niedziela, 14 grudnia 2014

Rozdział 26




Jak się czujesz? – to było pytanie, które słyszałam najczęściej. Zawsze odpowiadałam tak samo - ,,Lepiej", uspakajając wszystkich, zapobiegając pocieszeniom i poważnym rozmowom, których miałam nadzwyczajnie w świecie dość. W rzeczywistości czułam się jeszcze gorzej. Czemu zawdzięczałam ten wspaniały stan? Nie, wcale nie chodziło o moje rany, otarcia, blizny i siniaki. Gdy wróciłam z sali gimnastycznej spotkałam Mike'a. Pytał o Justina, bo wszędzie go szukali i nie mogli znaleźć. Nie mogłam mu spojrzeć w oczy. Bałam się, że  wszystko mam wypisane na czole. Zbyt dobrze mnie znał, żeby niczego nie zauważyć. Czułam się okropnie. Poczucie winy zżerało mnie od środka. Wcześniej tyle razy dziękował mi, że mu pomagam w tym całym małym piekle na ziemi, które nam stworzył. Powtarzał, że jestem jedyną osobą godną zaufania i potrzebuje mnie każdego dnia. Na początku, gdy zaczął się dziwnie zachowywać, próbowałam tego nie zauważać, nie myśleć o tym i zaufałam mu, że kontroluje siebie i cały interes. Tłumaczyłam sobie, że to tylko chwilowy kryzys, że on wciąż jest sobą i potrzebuje mnie, żebym go wspierała, niezależnie od tego czy to, co robi jest złe. Moim zadaniem było go kochać, a nie oceniać. Z czasem chwilowy kryzys stał się codziennością. Chciałam mu pomóc, nie myślałam o nim jak o mordercy, chociaż bez wątpienia nim był. Chciałam zmienić go, żeby stał się taki jak przedtem. Pragnęłam naiwnie cofnąć czas. Z każdym kolejnym dniem zdawałam sobie sprawę z tego, że jestem coraz dalej celu. Nawet jeśli Mike znów byłby tym samym chłopakiem, którego poznałam pięć lat temu... Co byłoby dalej? Co z jego ambicjami i wielkimi marzeniami? Osiągnął sukces. Jeżeli zostawiłby go dla mnie, co było wielkim absurdem, nie mógłby żyć. Wybrać mnie - zwykłą dziewczynę i zrezygnować z siedmiocyfrowej liczby na koncie? Przecież to było śmieszne. Byliśmy zależni od jego chorych ambicji, które zmieniły się w rzeczywistość. Nikt nie przypuszczał, że zajdziemy tak daleko. ,,Życie'' jego interesów, było naszym przetrwaniem. Wiedziałam, że sobie z tym nie radzi. Za jego maską potwora tylko ja widziałam, że rozpada się człowiek. Był odpowiedzialny za każdą kolejną sekundę życia swojej siostry, mnie i samego siebie. Nie powinnam siedzieć z założonymi rękami. Już nie widziałam w nim tego, co w nim pokochałam. Kiedy stał mi się obcy, ja tak po prostu rzuciłam się w ramiona pierwszego przystojnego chłopaka, którego spotkałam. Miałam nadzieję, że pokonam głupie i nic nie znaczące pożądanie.

Gdy czułam obecność Justina - ciężko było mi oddychać, gdy na niego spojrzałam - nie mogłam przestać patrzeć, a gdy go dotykałam - czułam szalejące iskry we wnętrzu mnie, które były jak narkotyk. Nigdy czegoś takiego nie poznałam. Doskonale się dopełnialiśmy, nasze ciała idealnie do siebie pasowały. Nie było w nas żadnego wstydu, tylko czysta namiętność. Jednak wszystko, co wydaje się idealne nie jest tym. Nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać. Kłótnie były rzeczą, która najlepiej nam wychodziła. Po jej wybuchu odreagowywaliśmy to na sobie w postaci wzajemnej ekscytacji seksualnej. To nie było normalne, to była toksyczna gra pomiędzy nami. Justin nie potwierdził, że to co on czuje jest miłością, a ja nie zaprzeczałam, że słowa, które wypowiedziałam na dachu to impulsywny wybuch emocji. Było prościej kiedy to on mnie całował, a ja go odpychałam. Wtedy mogłam zrzucić całą winę na niego. Łatwiej poddawać się pożądaniu na treningach, które paradoksalnie polegały na zwiększeniu umiejętności uwodzenia. W końcu byłam tym, kim byłam. Nigdy nie mogłam siebie nazwać dziwką, ale robiłam o wiele gorsze rzeczy. W takiej sytuacji mogłam tłumaczyć, że to część doskonalenia mojej pracy, co jakkolwiek to ująć, brzmi dziwnie. 
Wczoraj wieczorem było jednak inaczej. Całowałam go nie w akcie histerii, że wyjeżdża na ciężką misję i w sumie było mi wszystko obojętne, bo mógłby nie wrócić, ale całowałam go, dlatego, że chciałam. Świadomie, z równą siłą co on. Zdradziłam Mike'a, jak mogłam spojrzeć mu w oczy? Zrobiłam coś niewybaczalnego. Dopiero stając z nim twarzą w twarz zrozumiałam jak bardzo skomplikowałam swoje relacje z nim. Domyślałam się jak trudno będzie widzieć go każdego dnia, współpracować z nim i udawać, że nic się nie stało. Jakby tego było mało cały czas spotykał się z Justinem – prawdopodobnie jedynym chłopakiem, z którym mogłabym go zdradzić. Mimo wyrzutów sumienia nie żałowałam niczego. 
Monique czekała na mnie w pokoju. Kiedy jeszcze nie myślałam trzeźwo o tym, co zrobiłam, pragnęłam jej powiedzieć o wszystkim. Podzielić się z nią moim chwilowym szczęściem. Niestety nie mogłam jej tego wyjawić. Sama mnie namawiała do tego, ale jak miałam jej powiedzieć, że to co jest między Justinem a mną nie jest jednorazową zabawą, że robi się to niebezpiecznie poważne? Pilnowałaby mnie i zamykała w pokoju na klucz, żeby tylko uniknąć tragedii. Czy to uczucie było miłością? Nie wiem, ale z pewnością było przekleństwem. Dotykało mnie, ale było niebezpieczne dla niego. Musiałam to naprawić, póki jeszcze był na to czas. Nie mogłam pozwolić , żeby Justin przeze mnie cierpiał. Nie mogłam go stracić, dla mnie też był kimś ważnym.




- To było kłamstwo. Nie jesteś nikim.
Jesteś kimś... kimś ważnym. – szepnął w moje usta.
– Nie jestem tutaj, bo muszę. Jestem tutaj, bo bardzo tego chcę.
– dotknął jedną wargą moich ust i patrzył głęboko w moje oczy
– Przepraszam za wszystko, co ci zrobiłem. – jego bliskość i zapach sprawił,
że lekko zakręciło mi się w głowie
- Oszukałeś mnie.- odszepnęłam trącając jego dolną wargę moją
i odwzajemniłam jego spojrzenie.



Mike miał wystarczająco dużo powodów, by go zabić. Dążyliśmy do autodestrukcji przez to, co czuliśmy. Mike dostał to, czego chciał na początku – swój test wierności. Doskonale wiedział, kogo wybrać. Wiedział, że Justin będzie idealny. Z wyglądu byli zupełnymi przeciwieństwami, ale mieli dwie wspólne cechy: mieli mocne charaktery i wewnętrzną siłę. W środku każdego z nich było coś, co mogłabym pokochać. Oboje skrupulatnie ukrywali słabości, a ja z fascynacją chciałam je odkrywać. Chciałam być ich jedyną słabością, chciałam czuć się przy nich bezpieczna i kochana, bo zawsze tego mi brakowało. Wtedy uderzyło we mnie coś, co totalnie mnie zszokowało. Co jeżeli to wszystko to jakaś ukartowana zabawa Mike'a? Kolejny sprawdzian, który tym razem oblałam? Miałam nieodparte wrażenie, że on o wszystkim już wie. Przypomniałam sobie o kobietach w klatkach. Nie chciałam podzielić z nimi losu. Najgorsze było to, że zasłużyłam na takie traktowanie bardziej niż one. Wystarczył przystojny, irytujący chłopak z wielkim talentem do podpuszczania mnie. Prowadziliśmy ze sobą grę i tym razem, to ja ją przegrałam.

Większą część nocy spędziłam na rozmowie z Monique. Musiałam trzymać nerwy na wodzy, żeby nie dać po sobie poznać, że coś jest nie tak. Byłam roztrzęsiona po krótkiej wymianie zdań z Mike'iem. Nie wiem jak udało mi się zachować stoicki spokój, równocześnie słuchać jej i odpowiadać na pytania. Robiłam wszystko, żeby ominąć temat Justina, a ona sprytnie do niego powracała, wiercąc mi dziurę w brzuchu.

- Co się stało? – zapytała, widząc moją rozpromienioną, beztroską twarz.

- Nic.- Nie zabrzmiało to zbyt wiarygodnie.

- Coś zrobiłaś.- podekscytowana domyśliła się, siedząc na moim łóżku po turecku. W jej oczach paliły się iskierki ciekawości. Te same, które pojawiają się u dzieci otwierających Kinder Niespodziankę.

- Ja? Nic. A teraz wybacz mi, jestem zmęczona, muszę położyć się spać.- teatralnie ziewnęłam i szarpnęłam kołdrę w swoją stronę, by zmusić ją do opuszczenia mojego pokoju.

- Ciekawe, co cię tak zmęczyło.- spojrzała na mnie uważnie i zmrużyła oczy. Liczyła na to, że coś w moim wyrazie twarzy podpowie jej, gdzie mogłam być i co mogłam robić przez ostatnią godzinę. - Wspaniale, w takim razie i tak będę męczyć cię jutro. Nie mogę się doczekać. – powiedziała takim tonem jak psychiatra, przez co poczułam się jakbym była na jednej z sesji terapeutycznej i leżała na kanapie. Wzdrygnęłam się przez chwile na myśl o tej wizji. Monique uśmiechnęła się słodko i niewinnie, zacierając ręce.- Wyśpiewasz mi wszystko.

- Nie ma takiej opcji. Wydrukować ci to na papierze? - wystawiłam jej język, śmiejąc się. Pomachała mi na pożegnanie i w podskokach jak mała dziewczynka wyszła z mojego pokoju. Czasem wszyscy zachowywaliśmy się jak dzieci. Monique potrafiła być dorosłą, rezolutną, twardą kobietą, ale gdy odpoczywała od pracy, często miałam wrażenie jakbym miała do czynienia z pełną energii trzynastolatką.

Obudziłam się o dwunastej. Gdy wreszcie uznałam, że mój głód wygrywa z lenistwem nałożyłam mocny makijaż, by dokładnie zamaskować strupki oraz małe prawie niewidoczne blizny na twarzy i na rękach. Rzęsy podkreśliłam spiralą. Ubrałam się w zwykłą, białą koszulę i czarne spodnie z brązowym paskiem. Obejrzałam się jeszcze raz w lustrze i włożyłam telefon do kieszeni. Następnie poszłam do restauracji na drugim piętrze i poprosiłam o makaron z kurczakiem i sosem serowym, który uwielbiałam. W restauracji byli tylko zwykli klienci naszego hotelu, więc usiadłam sama. Nadziałam na widelec makaron i przyglądałam mu się z nudów. Musiałam wyglądać jak jaskiniowiec, gdy nagle ktoś usiadł koło mnie. Czy człowiek nigdy nie może spokojnie zjeść? Podniosłam wzrok znad talerza.

- Dojrzałaś tam coś ciekawego? – zapytał głos, który wywołał ciarki na moich plecach.

- Sos, przyprawy, makaron. Wiesz, nic specjalnego. – powiedziałam bez uczucia. Wmówiłam sobie, że im szybciej to skończę, tym mniej będzie boleć. Justin pochylił się nade mną, a ja w obawie, że chce mnie pocałować, odsunęłam się od niego jak oparzona.

- Unikasz mnie, myślisz, że tego nie widzę? – szepnął, oczekując wyjaśnień.- Od wczoraj.- dodał rzeczowo. W tych dwóch słowach kryło się tyle wspomnień, o których nie wiedział nikt oprócz nas. Zdecydowałam się, że zrobię wszystko, by tak zostało.

- Wcale nie. – zaprotestowałam, wkładając do buzi kolejną porcje makaronu z sosem.

- Dlaczego nie odpowiadasz na smsy i nie odbierasz moich telefonów? – był odrobinę zły, widać to po nim. Zastanawiając się co odpowiedzieć, zmierzyłam go wzrokiem. Był ubrany w szarą bawełnianą bluzę z długim rękawem. Materiał wyglądał na miękki, aż chciało się go dotknąć. Może jednak to nie o materiał bluzki chodziło, ale o to co było pod nią i kto był w nią ubrany? Sama nie wiem. Na szyi zwisał mu wojskowy wisiorek, z którym się nie rozstawał.

- Zostawiłam go chyba wczoraj na sali gimnastycznej.- odpowiedziałam, zastanawiając się nad jego kolejnymi możliwymi pytaniami.

- Nie kłam, masz go w tylnej kieszeni swoich spodni.- prychnął, kwaśno się uśmiechając.

- Skąd ty to wiesz? – zapytałam zszokowana z szeroko otwartymi oczami, dotknęłam kieszeni, w której był telefon, sprawdzając czy nadal tam jest.

- Idę za tobą od kiedy wyszłaś z pokoju. – odepchnął się od stołu i oparł się o oparcie krzesła.

- Patrzyłeś na mój tyłek. – zmrużyłam wściekła oczy. – Przy ochroniarzach? Zgłupiałeś?! - ostatnie słowo powiedziałam trochę głośniej, niż zamierzałam.

- Ciszej.- upomniał mnie, rozglądając się po sali.- Niczego nie zauważyli. Jestem dyskretny.- założył ręce na klatce piersiowej urażony.

- Ta, jasne. Pewnie tak samo jak z zamykaniem drzwi. – wywróciłam oczami, chociaż wiedziałam, że tego nie lubi. Uśmiech sam wpełznął mi na twarz, gdy przypomniałam sobie chwilę z wczorajszego wieczoru. – Muszę iść. – powiedziałam szybko, przypominając sobie, że miałam mu dać do zrozumienia, że to, co zrobiliśmy było wielką pomyłką. Ten jego nieskazitelny wygląd potrafił mnie tak rozkojarzyć, że gdy sobie to uświadomiłam, byłam na siebie jeszcze bardziej wściekła.

- Nie zjadłaś. Znowu to robisz, unikasz mnie.- chwycił moją rękę, a ja energicznie ją wyszarpnęłam, nim ktoś mógł zwrócić na to uwagę.

- Posłuchaj, to był błąd.- powiedziałam szeptem.- Zostaw mnie w spokoju. Tak będzie lepiej dla nas obojga. – dodałam.

- Rachelle! – zawołał, gdy wstałam szybko i poszłam do damskiej toalety. Upewniłam się, że nikogo oprócz mnie nie ma w środku i przywarłam do drzwi. – Otwórz.- usłyszałam jego przygłuszony głos. Wiedziałam, że za mną pójdzie. Gdzie ty masz rozum, Rachelle? Trzeba było wyjść z restauracji...

- Odejdź, bo zacznę krzyczeć, ktoś cię tu zobaczy i zacznie coś podejrzewać. – powiedziałam z twarzą przy drzwiach, by tylko on mnie przez nie usłyszał.

- Nie, jeśli stąd wyjdziesz.- odpowiedział, cały czas trzymając klamkę z całej siły po drugiej stronie. Zapierałam się nogami i rękami, by stawiać mu jakiś opór.

- Mogę im wykrzyczeć, co wczoraj robiliśmy i wtedy będziesz miał problem. – powiedziałam wkurzona swoją bezradnością. Czemu obydwoje jesteśmy tak samo uparci?

- Ale tego nie zrobisz.- Masz rację, nie zrobię, ponieważ nie chce cię stracić.

– Ponieważ ty też jesteś winna. Nie masz myśli samobójczych? – chciał się upewnić. – Otwórz te drzwi.- rozkazał ponownie. Uchyliłam je nieśmiało i wyjrzałam za nie na sale, czy nie ma tam nikogo z ,,naszych.'' Po czym wzięłam go za kołnierz i prawie wciągnęłam do środka.

- Słucham.- powiedziałam z założonymi rękami, opierając się o kaloryfer. - Toaleta. Damska. Znowu. Serio? – powiedziałam, szkoda że nie miałam przy sobie tamtego gazu pieprzowego. Może zdążyłabym uciec do pokoju i rzeczywiście zamknąć się w nim. 




Coś walnęło. Brzmiało jakby ptak rozbił się o szybę.
Wystraszyłam się.. Był to mój przecudowny trener, który uwielbia doprowadzać mnie do zawału.
Kiedy wślizgnął się przez okno do środka spojrzałam na niego wymownie.
- Naprawdę, nie wiem dlaczego tak upodobałeś sobie łazienki.
W dodatku damskie.- syknęłam po cichu, wpatrując się w niego.
Dziwiło mnie to, że wyglądał jakby nikt go nie dotknął.
Kiedy stałam przy drzwiach razem z nimi kilka minut temu, zapowiadało się na porządną bójkę.
- Tak i dziwnym jest to, że zawsze jesteś w nich ty. – dokończył za mnie z szyderczym uśmiechem.
Jeju, jak ja go nienawidzę... jest tak fascynująco wkurzający.





- Taki fetysz.- powiedział, ale widząc mój chłodny wyraz twarzy odpuścił sobie kolejne nieprzyzwoicie żartobliwe komentarze. Nic nie odpowiedziałam. Może jak go zignoruję to sobie pójdzie? - wierzyłam naiwnie. Podeszłam do lustra i zaczęłam poprawiać włosy.

- Nie musisz tak się starać, by wyglądać pięknie. Podobasz mi się taka, jaka jesteś.- widziałam jego twarz w lustrze za sobą. Przyglądał się każdemu drobnemu gestowi, jaki wykonałam. Obróciłam się do niego przodem i oparłam obie dłonie na umywalce. Skrzyżowałam obie nogi, chcąc rozładować napięcie w moim ciele. Westchnęłam głęboko.

- Jesteś bezczelny. Nie widzisz, że nie potrzebuję twojego towarzystwa? Cały czas próbujesz na mnie te swoje wyuczone sztuczki. Znowu chcesz mnie czegoś nauczyć? Daruj sobie. – patrzyłam na niego z wyrzutem, wściekła na całe moje życie. Dlaczego musisz być taki? Dlaczego musiałam się w tobie zakochać? Dlaczego nie zjawiłeś się pięć lat wcześniej?

- Wiem, że się boisz. – zaczął, nie przejmując się moimi słownymi atakami. Czy przez tak krótki okres czasu mógł tak dobrze znać moje wszystkie reakcje? Zachowywał się tak, jakby moje wybuchy, nie robiły na nim jakiegokolwiek wrażenia.

- Justin, nie... - przerwał mi.

- Poczekaj. To nie powód, żeby traktować mnie w taki sposób, jakbym był największym dupkiem na świecie. Wczoraj robiliśmy te wszystkie rzeczy razem, nie osobno. – zauważył błyskotliwie. – Poza tym wiem co z tobą zrobili wtedy, kiedy znalazł cię Slade, ale wiem, że nie jest ci z tym łatwo. Jestem pewny, że nie będzie po tym śladu.- pocieszył mnie. Tak bardzo chciałam się do niego przytulić. On nie musiał pytać, jak się czuje. On to wiedział i rozumiał. Nie rozpaczałam z powodu tego, jak po tym wszystkim wyglądam. Niepokoiłam się, co Mike ze mną zrobi, jeśli się nie zagoją. Nigdy tak często nie oglądałam się w lustrze jak teraz.

- Musisz zawsze zgrywać pieprzonego bohatera? – warknęłam, chociaż robiłam to wbrew sobie. Muszę to zakończyć nim będzie coraz gorzej. Tymczasem Justin nie zwracał uwagi na to, co mówię. Kontynuował dalej...

- Odurzyli cię.- wspomniał z goryczą w głosie.- Sukinsyny, żałowałem, że nie mogłem tam zostać i wymierzyć im sprawiedliwości.- patrzył na mnie z żalem. Spuściłam wzrok w dół, bo widząc jego smutne oczy, znów miałam ochotę go przytulić. Opuściłam ręce z umywalki i przyłożyłam je swobodnie do boków. Westchnęłam głęboko.

- To akurat nie oni mnie odurzyli.– mruknęłam niewyraźnie, mając nadzieję, że nie zrozumie.

- Ty sobie to zrobiłaś? – zapytał zszokowany.- Ale...

- Poprosiłam ich, żeby przynieśli mi wódkę z Black Dope. – powiedziałam ze wstydem, oglądając czubki moich koturnów. Żeby znów móc cię usłyszeć.

- Wódkę? - powtórzył.- Dlaczego akurat wódkę? – zapytał, jakby to była najbardziej istotna rzecz na świecie.

- Bo...- zatkało mnie. Tak, powiedz mu, że popadasz w jakieś szaleństwo. Powiedz, że miałaś jakieś halucynacje, a w wódce było jakieś świństwo. Na pewno będzie dumny.- Nieważne.- urwałam, ukrywając twarz w dłoniach, idąc w stronę drzwi. Byłam załamana. To wszystko jest takie głupie i skomplikowane.

- Rachelle.- wyszeptał moje imię, chwytając mnie za rękę. Stanęłam przy drzwiach i spojrzałam na niego z bólem.

- Nie, ja tak nie mogę! – wybuchłam płaczem, osuwając się na dół. Justin uklęknął przy mnie.

- Powiedz mi, co się dzieje.- odparł uspokajającym tonem, zakładając mój niesforny kosmyk włosów za ucho. Jesteś słaba. On widzi, że cierpisz. Położył jedną dłoń na moim kolanie.

- To nie może się dziać. Ty nie powinieneś być tutaj, a ja nie powinnam pozwolić na to, co wydarzyło się wczoraj.

- Nie decydowałaś o tym. To się po prostu stało. Ja tego nie żałuję. – i w tym jest problem, bo ja też nie, a powinnam i jestem pewna, że jeszcze życie będzie mi o tym wiele razy przypominać.

- To był błąd.- powtórzyłam melancholijnie, odwracając wzrok od Justina i patrząc w martwy punkt przede mną. Coś ty zrobiła... Justin chwycił za moje nadgarstki, zwracając na siebie uwagę.

- To nie był błąd. Uspokój się. – odpowiedział, a jego wzrok tkwił w moich oczach. – Nikt się o niczym nie dowie.- powiedział zdecydowanie. Jednak ja wiedziałam, że tutaj niczego nie można ukryć. W hotelu nie było takiego miejsca, gdzie moglibyśmy być spokojni i pewni tego, że nikt nas nie odkryje.

- Nie rozumiesz. Ja cię po prostu nienawidzę, ciągnięcie tego zaprowadzi nas do śmierci. Dlatego zostaw mnie w spokoju na zawsze. – błądziłam wzrokiem po jego twarzy, w poszukiwaniu zrozumienia. - Od teraz widzimy się tylko na treningach i misjach. Nie przychodź do mojego pokoju i nie prowokuj takich sytuacji.- sama nie mogłam się pogodzić z tym, co mu przed chwilą powiedziałam, ale naprawdę go nienawidziłam. Nienawidziłam go za to, co do niego czułam.

- Nie możesz... - nie dałam mu skończyć. Był mistrzem manipulacji, doskonale wiedział, co powiedzieć, bym zmieniła zdanie.

- Mogę. Chcesz? Mogę nawet pokazać ci jak. – wstałam szybko, otworzyłam drzwi i wyszłam, zostawiając go samego kucającego na środku damskiej toalety. W windzie powstrzymałam się od płaczu, ale ból w mojej klatce piersiowej był nie do zniesienia. Szybko mogłam pojąć, że kochanie go boli, ale nienawidzenie go wbrew sobie jest jeszcze gorsze. Czy to jest miłość? Czy mogła mnie spotkać w takim miejscu, jak te? W takim razie jest ona najgorszą rzeczą, jaką poznałam.




*****




Kiedy ochłonęłam po rozmowie z Justinem, musiałam zacząć robić wszystko, by moje życie chociaż trochę przypominało to, zanim go tu nie było. Weszłam do gabinetu, zostałam przywitana ciepłym uśmiechem Charlotte i skierowałam się do pokoju obok. Mike siedział jak zwykle w swoim czarnym fotelu i przeglądał jakieś papiery.

- Cześć, kotku.- powiedział, unosząc wzrok znad biurka. Oparł się wygodnie o fotel i gestem ręki poprosił, bym podeszła bliżej. – Jak się czujesz? – zapytał dziwnie miłym tonem, ponieważ nie słyszałam go często. Zazwyczaj był nieprzyjemny, władczy i groźny. Dzisiaj wyglądał na wyjątkowo rozluźnionego, tylko jego zielone oczy były jak zwykle zmęczone i o mętnym kolorze.

- Lepiej. – powiedziałam, wymuszając uśmiech.

- Doktor Rickquell powiedział mi, że masz wielkie szczęście, chyba nie będziesz potrzebowała operacji.- na tę wiadomość, kamień spadł mi z serca.- Masz dla mnie raport? – zapytał.

- Tak. – kiwnęłam głową i podałam mu kopertę z moimi notatkami. Przerzucił kartki pobieżnie i rzucił je na biurko.

- Jeszcze tydzień i wrócisz do pracy. Mam nadzieje, że zbytnio się nie nudzisz.- mruknął, a ja cała zesztywniałam.

- Nie mogę się doczekać. Nie narzekam na wolny czas, ale nie mam co ze sobą zrobić.- skłamałam.

- Skoro sprawy zawodowe są już skończone, możemy przejść do przyjemniejszych rzeczy. – powiedział, a ja miałam wrażenie, że rozmawiam z zupełnie innym człowiekiem. Czy to nie jest jeden z tych bardzo głupich, realistycznych snów, po których budzisz się rozczarowana?

- Masz jakiś pomysł? – zapytałam, wpatrując się w jego cwaniacki uśmiech. Jak ja go dawno nie widziałam.

- Myślę, że znalazłoby się kilka. – powiedział i przyciągnął mnie do siebie, zmuszając, bym usiadła mu na kolanach.

Chwycił palcem wskazującym mój brązowy pasek i z zaskoczenia pocałował mnie w usta. Pomimo tego, że było to przyjemne, nie czułam nic specjalnego, nie czułam tego, co kiedyś. Wiedziałam, że Justin robi to lepiej od niego, nie powinnam o tym myśleć, bo to Mike był moim chłopakiem, nie Justin. Odnosiłam wrażenie jakbym całowała kogoś z rodziny. Nie miałam ochoty, żeby to robić. Ale nie mogłam nagle zejść z jego kolan, bo nabrałby podejrzeń. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie Justina. Nawet dobrze mi szło, gdyby Mike nie wpakował swojej dłoni w moje spodnie.

- Stringi, jak ja to lubię. - mruknął w moje usta i uszczypnął mnie w tyłek, na co podskoczyłam.

- Nie chcę tego robić tutaj.- wymamrotałam, usiłując się ratować. Mogłam dać mu tego, czego chciał, ale wyczułby, że coś jest nie tak. Nie działał na mnie tak jak Justin. Miałam nadzieję, że coś jeszcze z tego będzie, ale teraz wiedziałam że od dziś będę musiała za każdym razem udawać. Kochałam go, ale nie potrafiłam tego okazać, bo moje pragnienia zatrzymały się wokół jednej osoby. Zdradziłam go, a to jest kara. Muszę nauczyć się kochać go od nowa. W tej chwili do gabinetu wparował mój bohater. Błagam powiedzcie mi jeszcze, że to rodzaj jakieś chorej telepatii, może myślami przywołuje go do siebie? To jest ironia losu. Justin zrobił się trochę zmieszany na widok tego, co zobaczył. Sekundę później jego twarz skamieniała i nie wyrażała nic. Ta sytuacja była na tyle żenująca, że teraz czułam się jakbym zdradziła ich obu.

- Nikt cię nie nauczył pukać, idioto?! - krzyknął Mike, który nadal trzymał mnie na kolanach. Mówiłam mu to tysiąc razy. - pomyślałam. Wzięłam rękę Mike'a ze swoich spodni i wstałam z jego kolan. Stanęłam na przeciwko Justina, obok fotela Mike'a. Nie mogłam spojrzeć mu w oczy. Wytarłam usta dłonią i zapięłam z powrotem białą koszule. Dajcie mi się zabić...

- Przepraszam.- odparł spokojnie. - Wołałeś.- przypomniał mu, przybierając służbowy ton głosu. Mike poprawił się w fotelu i wziął głęboki oddech.

- Ach, tak, chciałem ci pogratulować. Nie wiedziałem, że tak dobrze ci pójdzie.- chyba chciał powiedzieć ,,Nie wiedziałem, że to jest w ogóle możliwe. Powinieneś być martwy.''

- Dziękuję. - podziękował służbowym tonem, kiwając głową. On również nie patrzył na mnie.

- Czemu jesteście tacy sztywni? - zapytał Mike. Myślałam, że tylko ja czuję to ciężkie powietrze wiszące nad nami. Mike klasnął energicznie w dłonie i uśmiechnął się, szczerząc zęby. - W takim razie chłopie zasłużyłeś na odrobinę zabawy! Zarezerwowałem klub, oczywiście dostaniesz jeszcze swoje wynagrodzenie. - wstał i uścisnął mu rękę. Czy to jest mój Mike? Co on dziś brał? Albo lepiej, czego dziś nie brał? - Masz wielkie szczęście. Jestem pewien, że Rachelle z chęcią zajmie się dzisiaj tobą. - ciarki mnie przeszły na dźwięk mojego imienia. W opóźnionym tempie złożyłam jego wypowiedź w logiczną całość. Czy on właśnie powiedział Justinowi, że ma ze mną uprawiać seks? Poczułam jakby niewidzialna ręka ściskała moje gardło.- Prawda, Rachelle? - czekał na potwierdzenie. Dostałam palpitacji serca. On wie wszystko, zaraz nas zabije....

- Tak. - wydukałam niezdolna do niczego innego. Zaraz, co? Nie, chciałam powiedzieć NIE. - Jeśli muszę.- dodałam, siląc się na obojętny ton.

- To świetnie, widzimy się wieczorem. - odparł radośnie Mike, otwierając drzwi, Justinowi.

- Doceniam to. Nie musiałeś.- powiedział spokojnie, ale ja widziałam, że jego klatka piersiowa unosi się cztery razy szybciej niż minutę temu.

- Ona jest tu najlepsza, nie pożałujesz. Tylko się nie pozabijajcie.- zaśmiał się szyderczo. Kiedy Justin wyszedł, Mike obdarzył mnie swoim spojrzeniem i wyszeptał - Wiem, że nie za bardzo jest ci z tym dobrze, ale ten chłopak zniszczył mojego największego wroga. Muszę zrobić wszystko, by nadal chciał tu być i pracować dla mnie, a jeśli odejdzie, szkoda marnować taki talent.- podszedł do mnie i położył dłonie na moich biodrach. Całując mnie w policzek przeszył mnie wzrokiem. - Skończymy to co zaczęliśmy, kochanie? - kochanie, dawno tak do mnie nie mówił. Teraz to słowo stało się dziwne i obce w jego ustach.

- Chciałabym...- skłamałam, kładąc dłonie na jego ramiona - ale źle się czuję. Głowa mnie boli.- jęknęłam, chwytając się za głowę. Starałam się, żeby wyglądało to wiarygodnie.

- W takim razie połóż się spać. - powiedział z troską, dotykając mojego czoła. Zmusiłam się, żeby pocałować go krótko i wyszłam z jego gabinetu. Czeka mnie długa noc - pomyślałam, przygryzając wargę, kiedy szłam do pokoju.




*******



Do moich uszu dochodziła głośna muzyka o mocnych bitach. Nie usiłowałam się wsłuchiwać w jej tekst. Całą piątką byliśmy w Queen, jednym z podmiejskich klubów dla wtajemniczonych. Mike załatwiał jakieś interesy z właścicielem Queen. Scoot zajął się podrywaniem jakieś seksownej szatynki o wielkich, niebieskich oczach, a Monique poszła po kolejną porcje martini. Pomimo dwóch wcześniejszych drinków, nadal czułam się zatrważająco trzeźwa. Zazwyczaj jak Monique skręcała się ze śmiechu pod stołem, ja dopiero czułam się lekko podpita. Jev siedział samotnie przy barze popijając whisky, dlatego Monique tak bardzo chętnie szła do baru po nowe drinki. Justin... cóż nie można było się do niego dostać. Otoczony przez bandę dziewczyn, siedział nie zwracając uwagi na nie, jakby w ogóle nie dotykały jego włosów z fascynacją, nie oblizywały wskazujących palców, ani nie zmuszały go do patrzenia na ich biust, nie szczerzyły się do niego i nie podziwiały jego mięśni, machając nogami jakby to miało je maksymalnie wydłużyć, czy pokazywać mu jakiego koloru są ich majtki pod krótkimi sukienkami. Nie zdziwi zapewne fakt, że gotowało się we mnie na ten widok. Miałam ochotę wytargać każdą za włosy i przeciągnąć przez cały klub, aż do wyjścia. Niech ten koszmar się skończy. - Opierałam głowę na łokciu ze wzrokiem ostrzegającym ,,lepiej do mnie nie podchodź.''

- Jesteście jak dzieci.- parsknęła Monique, kładąc kieliszki na stole. - Siedzisz tutaj jak struta, idź do niego.- poganiała mnie.

- Cały czas łazisz do baru, gapiąc się na Jeva, zamiast z nim pogadać, więc nie mów mi, co mam robić.- warknęłam zirytowana.

- Widać, że oboje macie na to ochotę. Zróbcie to raz, porządnie i będzie spokój.- Oczywiście, problem w tym, że my to zrobiliśmy i chcemy więcej. Ale skąd ona może o tym wiedzieć?

- Zapamiętam.- mruknęłam na odczepnego.- Nie pij tyle na raz. - powiedziałam, obserwując jak w sekundę wypiła trzy czwarte swojego nowego drinka.

- Muszę to wypić, żeby iść po nowe. - wyjaśniła i wróciła do ssania plastikowej rurki.

- Jeżeli tak dalej pójdzie za dziesięć minut nie będziesz pamiętać jak się nazywasz, a wtedy w ogóle z nim nie porozmawiasz.- stwierdziłam fakt, zabierając jej szklankę sprzed nosa.

- Już idę! Okej!? - wymachiwała energicznie rękoma.- On cały czas gapi się na ciebie.

- Jest zajęty, nie widzisz.- nie mogłam opanować wściekłości. To nie jej się należało, ale tym dziewczynom latającym wokół Justina. Nie moja wina, że ona była bliżej. Nie jestem idealna.

- Nie uważasz, że to coś znaczy? Poza tym proszę cię, one są żałosne, skaczą wokół niego jak jakieś małpki. Ty masz klasę, nie musisz nic robić by cię zauważył.

- Do czego ty zmierzasz...- syknęłam, mrużąc oczy. - Zajmij się swoim życiem towarzyskim.

- Inni faceci patrzą na ciebie jakby chcieli z tobą to zrobić raz i to jest całkiem naturalne.- zaczęło się, mądrości panny Howard po pijaku.- Podczas gdy on patrzy na ciebie jakby spróbował, polubił i chciał więcej.- powiedziała rozbawiona z lisim uśmieszkiem.

- Co jeszcze możesz wyczytać z jego oczu? - zapytałam z sarkazmem. To było dla niej za wiele. Zachowywałam się okropnie. Na jej twarzy pojawił się grymas.

- Nic więcej. Nie znam go tak dobrze jak ty, ale radzę ci zrobić coś ze sobą i zmniejszyć swoje napięcie seksualne, bo ostatnio jesteś nie do wytrzymania! Ciągle zrzędzisz! - wykrzyczała i zostawiła mnie samą. Po jakiś pięciu minutach Scoot, zauważając, że doskwiera mi samotność, przyprowadził swoją piękną, nową zdobycz i siłą wciągnął mnie na parkiet. Na początku byłam przytłoczona tą muzyką, dymem i spoconymi ludźmi wokół mnie. Niektórych w ogóle nie znałam, a innych musiałam kiedyś widzieć w hotelu. W pewnym momencie, ku mojemu zaskoczeniu przyzwyczaiłam się do tego wszystkiego i pozwoliłam, żeby moje ciało wczuło się w rytm muzyki. Po chwili wywijałam na parkiecie jak szalona, nie usiłowałam spoglądać w stronę Justina i kontrolować, co się z nim dzieje. Dałam się ponieść emocjom, skakałam, klaskałam i kręciłam biodrami. Zapominałam o wszystkim. Nagle czyjeś ręce dotknęły mojego brzucha. Wyglądały na męskie. Poczułam, że chłopak który za mną stoi przyciągnął mnie do siebie jak najmocniej. Nie świadoma niczego, nie stawiałam oporu i otarłam się o niego tyłem schodząc w dół. Następnie stając na nogi chciałam się obrócić, aby zobaczyć kim on jest, ale mi na to nie pozwolił. Znowu przycisnął swoje ciało do mojego, chwytając za szelki moich spodni kciukami z dwóch stron. Zaczął kręcić razem ze mną biodrami w lewo i w prawo, to było nawet bardzo przyjemne. Następnie położył brodę na moim ramieniu i wtulił się w zagłębienie mojej szyi. Przed oczami mignęły mi jego włosy i dopiero teraz rozpoznałam znajomy zapach męskich perfum.

- Chodź, mam dość czekania.- szepnął, dotykając ustami płatka mojego ucha, powodując przyjemne dreszcze na moich plecach.

Chwycił mnie za nadgarstek i wyprowadził z klubu. Bez słowa pomógł mi wsiąść do swojego czarnego lamborghini. Jechaliśmy bardzo szybko. Oboje czekaliśmy na ten moment, nie chcąc się do tego przyznać. W hotelu było dziwnie pusto i spokojnie. Tylko recepcjonistki zareagowały na nasze przyjście. Ochroniarzy też było mniej niż zazwyczaj, bo pilnowali Mike'a. Nie było to zauważalne dla normalnych gości, ale ja znałam ich rozmieszczenie na pamięć. W holu ciepłe powietrze mieszało się z chłodnym, docierającym z dworu. Szybkim krokiem pokonaliśmy odcinek do windy, a ja przeklinałam to, że musimy tyle na nią czekać. Pewnie wszyscy zastanawiali się, czemu nam się tak spieszy.

- U ciebie czy u mnie? - zapytałam jakby to miało jakieś znaczenie.

- U mnie.- odpowiedział, a ja zaczęłam zdejmować płaszcz i szal. Pojechaliśmy na trzecie piętro do apartamentu numer 669.

- Serio? - mruknęłam rozbawiona, zdając sobie sprawę, że pierwszy raz będę w jego pokoju. Wcale nie wyglądał na męski, wszystko było schludnie i poukładane. Spodziewałam się sterty brudnych ciuchów i resztek jedzenia. Zdjęłam buty w przedpokoju i powiesiłam płaszcz, wkładając szal do rękawa. Gestem ręki wskazał mi sypialnie, do której weszłam o miękkich nogach. Na podłodze leżał puszysty czekoladowo brązowy dywan, w którym moje stopy się zapadały. Na środku znajdowało się wielkie łóżko z jedwabną brązową narzutą i czarnymi poduszkami. Z sypialni można było wyjść na balkon. Tradycyjnie jak w każdym pokoju okna sięgały od podłogi do sufitu, Justin zasłonił je granatowymi, zdobionymi zasłonami, w podobnym odcieniu, co ściany. Na przeciwko łóżka wisiał telewizor. Nad łóżkiem na suficie wisiało lustro ze złotą ramą.

- Po co ci lustro w takim miejscu? - zapytałam zaintrygowana.

- Nie domyślasz się? -  podszedł do mnie, zerkając na nie z błyskiem w oku. No tak, przez chwilę zapomniałam, że jest uwodzicielem. Lustro umożliwiało mu zobaczenie wszystkiego, czego nie może normalnie, gdy dziewczyna jest nad nim. Było jego trzecim okiem.

- Aha.- tylko tyle zdołałam odpowiedzieć. Usiadłam na jego łóżku.

- Nie musisz tego robić, jeśli nie chcesz. - kłopot polegał na tym, że chciałam to zrobić, ale wiedziałam też, że nic dobrego z tego nie wyniknie.

- Nie, po prostu hamuje mnie fakt, że Mike kazał mi to zrobić. - po prostu czułam się jak dziwka, ale tego mu nie powiedziałam.

- Jeśli jest ci z tym źle, nie ma sensu tego robić. - w tym momencie z kieszeni wyjął skręta, którego z początku miałam za zwykłego papierosa i zapalił go. Nie był w humorze po tym wszystkim, co mu powiedziałam. Szkoda, że nie wiedział, że nie tylko jego zabolały moje słowa. Ja i on, łóżko i półmrok. Jak ja do cholery mogłam się powstrzymać? Wszystko w tym pokoju kipiało seksem. Nie byłam w stanie myśleć o czymś innym tylko o tym, by zaciągnąć go do łóżka.

- Od kiedy ty palisz? - zapytałam nieśmiało.

- Od dzisiaj.- wychrypiał beznamiętnie. Spoglądaliśmy sobie w oczy, nie mogłam tego wytrzymać. Justin wyszedł na balkon zostawiając mnie samą. Obserwowałam jak ustami robi kółeczka z dymu. Weź się w garść, przecież to jest to o czym marzysz, kiedy go przy tobie nie ma. Ty chcesz się z nim kochać.

- Okej, zróbmy to.- powiedziałam, podchodząc do niego.

- Co jeśli on już o nas wie? - obawiałam się sama zadać to pytanie.

- Będziemy się o to martwić potem.- zdecydowałam wesołym głosem.

- Jesteś pewna, że to nie będzie kolejny błąd, jaki zrobisz? - zakpił, wypuszczając dym z ust.

- To będzie najlepszy błąd, jaki kiedykolwiek zrobiłam.- odpowiedziałam poważnie.

- Chcesz się czegoś napić przed? - zapytał.

- Nie.- mruknęłam krótko.- A teraz wyrzuć to świństwo.- rozkazałam, uśmiechając się do niego.

- Dlaczego? - nie podobało mu się to, ale zaciągnął się skrętem ostatni raz, po czym wzięłam go od niego i rzuciłam go przez balkon.

- Bo te usta będą czymś innym zajęte.- powiedziałam rozkosznym tonem głosu. - Mam zamiar cię pieprzyć i chcę żebyś zapamiętał dokładnie wszystko, co ci zrobię. - powiedziałam i pocałowałam go, pozwalając, żeby wdmuchnął dym do moich ust. Objęłam jego szyję i oplotłam go ciasno nogami w pasie. Jego dłonie szybko odnalazły moje pośladki. Weszliśmy z powrotem do jego sypialni. Zaniósł mnie do łóżka nie przestając mnie całować. Upuścił mnie na brzegu swojego materaca i stanął przede mną. Chwycił moją dłoń i położył na klatce piersiowej. Masowałam jego umięśniony brzuch, gdy on zdejmował koszulkę. Gdy tylko to zrobił położyłam się wygodnie na łóżku, a on okrakiem usiadł na mnie, drażniąc mój gorący brzuch zimnym wisiorkiem, zwisającym z jego szyi. Pocałowałam go w usta, a wisiorek, który teraz obijał się o nasze ciała złapałam dwoma palcami.

- To mnie gilga i drażni, zdejmij go. - poprosiłam. Oczywiście mnie nie posłuchał, uśmiechnął się usatysfakcjonowany. - Dzisiaj ja miałam rządzić, jeżeli nie chcesz go zdjąć, to pozwól mi być na górze. - mruknęłam z wyrzutem.

- Czegokolwiek sobie dzisiaj życzysz. - mruknął w moje usta i złączeni w pocałunku przeturlaliśmy się tak, że teraz ja byłam nad nim. Błądziłam dłońmi po jego mięśniach. - Rozpuść włosy. - jęknął po chwili.

- Będzie mi niewygodnie.- westchnęłam całując jego lewą pierś.

- Za dużo gadasz.- syknął przez moje usta i sam mi je rozpuścił. Wiedziałam, że w tej chwili igram z ogniem, ale dla tych iskier warto było spłonąć. Jutro zapomnisz o wszystkim i będzie tak jak dawniej.- pomyślałam, mierzwiąc jego włosy.






Break up. Make up
Total waste of time
Can we please make up our minds
And stop acting like we're blind?
'Cause if the water dries up and the moon stops shining
Stars fall, and the world goes blind, boy
You know, I'll be savin' my love for you, for you
'Cause you're the best mistake I've ever made
But we hold on, hold on 

Ariana Grande - Best Mistake





_________________________________



Witajcie kochani! 
Mam nadzieje, że Was nie zawiodłam.
Wprowadziłam trochę zmian na blogu:
Po pierwsze, zmieniłam tytuł bloga na Justin Bieber's Touch.
 (dziękuję za radę xD)
Myślę też nad zmianą adresu,  ale to pewnie po świętach,
jeżeli w ogóle. (NA PEWNO WAS POINFORMUJĘ WCZEŚNIEJ)
Po drugie, w gadżetach pojawiła się zakładka blogi,
do której możecie wpisywać adresy swoich blogów, lub
tych, którymi chcecie się podzielić. 
Znajdziecie tam również blogi, które czytam. 
Po trzecie, nie informuje tylko na tt,  jeżeli napiszecie
wiadomość na email: touchangelmusic@gmail.com, 
podacie facebook, nr gg, cokolwiek, co pomoże mi  Was znaleźć.
Mam jeszcze inne plany, ale o nich później.

 



 
Z racji zbliżających się świąt dodam
kilka rozdziałów więcej, niż zazwyczaj.
Mam też nadzieje napisać je
do przodu byście nie musieli tak długo czekać. 


Gratuluje Wam ponad 36 tysięcy wyświetleń! 
Dobijecie do 37 tysięcy?
Dziękuję za  poprzednie komentarze,
kocham je czytać. 
Jak myślicie, co będzie dalej?
Jestem ciekawa waszych koncepcji. ;p 



Mam wielki problem przez Justina, ponieważ nie

mogę go nazywać ciemnym blondynem,
a z racji tego, że nie wiem ile
będzie miał na sobie ten platynowy blond,
to wole unikać pisania o kolorze jego włosów. 


@loovesickk (podziękujcie jej, bo gdyby nie ona
nie byłoby mnie tutaj xD) uparła się, że mam 
coś dodać, specjalnie dla Ciebie skarbie:



- Justin, pofarbowałeś włosy? - zapytałam zszokowana, 
spoglądając na jego platynowe blond włosy.
- Tak jakoś wyszło...- powiedział zawstydzony, chwytając za ich końcówki.
- Wyglądasz jak idiota.- wybuchłam śmiechem. 
- Doprawdy? - mruknął, podnosząc jedną brew do góry i wydął usta w podkówkę, chwytając mnie w pasie.
- Żartuję.- powiedziałam, jeszcze raz dokładnie się mu przyglądając. Nie jest źle. Ten kolor podkreślał magnetyczny brąz jego oczu. - Sam seks.- stwierdziłam, oblizując usta.






Następny rozdział za tydzień.
Trzymajcie się ;) 






Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam, 
tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, lub po prostu wiesz,
  że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje,
napisz komentarz.




środa, 26 listopada 2014

Rozdział 25





Nie wychodziłam z pokoju. Nie miałam odwagi. Widziałam, co ze mną zrobili w hangarze. Codziennie przeglądałam się w lustrze i modliłam o to, by wszystko się zagoiło. Nie mogłam wyjść z pokoju, żeby nie wzbudzić podejrzeń klientów hotelu lub po prostu nie chciałam wychodzić, żeby nie spotkać Justina. Co jeśli któregoś dnia, nie będę w stanie mu odmówić? Nie chciałam, żeby widział mnie taką, jaką ja widziałam siebie w tę noc, w której miałam już zniknąć z powierzchni ziemi. Brzydziłam się dotykać ran. Bałam się na nie spojrzeć. W nocy męczyły mnie koszmary, że sączy się z nich krew z ropą, rozrywają się jeszcze bardziej, robiąc się coraz większe. W poprzednie trzy noce budziłam się z krzykiem. Najgorszym momentem było zmienianie mi opatrunków. Bezwartościowa i nieprzydatna - te dwa słowa idealnie określały mnie w tej chwili. Cały czas myślałam o tym, że Mike będzie chciał się mnie pozbyć. Teraz byłam dla niego ciężarem. Dlaczego miałby mnie tutaj zostawić? Teraz mogłam być nikim. Kobiety, które pracują dla Mike’a są przyjmowane tylko ze względu na wygląd. Nie nadawałabym się nawet na sprzątaczkę z tak podrapaną twarzą. Usiłowałam sobie to wszystko jakoś poukładać w głowie. Te trzy dni w tym ciemnym pomieszczeniu były tak wstrząsającym przeżyciem, że nie mogłam sobie przypomnieć dokładnie wszystkich twarzy, które się w nim przewijały. Musiałam napisać Mike’owi raport, a pisanie o tym było równoznaczne z przeżywaniem tego od nowa. Jeśli chociaż przez minutę zapominałam o tym wszystkim, moje myśli znajdowały kolejną minutę, by zacząć snuć się wokół Justina. To również bolało. Nie mogłam wiecznie spać i śnić koszmarów. Mogłam być zła na Justina, ale nie mogłam przestać o nim myśleć. Był jak wrzód na sercu. Czytałam książkę, ale nie skupiałam się na niej zbytnio, ponieważ większą uwagę przykuwał mój mały, złoty wisiorek, który trzymałam w palcach. Często bawiłam się nim z nerwów.
- Co tak chowasz? – zapytał Justin, jak zwykle wchodząc do pokoju bez pukania, kiedy ja w pośpiechu chowałam łańcuszek do szuflady szafki nocnej przy moim łóżku. W krótkiej chwili znalazł się przy mnie i zabrał mi go. W tym momencie zamknęły się za nim drzwi.
- Oddaj mi go! To bardzo cenne.- powiedziałam wściekła, waląc pięściami o łóżko, ściskając prześcieradło palcami.
- Prezent od Mike’a? Trochę za mały. –  zaczął oglądając go pod światło, padające z okien. Tak mnie zdenerwował, że wstałam z łóżka z zamiarem odzyskania mojej własności. Zaskakujące jest to, że nim tu wszedł miałam ochotę zostać w nim już do końca mojego marnego życia.
- No wreszcie. – westchnął, bez żadnego sprzeciwu po prostu położył mi wisiorek na moją wyciągnięta do niego dłoń. Stwierdzenie, że byłam zdumiona, to mało powiedziane. Byłam zszokowana. Zazwyczaj muszę go błagać, by przestał zachowywać się jak dzieciak.  
- Po co ci to było? Czy ty zawsze musisz mnie wkurzać? – syknęłam, wyzywająco patrząc w jego oczy.
- Raz… - zaczął wyliczać radosnym tonem głosu z nutą satysfakcji.- wyglądasz bardzo seksownie, gdy się wkurzasz, dlatego ciągle to robię. Dwa, to był dobry powód by wyciągnąć cię z łóżka i zobaczyć w tej skąpiej piżamie. Trzy, gdybym tego nie zrobił, nie mógłbym zrobić tego… – bez żadnego ostrzeżenia po prostu objął mnie w pasie, przyciągnął do siebie i pocałował. Tak bardzo za tym tęskniłam. Chciałam tego? Oczywiście, że tak. Jednak cały czas w mojej głowie brzmiało jedno zdanie. Jestem tu tylko po to, by pokazać ci jak bardzo jesteś słaba. Czy to nie wystarczający powód, żeby  w tej chwili ukarać go siarczystym policzkiem? Tak właśnie zrobiłam.
- No tak, to by było na tyle z miłego przywitania.- mruknął do siebie, trzymając się za policzek, który teraz nabrał różowej barwy. Wyglądał tak uroczo, gdyby nie to, że ja mu to zrobiłam, pocałowałabym go w czoło jak małego chłopczyka.
- Co ty sobie w ogóle wyobrażasz? Po prostu wszedłeś tu jakbyś był u siebie, robisz sobie co chcesz i tak znienacka mnie całujesz.  – obróciłam się do niego tyłem, założyłam biały hotelowy szlafrok, bo trochę było mi zimno. Czułam, że Justin mimo woli wpatruje się  we mnie. Czułam jego palący wzrok na moich plecach. Szybko włożyłam wisiorek do szuflady, oparłam się o nią tyłem i czekałam na to, co ma mi do powiedzenia.
- Muszę tobie wszystko wyjaśnić. – odezwał się ponownie, podchodząc do mnie z zamiarem potarcia moich ramion, ponieważ doskonale wiedział, że pod wpływem jego dotyku uspokajam się i robię się miękka ,,gotowa uwierzyć w każde jego słowo.'' Bezczelność.
- Nie zbliżaj się do mnie. – powiedziałam przegryzając dolną wargę ze zdenerwowania. -  Nie chcę słuchać twoich wyjaśnień. – Cały czas powtarzałam sobie w myślach, że nie mogę teraz mu ulec, miałam być taka okrutna jak on dla mnie. Bez względu na to jak na mnie działał, nie zwracając uwagi na cieniutki, wysoki głosik, krzyczący w mojej głowie, że chciałabym się w tej chwili na niego rzucić. Czy jest jakiś sposób, żebym kiedykolwiek go wyłączyła?
- Ale…
- Wynoś się stąd. Zostaw mnie.
- Rachelle.- powiedział z tym cholernym akcentem moje imię, od którego kręciło mi się w głowie.
- Nic nie mów, po prostu wyjdź.- wskazałam mu drzwi. Spojrzał na mnie ostatni raz z żalem i zrezygnowaniem.
- Mam nadzieje, że już lepiej się czujesz. – dodał tylko półgłosem i wyszedł, delikatnie zamykając za sobą drzwi. Dlaczego chciałam za nim krzyknąć, żeby wrócił? Bo dałaś mu wplątać się w jego sieć i nie wiesz jak się z niej odplątać. Naprawdę chciałam, żeby przy mnie był. Przecież wrócił, tak jak obiecał. Cały i zdrowy. Szkoda, że przedtem musiał złamać moje serce na tysiące małych kawałeczków. Nie pamiętasz już co powiedział? Wrócił po to, by cię dręczyć. Co jeszcze może zniszczyć? Zniszczył już wszystko i zasługuje na to samo z mojej strony. Wróciłam do łóżka, chwytając książkę, którą przedtem czytałam.


Najgorszą rzeczą, którą możesz zrobić to dać komuś nadzieję, 
ale jest jeszcze coś, co jest gorsze - kochać tak mocno,
że nie da się tego znieść, bez odwzajemnienia.


Poddaje się. Cisnęłam tą książką w szafę. Przysięgam, niczego już w życiu nie przeczytam. Szlag by to trafił. Szlag by trafił ciebie, Justin. Oszaleje przez niego.
 

 
******


Przez kolejne trzy dni pakowano we mnie tyle jedzenia, że na sam jego widok robiło mi się niedobrze. Cały czas ktoś odwiedzał mnie i obdarowywał jakimiś upominkami, które były naprawdę miłe, ale niepotrzebne. Jednak z tych wszystkich wizyt tym, co mnie najbardziej dołowało było współczucie czające się w ich oczach. One powodowało, że chcąc nie chcąc zaczęło do mnie docierać, co tak naprawdę się stało. Wcześniej czułam się jakbym opowiadała historię jakieś innej osoby i po prostu ciężko mi było zaakceptować fakt, że to przydarzyło się właśnie mi. Monique codziennie prawiła wywody na temat tego, jak źle potraktowałam ostatnio Justina. Nadgorliwie przekonywała, żebym z nim porozmawiała. On podobno siedział w swoim pokoju i rzadko z niego wychodził, w co do końca jej nie wierzyłam, bo Monique potrafi czasem wyolbrzymiać niektóre rzeczy, zwłaszcza jeśli miałoby to przynieść za sobą jakieś dobro. Niestety, moja definicja dobra z jej definicją bardzo się różniły. Co do Mike’a odwiedzał mnie, ale tylko raz dziennie. Razem z nim przychodził lekarz i informował nas o moich wynikach badań oraz postępie w gojeniu ran. ,,Uspokajał,’’ że jest gotowy załatwić najlepszego chirurga plastycznego, ale trzeba jeszcze poczekać zanim zdecydujemy się na jakikolwiek zabieg i dać szansę skórze, by sama się zagoiła. Na myśl, że mają coś robić z moim ciałem miałam ochotę zaszyć się w jakiejś dziurze na zawsze i nigdy z niej nie wychodzić. W Internecie bardzo dużo czytałam o trwałych uszkodzeniach skóry, przez co jeszcze bardziej panikowałam.
- Czy ja wyglądam jak potwór? Tylko szczerze. – zapytałam któregoś dnia Scoota.
- Głuptasie, co ci chodzi po głowie… - zaczął się śmiać. – Wszystko się goi, wiesz o tym. – spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami, bo unikałam jego wzroku. Stałam na miękkim, białym dywanie, patrząc w okno ściskałam w lewej ręce kubek gorącej herbaty. Miałam na sobie długi, brązowy, bawełniany sweter z długim rękawem i czarne legginsy. Scoot był ubrany w tradycyjny czarny strój do treningów.
- No nie wiem. – mruknęłam powątpiewająco.
- Mike nie zmieni cię w sylikonową lalkę. Nie bój się. Nadal jesteś piękna.- powiedział rzucając we mnie poduszką. Prawie nie wylałam przez niego zawartości kubka na biały dywan. Uśmiechał się do mnie przyjaźnie. Właśnie to w nim uwielbiałam. Nieważne jak bardzo było mi źle, on przekazywał mi swój wiecznie dobry humor. Byłby idealnym starszym bratem. Czy on w ogóle miał jakieś problemy? Każdy powinien mieć jakieś problemy. To jest nadzwyczajne jeśli człowiek nie ma na co narzekać. Czasem zastanawiałam się czy jest człowiekiem, ale tylko wtedy gdy za dużo wypiłam.
- Pewnie tylko ty tak myślisz.- westchnęłam.
- Jestem pewny, że nie tylko ja. Wiesz, że nie za wygląd cię kochamy.
- Tak, a za co? – zapytałam z uśmiechem, ściskając poduszkę, którą przed chwilą mnie rzucił.
- Za twój uśmiech, temperament, poczucie humoru, trudny charakterek i okropną wybuchowość, od której można dostać szału. Ach, nie zapominajmy o twoim ciągłym analizowaniu każdej małej rzeczy. Chociaż czasem to się przydaje, detektywie.
- Ty kłamco! – zaśmiałam się.- Dziękuję ci bardzo. Może chcesz zająć moje miejsce? To całe czarowanie, chyba lepiej ci wychodzi niż mi. – usiadłam na łóżku, odkładając kubek na tackę leżącą na stoliku nocnym. Nie mogłam przestać się uśmiechać.
- Teraz to ty jesteś zniewalająco zabawna. Nie, dziękuję, ale wolę trenować ludzi i móc skopać im tyłki.
- W sumie, też dobra rzecz. – przerwałam na chwilę, próbując sobie wyobrazić Scoota jako trenera uwodzenia i szybko pragnęłam o tym zapomnieć. - Jednak nadal mnie nie przekonasz. Wyglądam strasznie.
- Pytałaś czy nie wyglądasz jak potwór, a nie czy wyglądasz strasznie, a ja ci szczerze i uprzejmie odpowiedziałem. Na przyszłość radzę bardziej konkretyzować pytania.- zgrywał się dalej, więc zaatakowałam go poduszką.- Chcesz? To zawołam któregoś z ochroniarzy, może oni się wypowiedzą na ten temat. – kontynuował śmiejąc się.
- Nie. – odpowiedziałam ze śmiechem uderzając go w ramię. – Wiadomo co z Nate’m? – zapytałam, zmieniając temat.
- Nadal go szukają. Nic, jakby przepadł. – odpowiedział, kwaśno się uśmiechając.
- Trochę to dziwne, nie uważasz? – spytałam, przyciągając kolana do siebie.
- Na pewno niedługo go namierzymy.- powiedział ściskając moją dłoń.- Muszę lecieć. Mam kolejną sesję treningową.
- Mike znalazł kogoś na moje miejsce? – spytałam zdenerwowana.
- Nie, ciebie nie da się zastąpić. Ćwiczę z tym nowym… Justinem. To ten, którego tak nienawidzisz? Mogę dać mu wycisk. – Znowu on. Dlaczego? Nie mógł mieć treningu z kimś innym, tylko właśnie z nim i musiał mi o tym powiedzieć? Przecież sama o to pytałaś…
- Nie trzeba. Leć. – powiedziałam, gdy już wstawał.
- Monique kazała przekazać, że wpadnie do ciebie wieczorem.- odparł i wyszedł. Teraz miałam czas, na zbieranie cierpliwości do przetrwania kolejnego kazania.
Pod wieczór dostałam liścik. 



Spotykamy się na sali gimnastycznej. Nie obchodzi mnie to, że nie chcesz wychodzić z pokoju. Kończę trening, a potem idziemy zabawić się w hotelowej restauracji. Nie wymigasz się Rachelle. Nie pozwolę ci gnić w czterech ścianach. Dosyć tego dobrego! Czas wrócić do żywych.

M.
      

Wygramoliłam się ze swoich czterech ścian ubrana w czarną kamizelkę z kapturem i jeansy tego samego koloru. Szłam z pochyloną głową, a gdy tylko weszłam do windy, nie mogłam pohamować odruchu spojrzenia w lustro. Miałam na sobie tonę pudru i podkładu, żeby zakryć rany na twarzy. W czarnych ubraniach wyglądałam jak albinos, gdyby nie to że miałam ciemne włosy i tęczówki. Od mojej matowej twarzy odbijały się tylko wilgotne oczy, które w świetle lamp błyszczały i czerwono jaskrawe usta. Nie wiem dlaczego w ogóle tam idę. Musiałam się przywołać do porządku by nie wrócić z powrotem do bezpiecznego pokoju. Mam się bawić, wiedząc jak wyglądam? W zasadzie miałam zamiar wyrazić sprzeciw i rzeczywiście wrócić, ale Monique przywiązałaby mnie do krzesła barowego, żeby mnie powstrzymać, więc odpuściłam sobie.
- Monique? – zapytałam wchodząc do ciemnej sali gimnastycznej. Dlaczego nikt nie zapalił światła? To ma być jakiś żart? 
Nagle wokoło zapaliły się żółte lampki, podobne do tych, które ludzie wieszają na choinki.
- Witaj Rachelle. – powiedział Justin, wyciągając do mnie dłoń. Widząc mój wyraz twarzy cofnął ją. Zdumiona bardziej jego obecnością, niż wyglądem sali zdążyłam zadać pytanie.
- Co to ma być? –  zaskoczona, otwierając szeroko oczy niekontrolowanie otworzyłam usta. Unikałam go jak ognia od kiedy wrócił i mnie uratował. Jednak on zawsze znajdzie sposób, żeby mnie gdzieś zaciągnąć. Szczególnie w taki sposób, żebyśmy byli sami. Wtedy, gdy naprawdę tego nie chcę. Jesteś tego pewna? Jest najgorszym facetem jakiego znam. Jak można tak wykorzystywać czyjeś uczucia?
- Musimy porozmawiać. - ten ton głosu oznaczał, że rzeczywiście sobie porozmawiamy, a jeśli ja mam coś przeciwko temu, to jego w ogóle nie obchodzi.
- Słyszałam to już. – mruknęłam znudzona, zakładając ręce na piersi.
- Cieszę się, że nie masz nic przeciwko. – mam tyle ,,przeciwko,’’ ile by się nie zmieściło w tej całej sali.
- Dlaczego podpisałeś się jako Monique? – przymknęłam za sobą drzwi. Rachelle, czy ty właśnie wiesz w co się pakujesz? Okrutna, bezwzględna, bez serca, pamiętasz? – powtarzałam sobie, ale gdy na niego spojrzałam zapominałam o tej całej zemście i chciałam być coraz bliżej niego i bliżej… i bliżej.
- A przyszłabyś, gdybym podpisał się jako Justin? – zapytał doskonale znając odpowiedź. Jego imię w jego ustach brzmi chyba najlepiej, co nie zmienia faktu, że nie mogę zwracać uwagi na jego usta. Mogłam się domyślić, że to nie list od Monique! Scoot mówił mi, że ma z nim trening.
- Nie.- odparłam zgodnie z prawdą, spoglądając w bok na ścianę, na której również wisiały lustra, w których odbijały się nasze dwie ciemne sylwetki oświetlane tylko przez lampki.
- Właśnie dlatego.- powiedział, podchodząc do mnie powoli. Przypominał mi drapieżne zwierzę, skradające się do swojej ofiary, ale ofiara była tak głupia, że stała sparaliżowana i nie uciekała. Cholerny uwodziciel.
- Dobra, przejdź do rzeczy. – powiedziałam trochę mniej śmiało, gdy stanął tuż przede mną.
- Boisz się mnie? – zapytał łagodnie, wpatrując mi się w oczy.
- Dlaczego miałabym się ciebie bać? – zapytałam.
- Bo jesteś cała spięta.- To nie strach, to powstrzymywanie się od rzucenia ci się na szyję – pomyślałam, niezdolna wypowiedzieć to na głos.
- Nie boję się ciebie. – tak naprawdę jedyną osobą, której się bałam, byłam ja. Nie chciałam stracić kontroli.
- Pamiętasz co ci powiedziałem na dachu? – po tym zdaniu nastąpiła dłuższa cisza. Spoglądaliśmy sobie w oczy, jak w transie. Jakbyśmy umieli porozumieć się bez słów.
- Jak bym mogła o tym zapomnieć. To jeden z powodów, dla których nie powinno mnie tu być. – westchnęłam po chwili, opuszczając bezradnie ręce wzdłuż ciała. Może starałam się być zimna, bezwzględna, ale moje ciało mówiło co innego. Nie osiągałam zamierzonego efektu. On rozdrapywał mi serce. – Nie wiem, co ja tu robię. Chcesz jeszcze raz zmieszać mnie z gównem?
- Nie. Jest coś, o czym powinnaś wiedzieć… - przerwałam mu.
- Że jesteś dupkiem i szkoda na ciebie czasu? – dokończyłam. – Idę stąd.- powiedziałam niemiłym tonem.
- Nie pójdziesz, dopóki nie wysłuchasz mnie i nie dokończymy chociaż jednej rozmowy jak normalni ludzie.
- Jak zamierzasz niby mnie zatrzymać? – zakpiłam, idąc tyłem w kierunku drzwi.
- W bardzo prosty sposób.- odpowiedział i delikatnie pchnął mnie na drzwi.  Zdecydowanie, ale nie brutalnie przyparł do nich moje nadgarstki po obu stronach mojej głowy. – I co teraz zrobisz? – zapytał wyzywająco. W jego oczach odbijała się moja twarz.
- Nie wiem, może ty mi powiesz. – przybliżył swoje usta do moich, ale nie zrobił nic więcej. Ze wszystkich moich sił powstrzymywałam się żeby nie ruszyć się nawet o minimetr.
- To było kłamstwo. Nie jesteś nikim. Jesteś kimś… kimś ważnym. – szepnął w moje usta. – Nie jestem tutaj, bo muszę. Jestem tutaj, bo bardzo tego chcę. – dotknął jedną wargą moich ust i patrzył głęboko w moje oczy. – Przepraszam za wszystko, co ci zrobiłem. – jego bliskość i zapach sprawił, że lekko zakręciło mi się w głowie
- Oszukałeś mnie.- odszepnęłam trącając jego dolną wargę moją i odwzajemniłam jego spojrzenie. Byłam po prostu wściekła. Odsunęłam się od niego,  niechcący uderzając w tyłem w drzwi. Widząc to, Justin odrobinę się odsunął i puścił moje ręce.
- Co miałem ci powiedzieć? – zapytał głośno. – Czego oczekiwałaś? Miałem dać ci nadzieję? Liczyć, że będziesz na mnie czekać? Co gdybym nie wrócił? – pociągnął za końcówki swoich włosów i zaczął wymachiwać rękami. Nie wiedziałam, że jest równie zdenerwowany jak ja. Jednak on umiał to lepiej ukrywać.
- Obiecałeś, że wrócisz. – powiedziałam cicho, czując że zbiera mi się na łzy. Nie możesz płakać, nie przy nim! – rozkazałam sobie. Okrutna, zimna i bezwzględna, pamiętasz?
- Wiesz, co zrobił twój kochany Mike? Kazał mi zabić Richarda. Wiesz kim on był? Mike’iem Howardem na całą Europę. – powiedział takim tonem, jakby to wszystko było dla mnie od dawna oczywiste.
- Co to ma wspólnego ze mną? – zapytałam, nie bardzo wiedząc dokąd zmierza.
- Kazał mi go zabić i przywieźć jego głowę. To wszystko miałem zrobić w tydzień. Chciał się mnie po prostu pozbyć. Wysłał za mną pięciu swoich ludzi. Obserwowali każdy mój ruch. Po tygodniu miałem zostać znaleziony w jakiejś ślepej uliczce, pełnej ćpunów. 
Dali im towar za to, że powiedzą policji, że pobiłem się z policjantem. Oczywiście sprawa byłaby na tyle problematyczna dla służb, że niczego by nie sprawdzali. Nikt by o niczym nie wiedział. Fajna śmierć, nie? - Na koniec gorzko się zaśmiał.



 - Obserwujcie go. – krzyknął. 
– Gówno mnie to obchodzi! Macie go obserwować! – był bardzo zdenerwowany,
co oznacza, że coś się skomplikowało. 
On wręcz nienawidzi, jeśli coś nie idzie po jego myśli, 
 ale o tym pewnie wspominałam nie raz.
 Chciałby być doskonały, dlatego nie pozwala sobie na błędy. 
Jeżeli je popełnia zawsze znajdzie winnego.
- Co zrobił? – zadał kolejne pytanie, a złość w jego głosie zaczęła się potęgować. 
– Jak mogliście do tego dopuścić! – tu nastąpiła dłuższa chwila ciszy,
 widocznie ktoś zaczął się tłumaczyć. 
Niespodziewanie coś upadło na podłogę z hukiem,
 przez co podskoczyłam w miejscu wystraszona. 
– Musicie go znaleźć. – odpowiedział bezwzględnie, 
jakby w ogóle nie słuchał, co ktoś po drugiej stronie do niego mówi.
- To już nie jest mój problem. - dodał chłodno i prawdopodobnie zakończył rozmowę.


- Masz mi udowodnić, że nadajesz się do tej roboty. Lecisz sam, masz to załatwić.- Mike podał mu czarną kopertę z jego inicjałami.
 – Jeżeli znów spieprzysz to módl się, żeby to oni cię zabili.



Przez cały czas słuchałam go z zapartym tchem,  każde jego słowo trafiało do mojego serca. Czy mu wierzyłam? Wierzyłam, bo to było całkiem w stylu Mike’a, po co miałby tworzyć taką bajeczkę? – Ten worek obok twojej lewej stopy, to głowa Richarda.- kiwnął głową w stronę czarnego worka na śmieci. Automatycznie odsunęłam się metr w prawo, w głąb sali. – Nie chcesz tego widzieć.- przekonywał, chociaż ja byłam już o tym przekonana bez jego ostrzeżenia. - Dlatego powiedziałem ci to wszystko, żebyś mnie nie znienawidziła.



- Justin? – jęknęłam, szukając w jego oczach 
kontaktu z rzeczywistością.-  Czy możesz wziąć ode mnie to cholerstwo, 
zanim wbije mi się w szyję? – poprosiłam.
 Mimo, że wyrwałam go z jakiegoś transu,
 nadal wydawał się być rozkojarzony. 
Wyprostował się, a po jego oczach zorientowałam się,
 że wraca do rzeczywistości. 
Chyba nieźle go wystraszyłam. Ale dlaczego?
- Przepraszam.- wymamrotał, szybko odsuwając ode mnie broń
 i pomógł mi wstać.
- Z kim rozmawiałeś? – robiło się niezręcznie, 
więc rzuciłam to, co nasunęło mi się na język.
- Z moim partnerem do tej misji.- odpowiedział nie patrząc na mnie
 i zaczął czyścić pistolet.


- To nie było twoje jedyne kłamstwo. Mówiłeś, że Mike przydzielił ci kogoś do pomocy.- przypomniałam sobie, marszcząc brwi.
- Zaczęłabyś wszystko komplikować, żeby Mike dał mi jakieś wsparcie. Mogłabyś pogorszyć tylko sytuację i narazić siebie. – Czy ja jestem aż tak przewidywalna? Może bym to zrobiła, ale nie wiedziałby, że to ja się za nim wstawiłam. Domyśliłby się, nie jest taki głupi. Czasem zdarza mu się zabłysnąć inteligencją. Dlaczego nigdy nie pozwoli sobie pomóc i udaje twardziela? Jego szanse były praktycznie zerowe. Jakim cudem tego dokonał? Miał tylko tydzień… coś mi tu nie gra, ale było jeszcze coś, co męczyło mnie bardziej.
- Więc… - powiedziałam przeciągając samogłoski i robiąc krok w jego stronę. – Wróciłeś tutaj, przeprosiłeś i uważasz, że sprawa jest załatwiona? – zapytałam. Momentalnie go zatkało. Nie wiedział, co powiedzieć. – Mylisz się.- westchnęłam, obracając się w stronę drzwi.
- Rachelle, błagam… Czy ty musisz..- zaczął zirytowany, nie dałam mu dokończyć tej litanii.
- Uważasz, że to w porządku? Gdybyś jeszcze raz miał wyjechać na coś takiego zrobiłbyś tak znowu? Oszukałbyś mnie? –On musi pożałować tego, co zrobił.
- Prawdopodobnie. – odpowiedział szczerze z nutką poczucia winy.
- To znaczy, że nie mamy już o czym rozmawiać. – gdy chciałam się odwrócić, chwycił mnie za dłoń. Jego dotyk był jak porażenie prądem. Spojrzałam na niego speszona.
-  Nie uciekniesz mi znowu. – powiedział zdecydowanie. – Nie pozwolę na to. Wiem, że teraz ci zależy. - Kciukiem pogłaskał mój prawy policzek, zmazując nadmiar pudru i podkładu. Wiedziałam co zamierzał zrobić. Czułam to. Oboje w sumie na to właśnie czekaliśmy. Mogłam się oszukiwać ile chcę, ale wiedziałam, że na pewno do tego dojdzie w chwili gdy postawiłam pierwszy krok przez próg tych drzwi i zorientowałam się, że jest w sali. Wyglądam koszmarnie, a on właśnie chce mnie pocałować.– Nie musisz tego ukrywać. Wyglądasz pięknie, nawet z nimi. Zagoją się. – powiedział, jakby czytał w moich myślach. Uśmiechnęłam się smutno. W pomieszczeniu zrobiło się jakoś gorąco. Jakby ktoś w jednej sekundzie, odkręcił wszystkie kaloryfery naraz. Jednak to ciepło biło z wnętrza mnie i stojącego przede mną przystojnego chłopaka. Ujął moją twarz w swoją lewą dłoń i położył mi ją na policzku. Spojrzał na mnie uważnie, kontrolując czy za chwile nie będę miała ochoty kolejny raz go uderzyć i widząc całkowite poddanie się w moich oczach przybliżył swoje usta do moich. Wtedy ja pierwsza go pocałowałam długo i namiętnie, na koniec przygryzłam jego dolną wargę. On delikatnie kontynuował, jakbym miała zaraz się rozsypać w jego dłoniach. Pod wpływem nagłego impulsu chwyciłam za końcówki jego włosów i przybliżyłam jego głowę bardziej do swojej. Odczuwałam wszystko intensywniej, mocniej. Dodałam mu tym odwagi. Justin przestał martwić się, że coś mnie zaboli i objął mnie ramieniem, przyciągnął do siebie wsuwając mi język między usta. Rękoma majstrował przy mojej zapiętej kamizelce i nie mógł rozpiąć suwaka drżącą jedną ręką. Druga dłoń natomiast kierowała się w kierunku mojej prawej tylnej kieszeni.
- Justin, zatrzymaj się. – wymamrotałam, odrywając się od niego. Spojrzałam na jego twarz, która teraz wokół ust miała rozmazaną całą moją czerwoną szminkę. Dlaczego on w każdej sytuacji wygląda tak perfekcyjnie? 
 – Co jeśli ktoś wejdzie? – spytałam nagle. Spojrzał na mnie zdezorientowany, po czym po chwili zrozumiał i odpowiedział.
- Wszyscy są na górze w sali konferencyjnej. Mike zwołał zebranie. Na tym piętrze nie ma nikogo.- powiedział znowu mnie całując. Nie dał mi nawet chwili, żebym mogła odetchnąć.
- Nie powinieneś tam być? – zapytałam, kładąc dłonie na jego klatce piersiowej i niechętnie go odpychając. Westchnął głęboko, czułam to przez materiał jego czarnej koszulki i z politowaniem spojrzał na mnie.
- Powinienem, ale jestem tutaj. Masz jeszcze jakieś pytania? – powiedział rozpalony.
- Żadnych.- odpowiedziałam, czując znowu jego usta na swoich. – Poczekaj! – zawołałam niewyraźnie przez jego usta. Zrezygnowany i zniecierpliwiony, znowu obdarzył mnie swoim spojrzeniem.- No co! Drzwi są dobrze zamknięte? – zapytałam, po chwili oboje zwróciliśmy wzrok na niedomknięte drzwi.
- Mam to gdzieś. Chodź tu.- powiedział rozkosznym głosem, a w moim brzuchu aż zadudniło od narastającego napięcia.
- A ja nie. – sprzeciwiłam mu się. Odsunęłam się od niego, bo w ogóle mnie nie słuchał, skupiony na tym, żeby jak najszybciej pozbyć się mojej kamizelki.
- Okej, chcesz zamknięte drzwi? – zapytał, na co kiwnęłam głową na ,,tak’’. Rzucił się na mnie i całował gwałtownie. Jego ręce wędrowały w górę i w dół moich pleców. Szedł przodem w kierunku drzwi ani chwili  nie odrywając swoich ust od moich. Przytuliłam go mocno, oddając pocałunki. Kiedy poczułam jego obie dłonie na moich pośladkach, oplotłam go ciasno nogami. Szedł zdecydowanym krokiem, w ogóle się nie chwiejąc, jakbyśmy robili to już latami. Czułam jak mięśnie jego klatki pracują. Z całej siły kopnął drzwi. Zamknęły się z hukiem. Następnie podszedł do małego stolika, na którym stały butelki z wodą mineralną. Posadził mnie na nim, przewracając i zrzucając kilka z nich z blatu, które potem przeturlały się na drugi koniec sali. – Zadowolona? – zapytał, sapiąc.
- Tak. – powiedziałam i położyłam się na stole, przez co podwinęła mi się czarna koszulka i ukazała kawałek mojego brzucha, co nie uszło uwadze Justina. Odsłonił mój brzuch i zaczął całować każdą z odkrytych ran. Następnie pochylił swoją twarz nad moją i znowu wrócił do soczystych i namiętnych pocałunków. Dłońmi dotykał moich bioder i piersi, po czym ścisnął je. – Justin? wyszeptałam, gdy zajął się robieniem malinek na mojej szyi. – Justin? – powiedziałam normalnym głosem, co też nie podziałało. Był tak bardzo zajęty, tym co teraz robił, że nawet mnie nie słyszał. – Justin!? – krzyknęłam.
- Co? – zapytał. – Mam pootwierać okna? – zaśmiałam się na jego pytanie.
- Nie, idioto. Wiesz, że dzisiaj nie możemy zrobić wszystkiego? – upewniałam się. Na ramionach i nogach nadal miałam bandaże i poważniejsze obrażenia niż jakieś tam zadrapania i siniaki.
- Nie mam pojęcia, o co ci chodzi.- odparł niewinnym głosem, podciągając moją koszulkę do góry. Był cały rozczochrany. Podejrzewam, że ja mu to zrobiłam.
- Justin, nie.- powiedziałam stanowczo i odsunęłam jego rękę w dół, kładąc na niej swoją dłoń. Justin wykorzystał to i zajął się moim guzikiem od spodni. – Czuję co robisz i to też mi się nie podoba.
- Właśnie o to mi chodzi.- odezwał się łobuzersko.
- Tak właśnie przypuszczałam. – powiedziałam, odsuwając jego rękę. Spojrzałam na jego pełną ekscytacji twarz i zaczęłam się śmiać.
- O co ci chodzi? – zapytał, chwytając mnie za biodra i podnosząc do góry, żebym usiadła.
- Wyglądasz fantastycznie. – prychnęłam. Justin odwrócił się w kierunku luster.- Masz na sobie połowę mojego makijażu.- śmiałam się bo wyglądał komicznie, ale nadal uroczo.
- Mówiłem, że tego nie potrzebujesz. – powiedział, wycierając twarz ręcznikiem, który leżał na pobliskiej ławce. – Trzeba z ciebie zmazać to całe cholerstwo.- powiedział, lekko mnie całując.




_______________________________

Pisałam ten rozdział przez trzy noce. 
Spałam dzisiaj trzy godziny. 
Było mi bardzo ciężko pisać
ten rozdział, ale mam nadzieje,
że po wszystkich poprawkach
chociaż Wam się spodoba!
Miałam to zepsuć, ale stwierdziłam,
że należy wam się takie zakończenie. ;p
Dziękuję za Wasze wsparcie, 
komentarze były naprawdę miłe.
(łącznie z groźbą, że mnie ktoś znajdzie xD) 
Wpadaj kiedy chcesz ;p hah 


Bardzo wam dziękuję naprawdę.
Przypominam o zwiastunie, liście informowanych i twitterze, 
na który możecie, pisać, pytać i marudzić ;) 
Przypominam, że potrzebuje Waszej pomocy!
Rozsyłajcie bloga i komentujcie,
to tylko kilka sekund, a 
możecie uszczęśliwić jedną okropną pisarkę. ;p 
Wasze zaangażowanie jest dla mnie porządnym kopem 
w tyłek, by wywiązywać się z obowiązku
dodawania rozdziałów na czas.
Kocham Was! ;) 











 Ta piosenka pomogła mi wczoraj nie zasnąć,

więc zasłużyła na to, by tutaj się znaleźć. xD

Życzę wam miłego weekendu, 

(bo czekam na niego z utęsknieniem),
żegnam się z Wami i idę spać. 
Dobranoc!  








Do następnego rozdziału!  :* <3



Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam, tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, lub po prostu wiesz, że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje,
napisz komentarz.


ROZDZIAŁY | LISTA INFORMOWANYCH| ZWIASTUN | KONTAKT