysłuchał. Ciosy były na tyle silne, że z szoku i agonii szybko mdlałam.  
Nie wiem ile tu już siedziałam. Czasem budziłam się jak przychodziła pewna kobieta i wlewała mi wody do ust, a potem zapychała je jakąś obrzydliwą papką. Za każdym razem kiedy chciałam wypluć to paskudztwo dostawałam w twarz, a później traciłam przytomność. Byłam osłabiona. Wracałam do rzeczywistości rozpalona z gorąca, a po chwili moje powieki zamykały się zabierając mnie w ciemną bezpieczną otchłań. Nie wiedziałam już co z Jevem. Pamiętam, że któregoś dnia obudziłam się, a jego nie było. Nie miałam władzy nad moim ciałem. Nie chciałam nawet na nie patrzeć. Czułam się sparaliżowana od głowy aż po czubki palców u stóp.
- Mamy już dosyć czekania na twoje odpowiedzi. Skoro nie chcesz nam pomóc, my nie możemy pomóc tobie. – oznajmił cierpko Slade, odgarniając kosmyk moich włosów za ucho. Myślałam, że moje ciało już nie odbiera żadnych bodźców z zewnątrz. Jednak na jego dotyk wzdrygnęłam się. Widząc to wziął rękę. Palce miał brudne od krwi. Mojej krwi.
- Gdzie jest Jev? – wysapałam, błądząc oczami po pomieszczeniu. Nie miałam siły trzymać głowy ku górze, a co dopiero ruszać nią.
- Nadal cię obchodzi ta łamaga? Przenieśliśmy go do innego pomieszczenia, za każdym razem, kiedy chcieliśmy wydobyć z ciebie jakieś informacje, darł się na cały głos. Nie mogliśmy tego wytrzymać. – powiedział z irytacją w głosie. Wreszcie zauważyłam, że w kącie pomieszczenia stoi dwóch ochroniarzy.
- Ile czasu minęło? – zapytałam.
- Trzy dni. A twój Mike nadal nas nie znalazł. Czy ty w ogóle kiedykolwiek go obchodziłaś? – zakpił.
- To nie twoja sprawa. – warknęłam i splunęłam na niego.
- Pamiętam jak się poznaliśmy. Widzisz do czego doprowadziłaś? Trzeba było wtedy być grzeczną dziewczynką.
- Wal się. – prychnęłam i usłyszałam śmiechy jego towarzyszy, które ucichły, gdy tylko obrócił się w ich stronę.
- Oj skarbie, ty chyba nigdy się niczego nie nauczysz. Wystarczyło z nami współpracować. Miałabyś wszystko. Po pierwsze nie siedziałabyś tutaj.- wbił we mnie wzrok, mając chyba nadzieję, że zaraz będę go błagać, żeby mnie oszczędził i wyśpiewam mu wszystko.
- Nie chcę współpracować z tobą, wolę umrzeć. – wysyczałam ze złością.
- Skoro tak… Jakieś ostatnie życzenie? – zapytał wyciągając z tylnej kieszeni pistolet. Było mi już wszystko obojętne.
- Zgiń, frajerze. – miałam nadzieję, że moje usta w tamtej chwili chociaż odrobinę przypominały drwiący uśmieszek.
- Jesteś taka urocza. Jak mogłaś zmarnować taką szansę, słoneczko? Mogłaś poprosić o wszystko. – uśmiechnął się w ten swój głupkowaty sposób. – Imponujesz mi, dlatego dostaniesz drugą szansę. Czego chcesz? – kiedy chciałam powiedzieć pewien wulgaryzm, który był teraz bardzo na miejscu, wpadłam na pomysł.
- Przynieście mi wódkę z Black Dope i upewnijcie się, że coś do niej dosypali.- powiedziałam nagle rozbawiona. Zaskoczyłam samą siebie.
- Słyszeliście chłopaki? Jazda!- krzyknął. – Ja tu zostanę z naszą cudowną panienką.- szyderczo się uśmiechnął,  pokazując zęby.
Przysięgam, gdybym miała władzę w chociaż jednej dłoni, zacisnęłabym ją w pięść i z chęcią wybiła mu te jego śnieżnobiałe ząbeczki… Nie żal by mi było nawet, jeśli to byłaby ostatnia rzecz jaką zrobię. Nigdy nie miałam okazji myśleć o tym jak chciałabym umrzeć, ale z pewnością nie w taki sposób. Nie wiem dlaczego łudziłam się na coś innego. Przecież taka śmierć była najbardziej prawdopodobna, biorąc pod uwagę to, czym się zajmuję. Co ja wtedy sobie myślałam? Nic. 
Po prostu, tydzień temu wyznałam chłopakowi co czuję, co było dla mnie wyzwaniem, za które teraz grozi mi śmierć. Zachował się jak idiota, a ja i tak chciałabym znowu go zobaczyć, dotknąć. Tymczasem siedzę na jakimś śmierdzącym odludziu i chcę chociaż usłyszeć jego głos, wywołany jakimś świństwem, które dosypali mi do whisky w nocnym klubie. Nie brzmi to dobrze. Nie, to w ogóle nie brzmi. Powinnam teraz z nadzieją czekać na Mike’a, chcieć zobaczyć, dotknąć i usłyszeć właśnie jego, a nie Justina. Głupia Rachelle, kiedy ty przestaniesz o nim myśleć? Czy chociaż w takiej chwili możesz przestać? Ten dupek nie tylko złamał mi serce, ale zabrał mi mózg… Nie mogę się poddać. Muszę się na nim zemścić... Brawo Justin, wygrałeś. Wykonałeś swoje zadanie, uwiodłeś mnie, zraniłeś, opuściłeś i wygrałeś walkowerem.
Po godzinie stanął przede mną Slade z whisky w dłoni. Jego orangutany odwiązały mi ręce. Wszyscy wiedzieli, że mam naprawdę marne szanse, żeby w ogóle wstać z krzesła. Slade chciał podać mi kieliszek, ale widząc mój ogromny wysiłek w zrobieniu tego niewielkiego gestu zaproponował mi pomoc i przykładając lodowatą (w porównaniu z temperaturą mojej skóry) szklankę do warg, lekko i stopniowo przechylając ją. Gorzki płyn rozpływający się w moich ustach zapiekł mnie w gardle.
- Chłopcy wyjdźcie.- powiedział, a kiedy wyszli, zwrócił się do mnie.- W takim razie muszę cię pożegnać. Naprawdę bardzo mi przykro, że muszę o zrobić. – na chwile ucichnął. - Jednak chcę żebyś wiedziała, że gdy tylko umrzesz, przelecę cię martwą.- od początku wiedziałam, że mam do czynienia z wariatem. Ale nie wiedziałam, że jest aż tak bardzo nienormalny. Czy ja zawsze muszę mieć do czynienia z jakimiś świrami, albo niewyżytymi mężczyznami? Nie wiem co jest gorsze.
- Jesteś bardziej obrzydliwy i chory psychicznie niż myślałam.- skwitowałam krótko.-  W takim razie nie wiesz jak bardzo się cieszę, że mnie przy tym nie będzie.
- Nie zamierzasz już walczyć…- oddalił się ode mnie o jakieś dziesięć kroków, wyjął pistolet z tylnej kieszeni i wycelował go we mnie. Nie usłyszałam kolejnych słów, bo poczułam, że gdzieś biegnę. Przede mną była głęboka ciemność, po chwili zobaczyłam sceny, które przewijały się w zawrotnym tempie:




Ten był całkiem inny od pozostałych. Zdecydowanie się wyróżniał. 
Miał coś dobrego w oczach. Po prostu widziałam to […] 
Nie, nie mogłam go zapomnieć. Od razu wiedziałam, że tak się nie stanie. 
[…] Nim zdążyłam cokolwiek przemyśleć, chłopak znalazł się obok mnie.
- Cześć.- powiedział uwodzicielsko się uśmiechając. [...]
- Mówisz do mnie?- zadałam głupie pytanie.
-Tak, a widzisz tu kogoś innego?- uśmiechnął się jeszcze raz skrępowany.



- Pocałuj mnie i udawaj, że jesteśmy razem.- szepnął mi na ucho. 
Upuściłam obcasy na  podłogę. [...]
- Co? - powiedziałam, jakby nie rozumiejąc jego słów. 
Wywrócił oczami i zaczął działać. 
Moje rozpalone usta były pokładane namiętnymi i przyjemnymi pocałunkami. 
Oddałam jego pocałunek wgryzając się delikatnie w jego dolną wargę i oblizując ją. 
Wbiłam palce w jego włosy, nie myślałam racjonalnie,
 zapomniałam o całym niebezpieczeństwie. […] 
Owinął sobie moje nogi wokół siebie i nadal namiętnie powoli całował mnie,
kręcąc loki z moich włosów. Nie mogłam złapać oddechu.
Justin dostrzegł to i przeniósł swoje usta na moją szyję [..] 
- Poszedł już.- mruknęłam cała rozpalona w jego usta.
 Jeszcze raz oblizał moje.
- Możesz przestać nie ma go już... - powtórzyłam cicho jeszcze lekko rozkojarzona,
 stykając swoją dolną wargę z jego.



- Naprawdę, nie wiem dlaczego tak upodobałeś sobie łazienki.
 W dodatku damskie.- syknęłam po cichu, wpatrując się w niego. 
Dziwiło mnie to, że wyglądał jakby nikt go nie dotknął. 
Kiedy stałam przy drzwiach razem z nimi
 kilka minut temu, zapowiadało się na porządną bójkę.
- Tak i dziwnym jest to, że zawsze jesteś w nich ty. – dokończył za mnie 
z szyderczym uśmiechem.



-Tutaj, nie ma praw. Nie ufam im, tak samo jak tobie. -wskazałam na niego palcem, 
po czym wbiłam mu go w klatkę piersiową.
- Tak mi przykro. Naprawdę... jakoś,
 gdy zobaczyłaś mnie w klubie po raz pierwszy
 wierzyłaś w każde słowo, które ci powiedziałem.




- Nie. Ty nigdzie nie idziesz.- powiedział mi na ucho, chwytając mnie za rękę 
i sprowadzając mnie z powrotem na ziemię.
- Nie ty będziesz o tym decydował.- spojrzałam na niego z furią w oczach.
- Właśnie, że ja.- był nieugięty.
- No to się zdziwisz.




- Kimkolwiek on jest, uważam, że powinnaś go teraz znaleźć i
 powiedzieć mu prawdę.
- Ten ktoś, o kim mówisz.. jest dość skomplikowany.- mruknęłam, nie mogąc znaleźć
odpowiedniego słowa, opisującego mojego trenera.



- Nie potrafisz walczyć, dlatego nie rozumiesz.
 Nie posłuchałaś się mnie! Prosiłem cię.- mówił szybko i z wyrzutem.
 – Swoim przybyciem, wywołałaś kolejny problem. 
Muszę teraz chronić twój tyłek, zamiast ich zabić.
- Świetnie, bo liczyłam bardziej na coś w stylu : 
,,Dziękuje za uratowanie życia.’’ No ale jak wolisz.
- Poradziłbym sobie bardzo dobrze bez ciebie.



- Nic mi nie jest…- Tak, rana na pół brzucha, 
to tylko takie ,,draśnięcie,’’ nic wielkiego.[…]
- Daj mi to, jeszcze bardziej wszystko rozpaprzesz. 
Sięgnęłam po wodę utlenioną i waciki.- usiadłam na wannie,
naprzeciwko Justina.
- Nie, proszę. – odsunął się ode mnie i jęknął..
nawet go jeszcze nie dotknęłam.
- Będzie szczypać…
- Dostałeś tyle razy w gębę i to – zaśmiałam się i pokazałam mu wacik nasączony wodą 
–  ma cię boleć? Przestań, nie jesteś małym dzieckiem. Trzeba to odkazić.
- Poradzę sobie... możesz iść.
- Zamknij się, po prostu. – poprosiłam… naprawdę grzecznie, 
ale inaczej by się nie dało. 
– Zacznij mówić coś do mnie, nie myśl o tym. – powiedziałam, 
widząc że nadal chciałby uciec z tej ciasnej łazienki.
- Ten dureń miał nóż... Nie zauważyłem go,
 bo spojrzałem na Jeva jak sobie radzi...- tłumaczył się
 i przerwał sycząc z bólu. Widziałam jak za każdym razem,
gdy go dotknęłam jego mięśnie się napinały.[…] 
Potem spojrzałam na niego 
i mechanicznie zaczęłam oczyszczać
mu jakieś zadrapania na twarzy. 
Nie wiem jak to się stało, ale nerwowo
ciągle usiłowałam znaleźć jakąś jeszcze ryskę, 
która nie istniała, żeby ją oczyścić. 
Jego oczy uważnie śledziły moje ruchy. 
Wstałam, objął mnie ramieniem.
- Rachelle, starczy.. już. – powiedział tuż przy moich ustach. 
Mogłam poczuć jego ciepły oddech na mojej skórze.
- Ale.. – chciałam już się obrócić i nawilżyć wacik. 
Strącił mi go z rąk i położył moją dłoń na swoim ramieniu. 
Przybliżył się i zetknęliśmy się ustami. 
Przeniósł swój wzrok od moich oczu i do ust, 
musiałam się podobnie zachowywać. 
Czułam jego smak, całą kwintesencję uczucia. Zatracałam się i pragnęłam.





- Wracamy.-  zarządziłam. 
Teraz dopiero pomyślałam o tym,
że mogłam to powiedzieć jakiś kilometr wcześniej.
- Nie.- usłyszałam.
 Natychmiast obdarzyłam go moim najostrzejszym spojrzeniem,
 które chyba nie zdołało ukryć zaskoczenia. 
No dobrze, nie spodziewałam się,
 że będzie mi tu skakał z radości
 i od razu się zgodzi, ale…
- Mamy jeszcze coś do załatwienia.- powiedział
 i popchnął mnie do najbliższego pnia.
Poczułam na plecach chropowatą korę. 
Zarwał się wiatr i na chwilę zasłonił mi pole widzenia moimi włosami. 
Sekator… dajcie mi tu piły. 
Zabiję go, po prostu go zabiję!
 Podszedł do mnie z tym swoim chytrym lisim uśmieszkiem. 
– Mam cię.- powiedział i położył dłonie na moich biodrach.
- Nie dotykaj mnie. Jeżeli za chwile nie weźmiesz
swoich macek z mojego ciała, to
 licz się z tym, że ci je odgryzę.- ryknęłam, wbijając w niego
nienawistny wzrok.
- To dziwne, biorąc pod uwagę,
 że zawsze gdy ciebie dotykam to drżysz. - oderwał jedną dłoń od mojego ciała, palcem wskazującym pogładził mój policzek aż do dolnej wargi. - To zabawne. 



- Skarbie, jeżeli się na mnie rzucasz, to z innymi zamiarami.
 – na chwilę przez jego twarz przebiegł cień łagodności. 
Uśmiechnął się, westchnął  i owionął mnie swoim oddechem. 
Zahipnotyzowana zbliżyłam się do niego. 
Przez dłuższą chwilę staliśmy bardzo blisko siebie, 
czując swoje oddechy jakbyśmy chcieli odkryć,
 które z nas wytrzyma dłużej. 
Wyciągnęłam rękę i strąciłam jego pistolet na ziemię. 
Wcale się tym nie przejął, 
tylko kopnął go gdzieś dalej.
 Po chwili przydusił mnie do drzewa, 
składając namiętny pocałunek na moich ustach. 
 Złączył nasze palce i pogłębiał go.
- Jesteś okropna i wredna.
- mruknął, łapiąc oddech i oblizując dolną wargę.
- A ty głupi i irytujący.
- odpowiedziałam, sekundę później przegryzając ją. […]
- Nie powinniśmy wracać? – westchnęłam, pozwalając
 aby ustami drażnił moje czułe miejsce na szyi.
- Powinniśmy.- odpowiedział wracając do moich ust.

  

- Jestem tu tylko po to, 
by pokazać tobie jak bardzo jesteś słaba.[…]
 Do zobaczenia, wrócę by dalej cię dręczyć.



To ostatnie wspomnienie jakie zobaczyłam zbudziło mnie z transu. Zaczęłam krzyczeć: ,,Miałeś wrócić!" I czułam jak łzy spływają po moich policzkach. Dopiero teraz dałam upust moim emocjom. Rachelle?! Rachelle?! Rach?! – usłyszałam jego głos, tak realny jakby mnie wołał. Czyżby to nadal działa? Nie mogłam mu odpowiedzieć. Łzy nadal sączyły się z moich oczu. Były tak lodowato zimne, pewnie dlatego, że miałam temperaturę. Poczułam, że ktoś kładzie mi dłoń na kolanie, a drugą czule ociera łzę. Było to tak prawdziwe i elektryzujące, że zmusiłam się do otworzenia oczu.
- Justin? – miałam takie wrażenie jakby to była kolejna scena wywołana narkotykiem w whisky.
- Jestem tutaj. – powiedział ciepło, a do mnie dotarły wreszcie inne dźwięki z otoczenia jak odbezpieczanie pistoletu, przeraźliwe krzyki i huk pocisków wirujących po całym pomieszczeniu. Justin chwycił mnie pod kolanami i wyniósł na korytarz. Grube mury były tak szczelne, że za zamknięciem metalowych drzwi nie słyszałam prawie nic. Ale nie to było dla mnie ważne.
- Wróciłeś.- powiedziałam, nie mogąc ukryć uśmiechu. Wtedy wszystko sobie przypomniałam. I z całej siły uderzyłam go w twarz. Nie mogłam uwierzyć, że jeszcze ją miałam. Jednak złość potrafi wszystko.
- Okej, zasłużyłem.- przyznał zgaszony. Wyglądał obłędnie. Czarny strój, idealne rysy twarzy, rozczochrane włosy, usta, które prawdopodobnie z nerwów przegryzał, bo były odrobinę popękane, ale to nie był powód, dla którego mogłabym nie chcieć go teraz pocałować. Zdążyłam zapomnieć jak bardzo intensywny czekoladowy brąz błyszczy w jego oczach. Kiedy miałam zacząć reprymendę podszedł do nas facet również ubrany na czarno, którego nie mogłam rozpoznać, bo nosił kominiarkę. Gdy znalazł się przy nas ściągnął ją.
- Rachelle, kochanie, żyjesz! Nie wiesz jak się cieszę! Wszystko w porządku? – zapytał Mike głaszcząc mnie po głowie z troską. Pochylał się nade mną i spoglądał mi w oczy.
- Bywało lepiej.- powiedziałam, słabo się uśmiechając. ,,Budynek opanowany, czekamy na rozkaz.” – usłyszałam w jego mikrofalówce.
- Justin, zabierz ją stąd. Wsadź ją do samochodu i jedźcie do hotelu. Ja muszę się z nimi policzyć. – powiedział rozwścieczony Mike. Nie chodziło tu o mnie. Chodziło o jego dumę. Byłam jego własnością, która została skradziona. – Trzymaj się mała, później porozmawiamy. – powiedział i po prostu odszedł. Co jest ważniejsze od jego interesów? Chyba nic, oprócz niego samego. 
- Musimy porozmawiać.- odezwał się po raz pierwszy Justin od kiedy go uderzyłam, gdy siedzieliśmy w samochodzie, a ja nawilżonymi chusteczkami wycierałam twarz i starałam się uspokoić oddech. Nareszcie czułam się bezpiecznie, nie wiem dlaczego.
- Uwielbiam gdy to mówisz. – zaczęłam coś bełkotać. Było mi niedobrze. Mimo wszystko nadal miałam wrażenie, że to, co widzę jest jakimś złudzeniem. Nieprawdą. Za chwilę miałam się obudzić, zobaczyć Slade’a i tak po prostu zniknąć. – Uważasz, że naprawdę jestem w stanie rozmawiać o czymkolwiek? – wreszcie odwzajemniłam jego spojrzenie, na co on tylko uśmiechnął się krzepiąco. Odważyłam się wreszcie obejrzeć rany na moim ciele. Odchyliłam bluzkę, by zobaczyć brzuch. Justin obserwował mnie uważnie, równocześnie starając się nie na długo ściągać wzrok z drogi. Jednak odwrócił na chwilę głowę na widok krwi. Otwarte rany przyklejały się do materiału, co niemiłosiernie mnie szczypało. Szczególnie na plecach, bo dotykałam nimi oparcia fotelu.   
- Trzeba z tym jechać do szpitala, nie wygląda to za dobrze. – Jeżeli to nie jest prawdziwy Justin, to naprawdę zbyt realne są te omamy. To coś, co spróbowałam musi być cholernie mocne.  
- Tak i co im powiesz? – zapytałam, wstydząc się patrzeć w jego twarz. – Moja koleżanka wywróciła się na rowerze, a potem dla zabawy przeturlała się po torach kolejowych ? Czy może: moją koleżankę skrzywdzili bardzo źli ludzie, którzy chcą zabić jednego z największych dilerów w Nowym Yorku. Proszę, pomóżcie jej. Na pewno nie zawiadomią policji. Masz rację. – westchnęłam, wywracając oczami. – Jedź do hotelu, jeden z naszych klientów jest wysoko wykwalifikowanym lekarzem. Nie odmówi mi pomocy.


*******


Leżałam w swoim łóżku. Poprzednia noc była bardzo wyczerpująca. Szybko usnęłam po wszystkich badaniach. Doktor Rickquell przyjechał o drugiej w nocy i czekał na mnie w specjalnym pomieszczeniu, w którym odbywały się najczęściej nielegalne operacje. Znajdowały się tam normalne łóżka szpitalne i sprzęt medyczny. Oczywiście, ani ta sala, ani sprzęt, ani operacje formalnie nie istniały. Wszystko po to, aby nie mieć problemów z policją. Oczywiście, ona była niczym w porównaniu z naszą mafią, ale zabójstwo całego posterunku nie uszłoby uwadze wyższym służbom specjalnym, a wtedy mogło się zrobić nieprzyjemnie. Po wszystkich badaniach kontrolnych lekarz kazał zawieść mnie do pokoju. Jedna z jego asystentek zrobiła mi opatrunki. Czułam się trochę jak jakaś mumia. Rano obudziła mnie Monique, widziałam jak próbuje się do mnie dostać wczoraj w nocy, ale ochroniarze jej na to nie pozwolili.
- Nadal nie rozumiem jakim cudem mogło do tego wszystkiego dojść. – powiedziała zmartwiona siedząc po drugiej stronie łóżka. Jej mina definitywnie świadczyła o tym, że wyglądam koszmarnie. Oczy miała szkliste od płaczu. – Przecież ty mogłaś…
- Monique, mówię ci już setny raz. Śledzili nas. – odparłam. – Ja czuję się naprawdę dobrze i nigdzie się nie wybieram. Mam plany.
- Tak, wiem. Chcesz odegrać się na nim, ale dla mnie to całkiem bez sensu.
- To nie jest bez sensu. Zasłużył sobie na to.
- Musiał być jakiś powód, że tak cię potraktował.
- Powód?... On jest po prostu idiotą. Zagrał na moich uczuciach. Dałam się złapać w jego gierki. Nic poza tym. Wykonał robotę. Jest wrednym, dwulicowym, obrzydliwym ignorantem. – z każdym słowem podnosiłam ton głosu.
- Dobrze, że chociaż energii ci nie brakuje. To znaczy, że wracasz do formy. – skomentowała krótko.- Nie wierzę, że mówił to na poważnie.
- Jeśli uważasz, że to miał być żart, to on ma bardzo dziwne poczucie humoru. – parsknęłam ze złością.- Dlaczego tak myślisz? Niewiele z nim rozmawiasz. Nie znasz go.
- Całą noc siedział tu przy tobie. Gdyby był takim za jakiego go masz, nie czuwałby nad tobą.
- Może po prostu zrobiło mu się mnie żal. Koniec tematu. – kiedy Monique chciała zaprotestować, do mojego pokoju wszedł Mike.
- Wstałaś? – powiedział ciepłym głosem. Czy on naprawdę mógł być tak wielkim złoczyńcą? Na jego twarzy malowała się troska. To wcale nie był najbardziej wpływowy człowiek w Nowym Yorku, to był Mike – mój chłopak. – Siostrzyczko, zostaw nas samych.- zwrócił się do Monique.  Ona zmierzyła go tylko wzrokiem i zamknęła za sobą drzwi.- Jak się czujesz?
- Coraz lepiej. Nie wiem czy to nie zasługa leków przeciwbólowych.
- Mam coś dla ciebie. – zaczął. Mike pomyślał o mnie? Może jak wyzdrowieje zabierze mnie gdzieś i odpoczniemy od tego wszystkiego… Może chce pobyć ze mną chociaż parę dni? Zaczęłam umierać z ciekawości. Okej, umierać nie jest tu dobrym słowem, szczególnie po tym, co się stało. Gdy ujrzał zaciekawienie czające się w moich oczach, z tajemniczym uśmiechem wręczył mi plik papierów i machnięciem ręki zachęcał mnie, żebym je przejrzała.
- Co to jest? – zapytałam, patrząc na niego podejrzliwie.
- To jest, moja droga, dwadzieścia pięć procent udziałów w Howard Company, naszej firmie. – nie trzeba mi tłumaczyć, że pod słowem firma kryje się nasza mafia, a te udziały to głównie zyski z handlu i kradzieży narkotyków. – Od tygodnia pokazujesz mi na co cię stać. Zrobiłaś się taka… twarda. Zaskoczyłaś mnie. To jest ten moment, gdy jesteś gotowa przyjąć swoje ciężko zarobione pieniądze. Zasłużyłaś na to. – tylko dlatego, że nakrzyczałam na niego i wczoraj byłam bliżej śmierci niż zwykle, on daje mi pieniądze? Trzeba było pokrzyczeć na niego wcześniej. Ile ja dobrych okazji zmarnowałam? 
Uśmiechnął się, pocałował mnie w policzek i pożegnał się, mówiąc:
- Ciesz się z wolnego. Masz chwilę, by dojść do siebie. Muszę iść. Wszystko samo się nie zrobi. Mamy dużo roboty.
- Znaleźliście Nate’a? – zapytałam.
- Wysłałem ludzi, żeby się nim zajęli. Nie mamy pojęcia gdzie jest. Wszystko wygląda tak, jakby po prostu zniknął. – zamknął za sobą drzwi.
Świetnie. Dostałam jakieś pieniądze, które wcale nie są mi potrzebne. Chcę odzyskać człowieka, którego kochałam. Czy już wszystko, co mi powie będzie związane z jego interesami? Może ja też jestem jakąś jego żywą inwestycją?  Teraz wyglądam okropnie, jestem cała obolała i posiniaczona. Nie wyśle mnie na misje w takim stanie, to było jasne. Jeżeli rany dobrze się nie zagoją, on sam może się mnie pozbyć. Nadal łudziłam się, że to mój Mike. Jednak teraz coraz bardziej stawaliśmy się sobie obcy. 



- Wszystkiego najlepszego, skarbie! – powiedział radosny i dumny tata, ściskając swoją malutką córeczkę. Posadził ją sobie na kolanach i uśmiechał się, gdy ta palcami chwytała za jego czarne wąsy. Śmiała się, jej oczka błyszczały z radości. Była podekscytowana i pełna zapału, wpatrzona w tatę jak w obrazek. Był jej ideałem, tak bardzo go kochała.
- Mam coś dla Ciebie. – powiedział tajemniczo, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Sześcioletnia córeczka była jego oczkiem w głowie.
- Co to takiego? - patrzyła uważnie jak z kieszeni kamizelki wyciąga ostrożnie aksamitną, różową chusteczkę. Gdy rozwinął ją, jej oczkom ukazał się złoty łańcuszek z małym serduszkiem.
- Gdy będzie Ci źle, pomyśl o tym, że tatuś jest przy Tobie. Tutaj - wskazał na jej serduszko.- w twoim sercu i bardzo Cię kocha. 







____________________________ 

Witajcie kochani!  
Z przykrością przyznaje, że bardziej tego zepsuć nie mogłam.
 Gdyby Justin zapukał do drzwi, nie uważacie, że byłoby nudno?
 Jestem bardzo szczęśliwa, że 
pod ostatnim postem było aż 12 komentarzy. 
To naprawdę miłe. 
Mam nadzieję jednak, że tym razem
zmusicie mnie do tego bym 
dodała go wcześniej i będzie ich znacznie więcej. ;) 
Obiecuję, że tym razem Justin 
nie zniknie z życia Rachelle na tak długo. 
Jak myślicie, co teraz  zrobi?
Ja wiem jedno - jeszcze dużo się może wydarzyć. 


Potrzebuję Waszej pomocy. 
Chciałabym, żeby więcej osób dowiedziało się o moim blogu.
Proszę przekażcie innym adres bloga i jeśli
uważacie, że jest wart tego,
polećcie go.

Pamiętajcie! Im więcej komentarzy, tym szybciej rozdział! ;) 
 Niestety musicie pamiętać, że chodzę do szkoły,
tak więc rozdziały dodaję w weekendy.
Przypominam zwiastun, twitter i lista informowanych! 
Wpisujcie się i informujcie mnie o zmianie nazwy.  ;)  
Lecę się przygotować do dzisiejszej gali MTV EMA.
Nie mogę się doczekać! 
Do następnej! 




 



Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam,
tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, lub po prostu wiesz,
że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje napisz komentarz.


ROZDZIAŁY | LISTA INFORMOWANYCH| ZWIASTUN | KONTAKT 


niedziela, 14 września 2014

Rozdział 23




Gwiazdy odbijały się od tafli wody jeziora Champlain. Załadowanie wszystkich pudeł i rozliczenie się z klientami zajęło trochę więcej czasu, niż myślałam. Jedyne o czym marzyłam w tej chwili to położyć się spać. Zatrzymaliśmy się w drewnianym domku w środku lasu, niedaleko od brzegu. Jeepa zaparkowaliśmy przy tylnym wejściu, by nie rzucał się w oczy. Na wszelki wypadek Jev i Nate poszli ukryć pieniądze z wymiany w zakamarkach domu. Champlain jest dużym jeziorem, ale ze względu na to, że tylko na południowym brzegu jest sztuczna plaża, to właśnie tam zbiera się największy tłum. Z tej strony jest więcej glonów i chaszczy, przez które trzeba umiejętnie przechodzić, by nie dotknąć się jakiejś trującej rośliny, w najlepszym wypadku pokrzywy.
Z racji tego, że Nowojorczycy uwielbiają pławić się w luksusach wolą wybierać Ocean Atlantycki i ekskluzywne hotele lub wodne parki rozrywki, niż zrujnowane, porośnięte zielskiem, zanieczyszczone glonami jezioro. Raz na jakiś czas ludzie przyjeżdżali tu wędkować, ale ostrożnie patrzyli na swoje łowy, bo wszyscy uważali, że ryby w tym jeziorze są po prostu zatrute. Kto by chciał zjeść toksyczną rybę? Przecież każdy dba o swoje zdrowie i nawyki żywieniowe. Fast foody na Brooklynie są przecież najlepszą restauracją ze zdrową żywnością na całym świecie! Skoro już zabijam ludzi, to mogę też być zapaloną ekologiczną morderczynią, walczącą o ochronę środowiska… Wcześniej lubiłam moje miasto, bo nie widziałam niczego, co jest w nim złe, a teraz mam z tym kontakt codziennie. Może byłam trochę zazdrosna, że inni mają normalne życie, że nie widzieli tylu rzeczy co ja. Nie dbają o siebie, mimo że mają tyle możliwości i nie myślą o tym, co mogliby zmienić na lepsze. Nagle uświadomiłam sobie, że gadam tak jak Mike. Za długie przebywanie ze specyficznymi ludźmi jego pokroju źle na mnie działa. Potrafię chwilami wyłączyć cierpienie, ale później staję się wcieleniem dobroci i pragnienia naprawiania wszystkich wad tego świata.  Jestem jak to jezioro, mało atrakcyjne, bezwartościowe, opuszczone i niechciane. Rok temu, gdyby ktoś powiedział mi, że coś takiego mnie spotka, z pewnością wyśmiałabym go. Otworzyłam drzwi kluczykami, które dał mi Nate. Zaglądając do środka ogarnęło mnie uczucie, jakbym nie powinna tu być. Może to nie zasługa domku, ale czułam się jakbym weszła z piekła do nicości, która była jeszcze gorsza. Co zrobię jeśli Mike nie pozwoli mi wrócić? Ogarnęły mnie paniczne dreszcze. Perspektywa życia tutaj, bez niego była przerażająca. Mogłoby to dziwić, ale gdzie mogłam czuć się bezpieczna? Pomijając fakt, że nigdy do końca nie mogłam tak się poczuć. Podsumowując, lepiej czułam się wiedząc, że mam dwustu ochroniarzy do dyspozycji w hotelu niż dwóch nieogarniętych samców alfa. Zapaliłam światła, znalazłam się w największym pokoju, gdzie po jednej stronie była kuchnia z barkiem. W drugiej części urządzono salon z wielką białą kanapą i kominkiem oraz jadalnię ze stołem i krzesłami z tego samego drewna co podłoga i ściany domku, na których wisiały obrazy i głowa wypchanego jelenia. Na jej widok zrobiło mi się niedobrze. Podeszłam do lodówki i wyjęłam z niej butelkę wody mineralnej. Ktoś musiał wcześniej zatroszczyć się o jej wyposażenie. Zostawiłam sobie trochę wody na później i z torbą wbiegłam po schodach na górę. Otworzyłam jedne z trzech drzwi. Była tutaj sypialnia dla dwóch osób z jednoosobowymi łóżkami. Drugie drzwi prowadziły do obszernej łazienki z prysznicem i wanną oraz dwoma umywalkami i wielkim lustrem. Trzecie były tym, czego szukałam - sypialnią z jednym wielkim łóżkiem. Położyłam torbę w kącie tak, by się o nią przypadkiem nie zabić wchodząc do pokoju i zeszłam na dół do Jeva i Nate'a.
- I co chłopaki, załatwiliście wszystko, co trzeba? - zapytałam, mierząc ich wzrokiem.
- Tak. Chcielibyśmy obejrzeć mecz. Nie przeszkadza ci to? - odezwał się Jev.
- Nie, skądże.- powiedziałam wzruszając ramionami.- Będę u siebie.- odparłam i poszłam z powrotem na górę, gdyż stwierdziłam, że na dole nikomu się nie przydam.
Chwilę później do mojego pokoju zapukał Nate.
- Czego chcesz? - zapytałam, gdy tylko wychylił głowę znad drzwi.
- Może byłoby lepiej, gdybym spał z tobą w jednym pokoju. Jerry czy jak on tam ma, nie potrzebuje niańki.- zasugerował niepewnie.
- Ja też jej nie potrzebuję.- syknęłam, wiedząc, gdzie naprawdę błądzą jego myśli.- Moje miejsce jest tutaj. Chcę być sama i na pewno nie zgodzę się, by którykolwiek z was wpakował mi się do łóżka. Nawet na to nie licz.- mówiąc to wypchnęłam go za drzwi. Ile razy jeszcze poczuje się jak przedmiot do zaspokajania męskich potrzeb? Coś czuje, że będę musiała nauczyć ich jak powinno się postępować z dziewczynami. Wystarczy chwila, a oni bez żadnych skrupułów  postanawiają naruszyć jasno postawione granice. Zastanawiało mnie w tym wszystkim jedynie to, że tak beztrosko pakowali się w kłopoty. Przecież ja nie miałam obowiązku ich kryć. Mogłam powtórzyć każdą niejednoznaczną propozycję Mike’owi. Jak można być takim… niestety jedyne słowo na dokończenie tego zdania jakie istniało w mojej głowie to: IDIOTA. Czy naprawdę tutaj nikogo nie obchodzi jego własne życie? Noc ze mną jest warta wystawiania się na śmierć? Muszę być naprawdę dobra w tych sprawach, jeśli to jest prawda… Wybuchłam śmiechem rozbawiona spekulacjami rozbrzmiewającymi w moich myślach. Jeśli to byłoby prawdą, nie potrzebowałabym jakiegoś trenera uwodzenia. Przebrałam się w piżamę i położyłam się na łóżku, przykrywając szczelnie kołdrą, bo w domu było chłodno. Pewnie Jev i Nate są zbyt pochłonięci piłką nożną, by pomyśleć o tym, żeby rozpalić ogień w kominku. Jak zwykle wszystko muszę robić ja. Zeszłam ponownie na dół (mając nadzieję, że po raz ostatni). Nathaniel patrzył na mnie skrzywdzony z odrazą, a Jev ruszył się z miejsca, by pomóc mi przynieść drewno na opał z małej szopy obok domku. Gdy w kominku wreszcie porządnie się rozpaliło, jeszcze trochę w nim pogrzebałam, patrząc się tempo w ogień, a gdy poczułam, że zrobiło mi się ciepło, zebrałam się, by pójść na górę. Obdarzyłam Jeva wdzięcznym uśmiechem i szepnęłam mu życzliwie dobranoc. Nate za to nadal siedział na kanapie, a ja nie zwróciłam na niego jakiejkolwiek uwagi, bo po prostu na nią nie zasługiwał. 




- Kiedy zobaczę się z mamą? – zapytała mała dziewczynka siedząc w kącie.
Jej oczka nadal błyszczały od płaczu.
- Niedługo. – odpowiedział mężczyzna chłodnym tonem. Nieobecnym wzrokiem patrzył w szybę. Zdawało się, że jest daleko stąd, że obmyśla jakiś plan… ale dziewczynka wiedziała, że gdy tylko się poruszy on to zauważy. Z trudem oddychała, nie mogła nawet na niego spojrzeć. Czuła ciągły strach. W jej maleńkiej główce rozbrzmiewały pytania, na które nie znała odpowiedzi. Gdzie jestem? Kim jest ten pan? Kiedy znowu zobaczę swój dom? Kiedy wejdę do swojego pokoju? Czy ktoś wie, że tu jestem? Gdzie jest moja mama? Minął miesiąc, od kiedy widziała się z nią po raz ostatni. Liczyła skrupulatnie każdy dzień. Bardzo za nią tęskniła. Pragnęła by ktoś potrzymał ją za rękę, obdarzył ciepłym, szczerym spojrzeniem, w którym mogłaby odpłynąć i poczuć się bezpiecznie. Nagle otworzyły się drzwi. Stanął w nich inny mężczyzna w ciemnych okularach, niewiele starszy od tego, który śledził ją od zawsze. Nie pamiętała, kiedy to się zaczęło. Ile mogłoby pamiętać pięcioletnie dziecko? I tak pamiętała dostatecznie wiele, aby wiedzieć, że nie powinna tutaj być. Chciałaby, aby każdy kolejny dzień był końcem jej lęków. Wyczuwała złych ludzi, a ten pan był z pewnością jednym z nich.
- Już czas.- powiedział służbowym tonem mężczyzna w okularach i wyszedł. Te dwa magiczne słowa przywróciły do rzeczywistości mężczyznę, który teraz zbliżał się ku brązowowłosej dziewczynce.




Tej nocy nic mi się nie śniło, ale mimo to obudziłam się w ponurym nastroju. Cały czas myślałam o tym, że Mike ma mnie dosyć. Dodawałam kolejne nieuargumentowane podobne stwierdzenia, by jeszcze bardziej siebie dobić. Masochistka. Byłam dla niego niedobra, nie rozumiałam go i osądzałam. Chciałam z nim walczyć i go złamałam. Ja, chciałam z nim walczyć? Ja, która powinna być przy nim zawsze i stać po jego stronie. Jestem jego dziewczyną, powinnam być teraz razem z nim. Wspierać go. Nie dążyłam do tego, by go zniszczyć, ale on mógł to odbierać inaczej. Co zrobię jeśli teraz stałam się dla niego wrogiem? Kto wie, jak odebrał moją nagłą zmianę zachowania? Miałam mu pomóc, a tymczasem może się okazać, że kopię sobie własny grób. Ile jeszcze on może wytrzymać? Co jeśli już wystawiłam całą jego cierpliwość na próbę? Ogarnął mnie lęk i żal. Nie powinnam była fundować mu takich akcji w tak krótkim czasie, jedna po drugiej. Narzuciłam za szybkie tempo i teraz będę musiała wypić piwo, które zważyłam.
Musiałam z kimś porozmawiać, więc wybrałam numer Monique. Odebrała za trzecim sygnałem.
- Cześć. Coś się stało? – zapytała na wstępie jakby czuła, że coś jest nie tak. W sumie nie trudno się nie domyśleć, że jeżeli dzwonię do niej o godzinie siódmej to na pewno coś jest nie tak. Zazwyczaj o tej godzinie kładę się dopiero spać.
- Cześć. Masz chwilę?
- No jasne, mów.- odpowiedziała, a ja byłam pewna, że właśnie się uśmiechnęła.
- Chodzi o to, że wczoraj uratowałam Mike’owi życie, a on na drugi dzień wysyła mnie na drugi koniec Nowego Yorku? Tak nie powinno być.- jęknęłam zdenerwowana.
- Po prostu chce, żebyś odpoczęła od tego wszystkiego. Pewnie w ten sposób pragnie się odwdzięczyć.
- Jesteś pewna? Ostatnio często się kłócimy, nawrzucałam mu trochę. Wiesz, że sprowadził Nate’a? Co jeśli znowu mnie sprawdza? Może szuka powodów, by mnie zostawić? Normalnie, nie wyjechałabym, ale nie mogłam podważać jego decyzji przy Nate’cie... – dostałam słowotoku.
- Wariujesz. Nie gadaj głupot. Nie zostawi cię.- weszła mi w słowo.-  Gdyby to zrobił, na pewno by pożałował, a ja nie pozwoliłabym na to. Wasza relacja zawsze była trudna. Rachelle, obie wiemy, że on nie jest zwykłym chłopakiem. W dodatku pracujesz z nim, a on jest za ciebie odpowiedzialny. W każdym związku są jakieś problemy. – przerwała na chwilę.– Jedź imbecylu! – wrzasnęła do słuchawki, na co zmarszczyłam brwi i odsunęłam ją odrobinę od ucha.
- Monique, gdzie jesteś? – zapytałam, gdy skończyła wrzeszczeć.
- Jadę do jednego z naszych magazynów. Dzisiaj w nocy włączył się alarm. Muszę to sprawdzić. – mówiła zirytowana.- Przy okazji wygląda na to, że jakiś idiota jadący przede mną, a właściwie stojący, zasnął za kierownicą. Muszę kończyć. W każdym razie nie przejmuj się. Korzystaj z chwili spokoju.
- Okej, odezwij się jak będziesz mogła. Powodzenia.- wymamrotałam ze zmarszczonymi brwiami do słuchawki i rozłączyłam się. – Przynajmniej się nie nudzisz.- powiedziałam cicho do siebie, opierając głowę o ścianę.
Parę minut później usłyszałam ciche i niezdecydowane pukanie do drzwi.
- Proszę! – zawołałam, cóż przynajmniej nie muszę ich uczyć chociaż tego. Justin w przeciwieństwie do nich nie potrafił zapukać w drzwi przed wejściem do czyjegoś pokoju.
- Przepraszam cię, ale niechcący usłyszałem twoją rozmowę. Wiesz, czasem lepiej porozmawiać z kimś w cztery oczy. – cicho zamknął za sobą drzwi. - Może nie znasz mnie zbyt długo, ale umiem słuchać. – usiadł na drugim brzegu łóżka. Jego słowa były tak szczere, że nie mogłam odnaleźć w nich jakiegoś ukrytego znaczenia. Po chwili namysłu stwierdziłam, że z dwojga złego, bardziej ufam jemu niż Nate’owi.
- W porządku, ale najpierw powiedz mi, o czym chciałeś ze mną porozmawiać wtedy w windzie.- powiedziałam z uśmiechem, próbując dodać mu odwagi.
- A to.. chciałem powiedzieć ci, że… razem wyjeżdżamy i że cieszę się, że mogę ci towarzyszyć. – oświadczył, ale ta wersja wydawała mi się trochę wymuszona. Postanowiłam jednak nie rozwijać moich wątpliwości, bo podejrzewałam, że prawdziwa wersja byłaby gorsza i nie chciałabym jej usłyszeć. - To co? Powiesz mi co cię martwi? - rzucił, głaszcząc moją dłoń. Szybko odsunęłam ją, bo ten gest wydawał mi się zbyt czułym. 
- Nawet nie wiem od czego zacząć.- westchnęłam i spojrzałam na niego. Jego wyraz twarzy nie zmienił się. Cierpliwie czekał, aż zacznę mówić dalej. Od razu wiedziałam, że nie mogę mu powiedzieć wszystkiego. Nie miałam zamiaru się przed nim otwierać. Musiałam jednak przyznać, że był w porządku. Przynajmniej na tyle, na ile może być w porządku chłopak pracujący w mafii. Nie był typem awanturnika zachowywał się mniej impulsywnie ode mnie, ale (może to zabrzmi dziwnie) byliśmy do siebie podobni. Potrafił zachować zimną krew i nigdy nie popadał w szaleństwo. Robił tyle ile musiał. Nie znęcał się nad ludźmi. Nie był w stanie tego zrobić. Nie wiem na czym głównie opierałam moje wnioski. Chyba kierowałam się przeczuciem, w końcu znaliśmy się naprawdę krótko, ale w nim było coś, co uniemożliwiało mi wyobrażenie sobie jego ,,gorszej'' wersji. Zachowywał się w tej chwili jak dobry przyjaciel. Kierował się rozsądkiem i potrafił współczuć. Może właśnie tego potrzebowała Monique? Może właśnie to jej się w nim podobało?  Nie był cwaniaczkiem, ale mógł być kochającym chłopakiem i najlepszym przyjacielem, co dawało jej poczucie stabilizacji. Monique była szalona i wybuchowa. Na pierwszym miejscu stawiała bezpieczeństwo ludzi pracujących dla Mike'a, a po nich dopiero swoje. Pomimo różnic jakie ich dzieliły, znakomicie się dopełniali. Zawsze, kiedy Monique wpadała w szał emocji, Jev potrafił ją uspokoić. Nie wszyscy w naszej branży są nieczułymi sukinsynami. Nie każdy potrafi całkowicie wyzwolić się empatii. Jeżeli za długo walczysz z uczuciami, kryjąc je pod tarczą nieczułości prędzej czy później zmiękniesz... w najmniej odpowiednim momencie. Przerabiałam to już wiele razy. Możesz przed tym uciekać, ale nieważne czy masz silną psychikę czy nie i tak to ciebie dopadnie. Ważne jest to, by nad tym panować i nie pozwolić sobą zawładnąć.
- Po prostu gdy to wszystko się zaczynało, nie miałam pojęcia, że zajdziemy tak daleko. Nie mam nic, jestem sama. Jeżeli Mike mnie zostawi...- wstrzymałam powietrze, nie chciałam wypowiadać tych słów na głos.- Zginę. Nie będę wiedziała, gdzie się podziać. Ostatnio jest coraz gorzej. Mike nie jest tym samym człowiekiem, co kiedyś, a ja dużo ryzykuję, żeby przypomnieć mu dawne czasy. 
- To nie rób tego. Nie możesz narażać siebie na jego wybuchy. Nie wierzę w to, że taki nie był. Może nie znałaś go wystarczająco dobrze?
- Nie Jev, nikt nie zna go tak dobrze jak ja i Monique. Nie chce go stracić. 
- Może nie chodzi o to, że się zmienił. Cały czas przyprowadza jakieś dziewczyny do pokoju. Ewidentnie cię zdradza i to na twoich oczach. Wszyscy to widzą. Jak możesz to tolerować? Z resztą sama powiedź: Ile razy ty zdradziłaś jego?
- Jak możesz o to pytać? - wrzasnęłam oburzona, nie mogłam uwierzyć, że to właśnie usłyszałam z jego ust. Każdy mógł mnie o to zapytać, ale Jev? 
- Prowadzicie otwarty związek. Dlaczego się na nim nie zemścisz? Z resztą proszę cię, ile razy zdradziłaś go chociażby z Justinem?
- Justinem? - powtórzyłam zdumiona. Swoją drogą, dlaczego wszyscy mi o nim wspominają? 
- Nie udawaj, żaden facet nie patrzy tak na dziewczynę, jeżeli jeszcze się z nią nie przespał, a on zna cię na wylot. Musieliście to zrobić. Takie ostatnio odniosłem wrażenie.
- A wiesz jak bardzo mnie obchodzą twoje wrażenia? W ogóle mnie one nie obchodzą! – wrzasnęłam sfrustrowana.- A teraz masz opuścić ten pokój. - liczyłam na jego natychmiastową reakcję, ale takowej nie było. Siedział na łóżku dalej, wpatrując się we mnie.
- Dobrze, ale musisz wiedzieć, że jesteś histeryczką. Nie zasługujesz na tyle uwagi. Oczekujesz pomocy, potrzebujesz jej, a potem pomiatasz ludźmi na prawo i lewo, karząc im wyjść! W tym ostatnim dorównałaś Mike'owi. Uważasz się za ósmy cud świata, ale muszę cię rozczarować - im bardziej cię poznaję, tym bardziej tego żałuję. Chcesz żyć w bajce? Niestety, muszę cię rozczarować życie to nie bajka i lepiej pogódź się z tym.- wstał z łóżka i trzasnął drzwiami, a ja stwierdziłam, że nie chcę przebywać z nim w jednym domu, ani minuty dłużej. Wzięłam prysznic i ubrałam się w białą bluzkę i jeansy. Zeszłam na dół i poczułam zapach smażonej jajecznicy, gdyby nie kłótnia z Jevem, gotowa byłabym przysiąc, że czuje się jak zwykła nastolatka, która wyjechała ze znajomymi nad jezioro. Brakowało tylko całej lodówki alkoholu, żeby wszystko było na swoim miejscu. Nate przy śniadaniu zaproponował mi, żebyśmy skorzystali z okazji, skoro musimy tu już siedzieć cały weekend i popływali łódką. Zgodziłam się, kiedy Jev oznajmił nam, że woli zostać w domu. Nate uszykował cały sprzęt, a ja nie kiwnęłam nawet palcem - siedząc na kanapie oglądałam głupią komedię, patrzyłam na obrazki, nie starając się nawet zrozumieć pojawiających się dialogów. Czekałam aż zapyta: ,,Gotowa?'' i z przyklejonym na twarz uśmiechem skocznym krokiem wyjdę z naszego domku.
W końcu odetchnęłam świeżym powietrzem i zamknęłam oczy. Nate nieoczekiwanie przytulił mnie.
- Nate, mogę wiedzieć co ty właściwie robisz? - powiedziałam zdziwiona otwierając jedno oko. Jeśli zacząłby wykonywać jakieś inne niepokojące ruchy, zatrzymałabym go w najbardziej bolesny i znany mi sposób.
- Stanęłaś tak po prostu i się rozmarzyłaś, jakoś musiałem ci przypomnieć, że nie jesteś sama. - uśmiechnął się czarująco. Ile razy ty zdradziłaś Mike'a? - zabrzmiało mi w głowie. Zależy, czy za zdradę uważać pocałunek, czy sam seks, bo jeśli to pierwsze, to będzie to bardzo trudne do policzenia. Chyba, że brać pod uwagę, kiedy zrobiłam to z własnej nieprzymuszonej woli, z pełno świadomym umysłem i zaczynałam to pierwsza. - odpowiedziałam samej sobie. Czy to właśnie tak wyglądało? Jakbym go zdradzała? Może nie odmawiam im zbyt zdecydowanie, dlatego tak szybko próbują kolejny raz? To jest dowód na to, że rzeczywiście wariuję.
- Nate, cokolwiek bym nie robiła, to na pewno nie po to, byś mnie teraz przytulał, wolałabym przytulać...hydrant obsikany przez psa niż ciebie.- nie stać mnie dzisiaj na jakieś ostrzejsze, cięte riposty? Porażka.
- Wcześniej nie stawiałabyś się tak. Gdzie jest ta dziewczyna, która tak dobrze potrafiła się bawić? - zapytał. Spoważniała, ponieważ zobaczyła jaki z ciebie dzieciak... To wcale nie jest zasługa przystojnego, brązowookiego, bardzo irytującego, nowego wspólnika Mike'a.
- Nie ma jej.- odpowiedziałam surowym tonem.- I nigdy nie było. 
- Dobra. - zatrzymał mnie, chwytając za rękę. Nie wierzył w moje słowa. - Teraz poważnie. - spojrzał mi głęboko w oczy, rozluźniając uścisk, gdy zauważył, że jestem skłonna go posłuchać.- Nie zachowywałabyś się tak, gdybyś nie poznała kogoś innego. 
- Czy wam dzisiaj odbiło? Czemu cały czas gadacie o nim! Mam dosyć. - warknęłam machając ręką, ponieważ nie chciałam, by mnie trzymał. Nie wytrzymam tutaj ani chwili dłużej.
- Jest ON? - zapytał. - Kim jest ON, mów.- rozkazał, akcentując dwa ostatnie słowa. Był wściekły, czyżbym nieświadomie zdradziła dzisiaj kogoś jeszcze?
- Kimś, kto nie powinien cię interesować.- rzuciłam ze złością.- Dla twojej wiadomości, dodam, że jesteście tak samo irytujący i beznadziejni. Jednak muszę być z tobą szczera, przy nim jesteś przeciętny. Ale nie masz się o co martwić, nie gustuję w tak nadgorliwych idiotach.- skończyłam wchodząc do łódki, a kiedy się w niej znalazłam obrażona z założonymi rękoma na piersi czekałam, aż wypchnie łódź do wody, wejdzie do niej i zacznie wiosłować. Wchodząc, przy okazji mnie ochlapał. Po jakiś dwudziestu minutach byliśmy na środku jeziora.
- Nadal będziesz chodzić taka wściekła na cały świat? - zaczął. Z jednej strony rozumiałam go. Trudno jest siedzieć twarzą w twarz z dziewczyną, która jest na ciebie wściekła, bo cisza dla niektórych jest nie do wytrzymania, ale on zasłużył sobie na to.
- Dopóki nie przestaniesz wystawiać mojej cierpliwości na próbę.- odpowiedziałam rzeczowo.
- Ja wcale...
- A może to jest twoje zadanie? Może Mike chce, byś mnie prowokował, żeby udowodnić mi, że to on jest moim szefem, a ja go zdradziłam? Szuka powodu, żeby mnie zostawić. - słowa wypływały z moich ust mimo woli. Przestałam się przejmować, że Nate to słyszy. - Dlatego mnie tu wysłał, jestem dla niego przeszkodą...
- Rachelle, o co ci chodzi? Co ty bredzisz?
- On to zaplanował, może specjalnie się naćpał?
- Rachelle, naprawdę cię lubię, ale dobrze się czujesz? Mike niczego mi nie kazał. Chciał bym dbał o twoje bezpieczeństwo. To wszystko. Miałaś odpocząć, a nie świrować. - wziął mnie za dwie ręce, puszczając wiosła.- Uspokój się. Nie jesteś na misji. Masz wolne, nie szukaj problemu tam, gdzie go nie ma.
- W takim razie, dlaczego wybrał ciebie? Dlaczego wróciłeś?
- Wiedział, że nikt inny nie zadba o ciebie tak dobrze. - odparł z uśmiechem.
- Hahahaha, to było bardzo dobre, ale teraz proszę o tą prawdziwą wersję.- powiedziałam.
- To jest prawdziwa wersja.
- A ja i tak mam wrażenie, że czegoś mi nie mówisz. - prychnęłam, wywracając oczami.
- Bo ty wiesz, co chciałbym ci powiedzieć.
- Właśnie jakoś nie.- jęknęłam rozczarowana.
Nagle zeszła ze mnie cała wściekłość kumulowana od samego poranka. Westchnęłam głęboko rozglądając się dookoła. Próbowałam skupić się na otaczającym nas widoku, który muszę przyznać, nie był byle jaki. Słońce świeciło mocno i odbijało się od wody w postaci błyszcząco - migających punkcików. Gdzieniegdzie ryby skakały ponad taflą jeziora, by potem z pluskiem lądować w wodzie, tworząc na niej stopniowo powiększane okręgi.
Powinnam się cieszyć, że jestem z dala od kłopotów. Dwóch irytujących chłopaków nie jest moim największym życiowym problemem. Inne dziewczyny uważałyby to za dar od losu. Dlaczego ja nie mogę tak na to spojrzeć? Odpowiedź: Bo nie jesteś nimi. Mogłam tylko cieszyć się z tego, że nie ma tu Justina. Był bardziej denerwujący od kogokolwiek na tej planecie, ale było w nim coś takiego, co nie pozwalało mi być w stosunku do niego obojętną. To było najgorsze. Nate zatrzymał łódź i tym samym zwrócił moją uwagę. 
- Wiesz jak o tobie myślę.- nie wiem dlaczego, ale szepnął.
- Jak o dziewczynie swojego szefa? - uśmiechnęłam się kpiąco lekko unosząc kąciki ust. Niech on nie drąży już tego tematu. Nie mam pojęcia, co bym mu zrobiła. Dzisiaj mam wyjątkowo pokręcony dzień. Odgarnęłam włosy do tyłu i spojrzałam mu w oczy.
- Chciałbym tak myśleć, ale nie potrafię. Nie rozumiem jak taka cudowna dziewczyna jak ty może być z kimś takim. Nie zasługuje na ciebie. - Ja sama na siebie nie zasługuje, powinnam zniknąć. - pomyślałam.
- Nie możesz nic z tym zrobić. I nie masz wtrącać się w moje życie. To są moje decyzje, a ty nie masz prawa ich kwestionować. Musisz się z tym pogodzić.- powiedziałam spokojnie, chcąc skończyć tą niepotrzebną wymianę zdań. Kochałam Mike'a i żadne argumenty, nie mogły tego zmienić, tak samo jak nie da się wymazać z pamięci naszej wspólnej przeszłości.
- Jeżeli nic nie zrobię, to prędzej czy później Mike wyśle cię na misję, która nie skończy się dobrze i będzie ona twoją ostatnią. Jego szczęście nie może trwać wiecznie. Doskonale wiesz, że ta robota nie jest łatwa i pewna. 
- Wiem. Jednak uważam, że ty powinieneś zająć się sobą. Nie jestem małą dziewczynką, potrafię o siebie zadbać.- odpowiedziałam sucho.
- Z tego co widzę, ostatnio idzie ci z tym słabo. Widzę, że nie jesteś małą dziewczynką. Nie uszło to mojej uwadze, naprawdę. Jestem tutaj, żeby cię chronić. Co jeśli stwierdzę, że Mike jest dla ciebie zagrożeniem?
- Na pewno sama to zauważę. Uprzedzając twoje kolejne wątpliwości nie zapanujesz nade mną. 
- Nie byłbym tego taki pewien. Jesteś silna, ale na niektóre rzeczy nawet ty nie masz wpływu. 
- Na przykład jakie?- zapytałam z zainteresowaniem.
- Takie...- powiedział, nim zdążyłam zadać kolejne pytanie chwycił mnie pod udami i zarzucił moje ręce na swoją szyję.
- Nate, co robisz?! – wybuchłam wściekła. 
- Pokazuje ci, że nie zapanujesz nad wszystkim.- odparł ze stoickim spokojem.
- Okej Nate, zrozumiałam, zostaw mnie! - wrzasnęłam, gdy okręcił mnie wokół własnej osi. Gdy to nie poskutkowało, a ja znalazłam się jakiś metr nad wodą i kurczowo trzymałam się jego szyi, z czystej wściekłości wbiłam mu paznokcie w skórę. - Nathaniel, w tej chwili mnie puść. - syknęłam z goryczą w głosie, gdyż dusiłam się z przerażenia, chcąc zaczerpnąć powietrza tak panicznie, jakbym już była pod wodą. 
- No tak, jak zwykle waleczna. Ciekawe jak przyjmiesz przegraną.- mówiąc to wrzucił mnie do wody. Byłam w szoku, nikt nie był na tyle bezczelny, by zrobić mi coś takiego. Zaczęłam machać rękami, zacisnęłam powieki, a moje zęby trzęsły się z zimna. Nieudolnie szybkimi i niedokładnymi ruchami pragnęłam wydostać się na powierzchnię, w pełni świadoma tego, że nie dosięgam dna. Za szybko wyczerpałam zapas tlenu, który pozostał w moich płucach.
Po kilku minutach odnosiłam wrażenie, że już nie rządzę własnym ciałem, a w mojej głowie była pustka. Pojedyncze słowa były trudne do przypomnienia. Niezdolna walczyć z żywiołem oddalałam się dokądś, a w ostatniej chwili poczułam czyjeś dłonie zaciskające się wokół mojego ciała. Następnie te same ręce pchnęły mnie w górę. Dotyk promieni słonecznych podziałał na mnie jak budzik. Pod zamkniętymi powiekami dostrzegałam światło. Moje usta nie tkwiły już w wodzie. Gdy uświadomiłam to sobie rozchyliłam je nabierając powietrza, ale zamiast tego zakrztusiłam się wodą.
- Rachelle! Wszystko w porządku? - usłyszałam zmartwiony głos idioty. Podpłynął ze mną na swoich plecach do naszej łódki, wiem to ponieważ niezdarnie uderzyłam głową w wiosło. Oczywiście winowajca się tym nie przejął. Wszedł do łódki, a potem sam wciągnął mnie do niej bez żadnego wahania. Okrył mnie jakimś ręcznikiem. - Rachelle! Otwórz oczy. – wrzeszczał, drażniąc mój słuch, który i tak nie był w pełni sprawny przez wodę, która dostała się do moich uszu. Gdy właśnie wystawiał lewą dłoń, by mnie klepnąć w policzek, ścisnęłam z całej siły jego nadgarstek, dzięki czemu zmieszany nagle odsunął łapska ode mnie. Wstałam z mętnym spojrzeniem i usiadłam na łódce okrywając się ręcznikiem.
- Mike jest dla mnie zagrożeniem? On w życiu nie wrzuciłby mnie do wody, ponieważ wie, że nie potrafię pływać! Ty jesteś dla mnie niebezpieczny, to od ciebie powinnam uciekać, debilu! – ryknęłam rozzłoszczona.- Wiosłuj do domu i nie odzywaj się do mnie, bo sama cię utopię. - powiedziałam tym razem spokojniej, ponieważ przez mój krzyk odleciały ptaki, będące w pobliżu. Nate widząc, że nie mam ochoty na dalszą konwersację, ponownie złapał za wiosła. Dźwięk płynnych, lekkich uderzeń o taflę wody zdawał się po tym wszystkim naprawdę uspakajający.


******




Od początku wiedziałam, że ten weekend będzie ciężki, ale nie przypuszczałam, że aż tak. Wściekłam się na dwie osoby, na które mogłam liczyć. Wiedziałam, że wciąż są tutaj ze mną, ale po tym wszystkim czułam się sama. Atmosfera była tak bardzo napięta, że każde z nas nie chciało ze sobą rozmawiać. Dlaczego Jev nie odzywa się do Nate'a? To akurat było do przewidzenia.
- Jak mogłeś wrzucić ją do wody! - krzyknął Jev, wychodząc nam na przeciw. Jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie. Gdyby oczy mogły zabijać, Nate stojący na brzegu byłby już martwy. Patrzył na niego z pogardą i skierował wzrok na mnie. Musiałam naprawdę żałośnie wyglądać skoro wziął swoją kurtkę i kazał mi ją założyć, prowadząc mnie bez słowa do domu. - Ona nie umie pływać! Jesteś beznadziejnym ochroniarzem. - splunął zamykając z trzaskiem drzwi. 
- Sam też nie jesteś najlepszy! Myślisz, że nie wiem na kogo była taka zła dzisiaj rano? - zaczął Nate, gdy tylko wszedł do domku i również trzasnął drzwiami.
- Okej, w takim razie może rzeczywiście oboje nie potrafimy się nią opiekować. 
- Mów za siebie.- fuknął.
- Wrzuciłeś ją do wody! Czy to nie wystarczający dowód, że nie powinno cię tu być?!- wrzeszczał machając rękoma. Gdyby nie stali pięć metrów od siebie, zaczęliby się bić.
- Ty pewnie byś chciał, żebyście byli tu sami. Przykro mi. 
- Przynajmniej teraz nie byłaby cała zmarznięta i mokra!
- Nie musiałbym jej brać na łódkę, gdyby ciebie tutaj nie było! - to już za dużo dla Jeva.
- Obudź się człowieku! Ona nigdy na ciebie nie spojrzy! Myślisz, że nie słyszałem o tobie wcześniej? Uroczy chłopaczyna, który przeliczył swoje możliwości mając chrapkę na dziewczynę szefa. Ciesz się, że jeszcze żyjesz!
- W takim razie obaj powinniśmy być już martwi. Nie myśl, że nie widzę twoich maślanych oczu, za każdym razem, kiedy wchodzi do pomieszczenia w którym jesteś! Gapisz się na nią i pożerasz ją wzrokiem! Za chwilę zaczniesz się ślinić!
- Halo, ja tu jestem.- powiedziałam chyba jako jedyna normalnym głosem, nie krzycząc. Zamiast jakiejkolwiek reakcji na moje słowa, usłyszałam szereg wyzwisk. Kontynuowali dalej.
- Ja przynajmniej znam ją na tyle dobrze, żeby nie wystawiać jej na śmierć!
- Skończcie już! Nie mogę tego słuchać! - krzyknęłam na cały głos, żeby wreszcie zwrócili na siebie uwagę. - Siadać! - powiedziałam żołnierskim tonem wskazując palcem na kanapę. Posłusznie to zrobili. - Czy ja wam wyglądam na jakąś zabawkę? Czy wyglądam wam na dziwkę do wynajęcia na rogu dwudziestej szóstej ulicy? Pytam! Odpowiadać! - oboje skrzywili się na moje słowa, ale to był dopiero początek.
- Nie. - stwierdzili zgodnie.
- To dlaczego traktujecie mnie jak coś, co wam się należy?! Mam dosyć tych waszych scen. Tu nie chodzi o to, że jestem z Mike’iem, tylko o to, że uważacie, że nie mam nic w tej sprawie do powiedzenia! Pozwólcie, że sama wybiorę z kim chce być! Może uczestniczę w jakimś waszym wyścigu, który pierwszy mnie przeleci?! Otóż zmartwię was, bo wy trzej nigdy nie będziecie mieli prawa mnie dotknąć! Mam dość tych waszych gierek!
- Trzej? - zapytali nie bardzo mnie rozumiejąc. 
- Razem. Nieważne. - syknęłam wściekła i machnęłam na nich ręką. Miałam na myśli Justina. Poszłam do góry i zostawiłam ich samych, zdezorientowanych na kanapie. Wreszcie cisza.
Nate poszedł się przejść. Nie słyszałam, żeby ktoś wchodził do środka. Poszłam się przebrać w dres i wysuszyłam włosy. Wyglądałam jak pudel, bo zaczęły się puszyć. Ta cholerna woda z jeziora... 
- Jev, idę się przewietrzyć. - rzuciłam, zamykając drzwi. Potrzebowałam chwili dla siebie. Obeszłam jezioro dookoła i usiadłam na brzegu. Na całe szczęście nigdzie nie widziałam Nate'a. Gdy już oddychanie świeżym powietrzem mi się znudziło, a widok przede mną zrobił się nudny, chwyciłam za kamyki i zaczęłam je wrzucać do wody. Słońce już zachodziło. Dlaczego na wszystko reaguje tak... nerwowo? Dlaczego zaczynam bać się, że Mike mnie zostawi? Nigdy Mike nie był dla mnie przerażający, chociaż rzeczy które robił były okrutnie i obrzydliwe. Wszystko zaczęło się psuć przez Justina. Z jego pojawieniem się zaczęłam być bardziej impulsywna. Przez niego robiłam rzeczy, przez które teraz czuję się winna. Przez niego mam wrażenie, że jestem niegodna tego, by Mike mnie kochał. Jakiś byle uwodziciel namieszał mi w głowie, wykorzystał i wyśmiał to, nad czym pracowałam całe życie. Ciekawe czy on jeszcze żyje? W tym momencie serce zabiło mi mocnej. Dlaczego on mnie w ogóle obchodzi? Sama nie wiem, czego bym chciała. Może nawet nie to, że nie wiedziałam. Po prostu niewolno mi zostawić Mike'a. Nie wolno mi zakochiwać się w kimś innym. Należę do niego od zawsze i na zawsze. Taka była nasza niepisana umowa. Justin musi wrócić, chociaż po to, bym mu się odwdzięczyła, za to co mi zrobił. Zaczęło się ściemniać i nim się zorientowałam nad moją głową świecił księżyc i gwiazdy.
Kolejne pytania bombardowały moją głowę. Co jeśli ta miłość nie jest tak trwała jak mi się wydawało? Może czeka na mnie ktoś inny? Mam nadal łudzić się, że mój chłopak będzie tym, który oddałby za mnie życie, który kocha mnie bezgranicznie i każdą wolną minutę swojego życia chciałby spędzać właśnie ze mną? Przeszłość podobno należy do przeszłości, ale czy historia nie lubi się powtarzać? 
- Niezły rzut.- powiedział Jev siadając koło mnie. - Nie zmarzłaś? - zapytał z troską. - Przyszedłem tu, żeby cię przeprosić. Masz racje, zachowujemy się okropnie.- przyznał.
- Jak jestem wkurzona lepiej wychodzi.- odpowiedziałam. 
- Nie wątpię. Nie powinienem w ogóle myśleć o tobie... w taki sposób.- ściszył głos. 
- Każdy ma prawo do zakazanej miłości. Nie gniewam się o to, co czujesz.- powiedziałam rzucając kolejny kamyk.
- Mogę? - zapytał spoglądając na piramidkę kamieni którą sobie zorganizowałam. Pokiwałam głową, pozwalając zabrać mi jeden kamyk. - Po prostu, gdy cię zobaczyłem, to się stało. Odpychałem od siebie to uczucie, ale za każdym razem, gdy się mijaliśmy było mi coraz trudniej. Nie oczekuje niczego od ciebie.
- Jev. - obróciłam się do niego przodem i spojrzałam w jego ciemne oczy. - Podobam ci się tylko fizycznie. Nawet za dobrze mnie nie znasz. - westchnął ze smutkiem, więc chwyciłam go za rękę, by poczuł się lepiej.- Wiem, że to trudne, ale jestem pewna, że gdzieś czeka na ciebie ta odpowiednia dziewczyna, która odwzajemni to, co czujesz. Ja nie zasługuję na to. Naprawdę. Kocham mordercę. 
Jestem zła do szpiku kości. 
- W to ostatnie na pewno nie uwierzę. - odparł.
- Niestety, taka jest prawda. Każdy z nas nosi krew na rękach. - uśmiechnęłam się smutno. Zostanę za to zabita, ale co mi tam. - Znam jedną dziewczynę, która tylko czeka, byś ją zauważył.
- Znam ją?
- Tak. Nawet bardzo dobrze. Musisz dać jej szanse.
- Kim ona jest?
- Z racji tego, że dbasz o moje bezpieczeństwo nie mogę ci odpowiedzieć na to pytanie, więc nie zadawaj go po raz drugi. Dowiesz się pewnie niedługo. 
- Ale...
- Żadnych ale, masz o mnie zapomnieć, rozumiesz? Jestem najgorszą osobą jaką znasz. Poza tym zawsze wiercę się w nocy w łóżku. I mam skłonności do robienia awantur. Nie chcesz takiej dziewczyny.
- Powiedzmy, że spróbuję. A teraz, błagam, wróć do domu, bo jest strasznie zimno.- miał rację, dopiero teraz poczułam na sobie chłodny wiatr.
 - Okej, masz rację.- skrzywiłam się, wstałam, zapięłam bluzę na zamek błyskawiczny i zaczęłam ocierać ramiona dłońmi, idąc szybkim krokiem w kierunku domu. Zrobiłam sobie coś do jedzenia i poszłam na górę czytać jakąś książkę. Chciałam zadzwonić ponownie do Monique, ale usłyszałam, że ktoś puka do drzwi. W salonie siedzieli chłopcy z głośno włączonym telewizorem. Zbiegłam na dół i spojrzałam na nich z przerażeniem. 
- Co jest? - zapytał Nate, widząc moją minę.
- Ktoś pukał. - chłopcy spojrzeli na siebie, a następnie podeszli do okien, by rozejrzeć się po okolicy. 
- Nie ma żadnego innego samochodu na podwórku.- zasygnalizował Jev.
Z trzęsącymi nogami podeszłam do drzwi, nasłuchując. Za mną szli chłopcy. Wzięłam głęboki oddech i otworzyłam je.
- Dobry wieczór. Nie przeszkadzam? 







 ___________________________________________

 Witajcie kochani! Bardzo tęskniłam!
Po pierwsze, gratulacje dotarliście do ponad 30 tysięcy
wyświetleń. BRAWO! Jestem zszokowana. 
Okej, a teraz tradycyjnie. Oh, miałabym 
samej siebie dosyć na waszym miejscu.
Mam nadzieję, że nie wpłynie to na waszą ocenę opowiadania.
Ja mogę być beznadziejna, ale jego nie krzywdźcie.
Rozdział miał być tydzień wcześniej...
Męczyłam się z nim okropnie.
W poniedziałek wyjeżdżałam do Paryża, stąd ten poślizg. 
Rozdział miała opublikować moja przyjaciółka, ale nie był gotowy.
Na szczęście Paryż może czynić cuda, więc jest
Rozdział 23 prosto z Paryża. 


Oczywiście rozdział byłby totalnie beznadziejny, 
gdyby nie ta muzyka: 

 



Mam, Przechowałam sekret w srebrnym pudełku
Małą część mojego świata Gwiazdy, ocean
Kawałek wieczności, starożytny flet grecki
Ale nie mam choćby części Ciebie
Ciebie, którego mi brak
tak (mocno).....

Jestem tam gdzie mnie zostawiłeś na drodze nicości
Tutaj księżyc nie jaśnieje nigdy
Oddaje blask z czasem
i z chmury na chmurę 
Na skrzydłach białego ptaka
Zostałam wzięta jako zakładniczka
skoro bez Ciebie,
Nic się już nie rymuje Nic się już nie rymuje, rymuje
I niszczeję, niszczeję
I niszczeję, niszczeję



Z racji tego, że zaczął się rok szkolny,
postanowiłam podjąć pewne zmiany
i trochę was zmotywować.

Rozdziały będą dodawane w weekendy.
Natomiast od was zależy, czy będzie to tydzień, czy
dwa czy trzy. Liczę na wasze zaangażowanie!

To tyle. Zostawiam was z tym okropnym końcem i mam pytanie:
Kto tęskni za Justinem?

Au revoir! Bonne nuit! <3 





Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam,
tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, lub po prostu wiesz,
że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje napisz komentarz.


ROZDZIAŁY | LISTA INFORMOWANYCH| ZWIASTUN | KONTAKT