sobota, 6 lipca 2013

Rozdział 11





W głowie miałam mętlik. W tym momencie byłam przerażona. Czemu zawsze wszystko musi się komplikować? Problemy z jakimi się zmierzałam znacznie różniły się od innych. Wyniki moich wszystkich działań, decydowały o życiu i śmierci.
- Dlaczego? – spytałam bezsilnie.
- Myślą, że tym pokażą Mike’owi swoją siłę.- odparł, odwracając ode mnie wzrok. 
- Idę z wami. Nie pozwolę, żeby któryś z was decydował, co się ze mną stanie. To jest moje życie! Nie jestem jakąś pieprzoną zabawką, którą można sobie przekazywać z ręki do ręki!
- TY? Z nami? - uniósł brwi i spojrzał na mnie w taki sposób jakbym przed chwilą pomachała mu ze spodka UFO, a potem wróciła na ziemię. – Oszalałaś.
- Umiem się bronić. Nie ty o tym decydujesz.
- Tak? To kto? - spytał bardzo pewny tego, że to on tutaj szefuje.
- Możesz być panem swojego życia, ale w moje się nie wpieprzaj.- warknęłam zła. 
- Jeszcze zobaczymy. - mruknął pod nosem.
- Coś mówiłeś? – zapytałam w momencie, kiedy ktoś zapukał do drzwi.
- Halo? Jest tam kto? Potrzebujesz pomocy? - usłyszałam jakiś męski głos. Świetnie, po prostu świetnie.
- Idziemy.- zadecydowałam, próbując podciągnąć się na kaloryferze by wyjść przez okno.
- Nie. Ty nigdzie nie idziesz.- powiedział mi na ucho, chwytając mnie za rękę i sprowadzając mnie z powrotem na ziemię.
- Nie ty będziesz o tym decydował.- spojrzałam na niego z furią w oczach.
- Właśnie, że ja. - był nieugięty.
- No to się zdziwisz.
- Rachelle, nie mamy czasu. Masz tu zostać, za półgodziny stąd wyjdź i poszukaj Monique. Teraz wmieszaj się w tłum, żaden z podejrzanych facetów nie może zwrócić na ciebie uwagi. Wynajmij pokój, jeśli będzie trzeba.- mówił bardzo szybko z uwagi na to, że nikt nie mógł go tutaj zobaczyć.
- Nie! - zaprotestowałam, chcąc dalej przekonywać go, że dam sobie z nimi radę i im pomogę.
- Koniec dyskusji.- uciął stanowczo.
- Ale co będzie z tobą!- prawie krzyknęłam wymachując rękami. - i Jevem..- dodałam ciszej w ostatniej chwili, żeby nie wyobrażał sobie, że szczególnie martwię się o niego...
- Proszę, niech pani odsunie się od drzwi, będziemy je wyłamywać.- powiedział inny nieznany mi męski głos, prawdopodobnie ochroniarz.
Justin uniósł swoją bluzkę odsłaniając kawałek swojego umięśnionego, nagiego ciała. O pasek od spodni miał zaczepioną broń, wyciągnął ją, wyjął z kieszeni swojej czarnej, skórzanej kurtki naboje i naładował pistolet.
- Damy sobie radę.- Faceci, tak wy zawsze dajecie sobie radę. Wy zawsze wiecie jak coś porządnie spieprzyć, a tu chodzi o mnie! – Rachelle, NIE.- dodał widząc, że otwieram usta, aby dalej protestować.  Uznałam, że to nie ma sensu, za chwilę otworzą drzwi i będą kolejne problemy. Lepiej, żeby jego tutaj nie zastali.
- Idę, proszę cię, posłuchaj mnie.- poprosił łagodnym głosem, wchodząc na kaloryfer i otwierając okno, którym przed chwilą wszedł. Spojrzał na mnie uważnie, chcąc być pewnym, że się poddałam.
- Poczekaj.- schyliłam głowę, sięgnęłam po torebkę, w której znalezienie czegoś graniczyło z cudem i dałam mu gaz pieprzowy.- Weź to.
- Rachelle, to jest bez sensu. - z lekceważeniem rzucił wzrokiem na puszkę i odwrócił się się w stronę okna.
- Weź to do cholery. I nie gadaj.- spojrzałam na niego ostro, licząc że pod wpływem mojego nieustępliwego wyrazu oczu zmuszę go do tego.
- Ale…
- Weź to, bo pójdę za tobą.- syknęłam, przerywając mu. Niezadowolony zrobił to, o co go poprosiłam i w dwie sekundy ulotnił się z pomieszczenia, akurat  gdy wyłamano drzwi. Mieliśmy cholerne szczęście. Okej, graj idiotkę.- pomyślałam.
- Nic pani nie jest? - powiedział mężczyzna, który był bardziej zaabsorbowany sytuacją niż ja sama, chociaż to ponoć ja tu utknęłam.
- Nie, nie. Weszłam tu..- myśl...- weszłam tu i te drzwi po prostu się zamknęły.- zrobiłam słodki i przygłupi uśmiech. Tak, mogłam wymyślić coś bardziej inteligentnego, ale najwidoczniej wzięłam sobie swoją uwagę do serca.
- Czemu pani nie wzywała pomocy? - zapytał ktoś bliżej mi nieznany. Tak naprawdę, żeby to trafniej ująć każdy z tego zbiorowiska nie był mi bliżej poznany i miałam nadzieje, że tak zostanie.
- Bo ja... straciłam nadzieję...- uderzyłam się mentalnie głową o mur.- Muzyka była tak głośna, że naprawdę nie wiedziałam czy ktoś mnie usłyszy.- spojrzałam na nich niewinnym wzrokiem pięcioletniego dziecka, jakbym za chwilę miała się rozpłakać.
- To dlaczego w zamku jest jakaś dziwna spinka? – Sam jesteś dziwny... Boże, jak ja mogłam o niej zapomnieć? Rachelle, doprawdy profesjonalnie. Może mi ktoś wytłumaczyć, czemu gdy zawsze jestem wściekła na siebie widzę przed oczami ten szyderczy uśmiech Justina?! Swoją drogą, gdyby nie kazał mi tu przyjść, nie byłoby problemu. Ale, że on tak bardzo, ale to bardzo lubi zaciągać mnie do damskich łazienek, musiał to zrobić.
- Spinka? – spojrzałam na niego niemrawo.
- Tak, spinka.- i w takim momencie masz ochotę zabić gościa, rzucić się na niego z rękami i przybić do ściany.
- Ach… Nie wiem skąd się tutaj wzięła.- uśmiechnęłam się do całego zbiorowiska i wyszłam jak najszybciej z toalety. Ruszyłam w stronę baru, wymacałam portfel z dna torebki, co wierzcie mi – nie jest takie łatwe jakby się mogło zdawać. Usiadłam na krześle i czekałam na barmana.
- Co podać?
- Martini z lodem poproszę.- Kelner uśmiechnął się do mnie szczerze i parę sekund później nalał mi cudowny napój do szklanki.
- Tamten facet się na ciebie gapi, ale ty chyba nie jesteś nim zainteresowana.- spojrzałam za siebie i zobaczyłam Slade’a, który jak tylko zauważył, że odwracam głowę w jego stronę postanowił udawać, że nawet na mnie nie spojrzał. Godne dwunastolatka.
- Skąd wiesz? – zapytałam, upijając łyk napoju.
- Musiałaś mu zaleźć za skórę, bo patrzy na ciebie jakbyś zabiła co najmniej z dziesięć osób, a on byłby następny w kolejce.- barman oparł się o blat, a jego oczy były skierowane prosto na mnie. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Gdyby wiedział, jak bardzo dosłownie można traktować jego słowa, nie stałby tak blisko.
- Lepiej uważaj, może faktycznie jestem mordercą? – zaśmiałam się. Na chwilę się zawahał, przyjrzał mi się uważnie, a potem otworzył usta by dalej kontynuować.
- Wiesz, ta praca naprawdę wiele uczy. Siedzisz i obserwujesz ludzi.
Dowiadujesz się o nich więcej, niż dowiedziałbyś się rozmawiając z nimi przez godzinę.- mówił wycierając szklanki.- Spójrz na tą blondynkę stojącą przy ścianie, jest bardzo zdenerwowana i chorobliwie zazdrosna o swojego chłopaka, nie chce zostawiać go samego, więc musiała pójść za nim do klubu i myśli, że on nadal jej nie zauważył, a ten chciał tylko napić się i pobawić z kumplami... O, a tamta brunetka w okularach z tą rudą punkową... ona pierwszy raz weszła do klubu i nie ma pojęcia jak się zachować. Myśli, że jej przyjaciółka pomoże jej poderwać tego szatyna z piercingiem. - wskazywał kolejno na ludzi, a ja podążałam za jego palcem. Jego spostrzeżenia były niesamowicie prawdopodobne. - A ty, nie jesteś tu z własnej woli.- odparł, kładąc szklankę po wypolerowaniu na półkę. Zaintrygował mnie w ten dobry, pozytywny sposób.
- Masz rację.
- Jesteś naprawdę ładna, nie rozumiem co tu robisz sama? – w jego oczach dostrzegłam zaciekawienie pomieszane z niezrozumieniem.
- Cóż, tak bywa.- odpowiedziałam nadal go ilustrując.- Nie ma nikogo, kto zwróciłby moją uwagę.
- Nieprawda. Kłamiesz. – zarzucił mi, ale nie przestał się uśmiechać. To było dziwne. Praktycznie znałam go chwilę, a wydawało mi się jakbym go znała dobrych parę lat. Przypominał mi Scoota, ale nie był tak opanowany jak on.
- Po czym ty to wszystko wnioskujesz? – zapytałam, będąc pod wrażeniem jego nieomylności.
- Wierzysz w magię? - zapytał poruszając brwiami.- Jestem jak Harry Potter, tylko w lepszym wydaniu.- wskazał obiema rękoma na swoją klatkę piersiową. Zaśmiałam się, odgarniając włosy z twarzy.
- Nie, ale serio pytam.- powiedziałam nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
- Mogłabyś iść do tego gościa i dalej się z nim bawić. Jednak tego nie zrobiłaś i wybrałaś bar oraz Martini, które powinno cię podnieść na nogi.- puścił mi oko.
- Hmm… niespodzianka? – zapytałam uradowana biorąc łyk napoju.
- Wyglądasz na inteligentną dziewczynę, dlatego dostajesz gratis. Nie bój się, nie wywołuje halucynacji. Możesz mieć tylko więcej siły i być nadpobudliwa.- ostatnie zdanie wypowiedział ciszej. Wiem, że nie powinnam tego robić, ale zapisałam na kartce swój numer telefonu i przysunęłam w stronę jego ręki. Spojrzałam na niego zalotnie, a on uśmiechnął się i włożył ją do kieszeni.
- Kimkolwiek on jest uważam, że powinnaś go teraz znaleźć i powiedzieć mu prawdę.- przez jego źrenice przebiegł tajemniczy błysk. Widziałam swoje odbicie w jego oczach.
- Ten ktoś, o kim mówisz... jest dość skomplikowany.- mruknęłam, nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa, opisującego mojego trenera.
- Przepraszam, ale ty też nie wyglądasz na łatwą.- mrugnął do mnie szykując kolejne drinki.
- Nie jest wart mojego czasu. Można powiedzieć, że jesteśmy na siebie skazani.- Tak właściwie, to ja jestem na niego skazana – pomyślałam, nie mając zamiaru tego mówić na głos.
- Ale ty zdążyłaś się z tym pogodzić. Nie walczysz. Znaczy, że to ci się podoba. - uśmiechnął się złośliwie.- Tak, z pewnością jesteś bardzo skomplikowana. Jak każda dziewczyna. - przyznał sobie rację. Czemu mnie zawsze ciągnie do takich typów? Musze mieć wbudowany gen autodestrukcji.
- Przepraszam, chcesz powiedzieć, że te blondyny - wskazałam na grupkę dziewczyn otaczających boskiego Slade’a. – Są skomplikowane?
- Niee... to są proste dziewczyny, ty masz to COŚ. - uśmiechnął się po raz enty przez całą naszą rozmowę. Przeszedł na drugi koniec baru i przyjął kolejne zamówienia. Rozejrzałam się po klubie. Poczułam nagły przypływ strachu. Nie byłam uważna i wdałam się w jakąś psychologiczną rozmowę. A przecież nie jestem tu na żadnych pogaduszkach. Muszę uważać.
- Praca wzywa.- mruknął niezadowolony do mnie układając butelki.
- Nie przeszkadzaj sobie. - uśmiechnęłam się, wypijając moje Martini do dna. Po chwili wszyscy pijani klubowicze przenieśli się na kanapy, a przy barze siedziało coraz mniej osób.
- No to na czym skończyliśmy? - zapytał zabawnie poruszając brwiami. Usłyszałam trzask, przerwałam śmiech i zauważyłam grupkę facetów w czerni. Zgrabnie weszłam na bar, barman zdziwił się moim nagłym zachowaniem. Po chwili wślizgnęłam się na drugą stronę stołu i ukucnęłam przy nim. Nie patrząc na mnie zapytał:
- Im też zalazłaś za skórę? - powiedział cicho czyszcząc kieliszki odrobinę rozbawiony.
- Można tak powiedzieć. Będę miała kłopoty jeśli mnie zobaczą. Gdzie idą?
- Spokojnie, nie zauważyli cie. Są tu codziennie, znam ich.- nadal nie dał po sobie poznać, że rozmawia z osobą za barem. Wyglądało na to, że często są tutaj różne zadymy.- Idą tutaj, nie ruszaj się.
- Widziałeś brunetkę w kręconych włosach, wysoka, brązowe oczy? - odezwał się jeden z nich. Przez twarz przystojnego barmana mignął krótki uśmieszek, który bardzo mnie wystraszył.
- Wiesz ile tutaj takich chodzi? – zapytał rozbawionym głosem.
- Podobno jedna utknęła w toalecie. Szukamy jej.- zbliżył się niebezpiecznie do jego twarzy. Chciałam przesunąć się jak najbliżej ściany, by mnie nie zauważył, ale to było niemożliwe. Coś metalowego zaczęło wbijać mi się w plecy, wywołując tym samym falę bólu. Przez chwilę zastanawiałam się, czy zaryzykować i pochylić się minimalnie do przodu, aby uwolnić się od cierpienia. W rezultacie, postanowiłam jednak zacisnąć zęby z całych sił i przeczekać tą chwile. Zostać niezauważoną było dla mnie ważniejsze niż obolałe plecy. Tym bardziej, że nie pozostawało żadnych wątpliwości, że szukają właśnie mnie.
- Nie mam pojęcia o jakiej mówisz. Nie było jej tu.- po tych słowach odetchnęłam z ulgą.
- Idziemy szukać dalej, a ty lepiej żebyś sobie przypomniał tę dziewczynę.- facet groźnie syknął i chwilę potem usłyszałam szuranie butów, które informowało mnie o odejściu grupki facetów. Wolałam jednak poczekać na znak barmana.
- Poszli już, ale nie podnoś się na razie. Nie warto kusić losu. – gdy tylko usłyszałam jego szept, natychmiast pochyliłam się do przodu, pozbywając się ostrego kłucia w plecy. Odetchnęłam z ulgą i zaczęłam masować ręką obolałe miejsce.
- Weź klucz i idź do pokoju. Podziękujesz później. – przed sobą zauważyłam rękę barmana, w której trzymał metalową obręcz i wiszący na niej srebrny kluczyk wraz z plastikową zawieszką z numerem 5. Chwyciłam za przedmiot, który wydawał mi się w tej sytuacji ostatnią deską ratunku. Bez słowa przeszłam na kolanach przez dalszą część baru. Wspominałam może kiedyś jak bardzo nie lubię tego gorsetu, który mam na sobie? Szybko wbiegłam po czarnych krętych schodach, prowadzących na górę. Jeszcze raz odczytałam numer na plastikowej zawieszce i bez trudu odnalazłam odpowiadający mu pokój. Wsadziłam klucz do zamka i już miałam przekręcać nim w lewą stronę, gdy nagle zawahałam się. Czy naprawdę mogę ufać mężczyźnie z baru? Co jeżeli za drzwiami pojawi się jakiś dziwny facet i mnie zabije? Zaczęłam się bać i to bardzo. Otworzyłam gwałtownie drzwi. Z ulgą stwierdziłam, że nikogo nie ma. 

Pokój był stonowany w ciemnych kolorach. Ciemny fiolet i oliwkowe zasłony idealnie pasowały do wielkiego łóżka, stojącego na środku z ciemno wiśniowymi poduszkami i jasno fioletową pościelą. Nie zapalałam świateł, wokół były pozapalane świece. Te wszystkie szczegóły pozwoliły mi upewnić się w przekonaniu, że to nie jest taki tam zwykły klub. ,,Zwykłego klubu’’ nie byłoby stać nawet na połowę wyposażania tego pokoju, a co dopiero jeśli przyjąć iż jedno piętro miało sześć pokoi. Coś mi tu nie pasowało. Wchodząc do budynku miało się wrażenie, że jest tu bardzo mało miejsca i ledwie zmieści się tu klub. Musiała być jakaś jeszcze jedna część, aby umieścić tu tyle pokoi. W takim razie, jest tu gdzieś drugie wyjście. Szybko zaczęłam go szukać. I znalazłam. Przejście znajdowało się pod wykładziną. Stwierdziłam, że jednak nie chce tamtędy iść. Jest to zbyt ryzykowne. Poprawiłam miękką wykładzinę, spojrzałam na drzwi upewniając się, że rzeczywiście dobrze je zamknęłam. Usiadłam na łóżku i czekałam. To była najdłuższa minuta mojego życia. Nie, nie dam rady. Oni się pozabijają, a ja sobie siedzę w jakimś pokoiku? Może mam sobie jeszcze przez chwilkę pospać? Sięgnęłam po torebkę szukając telefonu. Muszę zdzwonić do Monique i powiedzieć, co się dzieje... Wyrzuciłam wszystko z torebki, ale telefonu nie było. Tak, proszę co jeszcze? W co jeszcze mam się wpakować, by tu zginąć? Wiem... na pewno jest na barze, tam go ostatnio wyciągałam. Muszę tam wrócić. Sekundę później przypomniałam sobie o poszukujących mnie mężczyznach. Na pewno nie chciałabym ich spotkać… Zdenerwowana postanowiłam jednak zejść na dół. Przepchnęłam się przez tłum spoconych ludzi i stanęłam twarzą w twarz z barmanem.
- Widzę, że naprawdę lubisz pakować się w kłopoty.- mruknął widząc mnie znowu.
- Zostawiłam tu coś.- szepnęłam rozglądając się.
- Nie ma, wzięli twój telefon. Już go nie dostaniesz.
- Świetnie. A ty nie mogłeś ich powstrzymać?
- Na niektóre rzeczy musisz sama sobie odpowiedzieć. – odparł tajemniczo.
- Nieważne.- ucięłam, nie chcąc wiedzieć, co ma na myśli.- Nie mogę tu zostać.- oddałam mu klucz pragnąc jak najszybciej stąd wyjść.
- Gdziekolwiek on jest. Znajdź go.- chwycił mnie za ramie i szepnął do ucha.- Wyjdź tędy.- powiedział trochę głośniej pokazując mi wyjście za sobą tylko dla personelu.
- Dziękuje.- zerknęłam na niego ostatni raz, uśmiechnęłam się i wyszłam. Jeżeli się nie myliłam, byłam teraz na tyłach budynku. Widziałam ludzi palących papierosy i opierających się o stare mury, które wyglądały jakby przeszły trzy wojny światowe. Szybkim krokiem wyszłam z tego labiryntu murów. Zażenowana tym, że zawsze nosze szpilki z obolałymi stopami doszłam do jakieś ulicy. Nie rozpoznawałam tego miejsca. Było ciemno, a wokoło nie działały światła. Zrobiło się dziwnie cicho. Muzyka z klubu już dawno ucichła wraz z kolejną ulicą, którą przemierzałam. Nie chciałam tu być. Nie chciałam tu być sama. Czułam się jak mała dziewczynka, która zgubiła tatę i nie wie jak wrócić do domu. Ktoś szarpnął mnie z całej siły i przyparł do ściany.
- Justin, jeśli myślisz, że to jest śmieszne to…- zamarłam. 









_______________________________________


Rozdziału niestety nie sprawdzałam.
Mam naprawdę mało czasu, wyjeżdżam dzisiaj i ogólnie. 
Nowy rozdział pojawi się w środę,
 lub w terminie podanym w kolumnie xD 
Dziękuję wam, że czytacie moje opowiadanie ;*
Bardzo dużo to dla mnie znaczy. 


CZYTASZ = KOMENTUJESZ
Wyraź swoją opinię ;) 





czwartek, 13 czerwca 2013

Rozdział 10






- Poznajesz? To twój wujek. Nowy wujek. Podejdź bliżej się przywitać.- ciepło sztuczny ton trafił do jej uszu. Czy nie powinien być kojący? Normalny. Ciepły. Czemu czuła, że te słowa symbolizują niepokój?
- Skarbie.- powiedział zniecierpliwiony głos. Ten sam, ale bardziej groźny. Dziewczynka powolutku kierowała się do korytarza. Wtedy rozpoznała go. Ciemny, czarny płaszcz, szary szalik. Chciała krzyknąć, ale usta zastygły jej w bezruchu, a w gardle wylądował kamień. Przerażone, wielkie, błyszczące i bystre oczka patrzyły na człowieka, który właśnie przeszedł próg jej domu. Jedyne miejsce, gdzie czuła się bezpiecznie i do którego miał nigdy nie dotrzeć. Małe serduszko niewinnego dziecka połamano na kawałeczki, aby potem móc je wyrwać.


Byliśmy tuż przed wejściem. Wszechobecna mgła ograniczała nam pole widzenia. Powietrze przesiąkało dymem papierosów i ziół. Przez całą drogę próbowałam się czymś zakryć. Ale co chwile, gdy zdążyłam już to zrobić i byłam zadowolona z rezultatów, zasłaniając wielki dekolt czarnym swetrem Justin musiał wyciągnąć swoją łapę i z powrotem go odkrywać. Moje mrożące spojrzenia skierowane w jego stronę, były nieskuteczne.
- Odczep się! - warknęłam w końcu.
- Bądź seksowna. Nie masz być szarą myszką. – oświadczył mój wszechwiedzący trener.
Udałam, że tego nie słyszę. Kiedyś go zabije, kiedyś go zabije.. powtarzałam sobie. Za nami szedł Jev. Monique siedziała w samochodzie kilka przecznic dalej. Wpatrywałam się w chodnik. Nagle dostrzegłam jakąś ciemną kulkę zmierzającą w naszą stronę. Kiedy ta ciemna kulka wylądowała na bucie Justina dostrzegłam, że w istocie jest ona szczurem wielkości mojej pięści. Mój trener szedł zadumany. Wyglądał tak jakby przez chwile znalazł się w jakieś równoległej rzeczywistości.  Bardzo pewnym krokiem prowadził nas do klubu Red Blood. Byliśmy w Cleveland, na zachód od Nowego Yorku. Ponieważ najlepsze kluby znajdowały się w starych dzielnicach, stwierdziłam, że widok szczura nie powinien go zdziwić.
- Skarbie, lubisz gryzonie? – szepnęłam słodko. Wyczuł podstęp. Patrzył na mnie przez chwile, zdziwiony i zdezorientowany.
- Lubię. - rzekł bez cienia ufności. Był czujny, jakby przewidywał, że nie zadałam tego pytania od tak. Głupi nie był, miał tylko chwile rozdwojenia jaźni i męskiej dziecinności... poza tym nic. No, oprócz tego że był strasznie irytujący i miał wielki talent do wkurzania innych.
- Oh, to świetnie się składa, bo właśnie jeden siedzi ci na nodze.- powiedziałam z wymownym spokojem, najnormalniej w świecie. Gdy wreszcie zobaczył co siedzi mu na nodze, na jego twarzy wymalowało się przerażenie pomieszane z szokiem, a jego źrenice były w tym momencie tak wielkie jak pięciozłotówki.- Patrz, wygląda jak szara myszka, ale troszkę większa. Troszkę.. Justin nic nie mówił, osłupiał z wrażenia. – Zapoznajesz się ze swoim nowym zwierzątkiem? -  mało brakowało, a nie pęknęłam ze śmiechu.
- Tak jakby. - Już wiem co zrobię! Kupię sobie szczura i za każdym razem, kiedy będzie chciał się do mnie zbliżyć pomacham mu szczurkiem przed oczami. Może mu się odechce i już przestanie mnie nękać… Ale czy ja rzeczywiście chcę żeby przestał?
- Nie lubisz szczurów?
- Tak jakby.- powiedział melancholijnie wgapiony w gryzonia zamiast go strzepnąć z buta. To może jakiś szczur hipnotyzer? Chcę mieć takiego na własność! – Ale nie żebym się ich bał.- dodał wyrwany z transu.
- Kłamiesz?
- Tak.- jego przerażanie nie ustępowało. Spojrzałam na Jeva. On również nie mógł od niego oderwać wzroku.
- Co z wami zakochaliście się w tym szczurze czy jak? - powiedziałam, nie kryjąc irytacji.
- Co, co? - powiedzieli razem potrząsając głowami. Obdarzyli mnie szybkim spojrzeniem i znowu wrócili do futrzaka. Zapamiętać: Dla facetów bardziej atrakcyjny jest szczur siedzący na czyimś bucie, niż jakaś skąpo ubrana dziewczyna. Zastanawiam się ile będziemy tak stać… a czas leci. 
- Litości. Strzepnij to coś i idziemy! - warknęłam zauważając podejrzanych typów przy głównym wejściu.
- Ktoś nas obserwuje.- szepnął poważnie Jev, zerknął na Justina, któremu szczur wchodził po nogawce spodni. - Błagam tylko nie krzycz.-  dodał gdy ten otwierał już usta. Justin kopnął szczura. Wylądował gdzieś z boku odbijając się od ściany budynku z powrotem na ziemie koło metalowej rury odprowadzającej deszcz. Jev spojrzał na mnie z miną ,,Poważnie? On zawsze taki jest?’’
- Dlatego wole ciebie za partnera, niż tę ciotę.- oświadczyłam i oddałam mu blefujący uśmiech.
- Ciota? - powtórzył łapiąc mnie za kołnierz bluzy.- Słońce, uważaj co mówisz.- syknął.
- Ej, ej zostaw ją.- rozkazał Jev groźnym tonem.
- Zamieniasz się w Mike’a czy mi się tylko wydaje? - powiedziałam patrząc mu głęboko w oczy. Puścił mnie.
- Przeproś.- Jev szarpnął go za rękaw.
- Odwal się. – warknął w odpowiedzi i włożył ręce do kieszeni.
Kiedy Jev i Justin podeszli do facetów przy wejściu ja wolałam się trzymać z tyłu. Po co mam narażać siebie skoro oni są tutaj ze mną i to oni mają jaja, to właściwie po co mam się tam wpychać? Powinni sobie poradzić.
- Jazda stąd, to nie miejsce dla was.- powiedział jeden paker, który sądząc po wyglądzie był z nich najważniejszy.
- Pozwól, że my o tym zadecydujemy.- warknął Justin i chwycił za klamkę od drzwi.
- Powiedziałem coś. Mnie się nie ignoruje.- podkreślił ostrym tonem głosu.
- Naprawdę? Jak widzisz on to zrobił..- wtrącił Jev, uśmiechając się złośliwie. Jeden chłopak z obstawy naszego nowego znajomego chwycił za łokieć Justina, odrywając go od klamki. Justin błyskawicznie zablokował jego ruch, bo wiedział co tamten chce zrobić.
- Hmm nie jesteś jakimś gówniarzem.- przyjrzał się Justinowi uważnie. – Wyglądasz mi na glinę.- mruknął. Przez oczy Justina przeszedł niespodziewany błysk. Dostałam gęsiej skórki.
- Musisz być naprawdę ślepy.- odparł, patrząc na niego groźnie. Dostał w krocze. Jęknęłam. Miałam nadzieje, że to nie skończy się tak, jak się tego obawiałam. Dopiero teraz cała reszta raczyła mnie zauważyć za plecami Jeva.
- Młoda wchodzi, wy nie.- otworzyłam szeroko oczy. Jev skinął głową dając mi znak, że mam iść i ich zostawić. Przepchnęłam się nie spoglądając na żadnego z nich. Gdy już przechodziłam przez próg, szef tej całej trójki klepnął mnie w pośladek. Wciągnęłam gwałtownie powietrze, zaskoczona, ale ani razu się nie obróciłam. Gdyby nie był tak napakowany złamałabym mu tę rękę z przyjemnością. Zanim całkiem zniknęłam w tej ciemności, kłębiącego się dymu i krzykami pokrywającymi się z klubową muzyką usłyszałam Justina.
- Łapy przy sobie! - warknął zaborczo. Chwilę później trzymali go i wyginali ręce do tyłu. Byłam trochę zdezorientowana, ale z powrotem obróciłam się schodząc po stromych schodach. Muzyka stawała się coraz głośniejsza. Postanowiłam usiąść na jednej z czerwonych kanap i na nich poczekać. Co chwile spoglądałam w stronę wejścia.
- Co taka piękna dziewczyna robi w takim klubie jak ten? - usłyszałam zza pleców. Obróciłam się, chcąc spojrzeć na tego kogoś w taki sposób, żeby odechciało mu się przystawiać do jakiejkolwiek dziewczyny w tym klubie. Niestety musiał już usiąść obok mnie. Bo jakby nie usiadł nie nazywałabym się Rachelle Roberts. Ten mój cholerny urok osobisty… Nienawidzę go.
- Cóż, może nie miała pomysłu na życie? - odpowiedziałam, nawet nie obdarzając go jakimkolwiek spojrzeniem. Cały czas obserwowałam drzwi, przez które niedawno weszłam.
- Nie wyglądasz na taką.- odparł.
- A to pech. Idź pobaw się z tymi lalami za barem.- wskazałam na dziewczyny stojące obok barmana z drinkami w rękach.
- Ale ja chcę bawić się z tobą.- No nie. W tej chwili musiałam na niego spojrzeć. Był to chłopak o kasztanowych włosach uczesanych w nieładzie. Miał wystające kości policzkowe i ciemnobrązowe oczy. Posłałam mu najbardziej odrażające spojrzenie jakie znam, ale on nieugięty kontynuował swoje kolejne podejścia. Zachowywał się, jakbym wcale nim nie gardziła, wręcz przeciwnie, jakbym się do niego przyklejała i robiła maślane oczy. Czy można jeszcze bardziej protekcjonalnie? Może tak jasne ,,spierdalaj’’ coś podziała?
- Okej, nie jesteś w humorze. Może ja zacznę… Mam na imię Slade.- to, że nie jestem w humorze powinno mu zapalić czerwoną lampkę nad tą jego czupryną i powiedzieć mu, że ma odejść jak najdalej ode mnie. Zignorowałam go, odwracając swój wzrok z powrotem do drzwi.- W porządku, może gdybym postawił ci drinka, zaczęłabyś się normalnie odzywać? - zapytał.
- Kup i próbuj dalej.- odpowiedziałam. Dlaczego miałam tracić szanse na darmowego drinka? Gdy odszedł w kierunku barmana wydusiłam z siebie lekkie parsknięcie. Tak, jestem zwyczajna. Jeden drink mi wystarczy i będę jego. Pewnie. No to się przeliczył. Z drugiej strony, nie wiem co dzieje się z Justinem… no i oczywiście Jevem. Nie wiedziałam ile zajmie im załatwianie tej sprawy i nie miałam bladego pojęcia, kiedy wrócą. Jeżeli sobie jeszcze poczekam i będę musiała się męczyć z tym całym Sladem jeden drink na uspokojenie nie powinien mi zaszkodzić…  Poczekałam, aż wrócił z kolorowym napojem.
- Teraz powiesz jak masz na imię?- odpowiedział pewny siebie, wzięłam od niego drinka.
- Mam nadzieję, że nie dosypałeś mi tam czegoś.- zerknęłam na niego kontrolując jego wyraz twarzy.
- Nic. Przysięgam.- powiedział i wzniósł ręce do góry w obronie.- No to jak cię zwą brązowooka?
Myślałam, że się uduszę. Boże, ratuj… O posłuchał... Dziwne, że tak szybko. Wyciągnęłam z torebki telefon przykładając usta do szklanki z zimnym drinkiem i sprawdziłam jego smak. Slade nie kłamał, wszystko było z nim w porządku. Odczytałam SMS:


TERAZ, ŁAZIENKA… WIESZ JAK TRAFIĆ?


Mógłby to być każdy, bo numeru nie znałam, ale po pytaniu stwierdziłam, że to Justin. Serio? Boże? Nie mogłeś inaczej? Prosiłam tu o ratunek.. a ty mi tutaj ściągasz mojego trenera… Nawet Bóg jest przeciwko mnie. Ale tak właściwie byłam mu wdzięczna, że uwolnił mnie od Slade'a. Nie mówię, że mu za to podziękuję, ale poczułam ulgę.
- Moje imię nie powinno cię obchodzić.- odpowiedziałam oschle na jego pytanie.
- Dlaczego?- zapytał zmieszany.
- Cóż, niektóre rzeczy, są zbyt niebezpieczne, żeby je poznać. – syknęłam, dopiłam drinka i postawiłam go na stoliku. Natomiast Slade'a, zostawiłam osłupiałego na kanapie. Odprowadził mnie wzrokiem, aż nie znikłam mu za ścianą. Weszłam do toalety. Sprawdziłam wszystkie kabiny. Były puste. Rzuciłam się na drzwi, pokombinowałam z zamkiem i udało mi się wreszcie zamknąć je na amen. Odetchnęłam głęboko. Nie miałam zbyt wiele czasu. Zorientują się, że ktoś zepsuł zamek i zleci się tu ochrona. 
Coś walnęło. Brzmiało jakby ptak rozbił się o szybę. Wystraszyłam się... Był to mój przecudowny trener, który uwielbia doprowadzać mnie do zawału. Kiedy wślizgnął się przez okno do środka spojrzałam na niego wymownie.
- Naprawdę, nie wiem dlaczego tak upodobałeś sobie łazienki. W dodatku damskie.- syknęłam po cichu, wpatrując się w niego. Dziwiło mnie to, że wyglądał jakby nikt go nie dotknął. Kiedy stałam przy drzwiach razem z nimi kilka minut temu, zapowiadało się na porządną bójkę.
- Tak i dziwnym jest to, że zawsze jesteś w nich ty. – dokończył za mnie z szyderczym uśmiechem. Jeju jak ja go nienawidzę… jest tak fascynująco wkurzający.
- Gdzie jest Jev?- zapytałam wychylając się, aby spojrzeć przez otwarte okno. Myślałam, że idzie za Justinem.
- Zostali z nim. Tylko mnie puścili.- powiedział.- Musieli mi pozwolić.- Coś w tych słowach bardzo mnie dręczyło.. Żaden z takich ludzi jak my, prowadzący taki tryb życia, nigdy nie zgodziłoby się na takie rozwiązanie. Gdyby Mike ich złapał, byliby już martwi, a jego tak po prostu puścili? Czemu jak zwykle nie mam pojęcia o tym, co się dzieje?
- Ale jak to zostawiłeś go tam SAMEGO? - wybuchłam. Jak mógł zrobić, coś tak głupiego? Trzech facetów, według moich obliczeń bez problemu poradzi sobie z Jevem, nieważne jak dużo trenował.
Nie ma szans. Do tego nawet nie potrzeba obliczeń! To czysta logika. Przepraszam, ale mój trener zostawił swój mózg gdzieś bardzo daleko… bardzo, bardzo daleko.
- Jev sobie poradzi, nic mu nie zrobią. – powiedział spokojnie. Podszedł do kranu i obmył twarz zimną wodą.
- Skąd ty to możesz widzieć? Nie ma cię tam. Mogą go wywieść, naćpać albo nawet zamordować! Nie wiesz tego! Dbasz tylko o siebie!- wymachiwałam rękoma z nerwów, chodząc od drzwi do okna, patrząc się w sufit.
- Cholera, gdybym dbał tylko o siebie, to nie byłoby mnie tutaj! – warknął na mnie.
- To może powiesz mi, po jaką cholerę ja tu jestem? – odpyskowałam mu.
- Chcą walczyć. Nie wiemy ile ich jest, ale nie mamy wyboru. Poczekają na mnie.
- Tak. Na pewno. Wiesz jak to absurdalnie brzmi? Czy ty w ogóle słyszysz siebie?
- Nie ucz mnie, jakie są nasze prawa. Jestem w tym gównie już od paru dobrych lat i wiem, że oni tego nie zrobią. - powiedział przekonany.
- Uważasz, że jestem tylko głupią lalą? Wiesz, ja nie ufam typom spod ciemnej gwiazdy i to, że nie leję ludzi jak wy, nie znaczy, że nie potrafię się bronić, ani robić komuś krzywdy. W przeciwieństwie do ciebie, ja nie jestem naiwna. Tutaj, nie ma praw. Nie ufam im, tak samo jak tobie.- wskazałam na niego palcem, po czym wbiłam mu go w klatkę piersiową.
- Tak mi przykro. Naprawdę… jakoś gdy zobaczyłaś mnie w klubie po raz pierwszy wierzyłaś w każde słowo, które ci powiedziałem.- obrzydliwy triumf brzmiał w jego głosie.
- Możemy twoje gierki przełożyć na później i powiesz mi krótko, jasno o co chodzi? - po tych słowach jak na zawołanie ktoś zaczął się dobijać do drzwi łazienki.
- Chodzi im o ciebie.- szepnął.
- Czemu, znowu musi chodzić o mnie? Czym ja sobie zasłużyłam? – złapałam się za głowę, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje.
- Zawarliśmy umowę, że walczymy o ciebie, dostaną cię jeżeli przegramy. Wiedzieli, że pracujemy dla Mike’a, mamy jakiegoś donosiciela.- odpowiedział szybko, ściszonym głosem.
- Rachelle, oni będą cię szukać..- westchnął w końcu.





________________________________________________

Oto najdłuższy rozdział w historii tego bloga xD
 Ponieważ byliście tacy kochani... kolejne 1.000 wyświetleń, 
a za komentarze macie
każdy z osobna uścisk ode mnie! 
Dziękuję.<3


Postanowiłam. że dodam dzisiaj 
i nie będę taka okropna... bo miałam dodać w piątek xD
Dziękuje Marchel za wszystko i za kochaną playlistę,
 którą słucham godzinami <3
Zapraszam na jej blog: Swagger


Macie własne blogi? Podajcie mi je w komentarzu! <3 


,,Chodzi im o ciebie. Rachelle oni będą cię szukać..''




CZYTASZ = KOMENTUJESZ, krótka chwila, wielka radość xD
Nie gryzę xD


Chcesz być informowany o rozdziałach? ----> LISTA
Chcecie popisać, popytać to tutaj :
Twitter @biebstouch  lub  Forum 



piątek, 31 maja 2013

Rozdział 9





Wszystko, co widziałam to ciemna droga, poprzecinana białymi pasami. Ten widok działał na mnie usypiająco. Rozbudziłam się dopiero wtedy, gdy usłyszałam głos Monique.
- W bagażniku są prochy. Za jakieś dwie minuty będziemy na bramkach. Przebierz się w to .- poprosiła mnie i skinęła głową na puste środkowe miejsce kanapy między mną a Justinem, na którym leżała bawełniana siatka.
- Przepraszam, CO TO MA BYĆ?- warknęłam przez zęby biorąc do rąk jakiś gorset i przyglądając się mu. Twórca tego stroju użył najmniej materiału ile się dało. Szkoda, że wcześniej nie powiedzieli mi, że mam się w to przebrać... Właściwie, to wiem dlaczego tego nie zrobili, bo chwilę później to COŚ wylądowałoby w rurach kanalizacyjnych hotelu.
- Twój strój. Nie mam z tym nic wspólnego. To Mike.- wiedziałam, że Monique nie wpadła na ten wspaniałomyślny pomysł. Coś mówiło mi, że nie tylko Mike maczał w tym palce. To samo Coś, z drugiej strony kazało mi wierzyć, że Justin jest inny. Miałam jeszcze jakąś granice cierpliwości, ale mój trener nieraz potrafił jej nadużyć. Obecność Monique dodawała mi sił. Pewnie zrobiłaby wszystko, żeby mnie chronić. To należało do zakresów jej obowiązków, ale mimo wszystko czułam, że jesteśmy dla siebie ważne i troszczy się o mnie niezależnie od pracy, dlatego nie mogłam zabić dzisiaj Justina. Ona nie pozwoli mi zrobić czegoś głupiego. Nie pozwoli, dopóki jest blisko.
- Zatrzymajmy się przy jakiś krzakach.- zaproponowałam próbując opanować wzbierający się we mnie gniew. Powinnam zachowywać się tak, jakbym była zawodowcem. Zostałam wyprowadzona z równowagi przez głupi skrawek materiału, co się ze mną dzieje?
- Musisz się przebrać tutaj. Na autostradzie nie możemy się zatrzymywać, stacje odpadają, bo nie mamy kodów do monitoringu.- zauważył Jev.
- Właśnie, Rachelle. W końcu jesteś profesjonalistką. Masz jakiś problem? - wtórował mu z takim samym entuzjazmem Justin. Ludzie, co oni nigdy dziewczyny w bieliźnie nie widzieli? Nie uwierzę w to. Widziałam w lusterku jak Monique prycha pod nosem ale wciąż uważnie patrzyła na drogę. Specjalnie umieściła mnie z Justinem z tyłu, żeby mieć co obserwować. Musiało być to dla niej przezabawne. Miałam tylko nadzieje, że wreszcie zrozumie, za co tak bardzo go nienawidzę.
- Odwróć się.- syknęłam przez zęby nabuzowana. Zdjęłam koszulkę nakładając szybko ubranie na siebie. Widziałam, że mój ‘’trener’’ stara się robić wszystko, aby utrzymać głowę w bez ruchu, ale jego oczy wędrujące w kierunku mojego ciała nie dawały szans na pozostawienie pozoru bezinteresowności. Gdybyśmy byli sami w samochodzie zrobiłabym mu na złość, czekając, kiedy już nie da rady. Wbrew wszystkiemu, co o nim myślę, nawet największy twardziel nie ma ze mną szans. – Radzę ci nie patrz, bo moja ręka może znaleźć się niebezpiecznie blisko twojej twarzy.
- Jeszcze spodnie. I chyba musisz zdjąć ten stanik. Lepiej byłoby bez.- doradził rozkosznym głosem mój nauczyciel. Oczywiście wszechwiedzący, jak zawsze.
- Pozwól, że to ja ustalę jak jest lepiej. Masz może jeszcze jakieś uwagi? Może napiszesz mi instrukcję w jaki sposób mam się przebierać? - mówiłam złowrogim, sarkastycznym tonem. Całkiem zapomniałam, że nie poprawiłam dokładnie gorsetu i nadal jestem prawie półnaga. Nie do wiary, jak mogłam dać się tak sprowokować.
- Jev, czyżbyś miał interes do naszej kochanej Rachelle? – z tymi słowami wypowiedzianymi przez Monique ja i Justin zdaliśmy sobie sprawę, że Jev wcale nie jest lepszym od mojego urokliwego trenera. Zrozumiałam, że wlepiają się w mnie dwie pary oczu, a nie jedna. Przepłynęła przeze mnie fala gorąca.
- Ciebie też to dotyczy.- dodałam szybko zdejmując spodnie i okrywając się czarną bluzą.
- Daj jej to.- Monique zwróciła się do czarnowłosego chłopaka, zakładając okulary przeciwsłoneczne. Po chwili Jev obrócił się z łobuzerskim uśmieszkiem na twarzy, podał mi fałszywy dowód, pendriva, zapalniczkę  i scyzoryk. – Wysiadasz, odwracasz uwagę, działasz i wsiadasz z powrotem do samochodu. Wiesz co robić? – upewniła się, poprawiając obie dłonie na kierownicy.
- Tak.- odpowiedziałam zachrypniętym głosem.
- Witam. Paszport poproszę.- powiedział gliniarz. Czekałam na znak. Rozejrzałam się po okolicy. Z wymownym szokiem spojrzałam na budkę, w której siedział Scoot. Co on tu robi? Mniejsza o to, skup się.
- Eh, Robbie. Chodź tutaj!- krzyknął Scoot przejętym głosem.
- Już.- szepnęła nerwowo Monique. Spojrzałam na ochroniarza z boku. Stał i przyglądał się naszej grupce, pilnując nas podczas nieobecności przełożonego. Zgrabnie wysiadłam z auta, wzięłam ze sobą portfel i schowałam wszystkie środki ostrożności, które dostałam od Jeva tak, by ich nie zauważyli. Kamera, kamera, kamera.. powtarzałam sobie w myślach monotonnie. Odetchnęłam głęboko. Czas zacząć.
- Przepraszam, gdzie jest toaleta? - zapytałam strażnika, gdy ten właśnie chciał obejrzeć nasz samochód i paszporty. Drugim zajmie się Scoot, więc skupiłam się na jednym. Musiałam działać szybko i skutecznie. Jeżeli strażnik będzie się opierał (a nie wyglądał mi na takiego) użyję scyzoryka. Magiczna broń. Mike wiele razy powtarzał mi, że nic nie jest tak okrutne, bolesne i szybkie jak rana zadana ze zwykłego ostrego noża. Pomyślałam jak zatapiam go w swoim trenerze i od razu uśmiech wpełznął mi na twarz.
- W tamtym budynku obok.- odparł niepewnym tonem spoglądając na mnie. Gdyby nie był na służbie, zacząłby się ślinić. Wzdrygnęłam się na samą myśl o tym. Obrzydzenie sięgnęło zenitu. ,,Jesteś specjalistką, jesteś zawodowcem, przestań, zrób, co masz zrobić i go zostaw!’’ Mówienie do siebie naprawdę dodaje otuchy. Rozejrzałam się jak głupia w odwrotną stronę.
- Naprawdę? Nie widzę.- przybliżyłam się do niego bardzo blisko.- Czy mógłby mi pan pokazać, który to budynek? – spytałam rozkosznym tonem, podkreślając każde słowo. Czy ja naprawdę muszę to robić? ,,Tak, z pewnością wolałabyś być katowana w klatce.’’ I nagle moje zdanie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. A miejsce, w którym się znalazłam rajem na ziemi. Byłam w mafii, wiedziałam, na co się piszę. No może nie do końca, ale pogodziłam się z tym ryzykiem. Na pewno moje roztrzepanie nie może mi przeszkodzić w misji. Tym bardziej, że akurat dzisiaj mam szeroką widownię. I tak się składa, że jest w niej facet, którego szczerze nienawidzę. To, że wygrał ze mną raz, nie znaczy że pozwolę mu na to po raz drugi. Opanuj się! - upomniałam się w myślach. Nagle opanował mnie spokój – tak, o to mi chodziło.
- Ależ oczywiście. – zaślepiony policjant szedł przede mną do toalety. Mój bohater - zadrwiłam w duchu i wywróciłam oczami. Zerknęłam na komórkę.. czas, czas, czas. Brakuje nam czasu... Rozejrzałam się. MAM. Łazienki dla personelu.. to jest to. Weszłam do toalety publicznej... zrobiłam zniesmaczoną minę, strażnik nadal stał koło mnie, zdecydowanie wpatrzony w dolne partie mojego ciała pewnie podziwiał mój tyłek. Nie skomentuje tego, chociaż w normalnych okolicznościach dałabym mu w twarz. Znowu. Nie ma normalnych okoliczności w moim życiu. Są nienormalni źli ludzie, albo wybitnie głupi trenerzy. Skup się i przestań o nim myśleć.- wściekłam się na siebie.
- Przepraszam, mam alergie na brud. – Boże, tylko na tyle mnie stać? Niech będzie, nie wygląda na bystrego. – Nie ma tutaj jakiś innych łazienek? - spojrzałam na niego najbardziej wymownym wzrokiem na tej ziemi. I udałam, że poprawiam sobie rajstopy, ukazując ponętnie udo. Śmiałam się z tego jak to na nich działa.
- Ach tak.- uśmiechnął się szeroko. Załapał. No wreszcie. Całe szczęście, bo nie widziałam ile będę musiała się tak wyginać.- Proszę za mną.- rozejrzał się wokoło i przyspieszył kroku. Kiedy znaleźliśmy się w wąskiej toalecie widać było, że nie mógł mi się oprzeć. Przepraszam i to ja potrzebuje trenera?  Ta sytuacja doskonale odzwierciedla jak bardzo jest on bezużyteczny. Mężczyzna pocałował mnie oślizgłymi ustami, a gdy byłam już pewna, że uśpiłam jego czujność, wyjęłam dyskretnie scyzoryk i przyłożyłam mu zimny metal do szyi. Drugą ręką wyciągnęłam ostrożnie z jego pasa broń i wyrzuciłam za siebie.
- A teraz grzecznie, zaprowadzisz mnie do komputera, albo utnę ci coś, czego nie chciałbyś stracić, zrozumiano? - syknęłam mu do ucha.- Żadnych gwałtownych ruchów, zachowujesz się normalnie, albo moi przyjaciele się tobą zajmą, a ja dokończę dzieło jeszcze bardziej okrutnie. Co wybierasz? - warknęłam złowieszczo, mrużąc oczami. Strażnik wstrzymał oddech na moment, zszokowany z przerażonym wzrokiem patrzył na mój scyzoryk. Bez słowa, z nierównym oddechem ruszył do budki. Kiwnęłam dłonią, żeby się pospieszył.
- Dopilnuj by nikogo nie było w środku.- powiedziałam zdecydowanym głosem. Pokiwał głową nerwowo. Usłyszałam jego głos i innego strażnika. Kiedy ten drugi wyszedł, wparowałam do środka i walnęłam pierwszego łokciem w głowę tak, że upadł, uderzając głową o blat stołu i osunął się na podłogę. Daję góra piętnaście minut i się obudzi. Wyciągnęłam szybko pendriva i wpisałam kod aktywujący, a pod nim szyfr, który powinien zniszczyć wszystkie dowody. Wyciągnęłam urządzenie z komputera i podpaliłam nasze sfałszowane dokumenty na biurku razem ze swoim. Rzuciłam je na ziemię i zaczęły płonąć. Zapomniałam o alarmie przeciwpożarowym. Syreny alarmowe zaczęły wyć, a całe zasilanie łącznie z monitoringiem padło przez wirus, który miałam na pendrivie. Mike miał głowę na karku. W końcu najlepsi hakerzy pracowali właśnie z nim. Podpaliłam laptopa i szybko uciekłam do samochodu. Gdy znalazłam się w środku czarnego audi i jeszcze nie zdążyłam porządnie zamknąć drzwi, Monique ruszyła z piskiem opon. Uwielbiała szybką jazdę. Wjechała na szlaban rozbijając go na kilka kawałeczków jakby w ogóle go tam nie było. Widziałam jak straż zbiera się tam, gdzie chwile temu stałam ja.
- Gdybym nie widział ciebie wcześniej, w życiu bym nie powiedział, że to baba prowadzi.- stwierdził Justin zwracając się do Monique. Ona w rewanżu szarpnęła tyłem samochodu. Z racji tego, że nie zdążyłam się zapiąć wylądowałam na moim trenerze na tylnej kanapie, którą razem dzieliliśmy.
- Nawet nie wiesz jak nasz nowicjusz tęsknił za tobą. Ciągle się martwił, a gdy weszłaś z tym facetem do budki… normalnie ciekawość sięgnęła zenitu.- zadrwiła Monque z uśmieszkiem.- Prawie powstrzymywałam go, żeby nie wysiadł z samochodu.
- Wcale nie.- zaprzeczył podenerwowany. – Ale wiesz, nie musisz zawsze robić wszystkiego, czego cię uczę... Możesz nawet od razu zabijać, bez gry wstępnej..
- Tak, wiem o tym, ale będę robić to, co mi się podoba. - powiedziałam zadowolona z siebie.- Niestety, wszystko czego ty próbujesz mnie uczyć mam od urodzenia. – zaczęłam.- Poza tym spokojnie,  tylko chwilkę się z nim zabawiłam…- machnęłam obojętnie ręką. Widziałam jak bardzo poruszają go moje słowa. Hm zemsta jest słodka, ale zostawię sobie trochę przyjemności na później.- Oj misiu. Nie przejmuj się.- dodałam słodko.- I pocałowałam go po prostu… z radości, nie wiedząc czemu.
- Okej, słabe porno będziecie odstawiać później. Teraz pora na bilard.- zakończyła Monique. Widziałam szok wypisany na twarzy Justina. Spojrzałam na Jeva.
- Jev, chcesz zamienić się z Justinem miejscami? - zaproponowałam. Byłam gotowa na wszystko. Misja – tego mi było trzeba. Adrenalina buzowała w moich żyłach.
- O nie nie nie . Jeva zostaw mi.- powiedziała Monique kiwając głową. Jev posmutniał, ale chwilę później parsknął śmiechem, patrząc na naszą dyrektorkę od spraw ochrony.
- Mogę to zdjąć? – zapytałam niepewnie. Było mi nie wygodnie w tym gorsecie, wszystko upijało mnie. Nie mogłam swobodnie oddychać.
- Nie.- odpowiedział mój nauczyciel. Chociaż liczyłam na odpowiedź kogoś innego. Czyżbym zalazła mu za skórę? Tak, o to mi właśnie chodziło.
- A teraz? - zawzięcie kłóciłam się dalej. Tym razem zwracając się do Monique.
- Taki jest plan. – znów odpowiedział mi niepytany Justin z drażliwą nutka w głosie.
- Tobie się on podoba z pewnością.- zakpiłam patrząc na niego, ale tym razem odpowiedział mi ktoś inny...
- Nie podoba mi się, ale to nie ja mam prawo głosu w tej sprawie.- sprostowała Monique no tak, bo to jest plan Mike'a, a plan braciszka jest doskonały.
- Ale…
- Nie kwestionuj planu! - powiedział rozdrażniony Justin, zmierzył mnie surowy, wzrokiem i szybo odwrócił twarz w bok. W ten sposób zawsze się porozumiewaliśmy.
- Mam cię znów pocałować, żebyś się nie wtrącał? – syknęłam kąśliwie.
- I tak to nic nie da. Ale jeżeli chcesz, to możesz. – wyszczerzył białe zęby. Wywróciłam oczami i spojrzałam przez szybę. W krzakach mignęła mi jakaś osoba, ale jechaliśmy zbyt szybko , żebym mogła dostrzec jej twarz.
- Jedźmy już odegrać to przedstawienie, bo on zabiera mi powietrze.- powiedziałam bardziej do siebie niż do nich.






___________________________________________________

No i sobie jest ;* Witam Was <3
 Przepraszam, że nie dodałam wcześniej, 
ale mam swoje obowiązki no i cóż. 
Dziękuje wam za ponad 4.000 wyświetleń kocham Was ;p 
Chciałam wam coś wytłumaczyć. 
Nie wzoruję się na Dangerze, chociaż nie ukrywam, że bardzo go lubię xD
Zaczęłam pisać to opowiadanie już w poprzednim roku
 i dopiero teraz zaczęłam je publikować, 
Czytałam jeden cudowny blog,
który mnie zainspirował  i postanowiłam
stworzyć własny.







Chcesz być informowany o rozdziałach ? ---> LISTA
Pytania? -----> Twitter / Forum


CZYTASZ = KOMENTUJESZ wielka radość, krótka chwila <3



niedziela, 12 maja 2013

Rozdział 8





Wyszykowałam się i bez zbędnych ceregieli poszłam do hotelowej restauracji, gdzie czekała na mnie młoda dziewczyna o ciemnych blond włosach i niebieskich oczach.
- Cześć Monique. – przywitałam się z siostrą Mike’a.
- Jak miło cię widzieć.- pokerowa twarz, choć na tę chwilę nie bała się wyrazić emocji. Naprawdę cieszyła się ze spotkania. Stała się moją bardzo bliską przyjaciółką. Była zupełnym przeciwieństwem swojego brata. Skoro tak, pewnie zapytacie, dlaczego tutaj jest. Mike zmusił ją do członkostwa. Zgodziła się. Nie chciała stracić z nim kontaktu tak jak z resztą rodziny. Przez ostatni rok opiekowała się własnym gangiem w miasteczku. Jej rola była podobną do zakresu obowiązków szefa ochrony. Dbała o nasze bezpieczeństwo. Była odpowiedzialna za zapewnienie nam pomocy i bezpiecznego miejsca w razie sytuacji awaryjnej. Śledziła poczynania każdego z członków mafii i nadzorowała najważniejsze misje. – Szkoda, że teraz tak rzadko się widzimy.- posmutniała na chwilę. – Wiesz, jest tyle do zrobienia, interes się kręci. Jak tam mój braciszek, dba o ciebie? - w jej oczach było coś tajemniczego, jakby podejrzewała, że dzieje się coś złego. Od dawna wiedziała o wyczynach Mike’a, jak bardzo potrafił mnie zranić. Zastanawiałam się czy wie też o tych kobietach w piwnicy, ale nie miałam odwagi o to zapytać.
- Tak, tak w porządku.- powiedziałam wracając myślami z bolesnych wspomnień. Nie chciałam jej o tym mówić. Jeśli byłabym na jej miejscu ciężko byłoby mi słuchać, jak mój brat znęca się nad jakąś dziewczyną. Wolałam jej tego oszczędzić. – Miałabym do ciebie prośbę…
- Chodzi o tego twojego ,,trenera’’? – domyśliła się. - Sama byłam zaskoczona tym głupim pomysłem. – zaczęła kręcić głową na boki z niedowierzania. Monique należała do osób, które przewidują przyszłość intuicyjnie, właśnie dlatego powierzono jej odpowiedzialność za członków mafii. Jako siostra Mike'a miała duże możliwości i doświadczenie, ale jej brat często odsuwał ją na bok. Nie wiem czy się o nią martwił, czy może uważał, że wszystko potrafi lepiej robić od niej. W odpowiedzi głośno westchnęłam.- Niezłe ziółko.- idealnie podsumowała moje westchnięcie.
- Dobrze to ujęłaś.- powiedziałam rozglądając się. – Czy mogłabyś porozmawiać z moim szanownym szefem, aby trzymać go ode mnie jak najdalej się da? – poprosiłam szybko, w razie gdybym nagle zdecydowała się zmienić zdanie. 
- To jest chyba niewykonalne, ale postaram się abyś rzadko wyjeżdżała z nim na misje.
- Dziękuje.- odetchnęłam z ulgą. 
- Ale nadal będziesz miała z nim te treningi.- zaznaczyła, pozbawiając mnie nadzei.
- Pocieszające.- zakpiłam zwracając oczy ku górze. 
- Brzydki jest? – zapytała marszcząc brwi. Nie, jest fenomenalny, chodzący seks, nic dodać nic ująć. Wielka bomba atomowa, gotowa w każdej chwili wybuchnąć.
- Zobaczysz, ocenisz. – powiedziałam wstając, musiałam jeszcze wypocząć przed dzisiejszym zadaniem jakie dla mnie przygotowano.
- Wiem jak bardzo lubisz pracować sama, ale Mike prosił mnie żebym pojechała z tobą i mam jeszcze jednego człowieka do pomocy.- tłumaczyła się.
- Monique, ty możesz towarzyszyć mi kiedy chcesz. Problem jest tylko z nim.- kiwnęłam głową znacząco na nią spoglądając.
- W takim razie nie mogę się doczekać, kiedy go poznam. – wyznała melodyjnym głosem.- Punkt dwunasta pod bramą hotelu. Nie spóźnicie się, parę minut po dwunastej zamykają hotel i nie będzie jak się wydostać.
- O ile go wcześniej nie zabije, to się zjawie. – dałam jej znać, że zrozumiałam skinięciem głowy i wyszłam z restauracji. Postanowiłam zobaczyć, co też porabia mój chodzący ideał. Gdy tylko otworzyłam drzwi jego pokoju wydawało mi się, że mam zwidy, więc zamknęłam je i otworzyłam jeszcze raz. Nie podziałało - jak zwidy były tak i są. 
- Co to jest? - wydałam z siebie stojąc w progu.
- Butelki i zakrętki.- odpowiedział najzwyczajniej w świecie.
- I ty wypiłeś to wszystko sam? - mrugałam oczami nie dowierzając. Po jego pokoju hotelowym sponiewierały się butelki i zakrętki od energetyków. - Naprawdę, nie masz lepszych rzeczy do picia? - zerknęłam na niego z uniesioną brwią. 
- Nie wyspałem się. Poza tym ciekawi mnie, co jest na dalszych zakrętkach.-odpowiedział. Na każdej z zakrętek były nadrukowane jakieś teksty. Poszedł do toalety, nie zamknął za sobą drzwi i wrócił. Czy każdy facet, nawet wyglądający przyzwoicie musi okazać się flejtuchem? – Jesteś głupiutka, jeżeli teraz wypiłbym alkohol, nie zdołałbym być sprawny wieczorem. - Geniusz! Szkoda, że energetyki też są moczopędne.
- Łażąc co pięć minut do toalety też nie będziesz w miarę sprawny. 
- O patrz, tu napisali, że mam dobry gust! - zignorował moją wypowiedź badawczo przyglądając się zakrętce. I to jest dojrzały chłopak? – Powinnaś inaczej się ubierać.
- Co ci się znowu nie podoba?- zapytałam z irytacją, opierając się o framugę drzwi. 
- Jest tyle rzeczy, które mogłabyś założyć, a ty pokazujesz jak najmniej.
- Przepraszam, następnym razem ubiorę się jak dziwka. To ci pasuje?- warknęłam wściekła.
- Uwielbiam jak się wkurzasz.- żeby tylko czasem jego uwielbienie nie stało się powodem jego śmierci. Czasami doprowadza mnie do takiego szału, że ten scenariusz byłby całkiem możliwy. -  Słodka jesteś, ale i naiwna. Sztuką jest wyglądać seksownie nie ubierając się jak dziwka.
- Powiedział gość, który teksty na zakrętkach traktuje jak prawdziwe przepowiednie.
- Sama prawda, no co chcesz? - nastąpiła chwila ciszy.
- Zapomniałam, że piękno nie idzie w parze z inteligencją. – załamałam ręce z politowaniem, mówiąc do siebie.
- Uważasz, że jestem piękny? - obraź faceta, a on i tak odnajdzie w twojej wypowiedzi komplement. W takich chwilach trzeba po prostu wyjść i trzasnąć drzwiami. Musiałam od niego odpocząć, uzupełnić zasoby cierpliwości. Trzy dni.. Boże jak tu wytrzymać trzy dni i nie zabić go przy najbliższej sposobności? Bardzo żałowałam, że nie mogę nagle zapomnieć o tej żenującej sytuacji.
Niewykluczone było to, że w czasie dzisiejszego zadania zostanę zmuszona do zamordowania kilku ludzi. Byłam na to psychicznie przygotowana, o ile w ogóle można tak sądzić. Muszę się bardzo starać, aby jednym z tych ludzi nie stał się mój trener. Przyszedł po mnie pół godziny przed dwunastą  i bezczelnie nie raczył zapukać. Zmierzyłam go od stóp do głów zatrzymując się w paru miejscach. On wcale nie był lepszy ode mnie, bo postąpił tak samo. Chwilę później, gdy tak siebie uważniej pooglądaliśmy powiedział:
- Za trzy minuty w sali gimnastycznej.-  tymi słowami zniszczył moją radość, że dzisiaj obejdzie się bez jego zachłannych rąk na moim ciele i głupich rozmów, przy których najczęściej dostawałam szału, gdy tylko wracałam do pokoju. Chciałam mieć to wszystko za sobą i zeszłam od razu na dół. Zapytałam recepcjonistki o salę gimnastyczną. Okazało się, że takowej nie było. Mike dbał o takie szczegóły widocznie nie chciał, żeby Justin mnie trenował w czasie misji.
- Wiedziałeś o tym.- warknęłam na wejściu, kiedy znowu znalazłam się w jego pokoju. Wyglądał na bardzo rozbawionego. - Nie mamy gdzie ćwiczyć, nie ma tu żadnej sali, a więc nie ćwiczymy. – odwróciłam się na pięcie aby jak najszybciej zniknął mi z oczu.
- Nie, wręcz przeciwnie.- przytrzymał mnie.- Chciałem żebyś się przeszła do recepcji od tak ,,dla zdrowia’’. - Miałam niewypowiedzianą ochotę uderzyć go w twarz. Zaraz ja mu powiem, co jest dobre dla jego zdrowia...– Wolisz u mnie, czy u ciebie? 
Udusić go, o tym właśnie teraz marzyłam.
- U ciebie, nie chce czuć twojego zapachu jak będę kładła się spać.- stwierdziłam zrezygnowana, wiedząc, że on nie odpuści.
- W porządku. A co nie lubisz moich perfum? - przybliżył się do mnie i szyją dotknął mojego nosa. Uwielbiam, mogłabym je wąchać godzinami. Przy nich traciłam zmysły.
- Nienawidzę.- uśmiechnęłam się i zrobiłam krok w tył. Spojrzał na mnie już dzisiaj chyba piąty raz z rzędu w ten charakterystyczny uporczywy sposób. Nie wierzył mi.
- W co ty się ubrałaś? - powiedział zdziwiony z kpiną, podchodząc do mnie.
- Po co miałam się ubierać na sportowo i tak nic praktycznie nie robimy, co wymagałoby wysiłku fizycznego. Nie ćwiczymy na sprzętach. Więc? – uniosłam jedną brew.
- Skąd wiesz, że nie karze ci zrobić tego tu ze mną na podłodze? - zapytał z cwaniackim uśmieszkiem naśladując mój sarkastyczny gest. 
- Wątpię, żebym po tym się aż tak spociła - kontynuowałam tą naszą głupią gierkę.
- Skąd wiesz, że zrobimy to tylko raz, a nie kilkanaście bez przerwy?- irytował mnie. Sprawdzał moją cierpliwość i wytrzymałość. Nie dałam się.
- Skąd wiesz, że się na to zgodzę. 
- Nawet jeśli nie, to mogę cię zgwałcić, to nie problem.-  Świetnie, jest moim trenerem, wspólnikiem i za chwile może okazać się gwałcicielem. Wyśmienicie. - Skończ. O dwunastej mamy być pod bramą. Nie mamy czasu na głupi trening. Potrzebujesz czegoś? 
 - Zabieram tylko pistolet i możemy iść. Jednak jest coś czego nie mam.- spojrzałam na niego pytającym wzrokiem.
- Co takiego? – zapytałam po dłuższej chwili, chociaż nie bardzo mnie to interesowało.
- Może coś na zachętę? - podszedł do mnie i zatrzymał wzrok na moich ustach. 
- Nawet o tym nie myśl. Chcesz coś na zachętę? Jeżeli zaraz nie znajdziemy się na dole Mike urwie ci łeb. – wydawało mi się, że ostatnim zdaniem nieco go przekonałam. 
Zeszliśmy po schodach ewakuacyjnych. Nie zapaliliśmy światła, by nie zwracać na siebie uwagi. Byłam strasznie spięta, schodząc w dół, przez niezliczoną ilość schodów miałam wrażenie, że za chwilę runę w ciemną otchłań.
- Chodź, podsadzę cię. – wyszeptał i wyciągnął dłoń w moją stronę, kiedy staliśmy pod dwu i półmetrowym murem z granitu. 
- Nie. Poradzę sobie sama.- spojrzałam na niego lekceważąco i próbowałam się podciągnąć do góry. 
- Kiedy wreszcie stwierdzisz, że jednak mnie potrzebujesz i sama tego nie zrobisz? - oparł się gwiazdorsko o mur i udawał, że jest wielce znudzony, po czym teatralnie ziewnął. 
- Jeszcze chwila.- warknęłam. Nigdy się nie poddaje. Nigdy. To ja tu jestem specjalistą nie on. Bez ostrzeżenia podniósł mnie i spojrzał tak, że czułam się naga, ale jednocześnie zmuszało mnie to do zrobienia tego, czego ode mnie oczekiwał, bo jeżeli tego nie zrobię czekają mnie tortury.- Nauczysz mnie tego.- powiedziałam zeskakując z muru po drugiej stronie. 
- Ale czego? Ja przecież nic nie zrobiłem...- wypowiedział zdezorientowany.
- Tak, tak z pewnością to tylko moja wyobraźnia.- powiedziałam z wyczuwalną ironią.
- Masz ze mną jakieś wyobrażenia? - mruknął ponętnie, co pozostało mi tylko zignorować. Szybko zauważyłam Monique, a przy niej pewnego czarnowłosego, młodego mężczyznę. 
- Witam, jestem Jev. – podał mi rękę i ucałował moją dłoń. 
- Miło mi.- spojrzałam w jego głęboko czarne oczy. Zaczęłam porównywać go z Justinem. I znów nie powinnam tego robić, bo on i Jev mieli w sobie coś podobnego. Jeden idiota na głowie był zawsze lepszy niż dwóch. Szybkim krokiem szliśmy w stronę czarnego audi. Przybliżyłam się do Monique. 
- Co ty gadasz, on jest mega przystojny. Sama chciałabym z nim pracować.- mruknęła cicho, ponieważ Justin i Jev szli za nami.
- Poczekaj, aż coś wymyśli.- uniosłam oczy ku górze, wiedząc, że to ja będę ofiarą jego wielkiej wspaniałomyślności. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że jest bardzo nieprzewidywalny. W chwili, kiedy byłam pewna, że jest tylko głupi i niedojrzały, działo się coś, czym mnie zaskakiwał. Jest trenerem uwodzenia, to nadal wydawało mi się być nieprawdopodobne.  Skąd miałam wiedzieć czy to nie jest jakaś przykrywka? Może jest tutaj z innego powodu. Jest inny, nie pasuje do nas, czuje to w kościach. Mafii nie darzyłam nigdy jakimś wielkim uczuciem, takim które mogłoby łączyć na przykład rodzinę. Straciłam ją dawno temu, a bez Mike’a zostanę pozostawiona samej sobie. A co jeżeli Justin coś knuje? Coś, co umknęło nawet mojemu okropnemu chłopakowi? Czułam się niewolnicą, nie byłam co prawda w klatce, ale sterowali mną. Wypełniałam określone rozkazy wbrew własnej woli. Miałam dziwne przeczucie, że Justin jest tu po to, żeby mnie pilnować.  Do czego tak naprawdę Mike potrzebuje Justina? Zadałam sobie to pytanie po raz setny. Jego brązowe, magnetyczne oczy były niebezpieczne i tajemnicze. Muszę dowiedzieć się kim on naprawdę jest, chociaż miałabym słono za to zapłacić. Dowiem się tego.



________________________________

No na razie to wszystko. 
Mam nadzieję, że Was nie zawiodłam.
Jak wam się podoba?
Czekam na komentarze i  podawajcie dalej adres bloga. 
Zależy mi na tym, aby jak najwięcej osób,
jeżeli ma wolny czas itd
lubi czytać, dowiedziało się, że to istnieje.




16 maja mam bardzo ważny konkurs 
więc życzcie mi powodzenia, bo na pewno się przyda. 
Moi nauczyciele mają jakąś fazę, 
na zawracanie nam głowy sprawdzianami itd. 
Co za tym idzie, po szkole, będę się chyba czołgać do domu,
 aby podpełzać do biurka, 
żeby potem mieć 4 godziny snu - NA PEWNO SIĘ WYŚPIĘ... Czujecie to?


Miało w ogóle nie być w ten weekend notki, ale jest. 
Następny rozdział za tydzień,
 jeśli  się uda - jeżeli nie 
na pewno dostaniecie termin  po prawej stronie u góry.



To chyba wszystko,  przepraszam. A na poprawę humoru daję wam to: