niedziela, 18 stycznia 2015

Rozdział 30






O czwartej w nocy zajechaliśmy do klubu. Miałam dość wrażeń na dziś, dlatego usnęłam w drodze na tylnej kanapie. Gdy tylko się obudziłam zauważyłam wpatrzonego we mnie Justina. W obawie, że ktoś może nas zauważyć usiadłam gwałtownie  na kanapie uderzając głową w otwierający się dach. Przyłożyłam dłoń do pulsującego bólem miejsca. Byłam cała potargana, spojrzałam na niego z grymasem.
- Dobrze się czujesz? Nie możesz mnie tak brutalnie budzić.- warknęłam słabym głosem.-  Co jeśli ktoś nas zauważy? – dodałam szeptem.
- Scoot poszedł do sklepu za rogiem po fajki. – Ciekawe czy pomyślał też o kupieniu mi śniadania. - Nie mogłem cię obudzić. – kucał przede mną w otwartych drzwiach samochodu.- Może skorzystamy z okazji, że go nie ma. – Dopiero co się obudziłam, a on już… Ugh, nie cierpię go. Mogłam spodziewać się, że Justin będzie miał jakieś specjalne wymagania, ale nie przeszło mi przez myśl, że będę musiała być jego zabawką dwadzieścia cztery godziny na dobę. Czy on naprawdę nie może za siebie? 
- Nie myśl o tym. – powiedziałam krótko przeczesując włosy palcami, gdyż zapomniałam szczotki do włosów.
Pochylił się nade mną dając mi całusa w usta krótkiego, ale konkretnego.
- Cały czas o tym myślę. – odpowiedział, wpatrując się we mnie swoimi brązowymi tęczówkami.
- Mamy być ostrożni… – powiedziałam jak zahipnotyzowana, gdy tylko oderwał usta od moich. Przed chwilą chciało mi się okropnie spać, a teraz? Teraz, mam ochotę zamknąć się z Justinem w samochodzie, zasłonić wszystkie okna i zapomnieć o wszystkim. Jak on to robi? - Jeżeli ktokolwiek się dowie…
- Tak wiem. – przerwał mi rozdrażniony. Również nie byłam tym zachwycona i mimo, że miałam rację to samej trudno było mi się pogodzić z tym, że Justin nigdy nie będzie oficjalnie moim chłopakiem. Czemu to zawsze ja muszę być tą rozsądną i odpowiedzialną?  Wysiadłam z samochodu kierując się na blokowiska.
– Gdzie jest to mieszkanie? – zapytałam starając się walczyć z moim porannym brakiem koordynacji ruchowej. Justin widząc, że mam małe problemy z równowagą na wysokich obcasach podtrzymał moje ramie.
- W druga stronę. – westchnął równie nieprzytomnym głosem, po długiej wykańczającej jeździe samochodem. Dałam mu się obrócić. Przede mną znajdował się klub. Szukałam innych budynków, ale wygląda na to, że znaleźliśmy się na końcu jakiegoś małego, urokliwego miasteczka. Coś ostatnio uwielbiamy się do nich wybierać… Co tym razem mnie tu spotka? Nie miałam pojęcia. Czy się bałam? Nie, w końcu nie byłam sama. Miałam swojego obrońcę i tym razem mu ufałam.
- Musieliśmy się zgubić. Na pewno nie pomyliliście adresu? – zapytałam ziewając z opóźnieniem zakryłam przy tym usta dłonią. Wyjęłam z torebki miętową gumę. Ledwo zdążyłam wziąć jedną, Justin wyrwał mi ją z ręki. Spojrzałam na niego zaskoczona.
- Nie chcę by śmierdziało mi z buzi, gdy ty będziesz smakować miętą.
- Aha. – mruknęłam. Wcale nie śmierdziało mu z buzi. Nie śmierdziało jakąś minutę temu, gdy się całowaliśmy. – Nie zamierzam wymieniać z tobą śliny przez najbliższe parę godzin. Jeszcze pamiętasz, że Scoot nam towarzyszy?
- Oczywiście. że pamiętam. Jest jak wrzód na dupie. – mruknął rozkapryszony.- Może nie zamierzasz, ale nie masz wpływu na to, co ja chcę.- Znowu zaczynamy te słowne gierki? To wszystko jest chore. Miał rację, nie miałam na to wpływu. Jeśli naprawdę chciałby przelecieć mnie na rogu ulicy z pewnością by to zrobił, a ja mimo wstydu bym mu nie uciekła.  
- Robi to, co powinien w przeciwieństwie do nas. – skomentowałam, nie chcąc żeby mnie dalej podpuszczał.
- Mniejsza o to, nie pomyliliśmy adresu. Przyjaciel Candice znajduje się w tym klubie.
- Świetnie. W takim razie co my tu jeszcze robimy? – uśmiechnęłam się zadziornie i tym razem bez jego pomocy szłam odważnym krokiem do klubu. Przy wejściu stało kilku mężczyzn, palili papierosy i rozmawiali. Nawet nie zwrócili na mnie uwagi. Byli bardzo zainteresowani czymś za mną. Obróciłam się odruchowo, chociaż wiedziałam, że to Justin się tak za mną wlecze. Czy on działa tak na wszystkich? Gdy weszliśmy do klubu wreszcie zrozumiałam, co tutaj się dzieje. Klub Peace był klubem dla gejów. Nigdy wcześniej w takim nie byłam. Gdy dostrzegłam dwóch obściskujących się facetów na kanapach omal nie zebrało mi się na wymioty. Wszyscy pożerali Justina wzrokiem. Widziałam dezorientację na jego twarzy. Oboje nie chcieliśmy się tu znaleźć. Było mi bardzo niezręcznie, bo oprócz dwóch kelnerek byłam tam jedyną dziewczyną. Niewidzialną dla wszystkich. Znalazłam się w zupełnie nowej sytuacji i nie ukrywałam, że nie miałam pojęcia jak się w niej odnaleźć. Mój trener za to szybko pozyskał uwagę wszystkich w klubie. Puszczali mu oko, specjalnie na niego wpadali mimo, że ludzi o tej godzinie nie było już dużo. Jednak istnieje jakaś sprawiedliwość na świecie. Niech teraz on pobędzie chwilę na moim miejscu. Justin obrócił się na pięcie i bez ostrzeżenia mnie wyszedł szybkim krokiem z klubu. Nie zdążyłam nawet spytać kelnerki o Petera, bo już musiałam za nim biegać.
- Justin! Czekaj! – krzyczałam za nim, ale nawet się nie odwrócił. Dorwałam go dopiero przy samochodzie chwytając się kurczowo palcami jego umięśnionego ramienia tuż ponad łokciem. – Co ty robisz? - syknęłam przez zęby, żeby otrząsnąć go z transu.
- Jedziemy do Nowego Yorku. – zarządził, szukając kluczyków w kieszeniach swojej kurtki ze skóry.
- Justin! Nie! Co ze Scootem? Nigdzie nie jedziemy! Muszę znaleźć Petera! – mówiłam coraz głośniej, szarpiąc się z nim, bo nie mogłam zwrócić na siebie jego uwagi. Zachowywał się tak, jakby w ogóle mnie nie słyszał. Pchnęłam go na auto i przycisnęłam dłońmi jego klatkę piersiową do okna samochodu. Nie odepchnął mnie, nawet na mnie spojrzał. – Posłuchaj mnie. – poprosiłam spokojnie, szukając zrozumienia w jego oczach. – Obiecałam to jej. – patrzył w moje oczy, jakby wzrokiem mógł narzucić mi swoje zdanie. Nie dałam się. Pod palcami czułam jak wzdycha zrezygnowany.
- W porządku, idź. Załatw to, a ja poczekam tutaj na Scoota.- odpowiedział, a  biała para unosiła się z jego bladoróżowych ust. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Wzięłam ją od niego i schowałam do kieszeni z powrotem.
- Co? – powiedział niezadowolony, gdy to zrobiłam.
- Wracasz tam ze mną teraz. Proszę cię. Mogę ci się nawet ładnie odwdzięczyć. – uśmiechnęłam się przytulając się do niego i zstępując z nogi na nogę. Spojrzałam w kierunku sklepu. Pusto. Pocałowałam go długo i z pasją. Gdy poczułam, że jego ramiona mnie obejmują w tali wsunęłam język między jego usta. Smakował miętą. Następnie przerwałam pocałunek powtarzając -Proszę.- mruknęłam słodko w jego ucho, ustami zahaczając o miękki płatek.
- Rachelle… - powiedział moje imię wywołując tym ciarki na moich plecach. Ten jego cholerny głęboki, męski głos. Nigdy nie będę miała go dosyć.
- Jeżeli jakiś gej by mnie zgwałcił miałbyś mnie na sumieniu. Wracasz tam ze mną. – uśmiechnęłam się, chwyciłam go za rękę, ciągnąc go w stronę Peace.
- Nie. Nie pójdę tam, ci goście to jacyś psychole. Gapią się na mnie.- odparł chłodno z założonymi rękami ściągając brwi.
- Skarbie, jesteś bardzo przystojnym, smacznym kąskiem. Nie dziw się, że patrzą. –  powiedziałam kładąc dłoń na jego ramieniu.
– Nie możemy wyrzucić tej kartki i wrócić do domu? – zapytał zmiękczając ton głosu, patrząc na mnie błagalnie i wydymając usta w grymasie.
- Zepnij tyłek, im szybciej wejdziemy tym szybciej wrócimy. – zaśmiałam się powtarzając jego własne słowa, ale zauważyłam coś na kształt przerażenia w jego oczach. Justin bał się czegoś? To niemożliwe. Jednak to prawda, że piękny wygląd może okazać się przekleństwem. Chodzącym, cholernie gorącym przekleństwem. Jak Bóg mógł stworzyć kogoś tak pięknego jak on? – Boże, patrzysz na mnie jakbym co najmniej prosiła cię, żebyś poszedł na wojnę.
- Na to prędzej bym się zgodził. – bąknął i włożył dłonie do przednich kieszeni spodni, które luźno opadały na jego biodra i odsłaniały kawałek bielizny. Jeśli nie chce, żeby się tak na niego gapili może lepiej od razu się rozbierze. Pozwoliłam sobie po chwili popatrzeć na jego tyłek, po czym skarciłam się w myślach. To co robię jest niedorzeczne. Nie mam myśleć o jego tyłku, ani się na niego patrzeć, bo mam ważniejsze sprawy do zrobienia, a  jego tyłek mogę sobie podziwiać później… w mojej sypialni. Pobiegłam za nim i ponownie weszliśmy do klubu napalonego hektolitrami testosteronu.
- Gdzie jest Peter? - zapytałam opierając się o ladę. Kelnerka spojrzała na mnie obojętnym wzrokiem, ale ożywiła się gdy zauważyła mojego trenera… niedługo on będzie wykonywał moją robotę, jak tak dalej pójdzie.
- Zależy kto pyta. – odparła uśmiechając się do Justina, mimo że to ja z nią rozmawiałam.
- Jestem znajomą jego najlepszej przyjaciółki, mam do niego sprawę.- odparłam całkiem nie przejmując się tym, że ta dziewczyna kompletnie mnie ignoruje i mierzy mojego faceta… Dlaczego jestem tak cholernie o niego zazdrosna? To niezdrowe. Całe szczęście, że on o tym nie wie.
- Schodami na górę. – odpowiedziała ciepłym głosem. Na te słowa natychmiast zerwałam się w kierunku nich. Jednak kelnerka wreszcie raczyła mnie zauważyć dodając - Dziewczyny nie mają prawa tam wchodzić. Twój kolega musi cię wyręczyć. – słysząc jej prowokacyjny ton głosu miałam ochotę rzucić się na nią z rękami. Okej, pewnie nie lubiła swojej pracy i zazdrościła mi kolegi, ale to nie powód by traktować mnie w tak chamski sposób. Nie wiem czy to był jej głupi wymysł, żeby tylko mnie zirytować, czy może mam do czynienia z dyskryminacją płci pięknej. Od początku mi się tu nie podobało. Jeżeli Peter jest właścicielem tego klubu to w tej chwili miałam ochotę wsadzić mu tę karteczkę prosto do gardła by się nią udusił. Mimo ostrzeżeń kelnerki i wyzwisk skierowanych w moją stronę, zdecydowałam, że pójdę z Justinem do Petera. Po pierwsze nie byłam na tyle głupia by zostawiać go samego. On pewnie sam tego nie chciał, bo jak na razie ochraniałam go przed zawieraniem nowych znajomości. Nikt nie podszedł do niego, póki ja przy nim byłam. Po drugie nie mogłam też zapomnieć, że mój uwodziciel mógł wyrzucić kartkę do najbliższego kosza na śmieci, a potem łgać mi prosto w oczy, że zrobił to, o co prosiłam. To ja złożyłam obietnicę, on nie miał obowiązku jej dotrzymać. Chciałam zrobić wszystko, co w mojej mocy by ją spełnić i dopilnować tego osobiście. Weszliśmy do pomieszczenia, był to mały pokój. W jego centrum znajdowało się biurko, na którym rzeczy były porozrzucane w nieładzie. W kącie stała skórzana kanapa, zakryta męskimi ubraniami, co pozwoliło mi stwierdzić, że ich właściciel najwyraźniej śpi w klubie. Obok kanapy stał w pełni wyposażony barek. Wysoki czarnowłosy chłopak siedział na fotelu opierając nogi o blat biurka, popalał papierosy, a następnie popijał alkohol.
- O co chodzi?
– zapytał na wstępie, bez żadnego przywitania. - Co ta dziewczyna tutaj robi? - dodał nieuprzejmym tonem, kiedy zauważył mnie w progu. 
- Nazywam się Mindy, a to William. Mamy ci coś do przekazania. – przyjęłam służbowy ton głosu, patrząc na niego wyzywającym wzrokiem. Poczułam się trochę urażona.
- Od kogo? – spytał nie spuszczając z tonu. Rozsiadał się w swoim fotelu, podeszłam do niego i podałam mu kartkę.
- To nowy numer twojej przyjaciółki Candice. Prosiła byś się z nią skontaktował. – nagle w jego oczach pojawiło się zaskoczenie, gdy usłyszał imię swojej bliskiej znajomej. Przestał grać wielkiego pana i zamienił się w zwykłego zmartwionego chłopaka. Ludzie są naprawdę dziwni. Przybierają maski, odgrywają swoje życiowe role, ukrywając prawdziwe oblicze. Miałam prawo ich osądzać? Nie. Robiłam dokładnie to samo, by najpierw nieudolnie udawać przed samą sobą, że nie czuje nic do Justina, a następnie po to, by ukrywać fakt, że z nim jestem.
- Czy coś jej się stało? Wszystko z nią w porządku? – zaczął zadawać kolejne pytania, błądząc przerażonym wzrokiem po naszych twarzach.
- Tak, jest bezpieczna. Zadzwoń do niej. – odpowiedziałam miłym głosem i skinęłam na kartkę, którą teraz trzymał w ręce.
- Znamy się od dziecka. Gdyby coś jej się stało... – powiedział, wstając z fotela i trzęsącymi  palcami wybrał numer. – Nim jednak zdecydował się zadzwonić zapytał: Kim wy właściwie jesteście, skąd wiedzieliście, że tu jestem? – oprzytomniał i spojrzał na nas chłodno.- Co macie wspólnego z Candcie? Nie uprzedzała mnie, że przyjdziecie. – Widziałam, że Justin miał ochotę mu odpowiedzieć, ale byłam niemal pewna, że będzie to coś bardzo nie na miejscu. Żeby oszczędzić czasu na jego wymyślne historyjki o tym jak przeleciał Candcie Swanepoel wyrwałam się pierwsza do odpowiedzi.
- Candice zgubiła telefon na pokazie w Mediolanie. Nie mogła sobie przypomnieć twojego numeru. Mieszkam niedaleko, więc wyświadczyłam jej przysługę. Na pewno więcej sama ci powie. – uśmiechnęłam się, chcąc jak najszybciej wrócić do domu, spojrzałam porozumiewawczo na Justina. Peter chwycił swój telefon i zaczął wystukiwać numer z kartki.
- Musimy się zbierać. Cieszymy się, że mogliśmy pomóc. – powiedział za mnie i skinął głową na pożegnanie. Peter zaczął rozmawiać z Candice.
- Dziewczyno, jak miło cię słyszeć! – powiedział radosnym głosem do telefonu, kiwając na nas ręką, że możemy iść. Czułam się odmieniona. W środku mnie buzowała radość i ulga. Wszystko przez to, że dzisiaj nie wracałam z myślą Zabiliśmy kolejnego człowieka. To było przyjemne uczucie i chciałam 
czuć się tak zawsze. Ani Peter ani Candice nie przeszkadzali Mike’owi w jego planach. Nie miał podstaw by zlecać nam ich zabójstwo. Oni byli dla niego zabawkami, zwalczaniem nudy. Nie zamierzałam przykładać do tego rąk. Gdy już znajdowaliśmy się przy drzwiach wyjściowych w klubie Justin zaczął wrzeszczeć mi do ucha, próbując przekrzyczeć huczącą muzykę.
- Rach, zaraz przyjdę. Muszę się czegoś napić. – oznajmił i zanim zdążyłam zaproponować mu, że napiję się z nim, mimo że piąta rano nie była moją ulubioną porą do picia) on zniknął w tłumie facetów. Nigdy go nie zrozumiem, najpierw chce uciec z klubu, a potem nie można go zmusić do tego żeby z niego wyszedł. Jest okropny. Poddałam się. Nie chciałam już go szukać. Wolałam poczekać przy samochodzie. Gdybym wtedy wiedziała, co planuje zrobić… Nigdy bym mu na to nie pozwoliła.

 



To dzisiaj. Wiedziała, że dzisiaj wreszcie zobaczy swój dom. Wyjdzie do ludzi, którzy będą się do niej uśmiechać. Ludzi, którzy nie mieli pojęcia o tym, co przeżywała każdego dnia przez najbliższe miesiące. Ludzi, którzy nie wiedzieli, że ta dziewczynka w wieku sześciu lat przeżyła więcej niż oni. Przyszedł po nią mężczyzna, którego doskonale znała. Chudy szatyn z piegami na twarzy. Często widywała go z człowiekiem, którego nienawidziła najbardziej na świecie. Mimo wszystko cieszyła się, że z dwojga złego to on zaprowadzi ją do domu. Jednak człowiek, który zabił jej tatusia nie przepuścił okazji by się z nią pożegnać. Stała przy drzwiach w swoim starym lekko pogniecionym, fioletowym płaszczyku.
- Witaj skarbie. Wracasz do domu. – zaśmiał się patrząc jej w oczy. Odwzajemniła jego spojrzenie mimo, że wiele razy wydawało się jej, że w jego oczach znajdują się ostrza. Zawsze patrzył na nią jak na jakiegoś bezbronnego, niechcianego psa. Traktował ją gorzej niż zwierzę. Obok niego stał blond włosy chłopczyk. Mężczyzna poklepał go po plecach pokazując na nią palcem wskazującym lewej ręki. 
- Obserwuj ją synu. Będziesz musiał ją pilnować. – powiedział dumnie patrząc na małego chłopaka. Niewiele rozumiał, ale dziewczynka widziała, że przyjął rozkaz ojca i spojrzał na nią w ten sam sposób, co jego ojciec. Przeszły ją ciarki po całym ciele. Gdy wreszcie znalazła się przed swoim domem jej opiekun zatrzymał się, kucając przed nią, by zrównać się z jej wzrokiem.
- Nigdy nie powiesz nikomu o tym, co widziałaś i słyszałaś. Rozumiesz? - powiedział, a dziewczynka pokiwała mu głową i pobiegła w stronę domu, mając nadzieję, że znajdzie w nim swoją mamę.






Nie mogłam uwierzyć w to, co stało się zaledwie kilka godzin temu. Justin zabił Petera. Jego zwłoki znajdowały się w bagażniku. Przez całą drogę nie odzywałam się do chłopaków. Byłam wściekła, zdążyłam na nich nakrzyczeć mimo, że w zasadzie to Justin był tylko winny. Scoot pomógł mu zetrzeć ślady i dostarczyć ciało do samochodu. Dlaczego za każdym razem, gdy próbuję postępować dobrze, wszyscy mi to uniemożliwiają? Zatrzymaliśmy się by wyrzucić ciało do wody. Musieliśmy zatrzeć wszystkie ślady. Walczyłam sama ze sobą by nie zacząć płakać ze złości. Siedziałam z posępną miną. Nawet Justin i Scoot między sobą nie rozmawiali. Między nami była mroczna i martwa cisza. Justin co chwile oblizywał wargę ze zdenerwowania,  pewnie nawet nie był tego świadomy. Przeżyłam lot do Nowego Yorku. Bardzo chciałam znaleźć się już w hotelu. Wiedziałam, że czeka mnie kolejna nieprzyjemna rozmowa z Mike’iem, ale szykowałam się na nią od momentu, gdy zdecydowałam się uratować Candice. W Nowym Yorku było już po północy, gdy wchodziłam do swojego pokoju. Wzięłam gorący prysznic i ubrałam się w luźną piżamę. Następnie zmazałam makijaż i położyłam się spać. Byłam zmęczona tym wszystkim. Nie chciałam takiego życia. Nie chciałam takiej miłości. To wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej. Zrobiłam to dla Mike’a, zgodziłam się na to z własnej woli. Chciałam być blisko niego, a to był jedyny możliwy sposób. Jednak teraz pojawił się Justin i zachwiał moim uczuciem do niego. Nie mogłam powiedzieć, że nie kocham już Mike'a Howarda. Nadal go kochałam, zawsze będzie miał swoje miejsce w moim sercu. Natomiast musiałam przyznać, że Justin przeprawiał mnie o zawał serca, nie tylko gdy mnie denerwował. Moje ciało reagowało na jego obecność w tak specyficznie niesamowity sposób, że nie miałam siły już tego ignorować. Nasz związek jednak wciąż był niepewny. Nawet nie wiedziałam, czy można tak to nazwać. Nie potrafiłam określić czy kocham jego, czy to w jaki sposób czuje się przez niego. Ciągle szukałam furtki, przez którą mogłabym uciec, gdyby okazało się, że to co nas łączy jest tylko dobrym seksem. Podobał mi się fizycznie, nie zaprzeczałam temu, ale to nie wystarczało, żeby nazywać go miłością mojego życia. O pierwszej w nocy, gdy coraz głupsze i dziwniejsze myśli pojawiały się w mojej głowie (uniemożliwiając mi tym samym zaśnięcie) usłyszałam, że ktoś po cichu otwiera drzwi. Poczułam znane mi perfumy. Nie musiałam otwierać oczu, żeby wiedzieć kto wszedł do środka. Chciałam krzyknąć na niego, żeby się wynosił, ale pewnie taką reakcją zwołałabym całą straż do siebie i zrobiłaby się niezła awantura.
- Nie złość się.- szepnął mi do ucha, kiedy podniósł kołdrę i położył się obok mnie obejmując mnie czule od tyłu. Nie obróciłam się. Nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Zaczął całować moją szyję palcami przejeżdżając po mojej nagiej ręce. – Kochanie… - mruknął między jednym a drugim pocałunkiem. Na te słowo ścisnęło mnie w brzuchu. Kiedy poczułam, że przytula mnie mocniej strzepnęłam jego ręce wzdychając i obracając się tak, żeby go widzieć.
- Zabiłeś jej ojca, a teraz najlepszego przyjaciela. – powiedziałam z żalem. Dobrze, że nie widział moich wilgotnych oczu w tej ciemności.
- Skarbie…- szepnął kojącym głosem.
- Chciałam jej pomóc, a ty tak po prostu to zniszczyłeś. Obiecałam jej, że wszystko będzie dobrze. Dałam jej nadzieję, a ty zabiłeś Petera. Jak myślisz... – przerwałam biorąc oddech.-  jak się poczuje, gdy dowie się, że jej przyjaciel nie żyje?
- Obiecałaś jej, że przekażesz mu numer. – sprostował, odgarniając kosmyk moich włosów za ucho. – Dotrzymałaś obietnicy.
- Nie brałabym ciebie ze sobą, gdybym wiedziała, że tak to się skończy. – syknęłam na niego, kręcąc głową na boki. Poczułam jego dłoń na mojej nodze.
- Wiem.. proszę uspokój się. – szepnął, znowu przybierając ten niewinny wyraz twarzy. Nienawidzę gdy to robi.
- Dlaczego to zrobiłeś? – zapytałam w końcu. Zmarszczyłam brwi w oczekiwaniu na jego odpowiedź.
- Nie posłuchałaś Mike’a i nie zabiłaś Candice. Zrobiłem to, żeby ratować sytuację. Nie możemy zawalać każdej wspólnej misji. Mike kazał mi wypróbować nowy narkotyk na jakieś przypadkowej osobie. Wybrałem Petera.
- Musiałeś wybrać akurat jego? - w jego oczach widziałam coś nowego, nie potrafiłam określić co to, ale było mi całkiem obce.
- Przez niego jakiś typ próbował macać mnie po jajach.- próbował rozładować napięcie, udając wielce skrzwydzonego.
- To ma być niby wina Petera? – podniosłam ton głosu, patrząc na niego z niedowierzaniem. – Nie wierzę, że zabiłeś go dlatego, że jakiś gej… - reszta zdania nie mogła mi przejść przez gardło. - Więc ty wykonałeś swoją część zadania. To ze mną jutro Mike się policzy. Szkoda, że nie powiedziałeś mi o swoim planie.- stwierdziłam po dłuższej chwili zastanowienia, gdy pod wpływem jego dotyku zaakceptowałam wszystko, co się stało. Nie mogłam niczego zmienić. Candice jeszcze żyła, a na tym najbardziej mi zależało. Jeżeli ona przeżyje, to znaczy, że ja też mam szansę by żyć normalnie.
- Mike mi zabronił. – powiedział.
- Świetnie. Jeżeli każe ci się rzucić z mostu, to też to zrobisz?
- Tylko, jeśli będę miał uratować ciebie. – odpowiedział uśmiechając się.
- Przestań. Wcale jeszcze ci tego nie wybaczyłam. Jak mogłeś go zabić? - powiedziałam przytrzymując jego jedną rękę.
- ,,Jeszcze'', a ,,nigdy'' robi różnicę. Jesteśmy na dobrej drodze. – powiedział pochylając się nade mną.
- Teraz zamierzasz sobie kupić moje przebaczenie wykorzystując mnie seksualnie, mam rację? – zapytałam widząc ekscytację w jego oczach.
- Dokładnie tak. – odpowiedział, zaczynając mnie całować.













******








Gdy wróciliśmy do hotelu zeszłej nocy dowiedziałam się od Monique, że Mike wyjechał zwerbować ludzi do pracy i ma wrócić dzisiaj po południu. Spoglądałam na zegarek. Od dziesięciu minut wiedziałam, że jest już w hotelu, ale nie miałam odwagi, by ruszyć się i iść do jego gabinetu. Justin czekał na mnie przy drzwiach, bo również musiał tłumaczyć się z obecnego obrotu spraw. Jednak on był w sto razy lepszej sytuacji ode mnie.
- Możecie mi powiedzieć, jak to się dzieje, że dwoje doświadczonych ludzi tak nagle zamienia się w dwie niedojdy? – zapytał na wejściu. Jeśli sądzicie, że to mocne słowa to jesteście w błędzie. Zapewniam was, że jego myśli brzmią jeszcze gorzej. – Dlaczego ona nie jest martwa? – zapytał pokazując nam zdjęcie Candice, a następnie podpalił je zapalniczką i wrzucił do kominka. Kiedy miałam otworzyć już usta Justin mnie uprzedził.
- Candice była niewinna. Czysta jak łza. Nie chciałem jej zabić. Ona nie zajmie miejsca Richarda, woli swoją karierę modelki. Przekonałem Rachelle, żebyśmy tego nie zrobili. Zamiast niej zabiliśmy Petera.  – z każdym jego zdaniem Mike robił się coraz bardziej czerwony. Zaciskał dłonie w pięści, a ja nie zdziwiłabym się, gdyby zapalniczka, którą trzymał nie rozkruszyła się w drobny mak.
- Czy kazałem tobie zmieniać moje plany? – zapytał zaciskając zęby. Rzucił zapalniczkę w ścianę za Justinem. Pozostała na niej mała czarna dziurka w miejscu, gdzie wylądowała zapalniczka, aby potem spaść na podłogę.
- Nie. – odpowiedział opanowany. W tej chwili Mike w ułamku sekundy podskoczył do niego chwytając go za szyję. Zaczął go szarpać prawie nie rozrywając mu koszuli. Zaczęłam krzyczeć, otworzyłam szeroko oczy. Wiedziałam, że jeśli ja tego nie skończę to Mike może go zabić. Wszystko przeze mnie. To ja zmieniłam jego plan, nie Justin. To mnie teraz powinien bić, nie jego.
- Mike, przestań! – starałam się, żeby mój ton głosu brzmiał obojętnie, ale i tak słychać było w nim przejęcie. To mój trener, którego nienawidzę, ale może nie życzę mu śmierci? Miałam nadzieję, że Mike właśnie tak to odbierze. Spojrzałam w jego oczy wypełnione furią i żądzą zabijania. – On kłamie, to ja nie chciałam jej zabić! – wrzasnęłam z całych sił trzymając jego ramię z pięścią, która celowała prosto w twarz chłopaka. Poczułam jak jego mięśnie się rozluźniają.
- To był twój pomysł?! – zapytał zdumiony odsuwając się o krok od Justina.
- Tak. – przyznałam z głową w dole, puszczając jego ramię.
- Jak mogłaś wpaść na coś tak głupiego? – wrzasnął tym razem na mnie. Ciarki przeszły mi po plecach. Byłam wystraszona i niezdolna do tego, by spojrzeć mu w oczy. – Mam powtórzyć pytanie?! – ryknął głośniej, gdy nic nie odpowiedziałam. Czułam się jak dziecko, które zostaje karane przez ojca.
- Mam dość. – powiedziałam cicho i niewyraźnie.
- Co? – spytał ponownie rozdrażniony.
- Mam dość! – tym razem wrzasnęłam z frustracją. – Mam dość zabijania. Mam dość krwi niewinnych osób! Nie potrafię tego robić...- przerwałam biorąc powietrze. - Już nie. – dodałam ciszej, zakładając kosmyk włosów za ucho. Wreszcie powiedziałam to, co siedziało w mojej głowie już od bardzo dawna. Dzisiaj odważyłam się to przyznać.
- Przecież robiłaś to. Szło ci bardzo dobrze. – nadal mnie nie rozumiał, jednak zdziwiłam się, że pierwszy raz usłyszałam z jego ust pochwałę. Było to też jakiegoś rodzaju podziękowanie i docenienie mojej pracy.
- Robiłam, ale nigdy nie chciałam tego robić. Robiłam to dla ciebie. Chciałam cię wspierać. Nie prosiłam się o to, żeby zostać twoim wspólnikiem. Nie prosiłam się też by zostać twoją pracownicą. To ty zrobiłeś to – wskazałam na siebie.- ze mnie. Miałam być twoją dziewczyną. Miałam cię kochać i dawać ci szczęście, a nie zabijać ludzi i śnić koszmary po nocach, przypominając sobie ich twarze. – obserwował mnie uważnie. Wprawiłam go w osłupienie.
- Porozmawiamy o tym później. Wieczorem przyjdź do restauracji. Nie mam teraz czasu. – powiedział zgaszony. Spodziewałam się wybuchów nienawiści i gorszych rzeczy. Co się z nim dzieje? - Dlaczego ją chronisz? – zapytał po chwili Justina. Znowu przerażenie. Mike nie jest ślepy. Co jeśli on już wie o naszych nocnych wybrykach? Co jeśli dowiedział się, że go zdradzam? Czy ta nasza kolacja będzie normalna? Może to jakiś nowy rodzaj tortur, które wymyślił?
- Takie jest moje zadanie. – odparł mu dumnie Justin służbowym tonem.
- Sądzisz, że mógłbym zrobić jej krzywdę? – zapytał Mike, patrząc na niego groźnym wzrokiem.
- Wiesz jak to mówią Mike. – przybrał lekki ton głosu, jakby w tej chwili gadał z najlepszym kumplem. Jak można być tak odważnym, stojąc twarzą w twarz z największym oprawcą Nowego Yorku? – Potencjalne zagrożenie istnieje wszędzie. - po tych słowach zostaliśmy odprawieni do swoich pokoi.
Gdy tylko wyszliśmy z gabinetu zaczęłam wyżywać się na Justinie. Postawił mnie w tak głupiej sytuacji. Nie wierzę, że powiedziałam Mike’owi, że go kocham podczas gdy Justin był w tym samym pomieszczeniu i słyszał wszystkie moje żale dotyczące związku z Howardem. To była tak głupia i niezręczna sytuacja. Po raz kolejny czułam się jak najgorsza zdzira. 
- Po co to zrobiłeś!? Mało ci kłopotów? Przypominam, że to on chciał cię zabić, a nie mnie. Mogłeś równie dobrze pomachać mu przed nosem białą flagą z napisem: Zabij mnie. Jesteś idiotą! - mówiłam całkiem poważnie, gdy on zdawał się być obojętny na to, co mówię.
- Chciałem cię chronić. – wyjaśnił cicho, patrząc mi głęboko w oczy. Mówił prawdę.
- Nie potrzebuję ochrony. – powiedziałam ostro.
- Doprawdy? Cały czas pakujesz się w kłopoty. Gdyby nie ja…- znowu przemądrzały, arogancki ton wrócił na swoje miejsce.
- Właśnie, gdyby nie ty, to wszystko byłoby w porządku. Moje kłopoty zaczęły się z chwilą, gdy się pojawiłeś.- warknęłam na niego i weszłam do windy, chcąc wrócić do pokoju.










_________________________________

Witajcie!
Z rozdziału do końca nie jestem zadowolona, ale obiecałam Wam, że będzie dzisiaj. 
Wiem, że czekacie już dosyć długo.
Bardzo się cieszę, że tyle osób skomentowało poprzedni post.
Mam nadzieję, że pod tym też się wykażecie.
Dziękuję Wam za te szczere opinie.
Jestem też zadowolona z tego, że mój blog budzi w Was
tyle emocji.
(Nie chciałam przesadzić z tymi gejami i lesbijkami, 
ale przemyślałam to i sądzę, że dobra opowieść to też taka,
która budzi w czytelniku oburzenie.
A to znaczy, że chyba w jakimś stopniu mi to wyszło. xD
Jeszcze dużo się będzie działo,
jeśli ktoś przez jedną scenę chcę skreślić całe moje opowiadanie
 to nie zmuszam Was do czytania. 
Mogę jedynie zapewnić, że nie pożałujecie, jeśli dacie mi kolejną szansę.)
Jestem tylko człowiekiem, każdy wpada czasem na różne pomysły..
Obiecuje, że jak na razie nie zmierzam do tych tematów wracać.)
  



 


Wiem, że najgorszą moją wadą jest nie dodawanie rozdziałów na czas.
Staram się jak mogę, ale naprawdę muszę poświęcić trochę czasu na naukę. 
Poza tym nawet jeśli mam napisany rozdział wolę go przeczytać kilkakrotnie.
Zasługujecie na to, byście dostawali to, co najlepsze
a nie miliard myśli nie trzymających się kupy.
Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi xD


Jestem w szoku, że dobiliście do 50.000 tys, wyświetleń, a 
w zasadzie ponad 53.000 tys na chwilę obecną.
Postanowiłam Wam podziękować za te 30 komentarzy i wyświetlenia, dlatego
rozdział będzie najpóźniej za tydzień, a z nim niespodzianka! ;) 


Zaglądajcie, piszcie, komentujcie, twitter jest do Waszej
dyspozycji i zapisujcie się na listę informowanych.
Jeśli chcecie, żebym zajrzała na Wasze blogi w wolnym czasie
to dawajcie linki na stronie blogi. 
Łatwiej mi do nich dotrzeć, gdy są w jednym miejscu.
Jeszcze raz bardzo Wam dziękuję!
Jakieś życzenia? 
Macie jakieś wizje tego, co będzie dalej?
Do następnej, Moi Drodzy!  






Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam, 
tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, 
lub po prostu wiesz, że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje, 
napisz komentarz. 


ROZDZIAŁY | LISTA INFORMOWANYCH| ZWIASTUN | KONTAKT 

sobota, 3 stycznia 2015

Rozdział 29




Siedziałam w samolocie między Scootem, a Justinem. Oboje zajmowali się graniem na komórkach, a ja siedziałam bezczynnie, cała spięta. Wcale nie bałam się startu, bardziej przerażała mnie świadomość, że za osiem godzin będziemy w Mediolanie. Poprawiłam swoją czarną koronkową sukienkę i starałam się o tym nie myśleć. Zamknęłam na chwilę oczy, rozluźniając się przy dźwiękach muzyki płynącej z słuchawek mojego telefonu. Po kilku utworach, kiedy ponownie je otworzyłam, zauważyłam, że Justin gdzieś poszedł. Nie miałam powodu, żeby się tym martwić. Jednak po pięciu minutach nie wytrzymałam i pochyliłam się w stronę Scoota, mówiąc:
- Gdzie poszedł nasz zabójczy trener? – gdy nie usłyszałam jego odpowiedzi zdzieliłam go lekko w głowę. Podziałało. Spojrzał na mnie, z niechęcią odrywając się od gry.
- Co? – warknął niezadowolony.
- Gdzie jest Justin? – zapytałam ponownie.
- Pomyślmy, gdzie mógłby pójść... przejść się po całym samolocie z nudów? Hmm.. no nie wiem. Pewnie poszedł do toalety. – mruknął i wznowił grę.
- Ile minut temu? – nie dałam mu spokoju.
- Dziesięć.
- Dziesięć? I to cię nie dziwi? – zaczęłam odpinać pas. Jak można być takim idiotą, żeby nie zorientować się, że za długo go nie ma?  Nie jesteśmy tu na wczasach! Pytanie, które również nasuwało mi się na usta to: Jak można być takim idiotą, żeby wychodzić na dziesięć minut do toalety, nic nie mówiąc? Scoot nawet na mnie nie spojrzał. Jak zwykle wszystko muszę robić sama. Wstałam z fotela i minęłam długonogą stewardesę.
- Toaleta na końcu pierwszej klasy jest zajęta, musi pani przejść do drugiej. – powiedziała, sztucznie się uśmiechając. Dziękuję bardzo, przynajmniej teraz wiem, gdzie go szukać. Nic jej nie odpowiedziałam. Gdy przeszłam przez całą pierwszą klasę zapukałam do drzwi.
- Justin, jesteś tam? – zapytałam zduszonym głosem, gdyby ktoś teraz zapragnął sprawdzić nasze dokumenty, byłoby niezłe zamieszanie, bo teraz Justin nazywał się William Collins. Ciekawe jakbym miała się z tego wytłumaczyć. Nazywam go Justin, bo tak lepiej brzmi. Tak, na pewno by mi uwierzyli.
Otworzył drzwi i wciągnął mnie do środka, zamykając je. Zaskoczona, oddychając płytko położyłam dłoń na jego klatce piersiowej.
- Myślałem, że już nie załapiesz i nie przyjdziesz. – powiedział roześmiany, całując mnie. Gdy skończył oparłam się o drzwi, zagryzając dolną wargę. Jego lewa dłoń wylądowała na moim prawym udzie. Jesteśmy sami w ciasnej toalecie. O nie. Patrząc mu prosto w oczy wodziłam dłońmi po jego klatce piersiowej. Zatrzymałam się na jednym guziku jego niebieskiej koszulki.
- Czy ty chcesz zrobić to, co myślę, że chcesz zrobić? – zapytałam, uśmiechając się.
- Jeśli chodzi ci o to..- szepnął, kładąc dłoń na moim policzku i pocałował mnie delikatnie. – I o to...- zaczął składać pocałunki wzdłuż mojej szyi. Objęłam go, trzymając dłonie na jego łopatkach. Znowu pachniał tymi perfumami. Palcem odwinął materiał mojej sukienki, delikatnie szarpiąc, żeby się nie podarła, odkrył moje prawe ramię. Jego miękkie wargi pozostawiały za sobą moją gęsią skórkę.
- Co jeszcze chciałbyś zrobić? – wymamrotałam nieprzytomna słabym głosem. Po tych słowach wrócił do moich ust, namiętnie mnie całując. Gdy zaczerpnął powietrza, błądziłam wzrokiem po jego twarzy, walcząc z ochotą pocałowania go raz jeszcze.
- Chciałbym…- powiedział wsuwając dłoń między moje nogi pod sukienkę. Wiedziałam.
- Okej, przestań.
Spojrzał na mnie zdezorientowany. Chciałam to zrobić, ale to nie był dobry moment i miejsce. Nie mogłam go za to winić. Nie okazywaliśmy sobie naszego uczucia przy innych, a gdy nadarzyła się sposobność, żebyśmy byli sami, wszystko w nas buzowało i nie byliśmy w stanie tego kontrolować.
- Dlaczego?
- Myślisz, że się nie zorientują, co tu robimy? - to nie wystarczyło, żeby wybił sobie z głowy ten pomysł.
- Naprawdę musimy się tym przejmować? – jęknął zrezygnowany.- Nie wiadomo kiedy będziemy mogli być sami.-  przypomniał mi.
- Poczekaj, aż będziemy w hotelu. – szepnęłam w jego ucho. – Też bym chciała to zrobić, ale to nie jest dobry pomysł.- jedną dłonią pogładziłam jego prawy policzek.
- Musisz to robić? – syknął mi w twarz.
- Ty mnie tego nauczyłeś. – zaśmiałam się.
- I właśnie teraz tego żałuję.
- W hotelu, obiecuję. – objęłam go za szyję, patrząc na niego błagalnym wzrokiem.- Nic ci się nie stanie jak trochę poczekasz.
- Ale teraz mam na ciebie ochotę. – odparł zrezygnowany. – I fakt, że jesteśmy tutaj w tym ciasnym pomieszczeniu i nikt nas nie widzi, sprawia, że nie mogę się pohamować. – dodał, kładąc obie dłonie na moich biodrach. Nadal próbował mnie przekonać.
- Będziesz musiał to zrobić. Pięciogwiazdkowy hotel też będzie świetnym miejscem i nie będzie w nim śmierdziało tak jak tutaj. – zatkałam nos, marszcząc brwi. – Jeżeli tak bardzo ci zależy na łazience, możemy zrobić to dzisiaj w wannie. - przegryzłam nieświadomie dolną wargę.
- Jesteś urocza, gdy proponujesz mi seks. Ale… - Mówiłam kiedyś, że jesteśmy oboje bardzo uparci? Zmieniam zdanie, on jest bardziej.
- Ćśś.. Nie dyskutuj ze mną. – powiedziałam zdecydowanym tonem. Położyłam wskazujący palec na jego ustach. Następnie uśmiechnęłam się, pokrzepiająco go całując, ale tak krótko, że nawet nie zdążył tego odwzajemnić. – Chodź. - szepnęłam słodko. Gdy otworzyłam drzwi dwie stewardesy patrzyły na nas z zaciekawieniem. Bez wstydu, pewnym krokiem przeszłam obok nich, rzucając im spojrzenie pełne pogardy i przeczesałam włosy palcami. Za mną wyszedł Justin, dziewczyny uśmiechnęły się do niego i zrobiły mu przejście. On natomiast podrapał się po karku, odwzajemniając ich gest i szedł za mną. Czemu wszyscy muszą tak na niego reagować? Wiem, że jest cholernie przystojny, ale tak jakby jest mój. Tylko ja mogę tak na niego patrzeć… Teoretycznie. Kiedy z powrotem usiedliśmy na fotelu poczułam się zmęczona. Szybko zasnęłam, nie dostrzegłam nawet, kiedy moja głowa znalazła się na ramieniu Justina. Mimo, że powinnam była odsunąć się od niego, tak było mi wygodnie i nie miałam zamiaru tego zmieniać, bo chciałam się wyspać. Czeka nas długi dzień.



******
Scoot zajął się poszukiwaniem Mirandy Kerr. Od początku całego show dzieliła nas tylko godzina. Justin i ja staliśmy przy jednym z tylnych wejść do ogromnej hali. Jak na razie naszym największym problemem było to, by dostać się do środka. Już dłuższą chwilę staliśmy przed ochroniarzami, tłumacząc im, że jestem jedną z modelek, które występują dziś wieczorem, ale utknęłam w korku. Po burzliwej dyskusji zdecydowali, że zadzwonią do jednego z organizatorów.
- Obiecali, że zaraz kogoś przyślą i to wyjaśnią. – oznajmił w końcu.
- Świetnie.- mruknęłam rozkapryszona. Musiałam przecież udawać urażoną divę. Piętnaście minut później pojawił się blondyn z słuchawką w uchu i teczką.
- Pan William Collins, zapraszamy. Drugi dźwiękowiec już czeka na pana.- powiedział organizator, wskazując mu drzwi po lewej. Ochroniarze odsunęli bramki. – Ta dziewczyna jest z tobą? – zapytał po chwili, zauważając mnie.
- Tak, to Mindy…                          
- Nieważne, potrzebujemy modelki. To twój szczęśliwy dzień, mała. - uśmiechnął się do mnie zawadiacko. - Chodźcie.
- Dziękuję.- odpowiedziała miłym dla ucha głosem. Patrzyła na mnie bardzo pewna siebie, ale jej serdeczność nie była sztuczna. Szczerze się uśmiechnęła. Dostrzegła, że jestem trochę zestresowana.
- Zastępujesz Mirandę? – zapytała.
- Tak. To mój debiut, bardzo się denerwuję.- powiedziałam coś, co po części było prawdą.
- Jeżeli się potkniesz, wstań i idź dalej. Nie myśl o tym jak wyglądasz, gdy idziesz, bo zaczniesz chodzić jak robot. Znam to z autopsji. – znowu się uśmiechnęła. – Najważniejsze, żebyś była pewna siebie.
- Dzięki, już mi lepiej.- powiedziałam zgodnie z prawdą, oddając jej uśmiech. Nagle zgasły światła, a po nich usłyszałam dudniącą muzykę, która była tak głośna, że przez kilka pierwszych sekund musiałam się przyzwyczaić. Organizatorzy zaczęli przekrzykiwać muzykę, mówiąc do poszczególnych modelek ustawionych na przodzie. Nie otwierałam pokazu, byłam jedną z tych, które szły na końcu. Dostałam normalne buty na obcasach, co mnie bardzo ucieszyło. Modelki Victoria's Secret są szczególne. Na pokazach nie mają grobowych, zimnych wyrazów twarzy, dlatego uśmiechnęłam się najśliczniej jak potrafiłam i miałam nadzieję, że ten koszmar szybko się skończy. Gdy nadeszła moja kolej, na początku sztywne nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Szukałam czegoś, co doda mi odwagi. Znalazłam. Czy już tak zawsze będzie? W każdej chwili muszę myśleć o nim? Coraz gorzej ze mną.
Nie potknęłam się. Nie docierało do mnie gdzie jestem. Ludzie oklaskiwali mnie i patrzyli na moje ciało. Jakim cudem teraz mam nie czuć się jak zabawka? Wśród tłumu szukałam Justina, ale nie mogłam go znaleźć. Kiedy znalazłam się na środku wybiegu uświadomiłam sobie, że to moje jedyne pięć minut. Byłam sama, jedyna w centrum uwagi. Ludzie sprawiali wrażenie, jakbym była dla nich czymś idealnym. Jakbym była aniołem, któremu zazdrościli, albo którego bali się dotknąć, bojąc się że zaraz po tym zniknie. Poczułam pewnego rodzaju satysfakcję. Po czym natychmiast skarciłam się w myślach... to wszystko źle na mnie wpływa. Stanęłam na samym końcu, zrobiłam kilka poz, które ćwiczyłam całe dnie na tę okazję, a potem obróciłam się i z ogromną ulgą zeszłam ze sceny. Pozostało mi tyko wyjść na koniec ponownie ze wszystkimi modelkami i starać nie zabić siebie ani nikogo innego przede mną czy za mną. Moja głowa cały czas była skierowana w górę. Nie odwracałam się, ani nie patrzyłam na boki. Rytmicznie i z gracją pilnowałam odstępów między modelką, która szła przede mną, aby nie wpaść na nią, ani nie zwalniać, aby ta z tyłu na mnie nie wpadła.
- Idziesz z nami na after party? - zapytała mnie Candice, kiedy ubierałam się w swoje normalne ubrania. - Świetnie ci poszło, naprawdę! Trzeba to oblać! Od dziś zaczynasz swoją wielką karierę. - szkoda, że nie wiedziała jak jest naprawdę. Nie było mi przyjemnie słuchać takich rzeczy od mojej przyszłej ofiary. Nie była brzydkim lub gburowatym facetem, ale przepiękną dziewczyną słodką jak cukiereczek... Jak miałam zabić ją z zimną krwią? Nie zasługiwała na to, co zamierzałam jej zrobić.
- Czemu nie? - wzruszyłam ramionami, przyjaźnie uśmiechając się do niej.
- Niestety nie mam wolnych miejsc w limuzynie. - oznajmiła ze smutkiem, zacięcie szukając czegoś w portfelu. - Kieruj się pod ten adres, mam nadzieję, że dotrzesz. - powiedziała, podając mi wizytówkę klubu, w którym prawdopodobnie nie stać mnie nawet na połowę szklanki zwykłego piwa.
- Dzięki, będę. - obiecałam, biorąc wizytówkę i chowając ją do torebki. Gdy obróciłam się do niej z powrotem, już jej nie było. Nagle poczułam czyiś oddech na szyi. Podskoczyłam wystraszona, widząc mojego trenera.
- Jak możesz mi coś takiego robić? - warknęłam przewrażliwiona. Uśmiechnął się do mnie cwaniacko, a ja wiedząc, że i tak nie przestanie korzystać z okazji, by mnie wkurzyć, wywróciłam tylko oczami.
- Widziałem cię w tej bieliźnie. Możesz ją wziąć ze sobą i wypróbować w hotelu? - zaproponował kuszącym szeptem, tuląc mnie do siebie od tyłu.
- Nie, nie mogę i przestań, bo Scoot nas zauważy. - uwolniłam się z jego objęć, wieszając bieliznę na wieszaku.
- To gdzie teraz? - zapytał podekscytowany.
- Masz ochotę na odrobinę zabawy? - spytałam uśmiechając się szeroko i zaczęłam machać mu przed oczami wizytówką. W przeciwieństwie do mnie, ta misja była chyba spełnieniem jego największych marzeń.
******

W klubie do którego zaprosiła mnie Candice było pełno sławnych ludzi. Nie mogłam uwierzyć, że oni naprawdę istnieją i są tak blisko mnie. Kiedy przyzwyczaiłam się do widoku Johnego Deepa już nic nie robiło na mnie wrażenia. Siedziałam przy barze, starając się uniknąć spotkania z Candice. Ubzdurałam sobie, że jak będzie bardzo pijana to może łatwiej przyjdzie mi ją zabić. Może nie będzie świadoma tego, co jej robię i umrze szczęśliwa? Wiedziałam, że moje podejście jest bez sensu, ale gdybym to ja decydowała, nie spotkałabym się z nią nigdy więcej. Niepotrzebnie założyłam się z Justinem, że zabiję ją o dwunastej. Im wskazówki zegara były coraz bliżej tej godziny, tym bardziej się denerwowałam. Natomiast Scoot zaginął w akcji. Wiedział, gdzie przyjechać, ale jak widać bardzo zaangażował się w opiekę nad Mirandą Kerr i oznajmił nam, że dla dobra sprawy zostanie z nią w hotelu, dopóki się nie ocknie. Już wiem jak może wyglądać jego poświęcenie dla dobra sprawy... Jego nieobecność nawet była mi na rękę, mogłam chwilę pobyć z moim Williamem.
- Jest tu tyle pięknych dziewczyn, nie masz ochoty przelecieć jakiejś modelki? - zapytałam, drocząc się z nim.
- Oczywiście, że chcę. - na te słowa zrzedła mi mina. Chciałam dać mu w twarz, ale sama to zaczęłam. Z resztą czemu ja w ogóle pytam uwodziciela czy przespałby się z jedną z najpiękniejszych dziewczyn na świecie? Przecież każdy facet na jego miejscu, dostający taką propozycje za żadne skarby nie odmówiłby. Odpowiedź jest oczywista.
- Na co czekasz? Leć! Upoluj swoją zdobycz.- powiedziałam, maczając usta w alkoholu. Zdecydowałam swoją głupotę usprawiedliwić jego wpływem.
- Jedna z nich, właśnie siedzi przede mną. - prawie się nie oplułam, słysząc co powiedział mój przystojny partner. - I właśnie to ją chciałbym dzisiaj przelecieć. - dodał bez krzty wstydu. Jak on może tak otwarcie to wszystko mówić? Jest nienormalny. - Im szybciej to zrobisz, tym szybciej będziemy w hotelu. - powiedział, odkładając whisky z lodem. Siedzieliśmy oboje przy barze już jakąś godzinę.
- Czy ty właśnie chcesz mi oznajmić, że powinnam jak najszybciej ją zabić, żebyś ty mógł przelecieć mnie w wannie? - oto wielki powrót uwodzicielskiego trenera. Różnica jest taka, że tym razem on ma nade mną definitywną przewagę. Wypijałam trzecią szklankę najlepszego burbona, jakiego kiedykolwiek piłam i wpatrywałam się w Justina, tak jakby był największym idiotą na świecie.
- Okej, po prostu im dłużej będziesz o tym myśleć, tym będzie ci trudniej.
- Nigdy nie dawaj mi takich złotych rad. - wypiłam naraz cały kieliszek.
- Nie za dużo? - zapytał, chwytając mnie za rękę. 
- Oboje wiemy, że nie zrobię tego na trzeźwo. - spojrzałam na niego, zabierając dłoń, która w chwili gdy jej dotknął zaczęła się trząść.
- Nie jestem maszyną do zabijania. Od kiedy zobaczyłam co dzieje się z Mike'iem, nie chcę stać się taka jak on. Mam wrażenie, że z każdym morderstwem zbliżam się do tego. Poza tym ona nic nie zrobiła.
- Dlatego musiałaś wypić tyle burbona przed spotkaniem ze mną? Nie potrafisz zabijać bez alkoholu? - zapytał z błyskiem w oku. Bardzo chciał znać odpowiedź na to pytanie.
- Skąd ty wiesz, ile piłam?
- Obserwowałem cię odkąd weszłaś do klubu. Nie mogłem przestać na ciebie patrzeć. Byłaś tam najpiękniejsza.
- Widzisz, już jesteś spokojniejsza. - powiedział, a ja spojrzałam na swoje dłonie. Przestały drżeć.
- Mógłbyś zrobić to raz jeszcze? Czuję, że drżą mi nogi. - skłamałam, uśmiechając się do niego dwuznacznie.
- Będę to robił całą noc, tylko musisz ją zabić. Im szybciej to zrobisz, tym więcej nocy nam zostanie.
- Zdradziecki szantażysta. - warknęłam, schodząc z krzesła barowego. Zaczęłam szukać Candice, czułam że Justin mnie obserwuje. Nie obracałam się w jego kierunku, ale po prostu wiedziałam, że tam jest. Kiedy znalazłam Candice była lekko wstawiona. Opowiedziałam jej zmyśloną historyjkę o początku mojej przygody z modelingiem. Byłam zdumiona, że tak dużo udało mi się wymyślić. To była wielka improwizacja, ale mimo tego, nie plątałam się w słowach. Słuchała mnie zafascynowana, podobnie jak jej koleżanki. Były równie piękne jak ona, ale Candice miała to coś, co wyróżniało ją od innych. Nie dało się przejść obok niej obojętnie. Była zauważalna bez oryginalnych strojów i drogich dodatków. Powiewała od niej piękna naturalność. Zazdrościłam jej tego. Zerknęłam na zegarek, dochodziła dwudziesta trzecia trzydzieści. Czułam się jak w jakieś chorej parodii kopciuszka.
- Jestem trochę zmęczona... - ziewnęła w pewnym momencie, gdy opowiadała mi o jej pierwszym castingu do Victoria's Secret.- Mindy, mają tu naprawdę wspaniałe pokoje, jeśli chcesz możesz zostać dziś u mnie. - uśmiechnęła się serdecznie. Właśnie na to czekałam, ale na początku nie zareagowałam na swoje nowe imię. Miałam wrażenie, że mówi do jednej ze swoich koleżanek. - Mindy? - zapytała, gdy nie otrzymała ode mnie odpowiedzi.
- Naprawdę? Będzie mi bardzo miło. Nie zdążyłam nic zarezerwować, bo bardzo późno dowiedziałam się, że zastępuję Mirandę. - tłumaczyłam się. - Mam nadzieję, że wszystko z nią w porządku.- dotknęłam jej ręki, udając zatroskanie.
- Jesteś taka słodka. - powiedziała, a po chwili poszłyśmy na górę do jej pokoju. Hałas z klubu natychmiast ucichł, gdy znalazłyśmy się na szerokich schodach przykrytych ciemnozielonym dywanem.
- Jakim cudem jest tu tak cicho? - zapytałam, rozglądając się dookoła.
- Cały klub jest wygłuszony jak studio nagraniowe. Do tego ma bardzo grube ściany. Ta część jest przeznaczona dla specjalnych gości. - powiedziała, wyciągając z torebki magnetyczną kartę z numerem pokoju.
- Naprawdę, nie musiałaś... - zaczęłam, gdy znalazłam się w pomieszczeniu. Szybko wyciągnęłam telefon i napisałam Justinowi, gdzie jestem, by w razie czego zawsze był blisko. - Chodź, pokażę ci sypialnię. - jak widać nie traci czasu... Może rzeczywiście nie chce ze mną tego zrobić? Może jest po prostu miła i chce żebym u niej przenocowała? Chciałabyś... Gdy tylko zamknęła za mną drzwi, byłam pewna, że nie chodzi o przenocowanie.
- Wiedziałam, że jesteśmy takie same. - powiedziała z uśmiechem, innym niż te, które wcześniej widziałam. Czy ja naprawdę wyglądam na lesbijkę? O Boże... Patrzyła na mnie w taki sposób jak Justin, kiedy naprawdę CZEGOŚ ode mnie chce, a w jego głowie wariują bardzo brudne myśli. Czy on zawsze musi wszystko komplikować, nawet jeśli go tu nie ma? To będzie najgorsza noc mojego życia. - pomyślałam w chwili, gdy mnie pocałowała. Wszystko jest w porządku, pomyśl, że to Justin... - starałam się zwalczyć mdłości, wcale mnie to nie kręciło. Oddałam jej pocałunek, trwał zbyt długo, ale gdybym to ja go przerwała, mogłaby coś podejrzewać.
- Dobrze całujesz. - powiedziała, uśmiechając się i malując się wiśniową pomadką. Skąd wiedziałam, że wiśniowa? Gdy rzuciła mnie na łóżko mogłam jej posmakować. Już miałam ochotę zaśpiewać: I kissed a girl and I liked it. The taste of her cherry chapstick. I kissed a girl just to try it. I hope my boyfriend don't mind it.* Z każdym kolejnym całusem przyzwyczajałam się do tego. Po trzech minutach nawet zaczęłam czerpać z tego przyjemność. Nie była taka ciężka jak Justin, ale wolałam leżeć na niej z racji tego, że za chwilę miałam ją zabić. Jej dotyk był subtelny, powolny i delikatny. Tym właśnie różni się seks z dziewczyną. Facet nie potrafi być cierpliwy. Jednak ja byłam przyzwyczajona do szybkiego działania, więc wplotłam palce w jej blond włosy i uśmiechałam się do niej. Jej dłonie znajdowały się na moich pośladkach, a jej piersi stykały się z moimi. Kiedy zaczęła rozbierać moją bluzkę poczułam dreszcz strachu, ale musiałam pozwolić jej na to. Czułam jej mocne słodkie perfumy, zaczęłam całować ją po szyi, wiedząc jak to na mnie działa. Mruknęła z rozkoszy, próbując zdjąć mi spodnie. Opuszkami palców zdjęłam jej ramiączka z ramion i zostawiłam na nich ślad swoich ust. Następnie ściągnęłam do końca spodnie odsuwając się od niej, a ona korzystając z okazji ściągnęła bluzkę. Pochyliłam się nad nią odpinając guzik jej spodni i zsuwając je z niej czułam, że drży pod dotykiem moich dłoni. Jej skóra była ciepła i gładka. Następnie usiadłam na niej okrakiem, a ona przytrzymała moje biodra.. Czułam że jej palce chcą się zająć moimi jeansami, ale jej na to nie pozwoliłam. Uśmiechnęłam się do niej, całując ją w usta. Na jej stoliku nocnym był ostro zakończony metalowy pilnik. Dobre i to. - pomyślałam, wiedząc, że Justin wziął moją torebkę ze sobą, w której był mój sztylet. Całkowicie o nim zapomniałam. Chwyciłam pilnik i chciałam wbić go w jej szyję. Nim to zrobiłam oderwałam się od niej. Zdziwiona spojrzała na mnie, a ja przydusiłam jej szyję do poduszki.
 - Przepraszam, ale jestem hetero, a ty możesz powiedzieć dobranoc.- powiedziałam, przykładając jej zimny metal do szyi. W tej chwili była przerażona. Spojrzała na mnie z bólem.
- Błagam, nie zabijaj mnie. - wyjąkała.
- Daj mi dobry powód.- powiedziałam zacięcie. Nastąpiła chwila ciszy.
- Ty też nie chcesz takiego życia. Widać to po tobie. - powiedziała spokojnie, przełykając ślinę.
- Okej, miałaś szansę. - powiedziałam, szykując się do ciosu, walcząc z samą sobą, by nie poddać się jej przestraszonemu spojrzeniu. Po chwili znów otworzyła usta, widząc że niepewnie przymierzam się do zadania jej bólu.
- Myślisz, że poprosiłam tatusia, żebym odziedziczyła po nim jego brudny interes? Nienawidzę tego gówna, które nam stworzył. Przez to go straciłam.- ryknęła z wyrzutem, a w jej oczach pojawiły się łzy.
- Skąd wiedziałaś, że nie chce takiego życia? - Nie, nie, nie, masz ją zabić, nie z nią gadać.- podpowiadał mi mój rozsądek, ale ludzkie uczucia zwyciężyły. Nie jestem taka jak Mike, nie chce nim być. Nigdy nim nie będę. Zeszłam z niej i usiadłam obok.- Kontynuuj.- powiedziałam, nie patrząc jej w oczy i oglądając ostry pilniczek. Jego chłód był dla mnie uspokajający. Zaczęłam piłować paznokcie.
- Wyglądasz na szanującą siebie dziewczynę, a takie jak ty nigdy nie chcą być dziwkami, jeśli nie są do tego zmuszane. Pewnie nie lubisz swojej pracy. – wykrzywiła usta z niesmakiem.
- Trafiłaś. Zastanawia mnie tylko skąd możesz to wiedzieć. Masz jeszcze jakieś ukryte talenty? Może ktoś mnie uprzedził? - to ostatnie pytanie powiedziałam wściekłym tonem i rzuciłam jej oskarżające spojrzenie.
- Nie, przysięgam. Nie wiedziałam kim jesteś. Zakładam, że w rzeczywistości nadal tego nie wiem.- powiedziała, odpowiadając na moje ostatnie pytanie. - Umiem żonglować.- dodała, uśmiechając się, ale widząc moją minę, sprostowała  mniej odważnie - Zgadywałam. Jak widać intuicja mnie nie myli. Nigdy nie słyszałam o tobie. Przyrzekam.
- Mimo to, gdy wzięłam pilnik nie byłaś bardzo zaskoczona.- zauważyłam przytomnie.
- Nie podejrzewałam na początku ciebie, ale wiedziałam, że ktoś po mnie przyjdzie, to było oczywiste. Jesteś ich dziwką, prawda? – zapytała mnie wprost. Nikt nigdy nie mówił o mnie w ten sposób tak bezpośrednio. Mogłabym być urażona, ale nie mogłam kłócić się z prawdą. Tak to właśnie wyglądało. Kiwnęłam głową na tak. - Błagam cię, nie rób tego.
- Jesteś za ładna, by cie zabijać. - stwierdziłam sucho. - Wolę być określana jako specjalistka do spraw uwodzenia. - wymyśliłam tę nazwę na poczekaniu, bo jednak to jedno słowo raniło moją kobiecą dumę.
- Jak wolisz. - powiedziała wzdychając. - Zostawisz mnie tu teraz?
- Oczywiście, że nie.
- To co zamierzasz zrobić?
- Jeszcze nie wiem, ale wiem kto może to wiedzieć.- westchnęłam, sięgając po telefon. Napisałam Justinowi smsa, żeby przyszedł. Usiadłam na fotelu zakładając nogę na nogę.- Musisz mi obiecać, że zrobisz wszystko, o co cię poproszę. Wtedy będziesz mogła żyć. - spojrzałam na nią uważnie.
- Obiecuję. - powiedziała zgaszona.
- Nawet jeśli to oznacza koniec twojej kariery? - zapytałam, chcąc się upewnić.
- Wolę żyć. - odparła zdecydowanie i podkuliła kolana, obejmując je rękami, kładąc na nich brodę. - Jak masz na imię? - spytała przekrzywiając głowę na bok.
- Rachelle.- odpowiedziałam, patrząc jej w oczy.
- Bardziej pasuje do ciebie niż Mindy. - stwierdziła przeczesując włosy i smutno się uśmiechając. Po tej krótkiej wymianie zdań Justin wparował z impetem do pokoju.
- Widzę, że napisałyście w porę. Potrzebujecie kogoś do zabawy? W czym mogę pomóc? - spodziewałam się głupich tekstów, ale nie aż tak głupich. On naprawdę myśli, że podzielę się nim z jakąś modelką? Chyba z choinki spadł. Nie pozwolę, by na moich oczach zadowalał jakąś modelkę z Victoria's Secret. On jest mój.
- Ubieraj się. - powiedziałam bardziej ostro niż zamierzałam i obróciłam wzrok w stronę Candice. Przyznaję się, nie mogłam znieść tego jak mój trener pożera ją wzrokiem i jego ekscytacji na myśl o spełnieniu jego chorej, erotycznej fantazji.
- Kim on jest? - spytała, patrząc w moje oczy tak, jakby mogła z nich to wyczytać. Zaczęła ubierać spodnie.
- Jest debilem, który pragnie przelecieć wszystko co ma dwie nogi i się rusza. - W tym mnie. - pomyślałam. Musiałam się na nim odegrać, byłam na niego wściekła. Jak może mieć ochotę na takie seksistowskie żarty akurat teraz? Okej, może i byłam lekko zazdrosna. - I jest moim wspólnikiem. - dodałam na końcu.
- Rachelle...- zaczął zaskoczony Justin, ale lekceważąco machnęłam na niego ręką.
- Czy ty oszalałaś? Mieliśmy ją zabić! - wrzasnął, podchodząc do mnie.
- Ale tego nie zrobimy. - mówiłam opanowanym głosem.
- Musimy. - syknął, zamachując się na nią moim sztyletem. Chwyciłam jego rękę nim zrobił jej krzywdę. Chwila, to mój sztylet! - Justin, to moja zabójcza zabawka! Oddaj mi ją! - przez moment toczyliśmy ze sobą walkę groźnych spojrzeń. Wygrałam. Położył sztylet na mojej otwartej dłoni.
- Co chcesz zrobić? - westchnął, siadając na fotel, na którym przed chwilą siedziałam ja.
- Uratować ją, a ty mi w tym pomożesz.- złapał się za głowę, kręcąc nią na nie, a potem przetarł ją swoimi dłońmi.
- Mogę odmówić? - zapytał z nadzieją w głosie.
- Nie możesz. - odpowiedziałam władczo ze złożonymi rękoma.- Uwierz mi, nie chcesz być przeciwko mnie.
- Okej, ale zanim stąd wyjdziemy... może jednak chcecie dokończyć to co zaczęłyście? - wpadł na genialny pomysł, to było to o czym właśnie marzyłam. Czy on nigdy nie przestanie mnie wkurzać?
- On zawsze taki jest? - odezwała się Candice.
- W większej większości przypadków tak. Nie zwracaj na niego uwagi. - poradziłam, wsuwając sztylet do nogawki spodni.
Pojechaliśmy na obrzeża miasta. Justin kierował skradzionym samochodem. Siedziałam obok niego z przodu. Candice nie odzywała się do nas przez całą drogę. Gdy wysiedliśmy na opuszczonej, starej stacji benzynowej zapytała
- To przez was Miranda zniknęła? Zabiliście ją? - przerażenie znowu pojawiło się w jej oczach, na myśl o śmierci jej koleżanki.
- Nie, leży naćpana w jakimś hotelu. - odpowiedział jej tym razem znudzony Justin.
- Uff...chwila, co? - podniosła ton głosu, z opóźnieniem zdając sobie sprawę, co zrobiliśmy z jej koleżanką.- Macie świadomość, że...
- Mogę za chwilę strzelić ci kulką między oczy i to też nie będzie w porządku. - uprzedził ją Justin, wiedząc co zamierzała powiedzieć. Ucichła, a ja zmarszczyłam brwi, rzucając ostrzegawcze spojrzenie Justinowi, który nie powinien jej tak straszyć.  - Co robisz? - zapytał mnie, patrząc mi przez ramię na moją komórkę.
- Poinformowałam Scoota o zmianie planów. Za chwilę tu będzie, razem z kierowcą Mirandy. On zawiezie cię do jakiegoś małego, spokojnego miasteczka. Wiesz o tym, że już nigdy nie wolno tobie wracać do Nowego Yorku? Musisz zrezygnować z kontraktu. Jeżeli ktokolwiek cię rozpozna, przyjadą po ciebie inni. To twoja jedyna szansa, nie zmarnuj jej. - pouczyłam ją. Bardzo mi zależało, by zyskała nowe życie. To było coś o czym od zawsze marzyłam. Nie dostałam takiej możliwości jak ona. Może w ten sposób starałam się zadośćuczynić wszystkie złe rzeczy jakie zrobiłam. Starałam się uratować ją, bo byłyśmy w podobnej sytuacji, ale ona miała jakieś wyjście. Scoot w końcu przyjechał z kierowcą. Przywitał się z Candice, chwilę marudził, słysząc szczegóły mojego planu. Jednak wiedział już, że zdołałam przekonać do niego Justina. Nasza kłótnia nie miałaby sensu. Gdy Scoot poszedł do toalety za potrzebą, spojrzałam na zegarek.
- Mogę cię o coś prosić? To będzie ostatnia rzecz, którą dla mnie zrobisz.- chwyciła mnie za rękę.
- Słucham. - powiedziałam, ulegając jej słodkim oczom.
- Mogłabyś przekazać ten numer mojemu przyjacielowi? Znajdziesz go pod tym adresem. Nazywa się Peter. Znają go tam wszyscy. - powiedziała, wyciągając do mnie rękę z kartką, na której był adres i numer telefonu.
- Przekażę mu...- spojrzałam na nią, a potem zauważyłam, że kierowca wychyla głowę zza otwartego okna samochodu. - Chyba już czas, żebyś pojechała. - odparłam, uśmiechając się do niej szczerze. - Miło było cię poznać.
- Dziękuje za wszystko co dla mnie zrobiłaś. Jesteś ładniutka.- powiedziała, całując mnie krótko w usta. Cała zszokowana jej gestem, nagle zesztywniałam. Stałam nieruchomo, wbita w podłogę. Nigdy nie całowałam dziewczyny, a w ułamku sekundy trudno było sobie wyobrazić Justina, który w rzeczywistości stał obok mnie. – Szkoda, że nie jesteś bi. – mruknęła z nutką żalu.- Wzięłabym się za ciebie.- puściła mi oko.- Jeszcze raz dziękuję za wszystko. Cieszę się, że byliście pierwsi.- przytuliła mnie na pożegnanie i uśmiechnęła się do Justina.- Gdyby nie wy, pewnie leżałabym w jakimś rowie za parę dni. Miałam szczęście. – patrzyła na mnie, a światło padało na nią tak, że jej wilgotne oczy błyszczały.
- Możecie się jeszcze raz pożegnać, mnie to nie przeszkadza.- musiał, po prostu musiał to powiedzieć. Spojrzałyśmy na niego obie z niedowierzaniem i uniesionymi brwiami, jakby był największym głupkiem chodzącym po tej ziemi.
- Żebyś mógł popatrzeć? – zapytałam sarkastycznie. Pokiwał entuzjastycznie głową. Bałam się, że dziewczyna spełni jego prośbę. W końcu to był Justin, gdyby nie moja obecność każda by mu uległa.
- Nie.- powiedziałyśmy równocześnie, stanowczo na niego patrząc, gdy robił minę zbitego psiaka.
- Jakbyś zmieniła orientację, zadzwoń.- powiedziała, wciskając mi karteczkę do płaszcza.
- Okej.- odpowiedziałam zawstydzona, chociaż wiedziałam, że jej numer do niczego mi się nie przyda. W najbliższym czasie miałam plany i o brak towarzystwa nie musiałam się martwić.
- Ona zdecydowanie ma na ciebie ochotę.- skomentował Justin, który stał obok mnie, patrzył razem ze mną jak odchodzi do szarego SUV’a i kiwa nam na pożegnanie.
- Wiem o tym. – mruknęłam, niechętnie przyznając mu rację.
- Ale dobrze, że wyjeżdża, bo nie chciałbym dzielić się tobą z inną dziewczyną.- powiedział, delikatnie trykając mnie łokciem, co też odwzajemniłam. W efekcie trykaliśmy się tak z rozbawionymi uśmieszkami przez jakąś dłuższą chwilę.
- Jak o tym myślę to chce mi się wymiotować.- jak zwykle moja wielka wyobraźnia, potrafiła też robić mi krzywdę. Miałam wielki talent do wyobrażania sobie bardzo realistycznych scen, nawet tych, których chciałam sobie oszczędzić.
- Chociaż pewnie fajny byłby z nią trójkącik, jakby została z nami. – powiedział szeptem. – Ma niezły tyłek.
- Mam niewypowiedzianą ochotę uderzyć cię w twarz. – syknęłam do niego. Czyżbym robiła się zazdrosna? To jasne, że chciałam, żeby jego wzrok padał tylko na mnie. Wiedziałam, że nie może na mnie patrzeć teraz w ten sposób, bo byliśmy na misji i zobowiązaliśmy się być w tym wszystkim ostrożni.- Dobrze, że ona nie wie, że to ty zabiłeś jej ojca. Pewnie z chęcią by mnie wyręczyła. Teraz uderzanie cię w twarz nie jest tak fajne, jak wcześniej, bo mogę to zrobić i wiem, że nic mi za to nie zrobisz.
 - Lepiej, żeby nie wiedziała.- powiedział, spoglądając na nią ostatni raz pustym wzrokiem. Nie zdążyłam go pocieszyć, bo właśnie przyszedł Scoot.
- Coś mnie ominęło? – zapytał, wkładając ręce do kieszeni bluzy.
- Nic.- powiedziałam szybko, nie chcąc więcej rozmawiać o tej niezręcznej sytuacji.

******
  

Szedł przed nami, burzliwie z kimś rozmawiając. Zaprowadził mnie do  garderoby modelek i pokazał innemu organizatorowi. Tamten tylko na mnie spojrzał i kiwnął głową, że zgadza się, bym uczestniczyła w pokazie. Po chwili otoczyło mnie grono makijażystów i stylistów, pomagających mi się rozebrać i ubrać. Stałam pośród nich i czułam się jak lalka. Justin razem z blondynem zdążył wtopić się w tłum. Wokół mnie było pełno pięknych dziewczyn. Wszystko miały idealne, bez wstydu przebierały się przy tylu obcych ludziach. Gdy patrzysz na coś takiego, uświadamiasz sobie wszystkie kompleksy. W tym tłumie chodzących ideałów musiałam znaleźć Candice Swanepoel. Udało mi się to zrobić pięć minut przed pokazem. Była to śliczna blondynka o niebieskich oczach i długich nogach. Miała dziecięcy wyraz twarzy. Byłam jej całkowitym przeciwieństwem. Musiałam z nią nawiązać jakiś kontakt, czas wciąż mnie gonił. 
- Śliczna bielizna, bardzo ci pasuje. – powiedziałam spoglądając na jej czarno-różową bieliznę, w którą była ubrana. Dziewczyny stojące obok nas spojrzały na mnie krzywo. Trudno im się dziwić, w końcu byłam na największym pokazie roku, nikt nigdy mnie nie widział, ani o mnie nie słyszał. Z drugiej strony wszystkie były niebywale o siebie zazdrosne. Chciały wypaść jak najlepiej, za to dostawały pieniądze. Niektóre skakały sobie do gardeł, kiedy kamera nie była w zasięgu ich wzroku. Jak tylko zobaczą moment, w którym moja twarz spotyka się z podłogą, przestaną widzieć we mnie konkurencję.
Przeżyłam! Zrobiłam to!- chciałam wykrzyczeć, gdy pokaz się skończył. Tyle razy stałaś twarzą w twarz ze śmiercią i pokaz mody miałby cię zabić?





- Boisz się jej zabić, czy boisz się z nią spać? -  To jest jakaś różnica? Nie boję się jej, ale boję się tego, co muszę jej zrobić. Nie chcę tego robić.
- Daruj sobie. Jesteś fantastycznym uwodzicielem, ale ja już się uodporniłam. - wystawiłam mu język i nim zdążyłam wsunąć go z powrotem do buzi Justin gwałtownie mnie pocałował. Oddałam mu pocałunek, całkiem zapominając o tym gdzie jestem.
- Ona już wie. - poinformowałam go, ubierając swoją bluzkę.










Kiedy jechaliśmy samochodem pod adres wyznaczony przez Candice, chłopaki rozmawiali ze sobą, a ja siedziałam na środku tylnej kanapy, wychylając głowę między siedzeniami, by lepiej ich słyszeć.
- Nie mogę uwierzyć, że to przegapiłem.- mówił z irytacją Scoot. – Ty to zawsze wiesz, gdzie się znaleźć.- warknął zazdrosny na Justina.
- Cóż, trzeba mieć to coś.- powiedział mój rozbawiony i zadowolony trener.
- Czy możecie przestać mi przypominać, że całowałam się z lesbijką? To jest gorszące.
- Może dla ciebie gorszące, ale seksownie to wygląda.- powiedział Justin, oblizując wargę. Pomimo tego, że wiedziałam co do mnie czuje, chęć uduszenia go nie uległa zmianie. Nadal był irytująco wkurzający, ale był mój.
- W sumie przypomnij mi dlaczego tam jedziemy? – powiedział Scoot, kierując to pytanie do Justina.
- Ponieważ w Rachelle budzi się wielka potrzeba zrozumienia i dobra. Jakbyśmy tego nie zrobili, trułaby nam tyłki całą drogę powrotną, a następnie wyżywałaby się na nas w hotelu. Nic nie może być gorsze od nabuzowanej panny Roberts.- odpowiedział rzeczowo. Tak, zdecydowanie mnie znał, ale jak będziemy sami pewnie przypomnę mu o tym zdaniu. Ten ukrywany związek miał swoje zalety i wady. Zaletą było czekanie, po którym wreszcie następował niesamowity seks. Było nią również to, że nie słodził mi jak każdy inny chłopak, bo musiał nadal udawać mojego trenera, którego rzekomo nienawidzę. Jednak ta zaleta szybko mogła przekształcić się w wadę. Wadą było ciągłe zestresowanie, ponieważ musieliśmy być cholernie ostrożni i szczegółowi. Musieliśmy panować nad naszymi odruchami, wyczuwać momenty, w których możemy być sobą, a w których musimy udawać. Jednak świadomość, że robimy coś nieodpowiedniego jeszcze bardziej nas do tego napędzała. Dzięki temu wiedziałam, że nasz związek na pewno nie będzie rutyną. Był świeży, pełen emocji, pożądania i wbrew wszystkiemu pełen miłości.
- To wszystko wyjaśnia.- Scoot mruknął cicho, ale i tak słyszałam.
- Jesteście straszni.- powiedziałam, opadając na oparcie kanapy, zniechęcona do kontynuowania tej głupiej wymiany zdań. Założyłam ręce na piersi w afekcie protestu.
- Widzisz, cokolwiek byśmy nie zrobili, ona i tak znajdzie sposób, żeby być na nas wściekła. – dodał Justin. Ten to chyba naprawdę chce mnie dzisiaj wkurzyć.
- Pewnie okres się jej zbliża. – wywnioskował Scoot, śmiejąc się. Ach tak? Świetnie, to jest ewidentnie dobry przykład na to, jak wiele mężczyźni wiedzą o kobietach.
- Być może, ma większe piersi. – zauważył Justin, po czym oboje obejrzeli się do tyłu na mnie.
- Nieskromnie wam przypomnę, że jestem tutaj i nie jestem głucha. Jeśli jeszcze raz usłyszę waszą uwagę na temat tego, jak wyglądam, albo co mi się zbliża to obydwóch skopię tam, gdzie słońce nie dochodzi, zrozumiano? – z mojego głosu parzyło jadem. - A teraz przestańcie obserwować moje cycki i patrzcie na drogę!  
Tyle wystarczyło, by mnie posłuchali i pokiwali zgodnie głowami. Faceci. To jest jakaś masakra. Tylko powiedzcie mi, kiedy przegapiłam ten moment, gdy oni stali się tak dobrymi i zgodnymi kumplami? Bo jakoś sobie tego nie przypominam.




* Katy Perry - I Kissed A Girl







__________________________________________

Postanowiłam dzisiaj dodać rozdział,
dlatego że mijają dokładnie dwa lata od kiedy opublikowałam prolog.
Na początku nawet nie marzyłam o tym, że tak dobrze przyjmiecie tę historię.
Pamiętam jak okropnie się bałam pokazać to ludziom, martwiąc się
że nie jest wystarczająco dobre. Mimo dwóch długich lat i 
rzadkiego dodawania rozdziałów
(przyznaję się bez bicia xD)
Wy nadal tu jesteście. czytacie i komentujecie.
Dziękuje wam bardzo.
Ten czas minął tak szybko...





Mam nadzieję, że zadowala Was długość.
Ostatnio długo tutaj siedziałam 
i cały czas pisałam. 
Niestety, znowu wracam do szkoły, więc rozdziały będą co dwa tygodnie.
Proszę aby każdy kto przeczytał ten post, skomentował go. 
Chcę wiedzieć ile Was jest! ;) 
Do następnej ;*








Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam, 
tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, 
lub po prostu wiesz, że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje, 
napisz komentarz. 


ROZDZIAŁY | LISTA INFORMOWANYCH| ZWIASTUN | KONTAKT