sobota, 9 listopada 2013

Rozdział 13

  



Obudziło mnie czyjeś pukanie, energicznie odepchnęłam od siebie Monique i z przerażeniem spojrzałam w szybę. Justin razem z Jevem stali przy samochodzie i uśmiechali się do nas jak gdyby nigdy nic. Jev wyglądał jak widmo człowieka. Był blady, przemęczony i zgarbiony. Na jego nadgarstkach zauważyłam otarcia i odciski od kajdanek, rany i zadraśnięcia. Na prawym policzku miał niezłego siniaka. Zastanawiałam się jakim cudem potrafi po tym wszystkim stać, nawet jeśli Justin podtrzymuje go. Z nim też nie było najlepiej. Miał rozciętą wargę i siniaka na czole. Trzymał rękę tak, jakby była złamana. Dopiero po paru sekundach spostrzegłam ciemne plamy na jego czarnej kurtce. Była to krew. Miałam nadzieję, że nie jest jego.
- Czy was do reszty pogięło? - usłyszałam zdenerwowaną Monique, a kto znał ją tak dobrze jak ja, wiedział, że nie cierpi kiedy ktoś budzi ją w taki sposób.
- Przyjmę to jako oznakę tęsknoty za nami.- mruknął Justin otwierając drzwi samochodu.
- Co się właściwie stało? Zgubiliście ich? – zapytała ostrym wzrokiem patrząc na Justina. Mówiłam jej! On jest nie do wytrzymania. Czy nie powinno mi być obojętne to, że wrócił? Jednak tak nie było. Dziwne, że miał jeszcze siły na te swoje głupie odzywki.
- Później wszystko wam wyjaśnimy, musimy się zwijać. Załatwiliśmy dwóch, ale trzeci może gdzieś tutaj krążyć. Myślę, że głupi gaz nie mógł go unieszkodliwić.
Ten ''głupi'' gaz, uratował ci życie. - pomyślałam, wzdychając głęboko.
– Nie mielibyśmy szans, gdyby nie ja i mój refleks. Masz szczęście, że dobrze strzelam.– spojrzał arogancko na Jeva. Jego skromność, nawet w takich chwilach po prostu powalała  mnie na kolana. Nigdy go nie zrozumiem, a to niby ja jestem ta skomplikowana.
Justin pomógł Jevowi wsiąść do samochodu. Gdy tylko zamknęły się wszystkie drzwi Monique wyjechała z parkingu. Jev od razu usnął.
- Co mu jest? – zapytałam szeptem, nie chcąc go obudzić.
- Dostał po prostu parę razy więcej, niż ja. – odparł zaniepokojony.
- A ty nie mogłeś parę razy więcej go obronić, tylko bawiłeś się w strzelaninę? – zadrwiłam.
- Chyba lepiej tak, niż jakby miało się na niego rzucić trzech naraz. – zakończyła Monique. – O czymś nam nie mówisz. – wyczuła instynktownie.
- Jakiś facet obserwował zza rogu całe zajście...- przyznał nieśmiało. - Ale zobaczyłem go dopiero wtedy, gdy uciekaliśmy. Wydaje mi się, że skądś go znam. Widać było, że nie znalazł się tam przypadkowo, nie panikował ani nic. Stał oparty o samochód, chyba srebrne volvo. Obserwował nas. Nie miał broni, nawet nie chciał zaatakować. Coś mi się tu nie podoba. Czuję, że to nie koniec.
- Fajnie, że informujesz nas o tym tak szybko. - Monique przycisnęła pedał gazu i zwiększyła prędkość do stu dwudziestu kilometrów na godzinę.
- Nie panikujmy. Może mieszka tam, albo coś. - powiedziałam trzymając się mocniej, wciskając swoje ciało jak najgłębiej w fotel. Aż taką fanką szybkiej jazdy nie byłam.
- Zabłysnęłaś, naprawdę. Każdy marzy o mieszkaniu w budynku z powybijanymi szybami. – westchnął nadal coś kalkulując.
- Musimy znaleźć jakiś motel. Trzeba się zatrzymać, bo Jev nam tu zaraz zejdzie.- powiedziała zdenerwowana Monique, obserwując go w lusterku.
- Tak, zatrzymajmy się  w tym, który jest najbliżej, żeby szybciej mogli nas znaleźć.- zironizował Justin machając rękoma.
- Uważaj, jeśli zamierzasz krytykować mój każdy pomysł, bo ja też umiem dobrze strzelać. – skarciła go wzrokiem, a jej zmartwione i pełne troski spojrzenie padło ponownie na Jeva. Nie mieliśmy komórek, Justinowi i Jevowi dawno je zniszczyli, a moją zabrał jakiś idiota. Jedynie Monique miała jakiś kontakt ze światem, ale zmieniała karty i baterie średnio co połączenie, żeby nikt nas nie namierzył. Mimo wszystko, nie chcieliśmy ryzykować, dzwoniąc po pomoc.
W końcu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku (czyt. wielkie odludzie, którego nazwy nie jestem w stanie nawet wymówić) oddalonym od Clevland o jakieś 5 mil. Typowy motel, bez luksusów, ale po tym co nas spotkało nie mieliśmy prawa przejmować się tym, ani być wybredni. Oczywiście z racji tego, że Bóg chyba mnie po prostu nie lubi, akurat w tym motelu były tylko dwuosobowe pokoje. Miałam nadzieje, że będę dzieliła jeden z nich z Monique, ale ona uparła się, że będzie czuwać przy Jevie całą noc, a my z Justinem musimy odpocząć. Nie miałam wyboru.
- Rachelle, a może tak…- zaczął, gdy znaleźliśmy się oboje w pokoju.
- Ty podłoga, ja łóżko. Nie masz innej możliwości.- powiedziałam ostro. Nie targował się, był równie zmęczony jak cała nasza trójka. Wszedł do łazienki, a ja zdjęłam płaszcz, nadal byłam w tym idiotycznym, skąpym stroju. Skorzystałam z jego nieobecności i przebrałam się. Zamieniłam gorset na czarne leginsy i luźną białą bluzkę. Było tutaj bardzo zimno, stary piec był lodowaty, nikt nie pomyślał o kaloryferze. Potarłam ramiona dłońmi, żeby się rozgrzać. Żółte upiorne ściany z pewnością odstraszały gości, ale właściciele raczej nie mieli wielkich ambicji. W pokoju poza łóżkiem, lampką nocną i paroma półkami nie znajdowało się nic, co dodałoby pomieszczeniu przytulnego charakteru. Drzwi od łazienki były odrapane z farby jakby trzymali tu wściekłego kota. 
Niespodziewanie usłyszałam przerywany krzyk Justina. Wparowałam do łazienki jak błyskawica.
- Co ty…- zaczęłam, ale zobaczyłam jego wielką ranę na brzuchu i zastygłam w  bezruchu. Nie mogłam uwierzyć, że wytrzymuje taki ból.
- Nic mi nie jest…- Tak, rana na pół brzucha, to tylko takie ,,draśnięcie,’’ nic wielkiego. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, w jakie gówno się dostałam. Na jakie niebezpieczeństwo się narażam. Wcześniej to wszystko wyglądało niewinnie. Zabiłam wiele osób i nie uważam, że to błahostka, ale rzadko bałam się o własne życie tak bardzo jak dziś.
- Daj mi to, jeszcze bardziej wszystko rozpaprzesz. Sięgnęłam po wodę utlenioną i waciki.- usiadłam na wannie, naprzeciwko Justina.
- Nie, proszę. – odsunął się ode mnie i jęknął... Nawet go jeszcze nie dotknęłam. - Będzie szczypać…
- Dostałeś tyle razy w gębę i to – zaśmiałam się i pokazałam mu wacik nasączony wodą – ma cię boleć? Przestań, nie jesteś małym dzieckiem. Trzeba to odkazić.
- Poradzę sobie... możesz iść.
- Zamknij się, po prostu. – poprosiłam… naprawdę grzecznie, ale inaczej by się nie dało. – Zacznij mówić, coś do mnie, nie myśl o tym. – powiedziałam, widząc że nadal chciałby uciec z tej ciasnej łazienki.
- Ten dureń miał nóż... Nie zauważyłem go, bo spojrzałem na Jeva jak sobie radzi.- tłumaczył się i przerwał sycząc z bólu. Widziałam jak za każdym razem, gdy go dotknęłam jego mięśnie się napinały. Miał wielkie szczęście, że rana nie była głębsza i nie uszkodził sobie narządów wewnętrznych. Zabrałam jakąś maść i bandaż z samochodu. Przyłożyłam gazę, tak aby zakrywała całą ranę. Rozwinęłam bandaż, prosząc go aby się obracał. Na koniec oceniłam moją pracę i nie było tak źle. Powinno się trzymać. Potem spojrzałam na niego i mechanicznie zaczęłam oczyszczać mu jakieś zadrapania na twarzy. Nie wiem jak to się stało, ale nerwowo ciągle usiłowałam znaleźć jakąś jeszcze ryskę, która nie istniała, żeby ją oczyścić. Jego oczy uważnie śledziły moje ruchy. Wstałam, a on objął mnie ramieniem.
- Rachelle, starczy... już. – powiedział tuż przy moich ustach. Mogłam poczuć jego ciepły oddech na mojej skórze.
- Ale.. – chciałam już się obrócić i nawilżyć wacik. Strącił mi go z rąk i położył moją dłoń na swoim ramieniu. Przybliżył się i zetknęliśmy się ustami. Przeniósł swój wzrok od moich oczu i do ust, musiałam się podobnie zachowywać. Czułam jego smak, całą kwintesencje uczucia. Zatracałam się i pragnęłam. To było jak magnetyczna siła, której nie można przerwać. Tak delikatna, subtelna ale zarazem zdecydowana i ostra. W pewnej chwili zdałam sobie sprawę, co tak naprawdę do cholery robię. Oderwałam się od niego natychmiast.
- Czy ty musisz za każdym cholernym razem używać sobie na mnie tych twoich sztuczek? – zaczęłam.- Naprawdę, nie starczy ci wrażeń na dziś? Mam ci poprawić tę ranę? – warknęłam i szybko wyszłam z łazienki, żeby znaleźć chwile oddechu, oraz powstrzymać się przed jakimiś ruchami, których później będę żałować.
- A było tak miło.. - wyszedł za mną rozglądając się po pokoju, podrapał się po karku, w ten swój zabójczo gorący sposób. Boże, jak ja go nienawidzę.
- Nienawidzę ciebie, tej twojej pieprzonej gry aktorskiej i jeszcze jedno – wzięłam oddech.- Nienawidzę, gdy ktoś robi sobie ze mnie zabaweczkę i mnie sprawdza! – to ostatnie wykrzyknęłam. Spojrzał na mnie i nabuzowany opuścił pokój.
- Tak, idź sobie i śpij na dworze! Nie wracaj i nie licz na to, że te drzwi będą otwarte! – krzyknęłam za nim sfrustrowana. Dlaczego właśnie ja muszę się z nim męczyć?  Usiadłam na łóżku i wzięłam głęboki oddech. Nie mogę się przy nim rozpłakać. Jestem Rachelle Roberts, a ona nie pozwoliłaby na to nigdy. Po jakimś czasie wgapiania się w nagie ściany pomieszczenia, odsłoniłam zasłony, spojrzałam przez okno złożone z kratek oddzielanych czarną linią. Jak przeczuwałam, stał tam obrócony tyłem do mnie i palił papierosa. Głupi pozer!- pomyślałam i ze złością zasłoniłam okno, prawie nie drąc satynowego materiału. Przykryłam się kołdrą i zwinęłam się w pozycje embrionalną, bo znów zaczęło mi być okropnie zimno. 


****


Obudziłam się okryta kocem, a pod sobą słyszałam ciche pochrapywanie Justina. Przewróciłam się na drugi bok, aby go zobaczyć, a przy tym nie narobić większego hałasu. Te wspaniałe łóżko skrzypiało niemiłosiernie. Stwierdziłam, że Justin najlepiej wygląda, kiedy śpi. Przynajmniej wtedy się nie odzywa. Ten błogi spokój i zadowolenie na jego twarzy, kiedy chaos panuje na jego głowie było tak rozbrajające, że aż chciałam się do niego przytulić. I koniec. Bańka mydlana pękła. Dziewczyno, opanuj się... zapomniałaś z jakim debilem masz do czynienia?  Wreszcie zdałam sobie sprawę z tego, że jest mi nadzwyczajnie ciepło. Gdy zasypiałam cała się trzęsłam… Musiał mnie okryć kocem, gdy spałam. Dziwne, że nie skorzystał z okazji by wleźć mi pod kołdrę. Chyba wczoraj byłam dla niego zbyt ostra… ale w sumie co miałam zrobić jak facet całuje mnie bez uprzedzenia, wiedząc że mam chłopaka? Nie można też zapomnieć, że jest mistrzem uwodzenia, takie rzeczy przychodzą mu łatwo. Nie poddam się i będę z nim walczyć.. Ale w sumie naprawdę chcę z tym walczyć? Justin chyba wyczuł, że nie śpię i powoli się budził, więc udałam, że śpię. Ale ze mnie buntowniczka... Chwilę później poczułam jego usta na moim policzku. Przesunęłam głowę nie mogąc powstrzymać się przed pocałowaniem go w usta. Zawisnął nade mną. Nie ważne co myślałam, ile razy chciałam to powstrzymać. Gdzieś głęboko chciałam tego, chociaż nie mogłam się do tego przyznać. Moje ciało płonęło dla niego i pragnęłam go mieć jeszcze bliżej siebie. Chwyciłam go za gęste, miękkie włosy i ścisnęłam je w dłoni. Położył się na mnie i przykrył nas kołdrą. W sumie był cały zimny, ale już po chwili jego ciało stawało się coraz cieplejsze i napierało na moje. Kiedy już jego zdecydowane i ostre pocałunki nie pozwalały mi kompletnie oddychać, przeniósł je na moją szyje. Dłońmi wędrował po moim ciele, pieszcząc moje piersi i brzuch. Przyjemne dreszcze przeszły po mnie, gdy ugryzł mnie w szyje i wpił się w nią ustami. Sapiąc, na sam koniec ucałował mnie w czoło i spojrzał na mnie zadziornie.
- Wiedziałem, że nie śpisz.- mruknął.
- Spadaj. – powiedziałam, bo tylko na tyle starczyło mi powietrza w płucach.- Wykończysz mnie.
- Ale ja nawet…- przerwałam znów go całując. Wiedziałam, że za chwilę powie coś, co mnie zdenerwuje. Przy nim zapominam co robię, co myślę, a już na pewno nie mam bladego pojęcia, co można, a czego nie. Zanim dotarło do mnie to wszystko, musiałam przez chwilę ochłonąć, a przede wszystkim odciągnąć go od siebie. Właściwie, co ja teraz robiłam? A... tak. Miałam mentalną ochotę uderzyć się w głowę czymś perfidnie ciężkim, ale zrobię to, gdy nie będę miała widowni. Zachowuje się jak jakaś pieprzona niewyżyta nastolatka... Chwila? Przecież, to on pierwszy pocałował mnie w policzek czyli jednak to jest znowu jego wina. Dlaczego nie mogę tego zaprzestać? Dlaczego nie potrafię powiedzieć ,,nie''  Bo jesteś głupia - odpowiedziałam sobie. Teraz nie tylko chciałam się ponownie na niego rzucić, ale spanikowałam i musiałam odejść od niego jak najdalej można. Brak samokontroli mnie niepokoił, był dla mnie czymś nowym, a ja nie mogłam pozbawić się wszystkiego, nad czym pracowałam, przez jakiegoś chłopaka o niesamowitych oczach i oszałamiającym wyglądzie. 
Wstałam i poszłam do łazienki.
- Nie rozumiem, co ty chcesz tym osiągnąć. – westchnęłam patrząc mu prosto w oczy.
- Nie wszystko jest grą.- powiedział tajemniczo i uśmiechnął się.
- W naszym świecie nie ma niczego innego. Nie uważasz? – zerknęłam na niego uważniej.
- Jest, tylko ty nie chcesz tego zauważyć.– ponownie uśmiechnął się, wstał z łóżka, które sprytnie sobie przywłaszczył i podszedł do mnie.
- Ach, czyli to była kolejna lekcja? Przykro mi, ale to nie ja wpakowałam ci się do łóżka. Ty to zacząłeś.
- A ty to skończyłaś. – uciął tym swoim aroganckim tonem.- Chyba, że jeszcze nie, chcesz coś dodać, dokończyć...- prowokacyjnie znów przybliżył swoje usta do moich.
- Po pierwsze, daj mi przestrzeń. – powiedziałam odpychając go od siebie ręką i cofając się. - Po drugie, jesteś obleśny.- westchnęłam z politowaniem.- Po trzecie, jesteś jak zwykle irytujący.- powiedziałam takim tonem jakbym sobie nagle to przypomniała, po kolei wyliczając mu ładnie wszystko na palcach, żeby lepiej mnie zrozumiał.
- Gratuluję, właśnie zabawiałaś się z obleśnym facetem. Dzień jak co dzień.- brzmiało to tak, jakbym sprawiła mu swoimi słowami przykrość.
- Myślisz, że robię to dla siebie? Zmuszają mnie do tego. Jesteś po prostu chamem.- warknęłam pakując swoje rzeczy.
- Teraz nikt ci niczego nie kazał.- przypomniał mi.
- Masz racje, teraz to ktoś mnie zmanipulował, wykorzystując to, że jestem jeszcze nieprzytomna i nawet nie wie, jak bardzo będzie tego żałował. Nie jestem laleczką do próbowania, rozumiesz? - spojrzałam ze złością w jego oczy... Czy on myślał, że ja sama sobie wybrałam takie życie?
- Nic takiego nie powiedziałem. Dlaczego zawsze musisz robić awanturę? Nie wiesz, jaka ty jesteś irytująca. Z tym swoim wymyślaniem, dopowiadaniem różnych rzeczy i tym jak zawsze dramatyzujesz, chcąc pokazać, że jesteś lepsza od innych.
- Przykro mi, życie ze mną naprawdę musi być dla ciebie ciężarem. NIE WIESZ JAK BARDZO SIĘ CIESZĘ. – wrzasnęłam głośno. Jeszcze chwila, a zaraz go uderzę.
- Ogarnijcie się, bo nie wytrzymam. Co znowu? – jęknęła Monique wchodząc do naszego pokoju.
- Wiesz, drzwi służą do pukania. – upomniał ją Justin.
- Jednak nie są na tyle szczelne by zagłuszyć wasze krzyki. Co ty jej zrobiłeś? – zapytała widząc moją minę.
- W sumie, dosyć dużo rzeczy zanim tu przyszłaś. – znów ten uśmiech godny największego flirciarza na świecie. Monique spojrzała na mnie i mój chwilowy przyczajony uśmiech. Nie musieliśmy jej już nic więcej tłumaczyć.
- Zachowujecie się jak pieprzone piętnastolatki, albo pieprzycie się ze sobą, albo chcecie się zabić. Wybierzcie jedną opcje, a na chwilę obecną, zlitujcie się nad Jevem i dajcie mu spać, bo przyjdę tu następnym razem i utnę mu jaja.- przy tym ostatnim spojrzała na Justina.- Zrozumiano?
- Ja nie mam nic przeciwko.- powiedziałam z uśmiechem.
- Słonko myślę, że jednak masz, ale jeszcze o tym nie wiesz.- skwitowała i wyszła. 
- Trzeba się rozejrzeć po okolicy, a potem wrócić do twojego boskiego chłopaka.- powiedział po chwili.
- Fajnie, idź. Nie musisz się spieszyć i tak nie będziemy na ciebie czekać.- mruknęłam ze złością.
- Myślę, że poczekają, bo idziesz razem ze mną.- założył kurtkę.
- Coś ci się pomyliło, ja nic nie muszę.
- Owszem, musisz.- powiedział chwytając mnie bezczelnie za rękę i ciągnąc w stronę drzwi.
- Tak, a jeśli się nie zgodzę to niby co mi zrobisz? - parsknęłam.
- Pewnie dużo rzeczy, ale na razie to musi poczekać.- mruknął sam do siebie. Postanowiłam nie myśleć o tym, ale przyjemne dreszcze przebiegły po moim ciele. On miał w sobie to coś... Był wkurzający, przesiąknięty męską arogancją, ale mimo tego nie jedna by się na niego rzuciła.. Nie, żebym ja miała ochotę to zrobić... ale w sumie już to zrobiłam.. Może powinnam nienawidzić siebie? Jego słowa nigdy nie były prośbą, to był raczej rozkaz.. ale to właśnie sprawiało, że przyciągał mnie do siebie. 






___________________________________________


Przepraszam, przepraszam, przepraszam...
Liceum to jakieś nieporozumienie, 
właśnie głównie z tego powodu nie wyrobiłam się
z rozdziałem. 
Za co was jeszcze raz, najmocniej przepraszam. ;) 
Wkurza mnie to, że mam tyle pomysłów 
a potem gdy już to piszę... 
TO NAGLE ZAPOMINAM. Ugh, dobra. 
Cieszę się, że was przybywa, tak naprawdę dzięki waszym komentarzom 
pod ostatnim rozdziałem, pisałam po nocach. 
Rozdział sprawdzałam kilkanaście razy, ale jestem pewna, że 
następnym razem też bym coś wyłapała, a ponieważ
czekacie, co niektórzy z Was z niecierpliwością, 
dodaję taki jaki jest ;p 
Tęskniliście z Mike'iem? Tak, ja też nie xD 
Ale cóż, nic nie trwa wiecznie, nie? 





Powiem wam, że chłopcy z One Direction pozytywnie mnie zaskoczyli. 
Wcześniej nie byłam do nich przekonana, ale ostatnia piosenka
naprawdę jest świetna, a teledysk zasługuje na uznanie.






Chociaż nadal jest to blog o Justinie i nie sądziłam, 
że kiedykolwiek o nich coś napiszę, to żeby
było sprawiedliwie, planowałam to od jakiegoś miesiąca: 

środa, 28 sierpnia 2013

Rozdział 12


W poprzednim rozdziale...


Było ciemno, bo wokoło nie działały światła. Zrobiło się dziwnie cicho. Muzyka z klubu już dawno ucichła wraz z kolejną ulicą, którą przemierzałam. Nie chciałam tu być. Nie chciałam tu być sama. Czułam się jak mała dziewczynka, która zgubiła tatę i nie wie jak wrócić do domu. Ktoś szarpnął mnie z całej siły i przyparł do ściany.
- Justin, jeśli myślisz, że to jest śmieszne to…- zamarłam.

_________________________________



Przede mną stał Slade. Nie był już taki potulny. Na jego twarzy malowała się wściekłość.
- Przykro mi słoneczko, ale pomyliłaś osoby.- splunął na mnie.- Co ty sobie myślałaś? Że tak po prostu wyjdziesz z tego klubu i wrócisz do swojego przydupasa? - spojrzał na mnie swoimi ciemnymi oczyma i zacisnął swój uścisk.
- Puść mnie.- syknęłam przez zęby ukrywając strach.
- Dzisiaj jesteś moja, a że nie chciałaś mnie, kiedy byłem dobry to teraz będę zły. Może taką grę wolisz co?
- Nawet nie wiesz, jak wielki błąd popełniasz.- powiedziałam z nienawiścią w oczach.
- Cóż ja nie jestem tym, za kogo mnie uważasz. Ale każdy popełnia błąd, prawda? - przybliżył swoją ohydną twarz do mojej.- Na przykład, twoi pomocnicy woleli chronić swoją dumę i co się stało? Daję moim ludziom góra pół godziny i będą martwi. Chcesz ich w torbie, czy wolisz jeszcze ostatni raz pocałować swojego obrońcę?
Skąd on do cholery o nas wie? To jest niemożliwe. Musieli wiedzieć, że przyjedziemy na długo wcześniej, żeby tak to wszystko zorganizować. O co tutaj chodzi? Jakim sposobem w ogóle się dowiedzieli? Pieprzony Justin, wszystko zaczyna się komplikować, od kiedy on się pojawił. Całkiem znikąd. Kim on w ogóle jest? Czy to nie dziwne? Każda misja, nawet ta najłatwiejsza się nie powodzi. Głównie on zawsze jest w centrum problemów, które pojawiają się tak nagle. Teraz nie mogę bezpiecznie uciec. Powinnam uwierzyć, że to zbieg  okoliczności, że to przypadek, że akurat ja muszę być ofiarą? Jeżeli Slade mnie zabije, zrobię wszystko, żeby z góry nawiedzać go snach każdej nocy, aż sam będzie chciał się zabić.
Obracałam głowę w różne strony jakby to miało pomóc mi, w zwiększeniu przestrzeni między Sladem, a mną.
- Nie zrobisz tego.- powiedziałam ze łzami w oczach próbując się uwolnić.
- Wiesz, na początku ci się udało. Prawie uwierzyłem, że jesteś zwykłą pustą lalunią. Kolejną do mojej kolekcji.- tu uśmiechnął się szyderczo i dwuznacznie. – Jednak ty nie jesteś normalna. I…- przez chwilę ucichł i przybliżył usta do mojego ucha.- Choćbym miał cię zarżnąć na śmierć, dowiem się co knujesz i z kim współpracujesz. To jest mój teren.- warknął i mocno ścisnął moją rękę. Krzyknęłam wystraszona. Muszę się uwolnić. Z desperacją nadepnęłam z całej siły jego stopę, co spowodowało, że mnie puścił. Nie tracąc czasu kopnęłam go najmocniej jak potrafiłam w krocze i uderzyłam torebką w głowę. Wylądował na ziemi i skulił się z bólu.
- Tym razem przyjemny wieczór spędzisz na dworze. - powiedziałam z triumfem w głosie i przegryzłam nerwowo wargę.
- Suka! - usłyszałam za sobą, ale nie przejęłam się tym.
Nagle rozległ się strzał z pistoletu. Przeraziłam się. Miałam mało czasu, żeby odnaleźć chłopaków, a jeszcze mniej, by uciec przed Sladem. Biegłam tak szybko jak mogłam w kierunku odgłosów bójki. Skrywałam nadzieję, że to są oni. Próbowałam podejść bliżej, tak cicho, by nie zwrócili na mnie uwagi. Wychyliłam się zza ściany budynku. W ślepej uliczce było trzech mężczyzn, tych samych, którzy zatrzymali nas przy wejściu. Dwóch trzymało Justina. Trzeci stał bokiem do nich kilka metrów dalej.
- Teraz już nie jesteś taki mądry, ha? – mówił jeden przykładając pistolet do głowy Justina. Na szczęście stał obrócony do mnie tyłem. - Piesek przestał warczeć? No proszę, proszę. Poszło szybciej niż myślałem.
- Tak się właśnie zastanawiam, kiedy przestaniesz bawić się bronią, której nie potrafisz użyć.- odpowiedział zanadto znanym mi tonem mój trener. Bałam się o niego, chciałam krzyczeć, żeby przestali i zostawili go w spokoju. Nie, to było bez sensu. Nie widziałam wszystkiego, nie wiedziałam ilu ich jest, a nawet gdyby - szanse, że rzeczywiście im pomogę i wyjdę z tego cało były znikome. Czułam, że jestem bezradna. To uczucie, z którym nie można się pogodzić. Jest okrutne. Wsłuchiwałam się dalej.
- Wiesz, polubiłem cię. Jesteś twardy i silny. Gdybyś miał trochę oleju w głowie, przeszedłbyś na naszą stronę.- zaśmiał się drugi.
- Cóż, a ja ciebie nie lubię.- dostał w twarz.- I nigdy nie polubię. Chociaż miałbyś mnie tak walić godzinami, bo tylko na tyle cię stać. – Co on chce zrobić? Takim gadaniem tylko ich rozwścieczy...
- Ta mała musi naprawdę dla ciebie wiele znaczyć.- mruknął jeden kucając przy nim.- Cóż, ma dosyć długie nogi...- dodał i westchnął.
- Zła wiadomość jest taka, że nigdy się do nich nie dobierzesz. 
Zachowywał się tak, jakby to on był na wygranej pozycji. Nie wiedziałam, że będzie mnie tak bronił. W życiu bym go o to nie podejrzewała.
- Jeśli nie ja, to zrobi to ktoś inny ode mnie, ale na pewno nie ty, tak więc… - uniósł jego głowę, ale Justin wyszarpnął mu się. – Moi przyjaciele właśnie przeczesują klub i jestem pewien, że zaraz przyjdzie się z tobą pożegnać. – na te słowa Justin wpadł w szał.
- Jedyną osobą, która będzie się żegnała będziesz ty. Dorwę cię i nie spocznę, aż nie wykorzystam wszelkich możliwych tortur. Skończysz parę metrów pod ziemią, więc korzystaj z życia. – krzyknął, bardzo wkurzony i podniósł się, ale tamten uderzył go łokciem w głowę, przez co Justin upadł z powrotem na kolana na ziemię. Wstrzymałam oddech. - Nie baw się ze mną, bo to najgorsze, co mógłbyś zrobić.- dodał Justin wypluwając jak podejrzewałam krew z ust.
- Skoro tak bardzo tego chcesz, ale ona i tak zobaczy cię martwego. Nie odmówimy jej tej przyjemności co? – odezwał się do swojego pomocnika. Ten kiwnął głową z równie wrednym uśmieszkiem. Znów przyłożył mu pistolet do głowy i dusił jego szyję swoim ramieniem.
- No to powiedz dobranoc...
- Niee! – krzyknęłam wychodząc zza rogu. Mężczyzna, który celował w Justina spojrzał na mnie i puścił go. Nie spodziewał się mnie. Teraz zauważyłam nieprzytomnego Jeva przypiętego łańcuchami do muru. Wyglądał okropnie, miał wory pod oczami i cały był siny. Jego blada twarz wyglądała bardzo marnie.
- Rachelle? Kurwa.- jęknął Justin, widząc mnie. Na ustach miał rozcięcie, a na odkrytych częściach ciała widniały wielkie siniaki. Stróżka krwi ciekła z jego nosa, a brew też pokrywała czerwień, ale rana na niej już się zabliźniała. Wzniósł oczy ku górze, a ja wiedziałam, co sobie pomyślał. ,,Jeszcze teraz jej tu brakowało.''  Czułam się jakbym znalazła się w jakimś bardzo kiepskim melodramacie, ale mój strach nie był grą aktorską, on był prawdziwy, tak jak nieopanowane drżenie rąk.
- O spójrz. Przyszła do ciebie. I to jeszcze sama. Jestem pod wrażeniem. Naprawdę.- zaczął klaskać.
- Wiesz, jeszcze cię nie znam, a już cię nienawidzę.- zerknęłam na Justina, który jak widać nie pałał entuzjazmem na mój widok. Nie był zadowolony z obrotu sytuacji i na pewno mu tym wrzaskiem nie pomogłam. Ochroniarz szedł w moją stronę z wymalowaną satysfakcją na twarzy.
- Jak uciekłaś Slade’owi? – zapytał, nie kryjąc zainteresowania.
- Ma się swoje sposoby. To było naprawdę łatwe. Jeżeli on jest takim idiotą i jest twoim szefem, to ty musisz być jeszcze głupszy.- stwierdziłam, kontynuując drażnienie go. Zerknęłam na Justina. Zrozumiał mnie. Wstał i powalił jego pomocnika. Nim ten zdołał wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, wbił mu nóż w brzuch.
- Pożałujesz tego, co powiedziałaś.- warknął skupiony tylko na mnie i wyciągał ręce w moją stronę. Justin zdołał ocknąć Jeva, który otworzył oczy i nie wiedząc co się dzieje wokół, już szykował się do otwarcia ust, ale Justin zakrył je swoją dłonią w ostatniej chwili i rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie, skinął głową na mnie i ochroniarza. Przeciął łańcuch, a podchodzący do mnie mężczyzna obrócił się. Byłam w totalnym szoku, kiedy mój wzrok zarejestrował to, że mój trener biegnie wprost na niego. Co on robi? Chce połamać jego i siebie?
- Mówiłem, nie dotykaj jej.- warknął i psiknął mu w oczy gazem, który ode mnie dostał. Facet zaczął krzyczeć i przykładać palce do oczu, a my biegliśmy przed siebie. Później tylko słyszeliśmy jak głośno przeklina. Starałam się jak najszybciej znaleźć drogę do parkingu, na którym zostawiliśmy Monique. Nie zorientowałam się, kiedy Justin chwycił mnie za rękę i ciągnął mnie do przodu, jakbym mogła jeszcze szybciej biec. Za nami nieco wolniej biegł rozkojarzony Jev, ale dzielnie udawał, że się jeszcze trzyma, jakby nic się nie stało. Co miał innego zrobić? Stanąć, użalać się nad sobą i poczekać, aż znów nas dogonią? Ja bym tak pewnie zrobiła, ale nie byłam sama. Może rzeczywiście wcale nie jest lepiej pracować w pojedynkę? Musiałam to przyznać, że z dwojga złego lepiej mieć kogoś obok. Zaczynałam się przekonywać do Justina. Przyłapałam się nawet na tym, że gdy tylko go zobaczyłam w tym zaułku zapominałam zupełnie o co byłam na niego wściekła, co chciałam mu wygarnąć, za co chciałam na niego nakrzyczeć i co zrobił, że tak bardzo chciałam go niekiedy zabić. Liczyło się, że jest i żyje.
- Możemy zwolnić, błagam ja nie dam rady.- wydusiłam z siebie, gdy błądziliśmy między starymi kamienicami. Nie czułam swoich nóg i w pewnym momencie po prostu nie miałam pojęcia jak się oddycha. Nawet nie wiedziałam, gdzie się podziały moje płuca. – Na pewno już ich zgubiliśmy.- zapewniałam, żeby tylko dali mi przez chwilę odetchnąć. Justin spojrzał na mnie z uwagą, a potem skontrolował stan Jeva, który zbladł jeszcze bardziej, chociaż wcześniej wydawało mi się to niemożliwe.
- Prosiłem cię, żebyś się stamtąd nie ruszała.- wiedziałam, że Justin musiał to kiedyś zacząć, ale nie wiedziałam, że ma tak świetne poczucie czasu, żeby robić to teraz.
- Jakbyś nie wiedział, że cię nie posłucham.- mruknęłam.- Może miałam się tam schlać i poczekać, aż oni przyjdą po mnie? – zapytałam cynicznie.
- Gdybyś została, poradziłbym sobie z nimi i teraz ze spokojem siedzielibyśmy w samochodzie.- podniósł ton, był bardzo zdenerwowany, ale nie widziałam powodu, żeby wyżywał się na mnie.
- Nie widziałam, żebyś sobie radził jak cię tam lali.
- Nie potrafisz walczyć, dlatego nie rozumiesz. Nie posłuchałaś się mnie! Prosiłem cię.- mówił szybko i z wyrzutem. – Swoim przybyciem, wywołałaś kolejny problem. Muszę chronić twój tyłek, zamiast ich zabić.
- Świetnie, bo liczyłam bardziej na coś w stylu: ,,Dziękuję za uratowanie życia, Rachelle.’’ No ale jak wolisz.
- Poradziłbym sobie bardzo dobrze bez ciebie.
- Pewnie tak samo dobrze jak bez tego gazu.- dogryzaliśmy sobie dalej.
- Akurat nie musiałbym go używać, gdybyś ty się tam nie znalazła. – pretensjonalny ton głosu przybierał na sile.
- Przestańcie wreszcie! – wrzasnął desperacko Jev, kiedy miałam uświadomić Justinowi, że zamiast tu stać miałby kulę w swojej czaszce i co najwyżej mógłby skończyć jako warzywo. Spojrzeliśmy oboje na Jeva i postanowiliśmy zignorować.
- Nie, wcale.. kiedy wreszcie przyznasz… - awanturowałam się dalej, dopóki mi nie przerwano.
- Tak właśnie myślałem ile tutaj będziecie tak biegać. Naprawdę, zabawnie to wyglądało. Trzeba być debilem, żeby uwierzyć że można mnie pokonać na moim terenie.- ścisnęłam mocniej rękę Justina, bo doskonale wiedziałam, do kogo należał ten głos. Obróciłam się w stronę, z której dochodził ten szyderczy ton.
- Slade, jaka szkoda, że nie przywaliłam ci mocniej.- mruknęłam pod nosem i uśmiechnęłam się sztucznie, ale byłam pewna, że moje słowa trafiły do niego.
- Powinnaś się domyśleć, że takie sztuczki mnie nie zatrzymają. Może myślałaś, że po takim czymś już się nie podniosę? – zaśmiał się.-  Nawet nie żałowałaś czasu, żeby się obrócić i sprawdzić, czy rzeczywiście unieszkodliwiłaś mnie.- podchodził coraz bliżej, ale żadne z nas się nie cofnęło. Najgorszym, co możesz w takiej sytuacji zrobić jest okazanie strachu. Twój przeciwnik wtedy czuje się pewniejszy. Za Slade’em stanęli kolejni napakowani koledzy. Było ich razem czterech. Kiedy w końcu przestaną tak się głupkowato uśmiechać, to zaczyna być przerażające…
- Jesteś naprawdę urocza. Zrobiłbym sobie z ciebie moją zabawkę, ale lepiej będę się bawić, jeżeli jemu zadam ból, torturując ciebie.
- To dziwne, bo on akurat cierpiałby najmniej.- powiedziałam twardo patrząc Slade’owi prosto w oczy.
- Jesteście tak słodcy, posłuchałbym jeszcze tych bzdur, ale interesy mnie wołają.- obrócił się, chcąc odejść, dał znać swoim opryszkom, że mają się nami zająć.
- Nie masz jaj, Slade. Czemu sam nie pokażesz nam kto tu rządzi? Skasowałbym dwoje twoich ludzi za jednym ciosem. Boisz się? – odezwał się wreszcie Justin. Skarciłam go wzrokiem, ale nawet tego nie zauważył.
- Co ty robisz do cholery? Postradałeś zmysły? - syknęłam mu do ucha.
- Na mój znak, masz uciekać. Nie obchodzi mnie nic, spadaj stąd i znajdź Monique.- powiedział i wiedziałam, że nie mogę z nim już dyskutować. Decyzja zapadła. Nie chciałam go tam zostawiać. Co mógł zrobić sam z wykończonym Jevem? Co będzie jeśli już nigdy go nie zobaczę? Spojrzałam w jego oczy, które nie wyrażały, żadnych uczuć. Wiały chłodem. Był strasznie odważny i pewny siebie, nie wiem skąd brał tę siłę. Rzuciłam się biegiem, próbując odnaleźć chociaż tylne wyjście klubu, które pokazał mi barman. Biegłam szybko nie zważając na nic, czułam jak łzy napływają mi do oczu. Wszystko przede mną było rozmazane, ale biegłam dalej. Nie wiedziałam, czy dobrze zrobiłam. Zostawiłam ich tam, a sama jak ostatni tchórz uciekłam. Oni muszą wrócić. Nie ma innej opcji. I w to właśnie chciałam wierzyć. W niektórych sytuacjach tylko wiara czyni cię silnym i pozwala ci przetrwać najgorsze chwile.




Wszędzie ludzie w czerni. Smutna pieśń rozbrzmiewała podczas marszu żałobnego. Tak wielki tłum, tyle nieznanych twarzy. Ona również była ubrana na czarno. Dziewczynka szła dzielnie, usiłując swoimi tycimi nóżkami dorównać mamie, która dzisiaj jakoś dziwnie nie chwiała się na boki. Spojrzała na jej twarz. Wiedziała, że jej oczy są opuchnięte, a powieki zaczerwienione. Natomiast mama miała tylko sińce pod oczami, od nieprzespanych nocy. Mała słyszała jak jej mama wymyka się w nocy czasami sama, czasami wychodziła z kimś. Nie wiedziała dokładnie z kim, ale już rozpoznawała ten charakterystyczny tupot butów i czasem niknący szept, który przyprawiał ją o dreszcze. Czasami miała ochotę powiedzieć : ,,Mamo, nie odchodź.’’ ale wiedziała, że mama nie posłuchałaby jej. Podczas gdy marzeniem innych dziewczynek było posiadanie nowej lalki Barbie albo kucyka, ona dokładnie wiedziała czego chce. Chce, żeby jej tata wrócił. Chce czuć się przy nim bezpiecznie. Ale czym są pragnienia takiej małej istoty jak ona? Niczym, w tak wielkim świecie. Widziała oczy mamy. Miały tą samą bezduszną barwę, pozbawioną dawnego blasku. Iskry dawnych uczuć, które się przez nie przelewały były tylko wspomnieniem. Teraz nie było w nich nic. Pustka. Jakiegokolwiek wyrazu, który wskazywałby na to, że obie żegnają się z tatą. Pokerowa twarz, posąg – bez uczuć, robot – bez duszy. Czuła jak łzy napływają jej do oczu, kiedy spojrzała na białą trumnę w dole. Wzięła w swoją malusieńką rączkę garstkę czarnej ziemi i rzuciła ją ze złością i żalem na trumnę.
Dopiero wtedy dotarło do niej, że to koniec. Nie ma już żadnej szansy, żeby go znowu zobaczyła. Nie na tym świecie.
- Dlaczego, tato? Dlaczego mi to robisz? Dlaczego mnie zostawiasz? Śpij i poczekaj na mnie.- wypowiedziała bezgłośnie. Może była mała, ale doskonale wszystko rozumiała. Obserwowała mamę, która wydawała się być znudzona. Nie widziała w tym dniu, choćby jednej łzy na jej policzku. A kiedy zapytała mamę:
- Będziesz tęsknić? - ona nie odpowiedziała nic, ale dziewczynka wiedziała, że musiała słyszeć jej pytanie. Obróciła się. Ujrzała czarny płaszcz, szary szal i czarny kapelusz oraz twarz człowieka, który zniszczył jej dzieciństwo…




Wreszcie znalazłam główną drogę prowadzącą do parkingu. Moje obolałe nogi od obcasów wołały ,,Ratunku!’’, ale nie to było najważniejsze. Gdy tylko znalazłam się przy białym SUV-ie Monique poczułam ulgę, ale tylko chwilową. Uderzałam w samochód pięściami, żeby mi otworzyła. W końcu, ocierając oczy, zorientowałam się, że nikogo w środku nie ma. To było dla mnie za dużo. Rozpłakałam się na dobre. Osunęłam się na ziemię i skryłam się między samochodami. Byłam sama. Całkiem sama, bez możliwości ucieczki, wystawiona na śmierć. Nie wiem ile przesiedziałam tak między tymi samochodami, ale doznałam jakiś halucynacji. Zauważyłam postać zbliżającą się ku mnie. Nie miałam siły nawet się schować. Zabiją mnie i tak - pomyślałam.
- Rachelle, na litość boską, co ty robisz? – usłyszałam. Ujrzałam ciemne blond loki.
- Monique! – spojrzałam w jej błękitne oczy. O mało nie dostałam zawału.- Zdurniałaś? Gdzie byłaś? - pytałam pozwalając, aby Monique pomogła mi wstać.
- Nie było was tak długo, że postanowiłam się rozejrzeć po klubie. Nie wiedziałam gdzie was wcięło. Gdzie chłopcy? - zapytała błądząc wzrokiem po mojej twarzy.- Płakałaś? Dlaczego?
- Bo oni i Justin, Slade… Boże... oni nie mogą... Mike – zaczęłam bełkotać bez ładu i składu. Monique z zadziwiającym spokojem położyła mi ręce na ramiona prosząc bym się uspokoiła, przytuliła mnie i zaproponowała, żebyśmy wsiadły do samochodu, na wypadek by nikt nas nie rozpoznał i żebyśmy nie rzucały się w oczy, nie wzbudzały niepotrzebnej sensacji czy uwagi przechodniów. Kiedy wreszcie zdążyłam sobie poukładać w głowie wydarzenia sprzed kilku godzin, opowiedziałam jej wszystko od momentu opuszczenia samochodu. Słuchała mnie z uwagą i już wiedziałam, że próbuje wymyślić plan działania, bo ja byłam teraz całkiem nieprzydatna.
- Poczekamy na nich, jeżeli nie wrócą do czwartej pojedziemy szukać jakiś śladów i poinformujemy Mike’a. – tego właśnie najbardziej nie chciałam. Konfrontacja z Mike’iem... ale i tak rozsądek, którego ostatnimi czasy miałam coraz mniej, podpowiadał mi, że i tak nie obejdzie się bez tego. Wiedziałam, że jego siostra pewnie boi się o nich tak samo ja, ale ktoś musiał być opanowany. Ona zawsze była twarda... ja natomiast czasami musiałam taką udawać. Z braku sił i dużego zmęczenia tym wszystkim obie zasnęłyśmy – ja z głową na jej ramieniu, ona oparta o moją głowę.





______________________________


Wróciłam! 
Bardzo się cieszę, że wreszcie jestem w domu.
Mam nadzieje, że nie traciliście czasu i 
wszystko, co chcieliście zrobić w te wakacje, wam się udało.
Jeśli nie, to natychmiast wykorzystajcie ostatnie dni!
Przydałby się jeszcze tydzień... 
Nie po to harowałam 10 miesięcy by dostać tylko dwa wolnego...
Co do bloga, nie wiem jak poradzę sobie w nowej szkole, ale 
na pewno napiszę kiedy będzie następny rozdział.
Możecie się zapisać w liście informowanych , podać mi swojego twittera 
i na pewno was zawiadomię osobiście.


Podziękować za tą wspaniałą nutkę. Jestem z niego tak dumna! 
Niech dalej spełnia swoje marzenia, przy okazji uszczęśliwiając też nas. 






Jeśli rozdział się podobał, albo macie jakieś uwagi pozostawcie komentarz. ;p 
Każdy motywuje mnie i nie ukrywam, że bardzo się cieszę czytając je. 


Możecie podać mi swoje blogi, chętnie przeczytam, gdy znajdzie się czas xD


CZYTASZ = KOMENTUJESZ



sobota, 6 lipca 2013

Rozdział 11





W głowie miałam mętlik. W tym momencie byłam przerażona. Czemu zawsze wszystko musi się komplikować? Problemy z jakimi się zmierzałam znacznie różniły się od innych. Wyniki moich wszystkich działań, decydowały o życiu i śmierci.
- Dlaczego? – spytałam bezsilnie.
- Myślą, że tym pokażą Mike’owi swoją siłę.- odparł, odwracając ode mnie wzrok. 
- Idę z wami. Nie pozwolę, żeby któryś z was decydował, co się ze mną stanie. To jest moje życie! Nie jestem jakąś pieprzoną zabawką, którą można sobie przekazywać z ręki do ręki!
- TY? Z nami? - uniósł brwi i spojrzał na mnie w taki sposób jakbym przed chwilą pomachała mu ze spodka UFO, a potem wróciła na ziemię. – Oszalałaś.
- Umiem się bronić. Nie ty o tym decydujesz.
- Tak? To kto? - spytał bardzo pewny tego, że to on tutaj szefuje.
- Możesz być panem swojego życia, ale w moje się nie wpieprzaj.- warknęłam zła. 
- Jeszcze zobaczymy. - mruknął pod nosem.
- Coś mówiłeś? – zapytałam w momencie, kiedy ktoś zapukał do drzwi.
- Halo? Jest tam kto? Potrzebujesz pomocy? - usłyszałam jakiś męski głos. Świetnie, po prostu świetnie.
- Idziemy.- zadecydowałam, próbując podciągnąć się na kaloryferze by wyjść przez okno.
- Nie. Ty nigdzie nie idziesz.- powiedział mi na ucho, chwytając mnie za rękę i sprowadzając mnie z powrotem na ziemię.
- Nie ty będziesz o tym decydował.- spojrzałam na niego z furią w oczach.
- Właśnie, że ja. - był nieugięty.
- No to się zdziwisz.
- Rachelle, nie mamy czasu. Masz tu zostać, za półgodziny stąd wyjdź i poszukaj Monique. Teraz wmieszaj się w tłum, żaden z podejrzanych facetów nie może zwrócić na ciebie uwagi. Wynajmij pokój, jeśli będzie trzeba.- mówił bardzo szybko z uwagi na to, że nikt nie mógł go tutaj zobaczyć.
- Nie! - zaprotestowałam, chcąc dalej przekonywać go, że dam sobie z nimi radę i im pomogę.
- Koniec dyskusji.- uciął stanowczo.
- Ale co będzie z tobą!- prawie krzyknęłam wymachując rękami. - i Jevem..- dodałam ciszej w ostatniej chwili, żeby nie wyobrażał sobie, że szczególnie martwię się o niego...
- Proszę, niech pani odsunie się od drzwi, będziemy je wyłamywać.- powiedział inny nieznany mi męski głos, prawdopodobnie ochroniarz.
Justin uniósł swoją bluzkę odsłaniając kawałek swojego umięśnionego, nagiego ciała. O pasek od spodni miał zaczepioną broń, wyciągnął ją, wyjął z kieszeni swojej czarnej, skórzanej kurtki naboje i naładował pistolet.
- Damy sobie radę.- Faceci, tak wy zawsze dajecie sobie radę. Wy zawsze wiecie jak coś porządnie spieprzyć, a tu chodzi o mnie! – Rachelle, NIE.- dodał widząc, że otwieram usta, aby dalej protestować.  Uznałam, że to nie ma sensu, za chwilę otworzą drzwi i będą kolejne problemy. Lepiej, żeby jego tutaj nie zastali.
- Idę, proszę cię, posłuchaj mnie.- poprosił łagodnym głosem, wchodząc na kaloryfer i otwierając okno, którym przed chwilą wszedł. Spojrzał na mnie uważnie, chcąc być pewnym, że się poddałam.
- Poczekaj.- schyliłam głowę, sięgnęłam po torebkę, w której znalezienie czegoś graniczyło z cudem i dałam mu gaz pieprzowy.- Weź to.
- Rachelle, to jest bez sensu. - z lekceważeniem rzucił wzrokiem na puszkę i odwrócił się się w stronę okna.
- Weź to do cholery. I nie gadaj.- spojrzałam na niego ostro, licząc że pod wpływem mojego nieustępliwego wyrazu oczu zmuszę go do tego.
- Ale…
- Weź to, bo pójdę za tobą.- syknęłam, przerywając mu. Niezadowolony zrobił to, o co go poprosiłam i w dwie sekundy ulotnił się z pomieszczenia, akurat  gdy wyłamano drzwi. Mieliśmy cholerne szczęście. Okej, graj idiotkę.- pomyślałam.
- Nic pani nie jest? - powiedział mężczyzna, który był bardziej zaabsorbowany sytuacją niż ja sama, chociaż to ponoć ja tu utknęłam.
- Nie, nie. Weszłam tu..- myśl...- weszłam tu i te drzwi po prostu się zamknęły.- zrobiłam słodki i przygłupi uśmiech. Tak, mogłam wymyślić coś bardziej inteligentnego, ale najwidoczniej wzięłam sobie swoją uwagę do serca.
- Czemu pani nie wzywała pomocy? - zapytał ktoś bliżej mi nieznany. Tak naprawdę, żeby to trafniej ująć każdy z tego zbiorowiska nie był mi bliżej poznany i miałam nadzieje, że tak zostanie.
- Bo ja... straciłam nadzieję...- uderzyłam się mentalnie głową o mur.- Muzyka była tak głośna, że naprawdę nie wiedziałam czy ktoś mnie usłyszy.- spojrzałam na nich niewinnym wzrokiem pięcioletniego dziecka, jakbym za chwilę miała się rozpłakać.
- To dlaczego w zamku jest jakaś dziwna spinka? – Sam jesteś dziwny... Boże, jak ja mogłam o niej zapomnieć? Rachelle, doprawdy profesjonalnie. Może mi ktoś wytłumaczyć, czemu gdy zawsze jestem wściekła na siebie widzę przed oczami ten szyderczy uśmiech Justina?! Swoją drogą, gdyby nie kazał mi tu przyjść, nie byłoby problemu. Ale, że on tak bardzo, ale to bardzo lubi zaciągać mnie do damskich łazienek, musiał to zrobić.
- Spinka? – spojrzałam na niego niemrawo.
- Tak, spinka.- i w takim momencie masz ochotę zabić gościa, rzucić się na niego z rękami i przybić do ściany.
- Ach… Nie wiem skąd się tutaj wzięła.- uśmiechnęłam się do całego zbiorowiska i wyszłam jak najszybciej z toalety. Ruszyłam w stronę baru, wymacałam portfel z dna torebki, co wierzcie mi – nie jest takie łatwe jakby się mogło zdawać. Usiadłam na krześle i czekałam na barmana.
- Co podać?
- Martini z lodem poproszę.- Kelner uśmiechnął się do mnie szczerze i parę sekund później nalał mi cudowny napój do szklanki.
- Tamten facet się na ciebie gapi, ale ty chyba nie jesteś nim zainteresowana.- spojrzałam za siebie i zobaczyłam Slade’a, który jak tylko zauważył, że odwracam głowę w jego stronę postanowił udawać, że nawet na mnie nie spojrzał. Godne dwunastolatka.
- Skąd wiesz? – zapytałam, upijając łyk napoju.
- Musiałaś mu zaleźć za skórę, bo patrzy na ciebie jakbyś zabiła co najmniej z dziesięć osób, a on byłby następny w kolejce.- barman oparł się o blat, a jego oczy były skierowane prosto na mnie. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Gdyby wiedział, jak bardzo dosłownie można traktować jego słowa, nie stałby tak blisko.
- Lepiej uważaj, może faktycznie jestem mordercą? – zaśmiałam się. Na chwilę się zawahał, przyjrzał mi się uważnie, a potem otworzył usta by dalej kontynuować.
- Wiesz, ta praca naprawdę wiele uczy. Siedzisz i obserwujesz ludzi.
Dowiadujesz się o nich więcej, niż dowiedziałbyś się rozmawiając z nimi przez godzinę.- mówił wycierając szklanki.- Spójrz na tą blondynkę stojącą przy ścianie, jest bardzo zdenerwowana i chorobliwie zazdrosna o swojego chłopaka, nie chce zostawiać go samego, więc musiała pójść za nim do klubu i myśli, że on nadal jej nie zauważył, a ten chciał tylko napić się i pobawić z kumplami... O, a tamta brunetka w okularach z tą rudą punkową... ona pierwszy raz weszła do klubu i nie ma pojęcia jak się zachować. Myśli, że jej przyjaciółka pomoże jej poderwać tego szatyna z piercingiem. - wskazywał kolejno na ludzi, a ja podążałam za jego palcem. Jego spostrzeżenia były niesamowicie prawdopodobne. - A ty, nie jesteś tu z własnej woli.- odparł, kładąc szklankę po wypolerowaniu na półkę. Zaintrygował mnie w ten dobry, pozytywny sposób.
- Masz rację.
- Jesteś naprawdę ładna, nie rozumiem co tu robisz sama? – w jego oczach dostrzegłam zaciekawienie pomieszane z niezrozumieniem.
- Cóż, tak bywa.- odpowiedziałam nadal go ilustrując.- Nie ma nikogo, kto zwróciłby moją uwagę.
- Nieprawda. Kłamiesz. – zarzucił mi, ale nie przestał się uśmiechać. To było dziwne. Praktycznie znałam go chwilę, a wydawało mi się jakbym go znała dobrych parę lat. Przypominał mi Scoota, ale nie był tak opanowany jak on.
- Po czym ty to wszystko wnioskujesz? – zapytałam, będąc pod wrażeniem jego nieomylności.
- Wierzysz w magię? - zapytał poruszając brwiami.- Jestem jak Harry Potter, tylko w lepszym wydaniu.- wskazał obiema rękoma na swoją klatkę piersiową. Zaśmiałam się, odgarniając włosy z twarzy.
- Nie, ale serio pytam.- powiedziałam nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
- Mogłabyś iść do tego gościa i dalej się z nim bawić. Jednak tego nie zrobiłaś i wybrałaś bar oraz Martini, które powinno cię podnieść na nogi.- puścił mi oko.
- Hmm… niespodzianka? – zapytałam uradowana biorąc łyk napoju.
- Wyglądasz na inteligentną dziewczynę, dlatego dostajesz gratis. Nie bój się, nie wywołuje halucynacji. Możesz mieć tylko więcej siły i być nadpobudliwa.- ostatnie zdanie wypowiedział ciszej. Wiem, że nie powinnam tego robić, ale zapisałam na kartce swój numer telefonu i przysunęłam w stronę jego ręki. Spojrzałam na niego zalotnie, a on uśmiechnął się i włożył ją do kieszeni.
- Kimkolwiek on jest uważam, że powinnaś go teraz znaleźć i powiedzieć mu prawdę.- przez jego źrenice przebiegł tajemniczy błysk. Widziałam swoje odbicie w jego oczach.
- Ten ktoś, o kim mówisz... jest dość skomplikowany.- mruknęłam, nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa, opisującego mojego trenera.
- Przepraszam, ale ty też nie wyglądasz na łatwą.- mrugnął do mnie szykując kolejne drinki.
- Nie jest wart mojego czasu. Można powiedzieć, że jesteśmy na siebie skazani.- Tak właściwie, to ja jestem na niego skazana – pomyślałam, nie mając zamiaru tego mówić na głos.
- Ale ty zdążyłaś się z tym pogodzić. Nie walczysz. Znaczy, że to ci się podoba. - uśmiechnął się złośliwie.- Tak, z pewnością jesteś bardzo skomplikowana. Jak każda dziewczyna. - przyznał sobie rację. Czemu mnie zawsze ciągnie do takich typów? Musze mieć wbudowany gen autodestrukcji.
- Przepraszam, chcesz powiedzieć, że te blondyny - wskazałam na grupkę dziewczyn otaczających boskiego Slade’a. – Są skomplikowane?
- Niee... to są proste dziewczyny, ty masz to COŚ. - uśmiechnął się po raz enty przez całą naszą rozmowę. Przeszedł na drugi koniec baru i przyjął kolejne zamówienia. Rozejrzałam się po klubie. Poczułam nagły przypływ strachu. Nie byłam uważna i wdałam się w jakąś psychologiczną rozmowę. A przecież nie jestem tu na żadnych pogaduszkach. Muszę uważać.
- Praca wzywa.- mruknął niezadowolony do mnie układając butelki.
- Nie przeszkadzaj sobie. - uśmiechnęłam się, wypijając moje Martini do dna. Po chwili wszyscy pijani klubowicze przenieśli się na kanapy, a przy barze siedziało coraz mniej osób.
- No to na czym skończyliśmy? - zapytał zabawnie poruszając brwiami. Usłyszałam trzask, przerwałam śmiech i zauważyłam grupkę facetów w czerni. Zgrabnie weszłam na bar, barman zdziwił się moim nagłym zachowaniem. Po chwili wślizgnęłam się na drugą stronę stołu i ukucnęłam przy nim. Nie patrząc na mnie zapytał:
- Im też zalazłaś za skórę? - powiedział cicho czyszcząc kieliszki odrobinę rozbawiony.
- Można tak powiedzieć. Będę miała kłopoty jeśli mnie zobaczą. Gdzie idą?
- Spokojnie, nie zauważyli cie. Są tu codziennie, znam ich.- nadal nie dał po sobie poznać, że rozmawia z osobą za barem. Wyglądało na to, że często są tutaj różne zadymy.- Idą tutaj, nie ruszaj się.
- Widziałeś brunetkę w kręconych włosach, wysoka, brązowe oczy? - odezwał się jeden z nich. Przez twarz przystojnego barmana mignął krótki uśmieszek, który bardzo mnie wystraszył.
- Wiesz ile tutaj takich chodzi? – zapytał rozbawionym głosem.
- Podobno jedna utknęła w toalecie. Szukamy jej.- zbliżył się niebezpiecznie do jego twarzy. Chciałam przesunąć się jak najbliżej ściany, by mnie nie zauważył, ale to było niemożliwe. Coś metalowego zaczęło wbijać mi się w plecy, wywołując tym samym falę bólu. Przez chwilę zastanawiałam się, czy zaryzykować i pochylić się minimalnie do przodu, aby uwolnić się od cierpienia. W rezultacie, postanowiłam jednak zacisnąć zęby z całych sił i przeczekać tą chwile. Zostać niezauważoną było dla mnie ważniejsze niż obolałe plecy. Tym bardziej, że nie pozostawało żadnych wątpliwości, że szukają właśnie mnie.
- Nie mam pojęcia o jakiej mówisz. Nie było jej tu.- po tych słowach odetchnęłam z ulgą.
- Idziemy szukać dalej, a ty lepiej żebyś sobie przypomniał tę dziewczynę.- facet groźnie syknął i chwilę potem usłyszałam szuranie butów, które informowało mnie o odejściu grupki facetów. Wolałam jednak poczekać na znak barmana.
- Poszli już, ale nie podnoś się na razie. Nie warto kusić losu. – gdy tylko usłyszałam jego szept, natychmiast pochyliłam się do przodu, pozbywając się ostrego kłucia w plecy. Odetchnęłam z ulgą i zaczęłam masować ręką obolałe miejsce.
- Weź klucz i idź do pokoju. Podziękujesz później. – przed sobą zauważyłam rękę barmana, w której trzymał metalową obręcz i wiszący na niej srebrny kluczyk wraz z plastikową zawieszką z numerem 5. Chwyciłam za przedmiot, który wydawał mi się w tej sytuacji ostatnią deską ratunku. Bez słowa przeszłam na kolanach przez dalszą część baru. Wspominałam może kiedyś jak bardzo nie lubię tego gorsetu, który mam na sobie? Szybko wbiegłam po czarnych krętych schodach, prowadzących na górę. Jeszcze raz odczytałam numer na plastikowej zawieszce i bez trudu odnalazłam odpowiadający mu pokój. Wsadziłam klucz do zamka i już miałam przekręcać nim w lewą stronę, gdy nagle zawahałam się. Czy naprawdę mogę ufać mężczyźnie z baru? Co jeżeli za drzwiami pojawi się jakiś dziwny facet i mnie zabije? Zaczęłam się bać i to bardzo. Otworzyłam gwałtownie drzwi. Z ulgą stwierdziłam, że nikogo nie ma. 

Pokój był stonowany w ciemnych kolorach. Ciemny fiolet i oliwkowe zasłony idealnie pasowały do wielkiego łóżka, stojącego na środku z ciemno wiśniowymi poduszkami i jasno fioletową pościelą. Nie zapalałam świateł, wokół były pozapalane świece. Te wszystkie szczegóły pozwoliły mi upewnić się w przekonaniu, że to nie jest taki tam zwykły klub. ,,Zwykłego klubu’’ nie byłoby stać nawet na połowę wyposażania tego pokoju, a co dopiero jeśli przyjąć iż jedno piętro miało sześć pokoi. Coś mi tu nie pasowało. Wchodząc do budynku miało się wrażenie, że jest tu bardzo mało miejsca i ledwie zmieści się tu klub. Musiała być jakaś jeszcze jedna część, aby umieścić tu tyle pokoi. W takim razie, jest tu gdzieś drugie wyjście. Szybko zaczęłam go szukać. I znalazłam. Przejście znajdowało się pod wykładziną. Stwierdziłam, że jednak nie chce tamtędy iść. Jest to zbyt ryzykowne. Poprawiłam miękką wykładzinę, spojrzałam na drzwi upewniając się, że rzeczywiście dobrze je zamknęłam. Usiadłam na łóżku i czekałam. To była najdłuższa minuta mojego życia. Nie, nie dam rady. Oni się pozabijają, a ja sobie siedzę w jakimś pokoiku? Może mam sobie jeszcze przez chwilkę pospać? Sięgnęłam po torebkę szukając telefonu. Muszę zdzwonić do Monique i powiedzieć, co się dzieje... Wyrzuciłam wszystko z torebki, ale telefonu nie było. Tak, proszę co jeszcze? W co jeszcze mam się wpakować, by tu zginąć? Wiem... na pewno jest na barze, tam go ostatnio wyciągałam. Muszę tam wrócić. Sekundę później przypomniałam sobie o poszukujących mnie mężczyznach. Na pewno nie chciałabym ich spotkać… Zdenerwowana postanowiłam jednak zejść na dół. Przepchnęłam się przez tłum spoconych ludzi i stanęłam twarzą w twarz z barmanem.
- Widzę, że naprawdę lubisz pakować się w kłopoty.- mruknął widząc mnie znowu.
- Zostawiłam tu coś.- szepnęłam rozglądając się.
- Nie ma, wzięli twój telefon. Już go nie dostaniesz.
- Świetnie. A ty nie mogłeś ich powstrzymać?
- Na niektóre rzeczy musisz sama sobie odpowiedzieć. – odparł tajemniczo.
- Nieważne.- ucięłam, nie chcąc wiedzieć, co ma na myśli.- Nie mogę tu zostać.- oddałam mu klucz pragnąc jak najszybciej stąd wyjść.
- Gdziekolwiek on jest. Znajdź go.- chwycił mnie za ramie i szepnął do ucha.- Wyjdź tędy.- powiedział trochę głośniej pokazując mi wyjście za sobą tylko dla personelu.
- Dziękuje.- zerknęłam na niego ostatni raz, uśmiechnęłam się i wyszłam. Jeżeli się nie myliłam, byłam teraz na tyłach budynku. Widziałam ludzi palących papierosy i opierających się o stare mury, które wyglądały jakby przeszły trzy wojny światowe. Szybkim krokiem wyszłam z tego labiryntu murów. Zażenowana tym, że zawsze nosze szpilki z obolałymi stopami doszłam do jakieś ulicy. Nie rozpoznawałam tego miejsca. Było ciemno, a wokoło nie działały światła. Zrobiło się dziwnie cicho. Muzyka z klubu już dawno ucichła wraz z kolejną ulicą, którą przemierzałam. Nie chciałam tu być. Nie chciałam tu być sama. Czułam się jak mała dziewczynka, która zgubiła tatę i nie wie jak wrócić do domu. Ktoś szarpnął mnie z całej siły i przyparł do ściany.
- Justin, jeśli myślisz, że to jest śmieszne to…- zamarłam. 









_______________________________________


Rozdziału niestety nie sprawdzałam.
Mam naprawdę mało czasu, wyjeżdżam dzisiaj i ogólnie. 
Nowy rozdział pojawi się w środę,
 lub w terminie podanym w kolumnie xD 
Dziękuję wam, że czytacie moje opowiadanie ;*
Bardzo dużo to dla mnie znaczy. 


CZYTASZ = KOMENTUJESZ
Wyraź swoją opinię ;) 





czwartek, 13 czerwca 2013

Rozdział 10






- Poznajesz? To twój wujek. Nowy wujek. Podejdź bliżej się przywitać.- ciepło sztuczny ton trafił do jej uszu. Czy nie powinien być kojący? Normalny. Ciepły. Czemu czuła, że te słowa symbolizują niepokój?
- Skarbie.- powiedział zniecierpliwiony głos. Ten sam, ale bardziej groźny. Dziewczynka powolutku kierowała się do korytarza. Wtedy rozpoznała go. Ciemny, czarny płaszcz, szary szalik. Chciała krzyknąć, ale usta zastygły jej w bezruchu, a w gardle wylądował kamień. Przerażone, wielkie, błyszczące i bystre oczka patrzyły na człowieka, który właśnie przeszedł próg jej domu. Jedyne miejsce, gdzie czuła się bezpiecznie i do którego miał nigdy nie dotrzeć. Małe serduszko niewinnego dziecka połamano na kawałeczki, aby potem móc je wyrwać.


Byliśmy tuż przed wejściem. Wszechobecna mgła ograniczała nam pole widzenia. Powietrze przesiąkało dymem papierosów i ziół. Przez całą drogę próbowałam się czymś zakryć. Ale co chwile, gdy zdążyłam już to zrobić i byłam zadowolona z rezultatów, zasłaniając wielki dekolt czarnym swetrem Justin musiał wyciągnąć swoją łapę i z powrotem go odkrywać. Moje mrożące spojrzenia skierowane w jego stronę, były nieskuteczne.
- Odczep się! - warknęłam w końcu.
- Bądź seksowna. Nie masz być szarą myszką. – oświadczył mój wszechwiedzący trener.
Udałam, że tego nie słyszę. Kiedyś go zabije, kiedyś go zabije.. powtarzałam sobie. Za nami szedł Jev. Monique siedziała w samochodzie kilka przecznic dalej. Wpatrywałam się w chodnik. Nagle dostrzegłam jakąś ciemną kulkę zmierzającą w naszą stronę. Kiedy ta ciemna kulka wylądowała na bucie Justina dostrzegłam, że w istocie jest ona szczurem wielkości mojej pięści. Mój trener szedł zadumany. Wyglądał tak jakby przez chwile znalazł się w jakieś równoległej rzeczywistości.  Bardzo pewnym krokiem prowadził nas do klubu Red Blood. Byliśmy w Cleveland, na zachód od Nowego Yorku. Ponieważ najlepsze kluby znajdowały się w starych dzielnicach, stwierdziłam, że widok szczura nie powinien go zdziwić.
- Skarbie, lubisz gryzonie? – szepnęłam słodko. Wyczuł podstęp. Patrzył na mnie przez chwile, zdziwiony i zdezorientowany.
- Lubię. - rzekł bez cienia ufności. Był czujny, jakby przewidywał, że nie zadałam tego pytania od tak. Głupi nie był, miał tylko chwile rozdwojenia jaźni i męskiej dziecinności... poza tym nic. No, oprócz tego że był strasznie irytujący i miał wielki talent do wkurzania innych.
- Oh, to świetnie się składa, bo właśnie jeden siedzi ci na nodze.- powiedziałam z wymownym spokojem, najnormalniej w świecie. Gdy wreszcie zobaczył co siedzi mu na nodze, na jego twarzy wymalowało się przerażenie pomieszane z szokiem, a jego źrenice były w tym momencie tak wielkie jak pięciozłotówki.- Patrz, wygląda jak szara myszka, ale troszkę większa. Troszkę.. Justin nic nie mówił, osłupiał z wrażenia. – Zapoznajesz się ze swoim nowym zwierzątkiem? -  mało brakowało, a nie pęknęłam ze śmiechu.
- Tak jakby. - Już wiem co zrobię! Kupię sobie szczura i za każdym razem, kiedy będzie chciał się do mnie zbliżyć pomacham mu szczurkiem przed oczami. Może mu się odechce i już przestanie mnie nękać… Ale czy ja rzeczywiście chcę żeby przestał?
- Nie lubisz szczurów?
- Tak jakby.- powiedział melancholijnie wgapiony w gryzonia zamiast go strzepnąć z buta. To może jakiś szczur hipnotyzer? Chcę mieć takiego na własność! – Ale nie żebym się ich bał.- dodał wyrwany z transu.
- Kłamiesz?
- Tak.- jego przerażanie nie ustępowało. Spojrzałam na Jeva. On również nie mógł od niego oderwać wzroku.
- Co z wami zakochaliście się w tym szczurze czy jak? - powiedziałam, nie kryjąc irytacji.
- Co, co? - powiedzieli razem potrząsając głowami. Obdarzyli mnie szybkim spojrzeniem i znowu wrócili do futrzaka. Zapamiętać: Dla facetów bardziej atrakcyjny jest szczur siedzący na czyimś bucie, niż jakaś skąpo ubrana dziewczyna. Zastanawiam się ile będziemy tak stać… a czas leci. 
- Litości. Strzepnij to coś i idziemy! - warknęłam zauważając podejrzanych typów przy głównym wejściu.
- Ktoś nas obserwuje.- szepnął poważnie Jev, zerknął na Justina, któremu szczur wchodził po nogawce spodni. - Błagam tylko nie krzycz.-  dodał gdy ten otwierał już usta. Justin kopnął szczura. Wylądował gdzieś z boku odbijając się od ściany budynku z powrotem na ziemie koło metalowej rury odprowadzającej deszcz. Jev spojrzał na mnie z miną ,,Poważnie? On zawsze taki jest?’’
- Dlatego wole ciebie za partnera, niż tę ciotę.- oświadczyłam i oddałam mu blefujący uśmiech.
- Ciota? - powtórzył łapiąc mnie za kołnierz bluzy.- Słońce, uważaj co mówisz.- syknął.
- Ej, ej zostaw ją.- rozkazał Jev groźnym tonem.
- Zamieniasz się w Mike’a czy mi się tylko wydaje? - powiedziałam patrząc mu głęboko w oczy. Puścił mnie.
- Przeproś.- Jev szarpnął go za rękaw.
- Odwal się. – warknął w odpowiedzi i włożył ręce do kieszeni.
Kiedy Jev i Justin podeszli do facetów przy wejściu ja wolałam się trzymać z tyłu. Po co mam narażać siebie skoro oni są tutaj ze mną i to oni mają jaja, to właściwie po co mam się tam wpychać? Powinni sobie poradzić.
- Jazda stąd, to nie miejsce dla was.- powiedział jeden paker, który sądząc po wyglądzie był z nich najważniejszy.
- Pozwól, że my o tym zadecydujemy.- warknął Justin i chwycił za klamkę od drzwi.
- Powiedziałem coś. Mnie się nie ignoruje.- podkreślił ostrym tonem głosu.
- Naprawdę? Jak widzisz on to zrobił..- wtrącił Jev, uśmiechając się złośliwie. Jeden chłopak z obstawy naszego nowego znajomego chwycił za łokieć Justina, odrywając go od klamki. Justin błyskawicznie zablokował jego ruch, bo wiedział co tamten chce zrobić.
- Hmm nie jesteś jakimś gówniarzem.- przyjrzał się Justinowi uważnie. – Wyglądasz mi na glinę.- mruknął. Przez oczy Justina przeszedł niespodziewany błysk. Dostałam gęsiej skórki.
- Musisz być naprawdę ślepy.- odparł, patrząc na niego groźnie. Dostał w krocze. Jęknęłam. Miałam nadzieje, że to nie skończy się tak, jak się tego obawiałam. Dopiero teraz cała reszta raczyła mnie zauważyć za plecami Jeva.
- Młoda wchodzi, wy nie.- otworzyłam szeroko oczy. Jev skinął głową dając mi znak, że mam iść i ich zostawić. Przepchnęłam się nie spoglądając na żadnego z nich. Gdy już przechodziłam przez próg, szef tej całej trójki klepnął mnie w pośladek. Wciągnęłam gwałtownie powietrze, zaskoczona, ale ani razu się nie obróciłam. Gdyby nie był tak napakowany złamałabym mu tę rękę z przyjemnością. Zanim całkiem zniknęłam w tej ciemności, kłębiącego się dymu i krzykami pokrywającymi się z klubową muzyką usłyszałam Justina.
- Łapy przy sobie! - warknął zaborczo. Chwilę później trzymali go i wyginali ręce do tyłu. Byłam trochę zdezorientowana, ale z powrotem obróciłam się schodząc po stromych schodach. Muzyka stawała się coraz głośniejsza. Postanowiłam usiąść na jednej z czerwonych kanap i na nich poczekać. Co chwile spoglądałam w stronę wejścia.
- Co taka piękna dziewczyna robi w takim klubie jak ten? - usłyszałam zza pleców. Obróciłam się, chcąc spojrzeć na tego kogoś w taki sposób, żeby odechciało mu się przystawiać do jakiejkolwiek dziewczyny w tym klubie. Niestety musiał już usiąść obok mnie. Bo jakby nie usiadł nie nazywałabym się Rachelle Roberts. Ten mój cholerny urok osobisty… Nienawidzę go.
- Cóż, może nie miała pomysłu na życie? - odpowiedziałam, nawet nie obdarzając go jakimkolwiek spojrzeniem. Cały czas obserwowałam drzwi, przez które niedawno weszłam.
- Nie wyglądasz na taką.- odparł.
- A to pech. Idź pobaw się z tymi lalami za barem.- wskazałam na dziewczyny stojące obok barmana z drinkami w rękach.
- Ale ja chcę bawić się z tobą.- No nie. W tej chwili musiałam na niego spojrzeć. Był to chłopak o kasztanowych włosach uczesanych w nieładzie. Miał wystające kości policzkowe i ciemnobrązowe oczy. Posłałam mu najbardziej odrażające spojrzenie jakie znam, ale on nieugięty kontynuował swoje kolejne podejścia. Zachowywał się, jakbym wcale nim nie gardziła, wręcz przeciwnie, jakbym się do niego przyklejała i robiła maślane oczy. Czy można jeszcze bardziej protekcjonalnie? Może tak jasne ,,spierdalaj’’ coś podziała?
- Okej, nie jesteś w humorze. Może ja zacznę… Mam na imię Slade.- to, że nie jestem w humorze powinno mu zapalić czerwoną lampkę nad tą jego czupryną i powiedzieć mu, że ma odejść jak najdalej ode mnie. Zignorowałam go, odwracając swój wzrok z powrotem do drzwi.- W porządku, może gdybym postawił ci drinka, zaczęłabyś się normalnie odzywać? - zapytał.
- Kup i próbuj dalej.- odpowiedziałam. Dlaczego miałam tracić szanse na darmowego drinka? Gdy odszedł w kierunku barmana wydusiłam z siebie lekkie parsknięcie. Tak, jestem zwyczajna. Jeden drink mi wystarczy i będę jego. Pewnie. No to się przeliczył. Z drugiej strony, nie wiem co dzieje się z Justinem… no i oczywiście Jevem. Nie wiedziałam ile zajmie im załatwianie tej sprawy i nie miałam bladego pojęcia, kiedy wrócą. Jeżeli sobie jeszcze poczekam i będę musiała się męczyć z tym całym Sladem jeden drink na uspokojenie nie powinien mi zaszkodzić…  Poczekałam, aż wrócił z kolorowym napojem.
- Teraz powiesz jak masz na imię?- odpowiedział pewny siebie, wzięłam od niego drinka.
- Mam nadzieję, że nie dosypałeś mi tam czegoś.- zerknęłam na niego kontrolując jego wyraz twarzy.
- Nic. Przysięgam.- powiedział i wzniósł ręce do góry w obronie.- No to jak cię zwą brązowooka?
Myślałam, że się uduszę. Boże, ratuj… O posłuchał... Dziwne, że tak szybko. Wyciągnęłam z torebki telefon przykładając usta do szklanki z zimnym drinkiem i sprawdziłam jego smak. Slade nie kłamał, wszystko było z nim w porządku. Odczytałam SMS:


TERAZ, ŁAZIENKA… WIESZ JAK TRAFIĆ?


Mógłby to być każdy, bo numeru nie znałam, ale po pytaniu stwierdziłam, że to Justin. Serio? Boże? Nie mogłeś inaczej? Prosiłam tu o ratunek.. a ty mi tutaj ściągasz mojego trenera… Nawet Bóg jest przeciwko mnie. Ale tak właściwie byłam mu wdzięczna, że uwolnił mnie od Slade'a. Nie mówię, że mu za to podziękuję, ale poczułam ulgę.
- Moje imię nie powinno cię obchodzić.- odpowiedziałam oschle na jego pytanie.
- Dlaczego?- zapytał zmieszany.
- Cóż, niektóre rzeczy, są zbyt niebezpieczne, żeby je poznać. – syknęłam, dopiłam drinka i postawiłam go na stoliku. Natomiast Slade'a, zostawiłam osłupiałego na kanapie. Odprowadził mnie wzrokiem, aż nie znikłam mu za ścianą. Weszłam do toalety. Sprawdziłam wszystkie kabiny. Były puste. Rzuciłam się na drzwi, pokombinowałam z zamkiem i udało mi się wreszcie zamknąć je na amen. Odetchnęłam głęboko. Nie miałam zbyt wiele czasu. Zorientują się, że ktoś zepsuł zamek i zleci się tu ochrona. 
Coś walnęło. Brzmiało jakby ptak rozbił się o szybę. Wystraszyłam się... Był to mój przecudowny trener, który uwielbia doprowadzać mnie do zawału. Kiedy wślizgnął się przez okno do środka spojrzałam na niego wymownie.
- Naprawdę, nie wiem dlaczego tak upodobałeś sobie łazienki. W dodatku damskie.- syknęłam po cichu, wpatrując się w niego. Dziwiło mnie to, że wyglądał jakby nikt go nie dotknął. Kiedy stałam przy drzwiach razem z nimi kilka minut temu, zapowiadało się na porządną bójkę.
- Tak i dziwnym jest to, że zawsze jesteś w nich ty. – dokończył za mnie z szyderczym uśmiechem. Jeju jak ja go nienawidzę… jest tak fascynująco wkurzający.
- Gdzie jest Jev?- zapytałam wychylając się, aby spojrzeć przez otwarte okno. Myślałam, że idzie za Justinem.
- Zostali z nim. Tylko mnie puścili.- powiedział.- Musieli mi pozwolić.- Coś w tych słowach bardzo mnie dręczyło.. Żaden z takich ludzi jak my, prowadzący taki tryb życia, nigdy nie zgodziłoby się na takie rozwiązanie. Gdyby Mike ich złapał, byliby już martwi, a jego tak po prostu puścili? Czemu jak zwykle nie mam pojęcia o tym, co się dzieje?
- Ale jak to zostawiłeś go tam SAMEGO? - wybuchłam. Jak mógł zrobić, coś tak głupiego? Trzech facetów, według moich obliczeń bez problemu poradzi sobie z Jevem, nieważne jak dużo trenował.
Nie ma szans. Do tego nawet nie potrzeba obliczeń! To czysta logika. Przepraszam, ale mój trener zostawił swój mózg gdzieś bardzo daleko… bardzo, bardzo daleko.
- Jev sobie poradzi, nic mu nie zrobią. – powiedział spokojnie. Podszedł do kranu i obmył twarz zimną wodą.
- Skąd ty to możesz widzieć? Nie ma cię tam. Mogą go wywieść, naćpać albo nawet zamordować! Nie wiesz tego! Dbasz tylko o siebie!- wymachiwałam rękoma z nerwów, chodząc od drzwi do okna, patrząc się w sufit.
- Cholera, gdybym dbał tylko o siebie, to nie byłoby mnie tutaj! – warknął na mnie.
- To może powiesz mi, po jaką cholerę ja tu jestem? – odpyskowałam mu.
- Chcą walczyć. Nie wiemy ile ich jest, ale nie mamy wyboru. Poczekają na mnie.
- Tak. Na pewno. Wiesz jak to absurdalnie brzmi? Czy ty w ogóle słyszysz siebie?
- Nie ucz mnie, jakie są nasze prawa. Jestem w tym gównie już od paru dobrych lat i wiem, że oni tego nie zrobią. - powiedział przekonany.
- Uważasz, że jestem tylko głupią lalą? Wiesz, ja nie ufam typom spod ciemnej gwiazdy i to, że nie leję ludzi jak wy, nie znaczy, że nie potrafię się bronić, ani robić komuś krzywdy. W przeciwieństwie do ciebie, ja nie jestem naiwna. Tutaj, nie ma praw. Nie ufam im, tak samo jak tobie.- wskazałam na niego palcem, po czym wbiłam mu go w klatkę piersiową.
- Tak mi przykro. Naprawdę… jakoś gdy zobaczyłaś mnie w klubie po raz pierwszy wierzyłaś w każde słowo, które ci powiedziałem.- obrzydliwy triumf brzmiał w jego głosie.
- Możemy twoje gierki przełożyć na później i powiesz mi krótko, jasno o co chodzi? - po tych słowach jak na zawołanie ktoś zaczął się dobijać do drzwi łazienki.
- Chodzi im o ciebie.- szepnął.
- Czemu, znowu musi chodzić o mnie? Czym ja sobie zasłużyłam? – złapałam się za głowę, nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje.
- Zawarliśmy umowę, że walczymy o ciebie, dostaną cię jeżeli przegramy. Wiedzieli, że pracujemy dla Mike’a, mamy jakiegoś donosiciela.- odpowiedział szybko, ściszonym głosem.
- Rachelle, oni będą cię szukać..- westchnął w końcu.





________________________________________________

Oto najdłuższy rozdział w historii tego bloga xD
 Ponieważ byliście tacy kochani... kolejne 1.000 wyświetleń, 
a za komentarze macie
każdy z osobna uścisk ode mnie! 
Dziękuję.<3


Postanowiłam. że dodam dzisiaj 
i nie będę taka okropna... bo miałam dodać w piątek xD
Dziękuje Marchel za wszystko i za kochaną playlistę,
 którą słucham godzinami <3
Zapraszam na jej blog: Swagger


Macie własne blogi? Podajcie mi je w komentarzu! <3 


,,Chodzi im o ciebie. Rachelle oni będą cię szukać..''




CZYTASZ = KOMENTUJESZ, krótka chwila, wielka radość xD
Nie gryzę xD


Chcesz być informowany o rozdziałach? ----> LISTA
Chcecie popisać, popytać to tutaj :
Twitter @biebstouch  lub  Forum