niedziela, 22 grudnia 2013

Rozdział 14






Szliśmy przez wąską szosę, przy niej rozciągały się drzewa, które robiły się coraz gęstsze. Przez ich korony przedzierały się promienie słoneczne. Okazało się, że to początki lasu. Raz na jakiś czas odzywały się odgłosy natury. Całą tę mantrę przerywały nasze kroki. Monotonne i równomierne szuranie o asfalt. No świetnie, ładnie się wpakowałam… gdybym wcześniej wiedziała, że tak wygląda jego ,,sprawdzenie okolicy’’ w życiu bym się na to nie zgodziła. Przywiązałabym się jakimś sznurem do tego lodowatego pieca w pokoju i została. Z każdym metrem miałam dosyć tej wycieczki krajoznawczej. Czego mielibyśmy się spodziewać w tej dziurze? Rozejrzeliśmy się po podwórkach domów, które wyglądały na opuszczone, a teraz wędrujemy jeszcze dalej? To zdecydowanie jest podejrzane. Zrobił to specjalnie, żeby mnie zdenerwować. Jestem tego pewna. Nie odzywaliśmy się do siebie. To nie była przyjemna cisza. Musiałam ją przerwać, bo mnie strasznie zirytowała. Nie dość, że muszę znosić jego fanaberie, to mam siedzieć cicho jak jakaś służąca. Nie, o tym to on sobie może tylko pomarzyć.
- Czemu musisz być tak cholernie denerwujący? – westchnęłam ciężko.- Czy nie możesz odpuścić chociaż jeden dzień?
- Ćwiczenie czyni mistrza.- uśmiechnął się szelmowsko. Wpadł na wspaniały pomysł zejścia z drogi i powędrowania przez las. Świetnie, mamy czas. W sumie nie wiem, dlaczego za nim szłam, ale musiałam być naprawdę zmęczona.
- Mogę cię o coś zapytać? – zatrzymałam się na chwilę. Mój towarzysz odwrócił się do mnie i stanął w miejscu.
- Skoro musisz... – odparł bez emocji. Dlaczego ja go w ogóle pytałam o pozwolenie? Wielki i wspaniały Justin najwidoczniej nudzi się w moim towarzystwie.
- Dlaczego budzę w was takie zainteresowanie? – w odpowiedzi mruknął coś do siebie pod nosem, nie zwracając uwagi na to, że chciałabym to usłyszeć.- Serio pytam, możesz chociaż raz potraktować mnie poważnie?
- Jesteś wyjątkowa.- powiedział gardłowym głosem.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Inne dziewczyny są dla nas na wyciągnięcie ręki. Ty masz charakterek.- podniósł mi podbródek, a ja wykręciłam mu rękę po chwili na plecach. Nie pozwoliłam się dotykać. Westchnął i bez problemu wyrwał się. – Sama widzisz. Poza tym nie wiesz jakie to pociągające patrzeć na dziewczynę szefa. Najlepszy towar. – parsknął i odwrócił się, przyśpieszając kroku. On po prostu się ze mnie nabijał. Szczęściarz, miałam niewypowiedzianą ochotę zerwać jakąś gałąź i walnąć go nią, gdybym miała taką siłę, by wyrywać pnie, z pewnością teraz bym to zrobiła.
- To takie urocze, pewnie każda dziewczyna na moim miejscu uwierzyłaby w tą bajkę, ale nie ja.- w sumie, decydując się na zadanie mu pytania musiałam liczyć się z tym, że on zawsze musi korzystać z okazji, żeby mnie dobić. Dałam mu znakomitą sposobność, nie ma co. Nigdy nie wiesz, kiedy mówi prawdę, a kiedy się popisuje.
- Mówiłem całkiem poważnie, ale jak wolisz.- wysilił się na obojętny ton, zarezerwowany dla przypadkowych, nieznajomych osób. Kocham jego podejście. Nie wytrzymam z nim, niech ktoś przyniesie mi sekator do gałęzi… będzie łatwiej.
- Wracamy.-  zarządziłam i zaczęłam iść w stronę, z której przyszliśmy, chociaż nie byłam do końca tego pewna. Teraz dopiero pomyślałam o tym, że mogłam powiedzieć to jakiś kilometr wcześniej.
- Nie.- usłyszałam, na co stanęłam i obróciłam się do niego przodem. Natychmiast obdarzyłam go moim najostrzejszym spojrzeniem, które chyba nie zdołało ukryć zaskoczenia. No dobrze, nie spodziewałam się, że będzie mi tu skakał z radości i od razu się zgodzi, ale…
- Mamy jeszcze coś do załatwienia.- powiedział i pchnął mnie do najbliższego pnia. Poczułam na plecach chropowatą korę. Zarwał się wiatr i na chwile zasłonił mi pole widzenia moimi włosami. Sekator… dajcie mi tu piły! Zabije go, po prostu go zabije! Podszedł do mnie z tym swoim chytrym lisim uśmieszkiem. – Mam cię.- powiedział i położył dłonie na moich biodrach.
- Nie dotykaj mnie. Jeżeli za chwilę nie weźmiesz swoich obrzydliwych rąk z mojego ciała, to licz się z tym, że odgryzę ci palce.- ryknęłam zaborczo, wbijając w niego nienawistny wzrok.
- To dziwne, biorąc pod uwagę, że zawsze gdy ciebie dotykam to drżysz.- oderwał jedną dłoń od mojego ciała, palcem wskazującym pogładził mój policzek aż do dolnej wargi. - To zabawne. – uśmiechnął się szerzej.
- Zależy dla kogo. Chyba będę musiała skorzystać z oferty Monique.- broniłam się nieustannie, ale taki facet jak on, nie mógł się mnie bać, bo był silniejszy. Jego gesty były przyjemne, ale czułam się teraz jak zniewolone zwierzę. Nagle wyjął pistolet zaczepiony o pasek do spodni i przyłożył mi do głowy. Zamilkłam, a moja złość ustąpiła miejsca przerażeniu.
- Raczej nie będziesz miała okazji ją o to poprosić.- odparł patrząc się na mnie z tajemniczym wyrazem twarzy, z którego nic nie mogłam odczytać.
- Co ty chcesz zrobić? - zaczęłam nerwowo łapać powietrze. Może on ma jakieś zaburzenia psychiczne? Pewnie, że ma! Od początku to wiedziałaś! Ale, żeby był niebezpieczny wobec ciebie? – Nie zrobisz tego.- wyszeptałam i zaczęłam się trząść. Tempo patrzyłam się w parę wydobywającą się z moich ust. – Nie zabijesz mnie.- powiedziałam na głos, bardziej chcąc tym przekonać samą siebie niż jego, ale nie brzmiało to najlepiej.
- Masz racje, nie zabiję.- przyznał naturalnym głosem, powstrzymując się od śmiechu. Wytrzeszczyłam oczy i czułam jak już się we mnie gotuje kolejna porcja wściekłości. Uduszę go!
- Jesteś idiotą! - krzyknęłam tak głośno, że mój głos rozniósł się echem po całym lesie. Zaczął bawić się bronią jakby była na plastikowe kulki, kręcąc nią wokół palca. 
- Może, ale chciałem sprawdzić czy wiesz, że nie zrobię ci krzywdy. To bardzo ważne. O to mi chodziło, o zaufanie.- powiedział dumnie, unikając mojego wzroku.
- Niestety, jeszcze długa droga przed tobą. - przeciągnęłam wszystkie samogłoski. Patrzyłam odważnie w jego oczy dopóki nie zwrócił ich ku mnie.
- Twierdzisz, że mi nie ufasz? - zapytał jakby chciał się upewnić.
- Nie, ja to wiem. - syknęłam zaciekle.- Wiem, że masz na tyle oleju w głowie... cóż czasem każdemu się zdarza. Mike zabiłby cię za coś takiego.
- Myślę, że nie jesteś dla niego taka ważna, jak kiedyś. – szepnął nadal uważnie spoglądając na moją twarz. Bolało, ale nie dałam tego po sobie poznać. Skoro chce pogrywać, to jeszcze nie wie na ile mnie stać.
- Masz racje, nie zabiłby cie. – poczekałam chwile i dodałam – Zleciłby to komuś by nie brudzić sobie rąk. – spojrzałam na niego z obrzydzeniem.
- Jeżeli byłabyś to ty, nie zrobiłabyś tego.- odparł.
- Nie, wcale.- odpowiedziałam sarkastycznie, w tym momencie spojrzałam na niego jakby był dla mnie nic nieznaczącym dupkiem. Wykorzystałam wszystkie swoje siły, by mu nie ulec i być twardą. Mieć bezwzględną, okrytą chłodem twarz.
- Skarbie, jeżeli już się na mnie rzucasz, to z innymi zamiarami. – na chwilę przez jego twarz przebiegł cień łagodności. Uśmiechnął się, westchnął  i owionął mnie swoim oddechem. Zahipnotyzowana zbliżyłam się do niego. Przez dłuższą chwilę staliśmy bardzo blisko siebie, czując swoje oddechy jakbyśmy chcieli odkryć, które z nas wytrzyma dłużej. Wyciągnęłam rękę i strąciłam jego pistolet na ziemię. Wcale się tym nie przejął, tylko kopnął go gdzieś dalej. Po chwili przydusił mnie do drzewa składając namiętny pocałunek na moich ustach. Złączył nasze palce i pogłębiał go.
- Jesteś okropna i wredna.- mruknął, łapiąc oddech i oblizując dolną wargę.
- A ty głupi i irytujący.- odpowiedziałam, sekundę później przegryzając ją. 
- Nie powinniśmy wracać? – westchnęłam pozwalając aby ustami drażnił moje czułe miejsce na szyi.
- Powinniśmy.- odpowiedział wracając do moich ust.




******




- Nie możesz tego robić to nie ma najmniejszego sensu. – spojrzałam na niego, gdy wracaliśmy do motelu. Oderwałam swoją dłoń, od jego dłoni, wsunęłam ją do kieszeni i odsunęłam się trochę od niego by zachować między nami bezpieczną odległość. Gdy zwrócił na to uwagę zerknął na mnie, a ja tempo wpatrywałam się w asfalt i czubki swoich butów, by tylko uciec przed tymi nieprawdopodobnie głębokimi, brązowymi oczami, wstrząsającymi mną od środka. – Po prostu dobrze wiesz, że jestem z Mikiem i bawisz się mną. – kontynuowałam ciszej.
- Skąd ci to przyszło do głowy? – no tak, znowu się zgrywa. Znowu on nie jest niczego winien, bo to ja jestem okropna i wredna. Niech go szlag trafi. 
- Nie jesteś tym człowiekiem, którego na początku poznałam. Oszukiwałeś mnie. – zaczęłam spokojnie. – Nie musiałeś mnie ze sobą zabierać, to był zły pomysł. 
- Nie zostawiłaś mi dużego wyboru, nie sądzisz? Zawsze jak zostajesz sama, robisz na odwrót niż tak, jak ja proszę, żebyś zrobiła. Nigdy mnie nie słuchasz i pakujesz się w kłopoty. Co oczywiście komplikuje sytuacje, bo muszę chronić jeszcze ciebie. Po tym jak postanowiłaś zapoznać się z tym gościem z klubu, wszystko zaczęło się psuć. Ledwo przeżyliśmy. 


Znowu tu był. Nie mogła odwrócić od niego wzroku. Dlaczego przyszedł? Przecież mamy nie było. Chodziła po mieście i zostawiła ją całkiem samą w domu. Dziewczynka nie była w stanie się poruszyć. Czuła, że rączki jej się trzęsą, a jej małe plecki zalewa wielka fala zimnego potu. Miała wrażenie, że zapada się pod ziemie. Spoglądała po kątach pomieszczenia, usiłując znaleźć drogę ucieczki. Łudziła się na próżno, wszystko było pozamykane, a dorosły mężczyzna o twarzy – jak jej się zdawało potwora, albo złego diabła, zasłaniał jej jedną część pokoju. Nie łatwo być małym i bezsilnym. Mężczyzna wpatrywał się w nią z nienawiścią i dziwną mieszanką zadowolenia. 
- Chcesz pić? - zapytał. Siedziała w kącie nieruchoma ze łzami w oczach tuliła do siebie kolana. Pokiwała słabo głową z grymasem na twarzy. 
- Synku, daj jej miskę.- mlasnął bez krzty uczucia. Drzwi uchyliły się, a w nich stał blondyn, niewiele starszy od niej. Miał niebieskie magnetyczne oczy, po tacie. 


To był ogromny błąd. To nie powinno się stać. Nie mogłam tak po prostu się poddać. Nie miałam prawa do tego, by darzyć go jakimkolwiek uczuciem, a tym bardziej nie takim silnym. Nie chciałam się do tego przyznać, najłatwiej było udawać przed samą sobą, że nie istnieje niż z nim walczyć. Najwygodniej jest unikać prawdy. Każda komórka mojego ciała lgnęła do niego, a im dłużej stawiałam temu opór, tym bardziej stawało się to nie do zniesienia. Przecież należę do Mike’a. Jestem jego dziewczyną, nie mogę mu tego zrobić. Nie mogę go zdradzić. Moje życie zamieniało się w jakąś beznadziejną telenowele z bardzo kiepską fabułą i jeszcze gorszymi aktorami. Z Mikiem przeszłam tyle lat, był ze mną od zawsze. Pomagał mi kiedy nie miałam nikogo. Był wszystkim, co tak naprawdę miałam. Właśnie tak mam mu się za to wszystko odpłacić? Przecież kochałam go, jesteśmy razem. Nasze życie jest ciągłą pracą i walką. Nic dziwnego, że jest tak zdenerwowany. Ostatnią rzeczą, którą musi się przejmować to nasz związek. Dzięki niemu wszystko tak sprawnie działa. Powinnam go wspierać. Nigdy nie może się dowiedzieć o mojej chwilowej słabości. Nie mogę i nie chcę go stracić. Zawsze był dla mnie najważniejszy. 
- Jestem dla ciebie lalką, którą możesz się bawić.- zaczęłam uparcie, wierząc że zdołam przekonać samą siebie do tego, co mówię. 
- Rach, ja…
- To nie był trening, nie miałeś prawa mnie tknąć. Dobrze o tym wiesz. Nie masz prawa mówić, że nie jestem dla niego ważna. Nie wiesz nic o naszym związku. 
- Czy ty naprawdę nie widzisz, że on...
- Nie odzywaj się do mnie. Tysiąc razy mówiłam ci, że nienawidzę ciebie i tego, jak mnie traktujesz. Skoro muszę z tobą pracować, nie utrudniaj mi tego. Wiesz, że nie podoba mi się, ta cała gierka z tobą jako moim trenerem. Zapomnij o tym wszystkim, co tam się działo. – ucięłam, chociaż bardzo chciałam się rozpłakać. Musiałam to zrobić, żeby to wszystko naprawić, żeby wszystko wróciło do normy. Żeby było jak dawniej. Za bardzo bałam się zmian.
Byliśmy już przy samym wejściu do motelu, więc Justin nic nie odpowiedział. Unikaliśmy siebie nawzajem. Czułam jakby ktoś mną sterował, jakby ktoś pociągał mną za sznurki. Zrezygnowałam z wolności.
- Coś dzwoni od kilkudziesięciu minut.- powiedziała zdezorientowana Monique, którą zastałam w naszym pokoju. Zajrzałam do swojej torby i wyjęłam telefon... ktoś dzwonił z zastrzeżonego numeru. Dopiero teraz doszło do mnie, co się dzieje i szybko odrzuciłam go na ziemie jakby mnie poparzył.
- O co chodzi? - powiedział Jev, kulejąc do nas. Wyglądał lepiej niż wczoraj. Cokolwiek zrobiła z nim Monique, podziałało.
- Nie miałam tego telefonu jak wychodziłam z klubu... to niemożliwe.- powiedziałam przerażona. Nie miałam żadnych halucynacji, doskonale pamiętałam jak pytałam barmana o to, kto go zabrał. Justin szybko podbiegł do telefonu i zaczął go oglądać ze wszystkich stron, po czym rzucił nim gwałtownie i brutalnie o ziemie. Wtedy przestał dzwonić.
- Wynośmy się stąd już! Namierzyli nas, do komórki przyczepili nadajnik. Cały czas nas obserwują. Wiedzą, gdzie jesteśmy. – na te słowa rozeszliśmy się, zabraliśmy szybko wszystkie torby i wybiegliśmy z hotelu, nawet nie płacąc. Recepcjonista w szoku krzyczał za nami i wybiegł na zewnątrz. Monique otworzyła drzwi do samochodu. Justin niemal wepchnął Jeva na tylne siedzenia, a ja szłam ostatnia. Gdy obróciłam się, chcąc zobaczyć co z recepcjonistą usłyszałam strzał i sekundę później leżał w kałuży własnej krwi. Szybko zorientowaliśmy się, że samochód, który ścigał nas wczoraj w nocy jedzie za nami. Tłumiłam krzyk. Przez chwile jechaliśmy pod prąd, Monique robiła wszystko by ich zgubić. Nie udało się. To był już koniec. Siedziałam sparaliżowana, prawie nie oddychając. Obejrzałam się na jadących za nami trzech mężczyzn. Jednym z nich był Slade. Otworzył okno samochodu i wyciągnął pistolet. Monique widząc to, krzyknęła i skręciła gwałtownie na lewy pas. Wszyscy schylili się, a przez tylną szybę przeleciała kula, która trafiając w przednią wyleciała na wylot.
- Na mój znak, wysiadacie. Biegnijcie jak najdalej od szosy. Spotkamy się. Wrócę po was. – powiedziała szybko, unosząc głowę by spojrzeć na jezdnię. – TERAZ. 
Wszystko działo w tak zawrotnym tempie. Całe życie zawirowało mi przed oczami. Poczułam ręce Justina na sobie, a potem ogarnęła mnie ciemność. 




_________________________________

Cześć kochani!
Bardzo was przepraszam, że nieregularnie dodaje rozdziały. 
W szkole mam naprawdę ciężko, a należę
do osób, które wszystko robią na ostatnią chwile. 


Ponieważ nie przewiduję, że 24 grudnia coś dodam, już teraz
życzę Wam Wesołych Świąt, 
obżarstwa, prezentów, spełnienia marzeń 
i więcej czasu. 
Bądźcie po prostu szczęśliwi, bo życie jest nieprzewidywalne, 
a nie warto tracić czasu na jakiekolwiek smutki.
Z okazji świąt nie powinnam dodawać takiego zakończenia, ale
obiecuje wam, że wszystko będzie dobrze, oczywiście jak na razie ;p


Ho, ho, ho! 



Jeszcze coś wspaniałego, co musicie obejrzeć. Podziwiam tego, który to zrobił :





Następna notka jeszcze w tym roku!
Bardzo dziękuje za komentarze, 
wiele dla mnie znaczą xD 


sobota, 9 listopada 2013

Rozdział 13

  



Obudziło mnie czyjeś pukanie, energicznie odepchnęłam od siebie Monique i z przerażeniem spojrzałam w szybę. Justin razem z Jevem stali przy samochodzie i uśmiechali się do nas jak gdyby nigdy nic. Jev wyglądał jak widmo człowieka. Był blady, przemęczony i zgarbiony. Na jego nadgarstkach zauważyłam otarcia i odciski od kajdanek, rany i zadraśnięcia. Na prawym policzku miał niezłego siniaka. Zastanawiałam się jakim cudem potrafi po tym wszystkim stać, nawet jeśli Justin podtrzymuje go. Z nim też nie było najlepiej. Miał rozciętą wargę i siniaka na czole. Trzymał rękę tak, jakby była złamana. Dopiero po paru sekundach spostrzegłam ciemne plamy na jego czarnej kurtce. Była to krew. Miałam nadzieję, że nie jest jego.
- Czy was do reszty pogięło? - usłyszałam zdenerwowaną Monique, a kto znał ją tak dobrze jak ja, wiedział, że nie cierpi kiedy ktoś budzi ją w taki sposób.
- Przyjmę to jako oznakę tęsknoty za nami.- mruknął Justin otwierając drzwi samochodu.
- Co się właściwie stało? Zgubiliście ich? – zapytała ostrym wzrokiem patrząc na Justina. Mówiłam jej! On jest nie do wytrzymania. Czy nie powinno mi być obojętne to, że wrócił? Jednak tak nie było. Dziwne, że miał jeszcze siły na te swoje głupie odzywki.
- Później wszystko wam wyjaśnimy, musimy się zwijać. Załatwiliśmy dwóch, ale trzeci może gdzieś tutaj krążyć. Myślę, że głupi gaz nie mógł go unieszkodliwić.
Ten ''głupi'' gaz, uratował ci życie. - pomyślałam, wzdychając głęboko.
– Nie mielibyśmy szans, gdyby nie ja i mój refleks. Masz szczęście, że dobrze strzelam.– spojrzał arogancko na Jeva. Jego skromność, nawet w takich chwilach po prostu powalała  mnie na kolana. Nigdy go nie zrozumiem, a to niby ja jestem ta skomplikowana.
Justin pomógł Jevowi wsiąść do samochodu. Gdy tylko zamknęły się wszystkie drzwi Monique wyjechała z parkingu. Jev od razu usnął.
- Co mu jest? – zapytałam szeptem, nie chcąc go obudzić.
- Dostał po prostu parę razy więcej, niż ja. – odparł zaniepokojony.
- A ty nie mogłeś parę razy więcej go obronić, tylko bawiłeś się w strzelaninę? – zadrwiłam.
- Chyba lepiej tak, niż jakby miało się na niego rzucić trzech naraz. – zakończyła Monique. – O czymś nam nie mówisz. – wyczuła instynktownie.
- Jakiś facet obserwował zza rogu całe zajście...- przyznał nieśmiało. - Ale zobaczyłem go dopiero wtedy, gdy uciekaliśmy. Wydaje mi się, że skądś go znam. Widać było, że nie znalazł się tam przypadkowo, nie panikował ani nic. Stał oparty o samochód, chyba srebrne volvo. Obserwował nas. Nie miał broni, nawet nie chciał zaatakować. Coś mi się tu nie podoba. Czuję, że to nie koniec.
- Fajnie, że informujesz nas o tym tak szybko. - Monique przycisnęła pedał gazu i zwiększyła prędkość do stu dwudziestu kilometrów na godzinę.
- Nie panikujmy. Może mieszka tam, albo coś. - powiedziałam trzymając się mocniej, wciskając swoje ciało jak najgłębiej w fotel. Aż taką fanką szybkiej jazdy nie byłam.
- Zabłysnęłaś, naprawdę. Każdy marzy o mieszkaniu w budynku z powybijanymi szybami. – westchnął nadal coś kalkulując.
- Musimy znaleźć jakiś motel. Trzeba się zatrzymać, bo Jev nam tu zaraz zejdzie.- powiedziała zdenerwowana Monique, obserwując go w lusterku.
- Tak, zatrzymajmy się  w tym, który jest najbliżej, żeby szybciej mogli nas znaleźć.- zironizował Justin machając rękoma.
- Uważaj, jeśli zamierzasz krytykować mój każdy pomysł, bo ja też umiem dobrze strzelać. – skarciła go wzrokiem, a jej zmartwione i pełne troski spojrzenie padło ponownie na Jeva. Nie mieliśmy komórek, Justinowi i Jevowi dawno je zniszczyli, a moją zabrał jakiś idiota. Jedynie Monique miała jakiś kontakt ze światem, ale zmieniała karty i baterie średnio co połączenie, żeby nikt nas nie namierzył. Mimo wszystko, nie chcieliśmy ryzykować, dzwoniąc po pomoc.
W końcu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku (czyt. wielkie odludzie, którego nazwy nie jestem w stanie nawet wymówić) oddalonym od Clevland o jakieś 5 mil. Typowy motel, bez luksusów, ale po tym co nas spotkało nie mieliśmy prawa przejmować się tym, ani być wybredni. Oczywiście z racji tego, że Bóg chyba mnie po prostu nie lubi, akurat w tym motelu były tylko dwuosobowe pokoje. Miałam nadzieje, że będę dzieliła jeden z nich z Monique, ale ona uparła się, że będzie czuwać przy Jevie całą noc, a my z Justinem musimy odpocząć. Nie miałam wyboru.
- Rachelle, a może tak…- zaczął, gdy znaleźliśmy się oboje w pokoju.
- Ty podłoga, ja łóżko. Nie masz innej możliwości.- powiedziałam ostro. Nie targował się, był równie zmęczony jak cała nasza trójka. Wszedł do łazienki, a ja zdjęłam płaszcz, nadal byłam w tym idiotycznym, skąpym stroju. Skorzystałam z jego nieobecności i przebrałam się. Zamieniłam gorset na czarne leginsy i luźną białą bluzkę. Było tutaj bardzo zimno, stary piec był lodowaty, nikt nie pomyślał o kaloryferze. Potarłam ramiona dłońmi, żeby się rozgrzać. Żółte upiorne ściany z pewnością odstraszały gości, ale właściciele raczej nie mieli wielkich ambicji. W pokoju poza łóżkiem, lampką nocną i paroma półkami nie znajdowało się nic, co dodałoby pomieszczeniu przytulnego charakteru. Drzwi od łazienki były odrapane z farby jakby trzymali tu wściekłego kota. 
Niespodziewanie usłyszałam przerywany krzyk Justina. Wparowałam do łazienki jak błyskawica.
- Co ty…- zaczęłam, ale zobaczyłam jego wielką ranę na brzuchu i zastygłam w  bezruchu. Nie mogłam uwierzyć, że wytrzymuje taki ból.
- Nic mi nie jest…- Tak, rana na pół brzucha, to tylko takie ,,draśnięcie,’’ nic wielkiego. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, w jakie gówno się dostałam. Na jakie niebezpieczeństwo się narażam. Wcześniej to wszystko wyglądało niewinnie. Zabiłam wiele osób i nie uważam, że to błahostka, ale rzadko bałam się o własne życie tak bardzo jak dziś.
- Daj mi to, jeszcze bardziej wszystko rozpaprzesz. Sięgnęłam po wodę utlenioną i waciki.- usiadłam na wannie, naprzeciwko Justina.
- Nie, proszę. – odsunął się ode mnie i jęknął... Nawet go jeszcze nie dotknęłam. - Będzie szczypać…
- Dostałeś tyle razy w gębę i to – zaśmiałam się i pokazałam mu wacik nasączony wodą – ma cię boleć? Przestań, nie jesteś małym dzieckiem. Trzeba to odkazić.
- Poradzę sobie... możesz iść.
- Zamknij się, po prostu. – poprosiłam… naprawdę grzecznie, ale inaczej by się nie dało. – Zacznij mówić, coś do mnie, nie myśl o tym. – powiedziałam, widząc że nadal chciałby uciec z tej ciasnej łazienki.
- Ten dureń miał nóż... Nie zauważyłem go, bo spojrzałem na Jeva jak sobie radzi.- tłumaczył się i przerwał sycząc z bólu. Widziałam jak za każdym razem, gdy go dotknęłam jego mięśnie się napinały. Miał wielkie szczęście, że rana nie była głębsza i nie uszkodził sobie narządów wewnętrznych. Zabrałam jakąś maść i bandaż z samochodu. Przyłożyłam gazę, tak aby zakrywała całą ranę. Rozwinęłam bandaż, prosząc go aby się obracał. Na koniec oceniłam moją pracę i nie było tak źle. Powinno się trzymać. Potem spojrzałam na niego i mechanicznie zaczęłam oczyszczać mu jakieś zadrapania na twarzy. Nie wiem jak to się stało, ale nerwowo ciągle usiłowałam znaleźć jakąś jeszcze ryskę, która nie istniała, żeby ją oczyścić. Jego oczy uważnie śledziły moje ruchy. Wstałam, a on objął mnie ramieniem.
- Rachelle, starczy... już. – powiedział tuż przy moich ustach. Mogłam poczuć jego ciepły oddech na mojej skórze.
- Ale.. – chciałam już się obrócić i nawilżyć wacik. Strącił mi go z rąk i położył moją dłoń na swoim ramieniu. Przybliżył się i zetknęliśmy się ustami. Przeniósł swój wzrok od moich oczu i do ust, musiałam się podobnie zachowywać. Czułam jego smak, całą kwintesencje uczucia. Zatracałam się i pragnęłam. To było jak magnetyczna siła, której nie można przerwać. Tak delikatna, subtelna ale zarazem zdecydowana i ostra. W pewnej chwili zdałam sobie sprawę, co tak naprawdę do cholery robię. Oderwałam się od niego natychmiast.
- Czy ty musisz za każdym cholernym razem używać sobie na mnie tych twoich sztuczek? – zaczęłam.- Naprawdę, nie starczy ci wrażeń na dziś? Mam ci poprawić tę ranę? – warknęłam i szybko wyszłam z łazienki, żeby znaleźć chwile oddechu, oraz powstrzymać się przed jakimiś ruchami, których później będę żałować.
- A było tak miło.. - wyszedł za mną rozglądając się po pokoju, podrapał się po karku, w ten swój zabójczo gorący sposób. Boże, jak ja go nienawidzę.
- Nienawidzę ciebie, tej twojej pieprzonej gry aktorskiej i jeszcze jedno – wzięłam oddech.- Nienawidzę, gdy ktoś robi sobie ze mnie zabaweczkę i mnie sprawdza! – to ostatnie wykrzyknęłam. Spojrzał na mnie i nabuzowany opuścił pokój.
- Tak, idź sobie i śpij na dworze! Nie wracaj i nie licz na to, że te drzwi będą otwarte! – krzyknęłam za nim sfrustrowana. Dlaczego właśnie ja muszę się z nim męczyć?  Usiadłam na łóżku i wzięłam głęboki oddech. Nie mogę się przy nim rozpłakać. Jestem Rachelle Roberts, a ona nie pozwoliłaby na to nigdy. Po jakimś czasie wgapiania się w nagie ściany pomieszczenia, odsłoniłam zasłony, spojrzałam przez okno złożone z kratek oddzielanych czarną linią. Jak przeczuwałam, stał tam obrócony tyłem do mnie i palił papierosa. Głupi pozer!- pomyślałam i ze złością zasłoniłam okno, prawie nie drąc satynowego materiału. Przykryłam się kołdrą i zwinęłam się w pozycje embrionalną, bo znów zaczęło mi być okropnie zimno. 


****


Obudziłam się okryta kocem, a pod sobą słyszałam ciche pochrapywanie Justina. Przewróciłam się na drugi bok, aby go zobaczyć, a przy tym nie narobić większego hałasu. Te wspaniałe łóżko skrzypiało niemiłosiernie. Stwierdziłam, że Justin najlepiej wygląda, kiedy śpi. Przynajmniej wtedy się nie odzywa. Ten błogi spokój i zadowolenie na jego twarzy, kiedy chaos panuje na jego głowie było tak rozbrajające, że aż chciałam się do niego przytulić. I koniec. Bańka mydlana pękła. Dziewczyno, opanuj się... zapomniałaś z jakim debilem masz do czynienia?  Wreszcie zdałam sobie sprawę z tego, że jest mi nadzwyczajnie ciepło. Gdy zasypiałam cała się trzęsłam… Musiał mnie okryć kocem, gdy spałam. Dziwne, że nie skorzystał z okazji by wleźć mi pod kołdrę. Chyba wczoraj byłam dla niego zbyt ostra… ale w sumie co miałam zrobić jak facet całuje mnie bez uprzedzenia, wiedząc że mam chłopaka? Nie można też zapomnieć, że jest mistrzem uwodzenia, takie rzeczy przychodzą mu łatwo. Nie poddam się i będę z nim walczyć.. Ale w sumie naprawdę chcę z tym walczyć? Justin chyba wyczuł, że nie śpię i powoli się budził, więc udałam, że śpię. Ale ze mnie buntowniczka... Chwilę później poczułam jego usta na moim policzku. Przesunęłam głowę nie mogąc powstrzymać się przed pocałowaniem go w usta. Zawisnął nade mną. Nie ważne co myślałam, ile razy chciałam to powstrzymać. Gdzieś głęboko chciałam tego, chociaż nie mogłam się do tego przyznać. Moje ciało płonęło dla niego i pragnęłam go mieć jeszcze bliżej siebie. Chwyciłam go za gęste, miękkie włosy i ścisnęłam je w dłoni. Położył się na mnie i przykrył nas kołdrą. W sumie był cały zimny, ale już po chwili jego ciało stawało się coraz cieplejsze i napierało na moje. Kiedy już jego zdecydowane i ostre pocałunki nie pozwalały mi kompletnie oddychać, przeniósł je na moją szyje. Dłońmi wędrował po moim ciele, pieszcząc moje piersi i brzuch. Przyjemne dreszcze przeszły po mnie, gdy ugryzł mnie w szyje i wpił się w nią ustami. Sapiąc, na sam koniec ucałował mnie w czoło i spojrzał na mnie zadziornie.
- Wiedziałem, że nie śpisz.- mruknął.
- Spadaj. – powiedziałam, bo tylko na tyle starczyło mi powietrza w płucach.- Wykończysz mnie.
- Ale ja nawet…- przerwałam znów go całując. Wiedziałam, że za chwilę powie coś, co mnie zdenerwuje. Przy nim zapominam co robię, co myślę, a już na pewno nie mam bladego pojęcia, co można, a czego nie. Zanim dotarło do mnie to wszystko, musiałam przez chwilę ochłonąć, a przede wszystkim odciągnąć go od siebie. Właściwie, co ja teraz robiłam? A... tak. Miałam mentalną ochotę uderzyć się w głowę czymś perfidnie ciężkim, ale zrobię to, gdy nie będę miała widowni. Zachowuje się jak jakaś pieprzona niewyżyta nastolatka... Chwila? Przecież, to on pierwszy pocałował mnie w policzek czyli jednak to jest znowu jego wina. Dlaczego nie mogę tego zaprzestać? Dlaczego nie potrafię powiedzieć ,,nie''  Bo jesteś głupia - odpowiedziałam sobie. Teraz nie tylko chciałam się ponownie na niego rzucić, ale spanikowałam i musiałam odejść od niego jak najdalej można. Brak samokontroli mnie niepokoił, był dla mnie czymś nowym, a ja nie mogłam pozbawić się wszystkiego, nad czym pracowałam, przez jakiegoś chłopaka o niesamowitych oczach i oszałamiającym wyglądzie. 
Wstałam i poszłam do łazienki.
- Nie rozumiem, co ty chcesz tym osiągnąć. – westchnęłam patrząc mu prosto w oczy.
- Nie wszystko jest grą.- powiedział tajemniczo i uśmiechnął się.
- W naszym świecie nie ma niczego innego. Nie uważasz? – zerknęłam na niego uważniej.
- Jest, tylko ty nie chcesz tego zauważyć.– ponownie uśmiechnął się, wstał z łóżka, które sprytnie sobie przywłaszczył i podszedł do mnie.
- Ach, czyli to była kolejna lekcja? Przykro mi, ale to nie ja wpakowałam ci się do łóżka. Ty to zacząłeś.
- A ty to skończyłaś. – uciął tym swoim aroganckim tonem.- Chyba, że jeszcze nie, chcesz coś dodać, dokończyć...- prowokacyjnie znów przybliżył swoje usta do moich.
- Po pierwsze, daj mi przestrzeń. – powiedziałam odpychając go od siebie ręką i cofając się. - Po drugie, jesteś obleśny.- westchnęłam z politowaniem.- Po trzecie, jesteś jak zwykle irytujący.- powiedziałam takim tonem jakbym sobie nagle to przypomniała, po kolei wyliczając mu ładnie wszystko na palcach, żeby lepiej mnie zrozumiał.
- Gratuluję, właśnie zabawiałaś się z obleśnym facetem. Dzień jak co dzień.- brzmiało to tak, jakbym sprawiła mu swoimi słowami przykrość.
- Myślisz, że robię to dla siebie? Zmuszają mnie do tego. Jesteś po prostu chamem.- warknęłam pakując swoje rzeczy.
- Teraz nikt ci niczego nie kazał.- przypomniał mi.
- Masz racje, teraz to ktoś mnie zmanipulował, wykorzystując to, że jestem jeszcze nieprzytomna i nawet nie wie, jak bardzo będzie tego żałował. Nie jestem laleczką do próbowania, rozumiesz? - spojrzałam ze złością w jego oczy... Czy on myślał, że ja sama sobie wybrałam takie życie?
- Nic takiego nie powiedziałem. Dlaczego zawsze musisz robić awanturę? Nie wiesz, jaka ty jesteś irytująca. Z tym swoim wymyślaniem, dopowiadaniem różnych rzeczy i tym jak zawsze dramatyzujesz, chcąc pokazać, że jesteś lepsza od innych.
- Przykro mi, życie ze mną naprawdę musi być dla ciebie ciężarem. NIE WIESZ JAK BARDZO SIĘ CIESZĘ. – wrzasnęłam głośno. Jeszcze chwila, a zaraz go uderzę.
- Ogarnijcie się, bo nie wytrzymam. Co znowu? – jęknęła Monique wchodząc do naszego pokoju.
- Wiesz, drzwi służą do pukania. – upomniał ją Justin.
- Jednak nie są na tyle szczelne by zagłuszyć wasze krzyki. Co ty jej zrobiłeś? – zapytała widząc moją minę.
- W sumie, dosyć dużo rzeczy zanim tu przyszłaś. – znów ten uśmiech godny największego flirciarza na świecie. Monique spojrzała na mnie i mój chwilowy przyczajony uśmiech. Nie musieliśmy jej już nic więcej tłumaczyć.
- Zachowujecie się jak pieprzone piętnastolatki, albo pieprzycie się ze sobą, albo chcecie się zabić. Wybierzcie jedną opcje, a na chwilę obecną, zlitujcie się nad Jevem i dajcie mu spać, bo przyjdę tu następnym razem i utnę mu jaja.- przy tym ostatnim spojrzała na Justina.- Zrozumiano?
- Ja nie mam nic przeciwko.- powiedziałam z uśmiechem.
- Słonko myślę, że jednak masz, ale jeszcze o tym nie wiesz.- skwitowała i wyszła. 
- Trzeba się rozejrzeć po okolicy, a potem wrócić do twojego boskiego chłopaka.- powiedział po chwili.
- Fajnie, idź. Nie musisz się spieszyć i tak nie będziemy na ciebie czekać.- mruknęłam ze złością.
- Myślę, że poczekają, bo idziesz razem ze mną.- założył kurtkę.
- Coś ci się pomyliło, ja nic nie muszę.
- Owszem, musisz.- powiedział chwytając mnie bezczelnie za rękę i ciągnąc w stronę drzwi.
- Tak, a jeśli się nie zgodzę to niby co mi zrobisz? - parsknęłam.
- Pewnie dużo rzeczy, ale na razie to musi poczekać.- mruknął sam do siebie. Postanowiłam nie myśleć o tym, ale przyjemne dreszcze przebiegły po moim ciele. On miał w sobie to coś... Był wkurzający, przesiąknięty męską arogancją, ale mimo tego nie jedna by się na niego rzuciła.. Nie, żebym ja miała ochotę to zrobić... ale w sumie już to zrobiłam.. Może powinnam nienawidzić siebie? Jego słowa nigdy nie były prośbą, to był raczej rozkaz.. ale to właśnie sprawiało, że przyciągał mnie do siebie. 






___________________________________________


Przepraszam, przepraszam, przepraszam...
Liceum to jakieś nieporozumienie, 
właśnie głównie z tego powodu nie wyrobiłam się
z rozdziałem. 
Za co was jeszcze raz, najmocniej przepraszam. ;) 
Wkurza mnie to, że mam tyle pomysłów 
a potem gdy już to piszę... 
TO NAGLE ZAPOMINAM. Ugh, dobra. 
Cieszę się, że was przybywa, tak naprawdę dzięki waszym komentarzom 
pod ostatnim rozdziałem, pisałam po nocach. 
Rozdział sprawdzałam kilkanaście razy, ale jestem pewna, że 
następnym razem też bym coś wyłapała, a ponieważ
czekacie, co niektórzy z Was z niecierpliwością, 
dodaję taki jaki jest ;p 
Tęskniliście z Mike'iem? Tak, ja też nie xD 
Ale cóż, nic nie trwa wiecznie, nie? 





Powiem wam, że chłopcy z One Direction pozytywnie mnie zaskoczyli. 
Wcześniej nie byłam do nich przekonana, ale ostatnia piosenka
naprawdę jest świetna, a teledysk zasługuje na uznanie.






Chociaż nadal jest to blog o Justinie i nie sądziłam, 
że kiedykolwiek o nich coś napiszę, to żeby
było sprawiedliwie, planowałam to od jakiegoś miesiąca: 

środa, 28 sierpnia 2013

Rozdział 12


W poprzednim rozdziale...


Było ciemno, bo wokoło nie działały światła. Zrobiło się dziwnie cicho. Muzyka z klubu już dawno ucichła wraz z kolejną ulicą, którą przemierzałam. Nie chciałam tu być. Nie chciałam tu być sama. Czułam się jak mała dziewczynka, która zgubiła tatę i nie wie jak wrócić do domu. Ktoś szarpnął mnie z całej siły i przyparł do ściany.
- Justin, jeśli myślisz, że to jest śmieszne to…- zamarłam.

_________________________________



Przede mną stał Slade. Nie był już taki potulny. Na jego twarzy malowała się wściekłość.
- Przykro mi słoneczko, ale pomyliłaś osoby.- splunął na mnie.- Co ty sobie myślałaś? Że tak po prostu wyjdziesz z tego klubu i wrócisz do swojego przydupasa? - spojrzał na mnie swoimi ciemnymi oczyma i zacisnął swój uścisk.
- Puść mnie.- syknęłam przez zęby ukrywając strach.
- Dzisiaj jesteś moja, a że nie chciałaś mnie, kiedy byłem dobry to teraz będę zły. Może taką grę wolisz co?
- Nawet nie wiesz, jak wielki błąd popełniasz.- powiedziałam z nienawiścią w oczach.
- Cóż ja nie jestem tym, za kogo mnie uważasz. Ale każdy popełnia błąd, prawda? - przybliżył swoją ohydną twarz do mojej.- Na przykład, twoi pomocnicy woleli chronić swoją dumę i co się stało? Daję moim ludziom góra pół godziny i będą martwi. Chcesz ich w torbie, czy wolisz jeszcze ostatni raz pocałować swojego obrońcę?
Skąd on do cholery o nas wie? To jest niemożliwe. Musieli wiedzieć, że przyjedziemy na długo wcześniej, żeby tak to wszystko zorganizować. O co tutaj chodzi? Jakim sposobem w ogóle się dowiedzieli? Pieprzony Justin, wszystko zaczyna się komplikować, od kiedy on się pojawił. Całkiem znikąd. Kim on w ogóle jest? Czy to nie dziwne? Każda misja, nawet ta najłatwiejsza się nie powodzi. Głównie on zawsze jest w centrum problemów, które pojawiają się tak nagle. Teraz nie mogę bezpiecznie uciec. Powinnam uwierzyć, że to zbieg  okoliczności, że to przypadek, że akurat ja muszę być ofiarą? Jeżeli Slade mnie zabije, zrobię wszystko, żeby z góry nawiedzać go snach każdej nocy, aż sam będzie chciał się zabić.
Obracałam głowę w różne strony jakby to miało pomóc mi, w zwiększeniu przestrzeni między Sladem, a mną.
- Nie zrobisz tego.- powiedziałam ze łzami w oczach próbując się uwolnić.
- Wiesz, na początku ci się udało. Prawie uwierzyłem, że jesteś zwykłą pustą lalunią. Kolejną do mojej kolekcji.- tu uśmiechnął się szyderczo i dwuznacznie. – Jednak ty nie jesteś normalna. I…- przez chwilę ucichł i przybliżył usta do mojego ucha.- Choćbym miał cię zarżnąć na śmierć, dowiem się co knujesz i z kim współpracujesz. To jest mój teren.- warknął i mocno ścisnął moją rękę. Krzyknęłam wystraszona. Muszę się uwolnić. Z desperacją nadepnęłam z całej siły jego stopę, co spowodowało, że mnie puścił. Nie tracąc czasu kopnęłam go najmocniej jak potrafiłam w krocze i uderzyłam torebką w głowę. Wylądował na ziemi i skulił się z bólu.
- Tym razem przyjemny wieczór spędzisz na dworze. - powiedziałam z triumfem w głosie i przegryzłam nerwowo wargę.
- Suka! - usłyszałam za sobą, ale nie przejęłam się tym.
Nagle rozległ się strzał z pistoletu. Przeraziłam się. Miałam mało czasu, żeby odnaleźć chłopaków, a jeszcze mniej, by uciec przed Sladem. Biegłam tak szybko jak mogłam w kierunku odgłosów bójki. Skrywałam nadzieję, że to są oni. Próbowałam podejść bliżej, tak cicho, by nie zwrócili na mnie uwagi. Wychyliłam się zza ściany budynku. W ślepej uliczce było trzech mężczyzn, tych samych, którzy zatrzymali nas przy wejściu. Dwóch trzymało Justina. Trzeci stał bokiem do nich kilka metrów dalej.
- Teraz już nie jesteś taki mądry, ha? – mówił jeden przykładając pistolet do głowy Justina. Na szczęście stał obrócony do mnie tyłem. - Piesek przestał warczeć? No proszę, proszę. Poszło szybciej niż myślałem.
- Tak się właśnie zastanawiam, kiedy przestaniesz bawić się bronią, której nie potrafisz użyć.- odpowiedział zanadto znanym mi tonem mój trener. Bałam się o niego, chciałam krzyczeć, żeby przestali i zostawili go w spokoju. Nie, to było bez sensu. Nie widziałam wszystkiego, nie wiedziałam ilu ich jest, a nawet gdyby - szanse, że rzeczywiście im pomogę i wyjdę z tego cało były znikome. Czułam, że jestem bezradna. To uczucie, z którym nie można się pogodzić. Jest okrutne. Wsłuchiwałam się dalej.
- Wiesz, polubiłem cię. Jesteś twardy i silny. Gdybyś miał trochę oleju w głowie, przeszedłbyś na naszą stronę.- zaśmiał się drugi.
- Cóż, a ja ciebie nie lubię.- dostał w twarz.- I nigdy nie polubię. Chociaż miałbyś mnie tak walić godzinami, bo tylko na tyle cię stać. – Co on chce zrobić? Takim gadaniem tylko ich rozwścieczy...
- Ta mała musi naprawdę dla ciebie wiele znaczyć.- mruknął jeden kucając przy nim.- Cóż, ma dosyć długie nogi...- dodał i westchnął.
- Zła wiadomość jest taka, że nigdy się do nich nie dobierzesz. 
Zachowywał się tak, jakby to on był na wygranej pozycji. Nie wiedziałam, że będzie mnie tak bronił. W życiu bym go o to nie podejrzewała.
- Jeśli nie ja, to zrobi to ktoś inny ode mnie, ale na pewno nie ty, tak więc… - uniósł jego głowę, ale Justin wyszarpnął mu się. – Moi przyjaciele właśnie przeczesują klub i jestem pewien, że zaraz przyjdzie się z tobą pożegnać. – na te słowa Justin wpadł w szał.
- Jedyną osobą, która będzie się żegnała będziesz ty. Dorwę cię i nie spocznę, aż nie wykorzystam wszelkich możliwych tortur. Skończysz parę metrów pod ziemią, więc korzystaj z życia. – krzyknął, bardzo wkurzony i podniósł się, ale tamten uderzył go łokciem w głowę, przez co Justin upadł z powrotem na kolana na ziemię. Wstrzymałam oddech. - Nie baw się ze mną, bo to najgorsze, co mógłbyś zrobić.- dodał Justin wypluwając jak podejrzewałam krew z ust.
- Skoro tak bardzo tego chcesz, ale ona i tak zobaczy cię martwego. Nie odmówimy jej tej przyjemności co? – odezwał się do swojego pomocnika. Ten kiwnął głową z równie wrednym uśmieszkiem. Znów przyłożył mu pistolet do głowy i dusił jego szyję swoim ramieniem.
- No to powiedz dobranoc...
- Niee! – krzyknęłam wychodząc zza rogu. Mężczyzna, który celował w Justina spojrzał na mnie i puścił go. Nie spodziewał się mnie. Teraz zauważyłam nieprzytomnego Jeva przypiętego łańcuchami do muru. Wyglądał okropnie, miał wory pod oczami i cały był siny. Jego blada twarz wyglądała bardzo marnie.
- Rachelle? Kurwa.- jęknął Justin, widząc mnie. Na ustach miał rozcięcie, a na odkrytych częściach ciała widniały wielkie siniaki. Stróżka krwi ciekła z jego nosa, a brew też pokrywała czerwień, ale rana na niej już się zabliźniała. Wzniósł oczy ku górze, a ja wiedziałam, co sobie pomyślał. ,,Jeszcze teraz jej tu brakowało.''  Czułam się jakbym znalazła się w jakimś bardzo kiepskim melodramacie, ale mój strach nie był grą aktorską, on był prawdziwy, tak jak nieopanowane drżenie rąk.
- O spójrz. Przyszła do ciebie. I to jeszcze sama. Jestem pod wrażeniem. Naprawdę.- zaczął klaskać.
- Wiesz, jeszcze cię nie znam, a już cię nienawidzę.- zerknęłam na Justina, który jak widać nie pałał entuzjazmem na mój widok. Nie był zadowolony z obrotu sytuacji i na pewno mu tym wrzaskiem nie pomogłam. Ochroniarz szedł w moją stronę z wymalowaną satysfakcją na twarzy.
- Jak uciekłaś Slade’owi? – zapytał, nie kryjąc zainteresowania.
- Ma się swoje sposoby. To było naprawdę łatwe. Jeżeli on jest takim idiotą i jest twoim szefem, to ty musisz być jeszcze głupszy.- stwierdziłam, kontynuując drażnienie go. Zerknęłam na Justina. Zrozumiał mnie. Wstał i powalił jego pomocnika. Nim ten zdołał wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, wbił mu nóż w brzuch.
- Pożałujesz tego, co powiedziałaś.- warknął skupiony tylko na mnie i wyciągał ręce w moją stronę. Justin zdołał ocknąć Jeva, który otworzył oczy i nie wiedząc co się dzieje wokół, już szykował się do otwarcia ust, ale Justin zakrył je swoją dłonią w ostatniej chwili i rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie, skinął głową na mnie i ochroniarza. Przeciął łańcuch, a podchodzący do mnie mężczyzna obrócił się. Byłam w totalnym szoku, kiedy mój wzrok zarejestrował to, że mój trener biegnie wprost na niego. Co on robi? Chce połamać jego i siebie?
- Mówiłem, nie dotykaj jej.- warknął i psiknął mu w oczy gazem, który ode mnie dostał. Facet zaczął krzyczeć i przykładać palce do oczu, a my biegliśmy przed siebie. Później tylko słyszeliśmy jak głośno przeklina. Starałam się jak najszybciej znaleźć drogę do parkingu, na którym zostawiliśmy Monique. Nie zorientowałam się, kiedy Justin chwycił mnie za rękę i ciągnął mnie do przodu, jakbym mogła jeszcze szybciej biec. Za nami nieco wolniej biegł rozkojarzony Jev, ale dzielnie udawał, że się jeszcze trzyma, jakby nic się nie stało. Co miał innego zrobić? Stanąć, użalać się nad sobą i poczekać, aż znów nas dogonią? Ja bym tak pewnie zrobiła, ale nie byłam sama. Może rzeczywiście wcale nie jest lepiej pracować w pojedynkę? Musiałam to przyznać, że z dwojga złego lepiej mieć kogoś obok. Zaczynałam się przekonywać do Justina. Przyłapałam się nawet na tym, że gdy tylko go zobaczyłam w tym zaułku zapominałam zupełnie o co byłam na niego wściekła, co chciałam mu wygarnąć, za co chciałam na niego nakrzyczeć i co zrobił, że tak bardzo chciałam go niekiedy zabić. Liczyło się, że jest i żyje.
- Możemy zwolnić, błagam ja nie dam rady.- wydusiłam z siebie, gdy błądziliśmy między starymi kamienicami. Nie czułam swoich nóg i w pewnym momencie po prostu nie miałam pojęcia jak się oddycha. Nawet nie wiedziałam, gdzie się podziały moje płuca. – Na pewno już ich zgubiliśmy.- zapewniałam, żeby tylko dali mi przez chwilę odetchnąć. Justin spojrzał na mnie z uwagą, a potem skontrolował stan Jeva, który zbladł jeszcze bardziej, chociaż wcześniej wydawało mi się to niemożliwe.
- Prosiłem cię, żebyś się stamtąd nie ruszała.- wiedziałam, że Justin musiał to kiedyś zacząć, ale nie wiedziałam, że ma tak świetne poczucie czasu, żeby robić to teraz.
- Jakbyś nie wiedział, że cię nie posłucham.- mruknęłam.- Może miałam się tam schlać i poczekać, aż oni przyjdą po mnie? – zapytałam cynicznie.
- Gdybyś została, poradziłbym sobie z nimi i teraz ze spokojem siedzielibyśmy w samochodzie.- podniósł ton, był bardzo zdenerwowany, ale nie widziałam powodu, żeby wyżywał się na mnie.
- Nie widziałam, żebyś sobie radził jak cię tam lali.
- Nie potrafisz walczyć, dlatego nie rozumiesz. Nie posłuchałaś się mnie! Prosiłem cię.- mówił szybko i z wyrzutem. – Swoim przybyciem, wywołałaś kolejny problem. Muszę chronić twój tyłek, zamiast ich zabić.
- Świetnie, bo liczyłam bardziej na coś w stylu: ,,Dziękuję za uratowanie życia, Rachelle.’’ No ale jak wolisz.
- Poradziłbym sobie bardzo dobrze bez ciebie.
- Pewnie tak samo dobrze jak bez tego gazu.- dogryzaliśmy sobie dalej.
- Akurat nie musiałbym go używać, gdybyś ty się tam nie znalazła. – pretensjonalny ton głosu przybierał na sile.
- Przestańcie wreszcie! – wrzasnął desperacko Jev, kiedy miałam uświadomić Justinowi, że zamiast tu stać miałby kulę w swojej czaszce i co najwyżej mógłby skończyć jako warzywo. Spojrzeliśmy oboje na Jeva i postanowiliśmy zignorować.
- Nie, wcale.. kiedy wreszcie przyznasz… - awanturowałam się dalej, dopóki mi nie przerwano.
- Tak właśnie myślałem ile tutaj będziecie tak biegać. Naprawdę, zabawnie to wyglądało. Trzeba być debilem, żeby uwierzyć że można mnie pokonać na moim terenie.- ścisnęłam mocniej rękę Justina, bo doskonale wiedziałam, do kogo należał ten głos. Obróciłam się w stronę, z której dochodził ten szyderczy ton.
- Slade, jaka szkoda, że nie przywaliłam ci mocniej.- mruknęłam pod nosem i uśmiechnęłam się sztucznie, ale byłam pewna, że moje słowa trafiły do niego.
- Powinnaś się domyśleć, że takie sztuczki mnie nie zatrzymają. Może myślałaś, że po takim czymś już się nie podniosę? – zaśmiał się.-  Nawet nie żałowałaś czasu, żeby się obrócić i sprawdzić, czy rzeczywiście unieszkodliwiłaś mnie.- podchodził coraz bliżej, ale żadne z nas się nie cofnęło. Najgorszym, co możesz w takiej sytuacji zrobić jest okazanie strachu. Twój przeciwnik wtedy czuje się pewniejszy. Za Slade’em stanęli kolejni napakowani koledzy. Było ich razem czterech. Kiedy w końcu przestaną tak się głupkowato uśmiechać, to zaczyna być przerażające…
- Jesteś naprawdę urocza. Zrobiłbym sobie z ciebie moją zabawkę, ale lepiej będę się bawić, jeżeli jemu zadam ból, torturując ciebie.
- To dziwne, bo on akurat cierpiałby najmniej.- powiedziałam twardo patrząc Slade’owi prosto w oczy.
- Jesteście tak słodcy, posłuchałbym jeszcze tych bzdur, ale interesy mnie wołają.- obrócił się, chcąc odejść, dał znać swoim opryszkom, że mają się nami zająć.
- Nie masz jaj, Slade. Czemu sam nie pokażesz nam kto tu rządzi? Skasowałbym dwoje twoich ludzi za jednym ciosem. Boisz się? – odezwał się wreszcie Justin. Skarciłam go wzrokiem, ale nawet tego nie zauważył.
- Co ty robisz do cholery? Postradałeś zmysły? - syknęłam mu do ucha.
- Na mój znak, masz uciekać. Nie obchodzi mnie nic, spadaj stąd i znajdź Monique.- powiedział i wiedziałam, że nie mogę z nim już dyskutować. Decyzja zapadła. Nie chciałam go tam zostawiać. Co mógł zrobić sam z wykończonym Jevem? Co będzie jeśli już nigdy go nie zobaczę? Spojrzałam w jego oczy, które nie wyrażały, żadnych uczuć. Wiały chłodem. Był strasznie odważny i pewny siebie, nie wiem skąd brał tę siłę. Rzuciłam się biegiem, próbując odnaleźć chociaż tylne wyjście klubu, które pokazał mi barman. Biegłam szybko nie zważając na nic, czułam jak łzy napływają mi do oczu. Wszystko przede mną było rozmazane, ale biegłam dalej. Nie wiedziałam, czy dobrze zrobiłam. Zostawiłam ich tam, a sama jak ostatni tchórz uciekłam. Oni muszą wrócić. Nie ma innej opcji. I w to właśnie chciałam wierzyć. W niektórych sytuacjach tylko wiara czyni cię silnym i pozwala ci przetrwać najgorsze chwile.




Wszędzie ludzie w czerni. Smutna pieśń rozbrzmiewała podczas marszu żałobnego. Tak wielki tłum, tyle nieznanych twarzy. Ona również była ubrana na czarno. Dziewczynka szła dzielnie, usiłując swoimi tycimi nóżkami dorównać mamie, która dzisiaj jakoś dziwnie nie chwiała się na boki. Spojrzała na jej twarz. Wiedziała, że jej oczy są opuchnięte, a powieki zaczerwienione. Natomiast mama miała tylko sińce pod oczami, od nieprzespanych nocy. Mała słyszała jak jej mama wymyka się w nocy czasami sama, czasami wychodziła z kimś. Nie wiedziała dokładnie z kim, ale już rozpoznawała ten charakterystyczny tupot butów i czasem niknący szept, który przyprawiał ją o dreszcze. Czasami miała ochotę powiedzieć : ,,Mamo, nie odchodź.’’ ale wiedziała, że mama nie posłuchałaby jej. Podczas gdy marzeniem innych dziewczynek było posiadanie nowej lalki Barbie albo kucyka, ona dokładnie wiedziała czego chce. Chce, żeby jej tata wrócił. Chce czuć się przy nim bezpiecznie. Ale czym są pragnienia takiej małej istoty jak ona? Niczym, w tak wielkim świecie. Widziała oczy mamy. Miały tą samą bezduszną barwę, pozbawioną dawnego blasku. Iskry dawnych uczuć, które się przez nie przelewały były tylko wspomnieniem. Teraz nie było w nich nic. Pustka. Jakiegokolwiek wyrazu, który wskazywałby na to, że obie żegnają się z tatą. Pokerowa twarz, posąg – bez uczuć, robot – bez duszy. Czuła jak łzy napływają jej do oczu, kiedy spojrzała na białą trumnę w dole. Wzięła w swoją malusieńką rączkę garstkę czarnej ziemi i rzuciła ją ze złością i żalem na trumnę.
Dopiero wtedy dotarło do niej, że to koniec. Nie ma już żadnej szansy, żeby go znowu zobaczyła. Nie na tym świecie.
- Dlaczego, tato? Dlaczego mi to robisz? Dlaczego mnie zostawiasz? Śpij i poczekaj na mnie.- wypowiedziała bezgłośnie. Może była mała, ale doskonale wszystko rozumiała. Obserwowała mamę, która wydawała się być znudzona. Nie widziała w tym dniu, choćby jednej łzy na jej policzku. A kiedy zapytała mamę:
- Będziesz tęsknić? - ona nie odpowiedziała nic, ale dziewczynka wiedziała, że musiała słyszeć jej pytanie. Obróciła się. Ujrzała czarny płaszcz, szary szal i czarny kapelusz oraz twarz człowieka, który zniszczył jej dzieciństwo…




Wreszcie znalazłam główną drogę prowadzącą do parkingu. Moje obolałe nogi od obcasów wołały ,,Ratunku!’’, ale nie to było najważniejsze. Gdy tylko znalazłam się przy białym SUV-ie Monique poczułam ulgę, ale tylko chwilową. Uderzałam w samochód pięściami, żeby mi otworzyła. W końcu, ocierając oczy, zorientowałam się, że nikogo w środku nie ma. To było dla mnie za dużo. Rozpłakałam się na dobre. Osunęłam się na ziemię i skryłam się między samochodami. Byłam sama. Całkiem sama, bez możliwości ucieczki, wystawiona na śmierć. Nie wiem ile przesiedziałam tak między tymi samochodami, ale doznałam jakiś halucynacji. Zauważyłam postać zbliżającą się ku mnie. Nie miałam siły nawet się schować. Zabiją mnie i tak - pomyślałam.
- Rachelle, na litość boską, co ty robisz? – usłyszałam. Ujrzałam ciemne blond loki.
- Monique! – spojrzałam w jej błękitne oczy. O mało nie dostałam zawału.- Zdurniałaś? Gdzie byłaś? - pytałam pozwalając, aby Monique pomogła mi wstać.
- Nie było was tak długo, że postanowiłam się rozejrzeć po klubie. Nie wiedziałam gdzie was wcięło. Gdzie chłopcy? - zapytała błądząc wzrokiem po mojej twarzy.- Płakałaś? Dlaczego?
- Bo oni i Justin, Slade… Boże... oni nie mogą... Mike – zaczęłam bełkotać bez ładu i składu. Monique z zadziwiającym spokojem położyła mi ręce na ramiona prosząc bym się uspokoiła, przytuliła mnie i zaproponowała, żebyśmy wsiadły do samochodu, na wypadek by nikt nas nie rozpoznał i żebyśmy nie rzucały się w oczy, nie wzbudzały niepotrzebnej sensacji czy uwagi przechodniów. Kiedy wreszcie zdążyłam sobie poukładać w głowie wydarzenia sprzed kilku godzin, opowiedziałam jej wszystko od momentu opuszczenia samochodu. Słuchała mnie z uwagą i już wiedziałam, że próbuje wymyślić plan działania, bo ja byłam teraz całkiem nieprzydatna.
- Poczekamy na nich, jeżeli nie wrócą do czwartej pojedziemy szukać jakiś śladów i poinformujemy Mike’a. – tego właśnie najbardziej nie chciałam. Konfrontacja z Mike’iem... ale i tak rozsądek, którego ostatnimi czasy miałam coraz mniej, podpowiadał mi, że i tak nie obejdzie się bez tego. Wiedziałam, że jego siostra pewnie boi się o nich tak samo ja, ale ktoś musiał być opanowany. Ona zawsze była twarda... ja natomiast czasami musiałam taką udawać. Z braku sił i dużego zmęczenia tym wszystkim obie zasnęłyśmy – ja z głową na jej ramieniu, ona oparta o moją głowę.





______________________________


Wróciłam! 
Bardzo się cieszę, że wreszcie jestem w domu.
Mam nadzieje, że nie traciliście czasu i 
wszystko, co chcieliście zrobić w te wakacje, wam się udało.
Jeśli nie, to natychmiast wykorzystajcie ostatnie dni!
Przydałby się jeszcze tydzień... 
Nie po to harowałam 10 miesięcy by dostać tylko dwa wolnego...
Co do bloga, nie wiem jak poradzę sobie w nowej szkole, ale 
na pewno napiszę kiedy będzie następny rozdział.
Możecie się zapisać w liście informowanych , podać mi swojego twittera 
i na pewno was zawiadomię osobiście.


Podziękować za tą wspaniałą nutkę. Jestem z niego tak dumna! 
Niech dalej spełnia swoje marzenia, przy okazji uszczęśliwiając też nas. 






Jeśli rozdział się podobał, albo macie jakieś uwagi pozostawcie komentarz. ;p 
Każdy motywuje mnie i nie ukrywam, że bardzo się cieszę czytając je. 


Możecie podać mi swoje blogi, chętnie przeczytam, gdy znajdzie się czas xD


CZYTASZ = KOMENTUJESZ