czwartek, 21 sierpnia 2014

Rozdział 22





Wróciłam do hotelu. Byłam wykończona. Obiecałam sobie, że nigdy więcej nie dopuszczę do tego, co się dzisiaj stało. Czułam się silna, ale nigdy nie będę gotowa na zabicie młodego, niewinnego chłopaka. Nieważne ile miałabym alkoholu we krwi, albo jak bardzo by mnie wtedy zdenerwował. Miałam wyrzuty sumienia. Przed oczami majaczyła mi jego twarz ze wszystkimi najdrobniejszymi szczegółami. Mimo, że widziałam go pierwszy raz, przez parę minut, ostatnich minut jego życia, zapamiętałam go. Chciałam być silna. Postanowiłam walczyć z Mikiem, a nie się nim stać. Jednak było mi do tego blisko. Miałam jakiś wybór, on zawsze istnieje. Starałam się być mniej zła albo bardziej dobra, (jakkolwiek by to określić) niż inni. Miałam w sobie uczucia, cząstkę człowieczeństwa. Miałam własny rozum, brakowało mi tylko odwagi, by przeciwstawić się złu dookoła. Chciałam zmienić Mike’a, ale nie miałam zamiaru przewracać mu życia do góry nogami. Poznaliśmy się w tym świecie i w tym świecie żyjemy. Z tej drogi nie ma powrotu. 
Każda próba powrócenia do normalnego świata była skazana na niepowodzenie. Zresztą, sama nie potrafiłabym udawać, że to wszystko, co przeszłam nigdy się nie zdarzyło, ani nie zmieniło mnie w jakiś sposób. Czego mogłabym oczekiwać? Nagły powrót na dobrą drogę byłby jakimś kiepskim żartem, a na pewno nie przekonałby naszych wrogów do zostawienia nas w spokoju. Mike nigdy nie zostawiłby swojego życiowego sukcesu, a ja nie zamierzałam mu jego zabierać. Chciałam odzyskać mojego chłopaka i ocalić jedyną prawdziwą, odwzajemnioną miłość w moim życiu.
Przeszłam przez hol, witając się z recepcjonistkami. Mężczyźni ubrani w garnitury z aprobatą otwierali mi drzwi. Jadąc w windzie moje myśli błądziły wokół Justina. Byłam na niego wściekła, ale po dwóch dniach moja złość osłabła. Chociaż byłam pewna, że jak tylko go zobaczę przybierze na sile, w końcu znałam samą siebie. Na pewno zasłużył na to, bym zgotowała mu piekło, jak tylko wróci. Już nawet wiedziałam jak się do tego zabrać. Zobaczymy, kto kogo będzie uczył. Nie wiedziałam, że tak bardzo będzie mi brakować jego obecności, złośliwości i nieustępliwości w chorej grze, którą ciągle ze sobą prowadziliśmy. Chciałabym jednak wiedzieć, jakim cudem słyszałam jego głos. Było to co najmniej dziwne, a o ile sobie przypominam nie mam ze sobą żadnych psychicznych problemów. Nie uwierzę, że mógłby wpłynąć w tak wielkim stopniu na moją wyobraźnię i zmysły przez swoje uwodzicielskie triki. Najlepiej zwalić winę na wódkę, którą podał mi kelner w Black Dope. Tak też zrobiłam. Miałam ratować mój związek z Mike’iem, a nie myśleć o Justinie, dla którego byłam nikim i o moim chwilowym traceniu zmysłów. Ku zdziwieniu obsługi hotelu wysiadłam jedno piętro wyżej niż zwykle. To piętro było szczególne - znajdowały się w nim dwa gigantyczne apartamenty należące do Mike’a. Bezpieczeństwa pilnowało ośmiu członków specjalnej ochrony, na zmianę co dwanaście godzin. Ulubieńcami Mike’a byli Thomas i Rick, mieli okrucieństwo wpisane w oczach, jakby wypili je z mlekiem matki. Idealni towarzysze dla mojego chłopaka. Właśnie spotkałam ich przy drzwiach. 
- Chcę się zobaczyć z Mike’iem. – powiedziałam, nie patrząc im w przerażające oczy, żeby czasem nagle nie zmienić zdania.
- Nie jest to dobra pora.- odparł grobowym tonem Rick. Gdybym nie była sobą w sekundę trafiłabym z powrotem do windy. Bez żadnej pomocy.
- Dlaczego? Bo jakaś prostytutka już mnie uprzedziła? – mruknęłam cicho, mimo to usłyszeli moją zgryźliwą uwagę.
- Zapytamy szefa czy chce cię widzieć, gdy dojdzie do siebie.- zaczął Thomas, ten bardziej powściągliwy z tej dwójki.
- W takim razie ja mu w tym pomogę.- powiedziałam głosem nie znoszącym sprzeciwu. Co może mi zrobić dwumetrowy goryl znający umiejętnie wszystkie sztuki walki na świecie łącznie z tymi, o których nie mam bladego pojęcia, skoro kieruje nim mój chłopak? Zrobiłam krok do przodu, a oni stanęli bezczelnie w drzwiach.-  Ach, nie? – zapytałam, zstępując z nogi na nogę.- Zapytaj go. – powiedziałam oschle do Thomasa, starając się nie drażnić tykającej bomby o imieniu Rick. Obrócił się do mnie plecami (jak przystało na dżentelmena) i zaczął mruczeć coś niewyraźnie do słuchawki. Po chwili napiętej ciszy, oboje otworzyli mi drzwi. W pokoju panował zaduch, a z sąsiednich drzwi wydostawał się biały dym o charakterystycznym zapachu. Wstrzymując oddech otworzyłam drzwi jego sypialni i weszłam do środka. Zawsze było tu mrocznie. Jedynymi jasnymi elementami były białe detale w postaci lampy, gigantycznego zdjęcia czarno-białej panoramy Nowego Yorku i zasłon powieszonych kilka centymetrów od okien sięgających aż od podłogi po sufit z drzwiami balkonowymi . W pomieszczeniu dominowała czerwień i czerń. 
Meble były nowoczesne, a w łóżku Mike’a mogło zmieścić się pięć osób. W jego przypadku było to bardzo istotne. Przynajmniej mogłam się pocieszać faktem, że zdradza mnie tylko z pięcioma kobietami jednocześnie. Zastanawiałam się już od dawna, co mogę zrobić, żebym mu wystarczała. Żeby był we mnie zakochany tak, jak kiedyś. Chciałam być dla niego najważniejsza i nie było to egoistyczne. Już na samym początku naszej bliższej znajomości pogodziłam się z tym, że jego marzenia, (niosące nieszczęścia, ale marzenia) będą zawsze na pierwszym miejscu. Jeśli istniał jakiś sposób, żebym spełniła je i jednocześnie mogła uratować go przed nim samym, mogłam zajmować drugie. Nigdy nie zapytałam siebie, czy wtedy będę szczęśliwa, ale skąd miałam to wiedzieć, skoro jeszcze nie spróbowałam? Nie chodziło tylko o moje szczęście. Istotne było to, że potrafiłam uratować wiele ludzi, którzy chcieli żyć i zasługiwali na to. Jeżeli coś się zepsuło, trzeba to naprawić. Chyba to jedyna zasada, która obowiązuje w każdym świecie.
- Rachelle. – powiedział jakby nieobecny. Był sam, co mnie ucieszyło, ale dopiero teraz oderwana od natłoku myśli zauważyłam, co dzieje się wokoło. Mike był zjarany. O to chodziło jego ochroniarzom, kiedy mówili :,,Jak dojdzie do siebie.’’ Wokół niego poniewierały się plastikowe woreczki, tabletki i zapalniczki. Na dywanie rozsypał nawet trochę tabaki. W trzęsącej się dłoni trzymał fajkę wodną. Uśmiechnął się do mnie lubieżnie. – Przyszłaś się ze mną pobawić? – zaśmiał się, czkając.
- Zabawiłeś się już dosyć  z tego co widzę, bez mojej pomocy. Przyszłam się tobą zaopiekować. – powiedziałam, zbierając z ziemi to, co udało się jeszcze pozbierać i wyrzuciłam do kosza na śmieci.
- Jak tam misja?
- Wykonana.- odparłam i poczułam jak obejmuje mnie od tyłu.
- To cudownie.- zaczął dotykać nosem moją szyję, na co się uśmiechnęłam. Wiedziałam, że jest pod wpływem bardzo silnych środków odurzających i to one pobudzały go do takich działań, tak więc musiałam to przerwać.
- Mike, jesteś zajarany. Nie jestem twoją zabawką. Jestem twoją dziewczyną, pamiętasz? – spojrzałam w jego oczy, gdy on opuszkami palców usiłował ściągnąć mi bluzkę. Pocałowałam go krótko w usta i pchnęłam go na łóżko. Spodobało mu się.- Wiesz, że nie lubię jak to robisz. – mruknęłam przy jego ustach, dłonią gładząc jego policzek.
- Nic nie zrobiłem.- uniósł ręce do góry w akcie niewinności.
- Właśnie widzę. Wiesz, że mógłbyś doprowadzić do własnej śmierci? – zaczęłam, wiedząc i tak, że mało będzie z tego pamiętał. Ta myśl jednak nie przekonała mnie do zakończenia swoich pretensji na temat jego zachowania. Odezwał się mamrocząc nieprzytomnie:
- Nie doceniasz mnie. Mam umiar. – szepnął, chcąc mnie pocałować, ale szybko z niego zeszłam i powiedziałam:
- Nie zrobię tego, kiedy jesteś zjarany. Przypominasz mi teraz tych wszystkich facetów, których karzesz mi zabić. – na te słowa jęknął, okazując niezadowolenie, ale nie zwróciłam na to uwagi. – Leżysz tu.- rozkazałam.
Gdy był nietrzeźwy przypominał łagodnego baranka. Czułam się jak jego matka. Człowiek, który uśmierca ludzi i sam wie, jakie ohydztwo sprzedaje, nie powinien tego brać. Tym bardziej, że używał tego jako śmiercionośnej broni. Czy nie bał się, że kiedyś pomyli sprawdzone świństwa ze swoimi laboratoryjnymi eksperymentami? Mike nie bał się niczego, tak mówili wszyscy, ale ja wiedziałam, że każdy ma coś, przed czym ucieka. Nawet on. Pootwierałam okna.
Zadzwoniłam do Monique, która pomogła mi go szybko doprowadzić do porządku i pozwoliła mi na chwilę wyjść, żeby zmienić ubranie i umyć się od tego ohydnego smrodu. Powinnam być do niego przyzwyczajona, ale kojarzył mi się ze wszystkim, co najgorsze. Problem nie siedział w zapachu narkotyków, ale w mojej głowie. Nie mogłam ich lubić. Zawsze brałam je z pewnym wahaniem. Moje ofiary nie obchodziły się z narkotykami jak ,,zwykli ludzie,’’ byli zdobywcami, zwycięzcami szukającymi przygód i nowych doznań. Znudzeni rutyną, mieli się za pięknych i wspaniałych, znajdujących  się ponad wszystkimi. Istniał też drugi typ - młodzi mężczyźni okazujący się uzależnionymi ćpunami na posyłki lub tacy, którzy po prostu wpadli w kłopoty.
Szybko wróciłam do Mike’a po drodze nie oszczędzając bardzo odpowiedzialnych ochroniarzy.
- Najlepsi ochroniarze, którzy mogli doprowadzić do takiej bzdury jaką jest przedawkowanie narkotyków przez jednego z największych i najlepszych dilerów na rynku. Macie jak zwykle wszystko pod kontrolą - gorzka kpina wrzała w moim głosie. - Zobaczymy, co powie Mike jak... hmm ,,dojdzie do siebie.’’- syknęłam, podczas gdy oni stali jak marmurowe posągi z nieruchomym wyrazem twarzy.
- Idź do siebie, popilnuję go. – odparłam ciepłym głosem przytulając roztrzęsioną Monique, kiedy ponownie weszłam do pokoju.
- Nie wiedziałam, że on… gdybyś tutaj nie przyszła…– szepnęła, kładąc mi głowę na moim ramieniu. – Przecież jutro mógł już nie żyć.
- Ale żyje. Jest silny, takie coś nie mogłoby go złamać. – powiedziałam, chcąc ją uspokoić.- Nie jest w krytycznym stanie, jutro będzie miał mały zanik pamięci, ale wszystko z nim w porządku. – powiedziałam odklejając się od niej i czułym gestem założyłam jej niesforny kosmyk włosów za ucho. Miała rozmazany makijaż i podkrążone oczy od płaczu. Naprawdę bardzo go kochała, nie mogła go nienawidzić, przecież była jego siostrą. Zazdrościłam jej, z jednej strony taka miłość jest najłatwiejsza, a z drugiej nikt nigdy nie będzie kochał mnie taką samą miłością, jaką ona darzyła jego. Mimo, że czasem tego nie doceniał, wiedziałam, że czuje do niej to samo.
- Jesteś pewna, że dasz sobie radę? Mogę zostać. – zaoferowała.
- Tak, będę tu z nim, dopóki się nie obudzi. Zaufaj mi. Musisz wypocząć, jutro masz ciężki dzień. Zastanów się, co mu powiesz, gdy stanie na nogi.- uśmiechnęłam się do niej, mówiąc zdecydowanym tonem głosu, aby ją przekonać.
- Opowiem mu, jakim jest idiotą. – odpowiedziała siląc się na uśmiech i wyszła, zostawiając mnie z nim samą.
- Mike? – zapytałam, wchodząc do ciemnego pokoju nie mogłam nic dostrzec.
- Tu jestem.- powiedział rozbawiony.
- Idź spać.- poprosiłam i usiadłam na jego łóżku.
- To chodź ze mną. – chwycił mnie za ręce i pociągnął je w dół.
- Dobrze, ale nic więcej. Mogę położyć się koło ciebie.- byłam na niego wściekła, ale bez sensu było teraz na niego krzyczeć. Zjarany czy nie, przypominał dawnego siebie.
- Obiecujesz?
- Tak. – odpowiedziałam, nie widząc innego wyjścia. Może ta noc zbliży nas do siebie. Szkoda tylko, że nie jestem w stanie porozmawiać tak spokojnie z jego pełnosprawnym umysłem. Jakby zapomniał o tej nocy, będę musiała wszystko zaczynać od nowa. Miejmy nadzieję, że nie będę musiała mu wszystkiego przypominać.
Nazajutrz obudziłam się wtulona w Mike'a. Odetchnęłam głęboko. Poczułam pewnego rodzaju niepokój. Nie miałam ochoty na konfrontację z nim. W nocy pokazał mi dość dużo. Nie byłam na to wszystko gotowa. Wczoraj nie miałam możliwości, by to wszystko przemyśleć. Mało spałam, dużo czasu zajęło mi uspokajanie Mike’a. Ogarniała mnie jakaś niemoc zduszająca od środka.
Gdybym nadal była w klubie, mogłoby się zrobić bardzo nieciekawie. Niektórzy tylko czekają na taką okazję. Howard nie mogący się obronić.  Bez większych problemów mogli go zdemaskować lub przejąć jego czarny biznes. Kto nie chciałby zająć jego miejsca? Nie wiem jak potem mielibyśmy się z tego pozbierać.
Wstałam z łóżka i po cichu, skradając się jak kot wyszłam z jego apartamentu. Przy drzwiach stali już inni ochroniarze. Gdy tylko podeszłam do windy, wcisnęłam guzik. Będąc w środku stanęłam i przylgnęłam plecami do zimnego metalu. Byłam cała rozpalona. Stałam w skąpej krótkiej koszuli nocnej, zakryta jedwabnym szlafrokiem w kolorze fuksji z czarną koronką. Przycisnęłam ręce zgięte w łokciach do ciała, pragnąc wymazać wszystkie wspomnienia z wczorajszej nocy. Drzwi się otworzyły, gdy stawiałam pierwszy krok w kierunku mojego pokoju, wpadłam na Jeva. Znowu.
- Rachelle, właśnie cię szukałem... - przerwał, zauważając w co jestem ubrana, albo lepiej - jak umiejętnie rozebrana mając na sobie skrawki lekkiego i cienkiego materiału.
- O dziewiątej rano? - zapytałam zaspanym głosem, ziewając. Ta godzina była dla mnie początkiem mojej nocy. Często kładłam się dopiero spać, wracając z jakieś speluny. 
 - Tak, bo... - rozmyślił się.- Pogadamy jak się wyśpisz. - skąd ta nagła chęć do pogadania? Miałam wrażenie jakby wstydził się mówić na głos swoich własnych myśli. Zaczynał coś mówić i nigdy nie kończył. Jak mogłam wcześniej nie zauważyć jego dziwnego zachowania? Może byłam zbyt zainteresowana Justinem w tym czasie? - Ładnie dziś wyglądasz.- powiedział uśmiechając się. Nastała niezręczna cisza, jakby powietrze w windzie na chwile zawisło w bezruchu.
- Dziękuję.
Nie przespałam nocy. Nie mam makijażu. Wyglądam jakbym całą noc przesiedziała przy śmietniku, a on mi mówi, że ładnie wyglądam? Coś tu jest nie tak. Jak może myśleć, że ładnie wyglądam? Współpracownicy nie powinni mówić takich rzeczy na głos. Chyba, że zależało im na poderwaniu ,,koleżanki z pracy,’’ ale ja nie byłam wolna ani zainteresowana. Byłam dziewczyną mordercy i szefa nie wiem, co było bardziej zniechęcające. Wiedzieli czym się zajmuję, po co tu jestem. Okej, nie uważałam siebie za jakąś bardzo atrakcyjną, ale wiedziałam, że się podobam. Swoje kompleksy mogłam zostawiać tylko w swoim pokoju za drzwiami. Nie mogłam myśleć o takich rzeczach, gdy ktoś może w każdej chwili zrobić mi krzywdę. Musiałam być aktorką. Wiele rzeczy robiłam wbrew sobie, ale to był jedyny sposób by przeżyć – pewność siebie jest w mojej pracy najważniejsza. Nie chowam się w kąt i nie trzęsę się ze strachu, mając nadzieję na to, że mnie oszczędzą lub nie zauważą. Tutaj nie było miejsca dla takich osób. Poza tym facetowi w otoczeniu samych mężczyzn doskwiera samotność, a wtedy każda napotkana kobieta wydaje się atrakcyjna, nawet taka z podwójnym podbródkiem. Jak to oni mówią: ,,Ważne, żeby wszystko miała na miejscu". Co prawda nie widziałam kobiety z głową na nogach, ale nie ja jestem od tego by odkrywać tajemnice męskiego umysłu.
- Wiesz, ja…- w tym momencie uratowała mnie winda, której drzwi zaczęły się zamykać.
- Dokończysz później, spieszę się do pokoju.- mruknęłam szybko i niemalże wybiegłam z windy. Zaczynałam się trochę go obawiać, a bardziej tego, że ma wobec mnie jakieś zamiary. Monique miała go na oku, nie mogłam pozwolić by zrobił coś, czego ja będę żałować. Był przystojny, ale nie czułam do niego nic szczególnego. Był dla mnie znajomym, o którym naprawdę mało wiedziałam i jakoś nie ciągnęło mnie do tego, by poznawać go lepiej. Tymczasem chciałam za wszelką cenę przejrzeć Justina. Jest taki tajemniczy i nieokreślony, codziennie mnie zaskakiwał. Z innych mogłam czytać jak z otwartej książki. Z pomocą odpowiedniego spojrzenia potrafiłam wzbudzić w nich zaufanie, bez problemu dowiadywałam się o wszystkim, czego potrzebowałam. On był dla mnie zagadką, nowym wyzwaniem. Rzuciłam się na łóżko i momentalnie zasnęłam, a jego twarz widziałam gdy tylko zamknęłam oczy.




*****




Późnym popołudniem złożyłam małą, niespodziewaną wizytę Mike’owi w jego biurze. Stałam przed nim z założonymi rękami i naburmuszonym wyrazem twarzy. Nie czuł się dzisiaj najlepiej, chociaż pospał dłużej niż ja. Jego włosy były ułożone w nieładzie, a czarny strój podkreślał jego sine oczy.
- Rachelle, skończ. – rozkazał ostro, po raz setny w ciągu dwudziestu minut, gdy już zdążyłam wypomnieć mu wszystkie jego głupie zachowania oraz przypomnieć o jego konsekwencjach jak i również o tych rzeczach, których mógłby nie pamiętać z wczoraj i zapewne nie chciałby ich zapamiętać.
- Dlaczego zachowałeś się jak idiota, Mike? Umrzeć w tak żałosny sposób. Wiesz jakby to wyglądało? – nie dałam się uciszyć. Otworzył usta, by ponownie zaprotestować. – Nie, nie zamknę się. Nie ja tu jestem nieodpowiedzialnym durniem! Co ty sobie myślałeś? - oburzenie w moim głosie sięgało zenitu. – Mało masz zabawy? – podniosłam głos, wskazując na barek w prawym rogu pokoju. Naprawdę brzmiałam tak, jakbym była jego matką.- stwierdziłam z przerażeniem.
- Nie teraz, proszę.- jęknął ściszonym, zirytowanym głosem. Jego mina wręcz krzyczała, że chciałby abym jak najszybciej wyszła z jego gabinetu. Na jego nieszczęście nigdzie się nie wybierałam.
- Dlaczego nie? Ja chcę teraz!- krzyczałam, bo byłam na granicy mojej wytrzymałości.- Chcę wiedzieć teraz, dlaczego mój chłopak robi takie głupstwa? Dlaczego raz zachowuje się jak bezmyślny nastolatek, a w drugiej chwili jest dla mnie potworem? – przybliżyłam się do niego, nadal się nie poddając. Chciałam go złamać. Nagle z tylnych drzwi gabinetu wszedł dobrze zbudowany brunet. Usłyszałam tylko głębokie westchnięcie mojego chłopaka i ujrzałam zrezygnowany gest zapraszający nowego gościa do środka. Mike złapał się za głowę i usiadł na fotelu, podpierając się łokciami o blat.
- Rachelle to jest Nate. Mieliście już okazję się spotkać.- powiedział obojętnym tonem. Oparł się o fotel i zaczął się na nim kręcić. Wyraz jego oczu zmienił się diametralnie. Irytacja i zniecierpliwienie ustąpiły miejsca opanowanemu znudzeniu. - Jedziesz razem z nim i Jevem nad Champlain. Musisz trochę odpocząć.- doskonale wiedziałam, że to zdanie znaczyło tyle samo co: ,,Ja muszę od ciebie odpocząć.’’ Spojrzałam zdezorientowana na Nathaniela, który uśmiechnął się do mnie słabo. Byłam zaskoczona, że czekał za drzwiami tyle czasu i zawstydzona, że słyszał moje obelgi wobec Mike’a, co w ogóle nie powinno mieć miejsca.
- Tak, to dobrze nam zrobi. – stwierdziłam opanowanym, służbowym tonem. Odwróciłam się na pięcie i otworzyłam drzwi, by wyjść z pomieszczenia. Zdążyłam jeszcze usłyszeć:
- Nathanielu, mam nadzieję, że ta rozmowa nie wyjdzie poza ściany tego gabinetu. Opiekuj się nią. – odparł bezlitosnym i lodowatym głosem przywódcy, który był w stanie poruszyć niebo i ziemię. Nate kiwnął głową i bez słowa wyszedł drugimi drzwiami.




*****



Spakowana siedziałam w jeepie czekając na chłopaków. Nie musiałam się przebierać w rzeczy, których nienawidzę. Nie byłam zdenerwowana. W końcu jechałam po to, by wypocząć. Miałam swoich ochroniarzy, przy których powinnam czuć się bezpieczna, ale zapomniałam jakie to uczucie. Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek będzie mi dane je poczuć. Gdy Jev i Nate wsiedli do samochodu przyłapałam się na dziwnym wrażeniu osaczenia. Towarzyszył mi pewnego rodzaju dyskomfort  z nieznanych mi powodów. Nate, kierujący autem skupiał się na drodze, a Jev siedział obok mnie wpatrując się w boczną szybę. Jednym słowem byłam dla nich jak powietrze. Po godzinie jazdy wyjrzałam przez okno. Zatrzymaliśmy się w ciemnej uliczce na przedmieściach Nowego Yorku. Były tu fabryki i opuszczone magazyny. Gdzie jest Champlain? Jak mogłam być tak naiwna? Wakacje? Odpoczynek? Coś mi się nie wydaje…
- Czy jest coś o czym powinnam wiedzieć? – zapytałam, mając nadzieję, że Nate po prostu skręcił w ślepą uliczkę z powodu zepsutej nawigacji i nie spełnią się moje złe przeczucia.
- Mike chciał, żebyśmy przy okazji podwieźli towar jednemu z pobliskich gangów. Szybka wymiana.-  odpowiedział mi Jev. Westchnęłam głęboko. Jak mogłaś się tego nie spodziewać?  To całkiem w jego stylu.- pomyślałam. Jak zwykle Mike pominął w swoich planach doinformowanie mnie.
- Okej, za ile tu będą? – spojrzałam na zegarek.
- Za jakieś dwie minuty, ale ty nie wychodzisz z samochodu.-  ostrzegł Nate.
- Nate, myślisz że nigdy nie brałam udziału w takim banale jakim jest handel narkotyków? – zakpiłam z niego.
- Jak widzieliśmy się ostatnio robiłaś za przynętę dla bogatych panów, więc tak właśnie myślę.- odparł, a w jego tonie było coś bardzo znajomego. Głos z nutką powątpiewania i sarkazmu, który doprowadzał mnie do szaleństwa i chęci rzucenia się na niego z pięściami. Całkowicie jak Justin. To, że jestem kobietą nie znaczy, że jestem gorsza od nich czy słabsza. Umiem dużo rzeczy, których oni nie potrafią, a umiejętność rozproszenia przeciwnika często decyduje o wygranej.
- Jak widzieliśmy się ostatnio padłeś po trzech kieliszkach wódki.- powiedziałam przez zęby. Był bezczelny, wcześniej też zajmował się bajerowaniem bogatych pań i jakoś mu tego nigdy nie wypominałam. Nie był lepszy, byliśmy tacy sami.  Z jednym, drobnym szczegółem: mi odpowiadała moja rola. Za to on pragnął czegoś więcej. Myślał, że po prostu wszystko mu się należy mimo, że nie pracował na to. Uważał, że moja praca jest dziwnym wymysłem Mike’a, że robią to tylko ludzie, którzy nie potrafią się obronić, co było bardzo naciąganym argumentem. Nie rozumiał, że dzięki niej cała misja dochodzi do skutku, a ślady zbrodni łatwiej jest zniszczyć. Obecnie zajmował się praktycznie wszystkim, dostał to o czym marzył, nie był już tylko chłopcem z piękną buźką, przynętą na kobiety. Wyjechał do Wielkiej Brytanii, od tamtej pory go nie widziałam.
- A następnego dnia obudziliśmy się na podłodze w pokoju hotelowym.-  tym razem zamiast spoglądać na mnie w lusterku obrócił się do mnie i uśmiechnął ostentacyjnie. Jev zesztywniał.
- I cały dzień spędziłeś w łazience, rzygając do muszli klozetowej, gdy ja siedziałam z moim chłopakiem i opowiadałam mu o tym jak pijany wyznawałeś mi miłość i chciałeś zrobić pierścionek zaręczynowy z plastikowej rurki do napojów. To dlatego Mike wysłał cię do Londynu, abyś był jak najdalej ode mnie. – dokończyłam. Moja odpowiedź go trochę zdziwiła. Pewnie dotychczas uważał ten wyjazd jako nagrodę za dobre sprawowanie, a nie umiejętne pozbycie się niepotrzebnego pracownika. Jev zaśmiał się i otworzył boczne drzwi naszego jeepa. Za nami stanął biały mercedes, zaświecił światłami mrugając trzy razy.
- Już są. – powiedział Nate, wysiadając.
- No to sprawdźcie panowie, czy to rzeczywiście oni. – westchnęłam wyciągając się na tylnej kanapie. Po tym jak przeładowali paczki do bagażników i zapakowali nowe, Nate zamknął bagażnik i z piskiem opon wyjechał z uliczki. Obyło się bez tradycyjnych odzywek i pytań. Praktycznie wszystko działo się szybko, cicho i bez świadków. Nie odzywałam się już do Nate’a, ani on do mnie. Widocznie przypomniałam mu złe czasy, kiedy inni wyzywali go. Nie było mu z tym łatwo. Wymieniałam kilka zdań z Jevem i spostrzegłam, że jest do niego dość wrogo nastawiony. Świetnie zapowiada się ten nasz uroczy weekend nad jeziorem. Jak będę musiała ich uspokajać, to przysięgam wezmę samochód i sama wrócę do hotelu bez nich. Nie interesuje mnie jak wrócą. Mogą się nawet pozabijać. Nie mam siły na rozwiązywanie konfliktów naładowanych za dużą ilością testosteronu.




______________________________________ 

Moi kochani, pora żebym zaczęła się tłumaczyć...
Gotowi? Mam nadzieję, że tak.
Od 2 tygodnia sierpnia wyjechałam na wakacje
nad morze. Obecnie jestem na wsi u rodziny.
Rozdział dla Was był już dawno gotowy,
ale miałam niemałe problemy z internetem. 
Nie mam warunków do pisania w spokoju,
więc rozdział takiej długości jakiej jest.
W poniedziałek wracam wreszcie do domu,
 wtedy czeka Was kolejny rozdział za
tak długie czekanie. 

Na początku chciałam wrzucić Arianę, bo jej piosenka Problem
 chodziła za mną przez całe wakacje i słyszałam ją chyba wszędzie.
Jednak nie mogłam zignorować nowego teledysku Katy.
Uwielbiam ją
to co robi pełne jest szaleństwa i bajki,
 do której z chęcią bym się przeniosła. 


 



Muszę się streszczać, zależało mi na dodaniu rozdziału dzisiaj.
Liczę na odzew z Waszej strony. 
Będzie on dla mnie motywacją do dodania następnych rozdziałów. ;) 
Dodajcie się do listy informowanych.
Trzymajcie się ciepło... Ostatnie dni.
Kto jest za przedłużeniem dnia do 48 godzin? ;p 



Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam,
tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, lub po prostu wiesz,
że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje napisz komentarz.


ROZDZIAŁY | LISTA INFORMOWANYCH| ZWIASTUN | KONTAKT


niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 21




Sala do ćwiczeń znajdowała się w piwnicy. Wykorzystywana była do treningów strzelania z broni. Prowadziła tutaj winda. Dla bezpieczeństwa guzik wzywający ją na ostatnie piętro był ukryty za lustrem. Żaden ze zwykłych gości nie miał pojęcia o tym piętrze. Gdyby znalazł się tutaj, nie wyszedłby żywy. Jedno piętro wyżej w tym samym miejscu był klub fitness, a dudniąca muzyka skutecznie zagłuszała wszystko, co działo się parę metrów pod nim. Mniej więcej połowę sali pokrywała ścianka wspinaczkowa. Cała podłoga była wyłożona materacami, a na gigantycznych łańcuchach wisiały worki bokserskie. Na wysokości pięciu metrów między sufitem, a podłogą znajdowała się siatka ochronna z torem przeszkód, a dzięki zabezpieczeniu mogłam sobie ,,polatać’’ i poczuć się jak akrobata cyrkowy. Spocona i wściekła patrzyłam na Scoota z palcami zamkniętymi w pięść.
- Jak mam cię uderzyć, jeżeli blokujesz każdy mój cios? - zapytałam zirytowana.
- Naucz się panować nad tym, co robi twój przeciwnik. To ty kontroluj walkę, musisz patrzeć na to, co się dzieje i przewidywać moje ruchy.- powiedział takim tonem, jakby to było dziecinnie proste.
Czy ja jestem jakąś wyrocznią? Nie potrafię przewidzieć przyszłości. Nie wytrzymałam i z czystej desperacji chciałam zadać mu cios w krocze, bo co jak co, ale tę technikę opanowałam znakomicie. Zawsze działało. Scoot zauważył do czego dążę, chwycił mnie za nogę i podniósł ją do góry. Byłam już rozciągnięta, więc nie poczułam bólu w momencie, gdy podniósł moją nogę, za to upadek owszem.
Z plaskiem trafiłam na materac, uderzając w niego plecami. Odetchnęłam i odgarnęłam włosy z twarzy, po czym spojrzałam ze wściekłością w twarz Scoota, uśmiechającego się do mnie i podającego mi rękę. Przyjęłam ją bez wahania i pociągnęłam ją w dół. W rezultacie poczułam się lepiej, gdyż oboje znaleźliśmy się na ziemi.
- Za co to było? – zapytał i podparł się łokciem o podłogę, by zobaczyć moje zadowolenie z tego, co zrobiłam. Nie był to wyczyn – przyznaję, ale kto zabroni mi się z niego cieszyć? Nikt. Scoot uklęknął nade mną i spojrzał na mnie najwyraźniej oczekując odpowiedzi.
- Za to, że cały czas się uśmiechasz, kiedy ja obrywam.- dodałam, patrząc na niego rozkapryszona.
- Widzisz, jak chcesz potrafisz być silna. - obdarowałam go nienawistnym spojrzeniem w momencie, w którym wstawał z materaca.
- To nie ja, to moje zdenerwowanie. Gdy jestem wkurzona, mogę zrobić wszystko. – westchnęłam siadając. Byłam strasznie zmęczona.
- Rach, wiesz że jestem łagodny. Jeżeli dostałabyś od kogoś innego, to by dopiero bolało. – powiedział zakładając ręce na piersi.
- Oj wiem, pozwól mi chociaż trochę się na tobie wyładować. Ostatnio nie radzę sobie z emocjami. – stwierdziłam głośno. Gdyby był tu Justin, wiedziałabym na kim mam się wyładować.- Okej, pomóż mi wstać.- rozkazałam gotowa do kolejnej próby.
- Tym razem nie wyląduję na ziemi? - zapytał dla pewności. Ale chwycił moją dłoń i po chwili stałam na dwóch nogach.- Pamiętaj o równowadze ciała i zwróć uwagę na to, jakie masz okazje, wykorzystaj wszystko, obserwuj co dzieje się wokół ciebie. - Pozycja, skupienie i uderzasz.- wydał polecenia po kolei, a ja posłusznie je wykonałam. Najpierw zadałam cios w gardło, potem podłożyłam mu nogę, a w zasadzie kopnęłam go w piszczel, by stracił równowagę i chciałam uderzyć go w twarz, ale chwycił moją pięść. To spowodowało, że wystraszona upadłam razem z nim na materac. Byłam całkowicie zablokowana nie mogłam nic zrobić. Nie miałam pojęcia, jak i kiedy mnie tak załatwił.
- Poddaje się.- jęknęłam po chwili, patrząc w jego oczy. Nagle stan gotowości się ulotnił. Scoot uwolnił mnie, ponownie wstał i usiadł na stołku, obdarzając mnie wyrozumiałym spojrzeniem. Wiedziałam, że mogę na niego liczyć.
- Po pierwsze, nigdy nie patrz w miejsce, gdzie chcesz uderzyć. Łatwo odczytać, gdzie zerkasz. Po drugie, nie masz takich mięśni jak ja, nie dasz rady w walce, w której siła waży o wygranej. Ale masz coś lepszego...
- Zniewalający urok osobisty? -  przerwałam i wyszczerzyłam się do niego. Odpowiedział mi westchnięciem.
- Nie o to mi chodzi, miałem raczej na myśli, że twoją zaletą może być szybkość. Po trzecie, nie możesz być taka spięta, musisz być rozluźniona i nie myśleć o tym, że ktoś może sprawić ci ból. Musisz zrobić wszystko, by temu zapobiec. Możesz sobie wyobrazić, że przed tobą jest tarcza ochronna, to pomaga i dodaje odwagi. Poza tym każdy facet, zły czy dobry, nieważne w jakim stopniu nie będzie lał tak mocno dziewczyny jak na przykład mnie.- wycedził z absolutnym przekonaniem.
Ze wszystkich sił chciałam, by to mnie pocieszyło,  jednak ku moim najszczerszym chęciom tak się nie stało.
- Możesz mi to gdzieś zapisać? Nie zapamiętam tego.- powiedziałam zrezygnowana.
- Rachelle.- przybrał surowy ton głosu i spojrzał na mnie kpiąco.
- Dobra, zapamiętam. – szybko się zreflektowałam.- Tylko mam już na dzisiaj dosyć.
- To dlatego, że dawno nie trenowałaś.- wyjaśnił.
- Mike miał dla mnie ciekawsze zajęcia.- usprawiedliwiłam się, chociaż wiedziałam, że to niczego nie zmienia. Scoot nie zareagował na moje ostatnie zdanie i powrócił do sedna sprawy. Naprawdę dobrze odnajduje się jako nauczyciel.
- Za każdym razem, kiedy ktoś blokuje twoje ruchy, musisz za wszelką cenę znaleźć sposób jak się z tego wyswobodzić. Zawsze jest jakieś wyjście. – przytaknęłam mu skinięciem głowy i wzięłam głęboki oddech. Scoot, widząc że czuję się lepiej odparł spokojnym głosem:
- Okej, wróćmy do tamtej pozycji, a ty spróbuj się uwolnić. Pamiętaj o czym mówiłem. – zwrócił mi uwagę pogrążając palcem.
Scoot potrafił mnie rozbawić, był dla mnie jak brat, ale jeżeli chodziło o moje bezpieczeństwo trzymał rękę na pulsie i robił wszystko, bym była w stanie się obronić, kiedy przyjdzie na to czas. Nie mogłam naiwnie wierzyć w to, że zawsze znajdzie się ktoś, kto mnie uratuje. Nie jestem zwykłą dziewczyną i nigdy nią nie będę. Z uwagami innych na temat mojego bezpieczeństwa mogłam dostawać szału, ale to nie była nadopiekuńczość. Każdy dzień mojego życia był dla mnie zagrożeniem a ludzie, których mijałam w holu mogli być moimi najgorszymi wrogami. Mike nie mógł być pewny, że wokoło nie ma żadnych szpiegów. Prawda była taka, że nie mogliśmy się całkiem odizolować od świata. Należeliśmy do niego jak każdy. Ludzie wiedzieli o Mike'u Howardzie, chociaż nigdy go nie widzieli, co sprawiało, że wszyscy byli wystawieni na śmierć. Pytanie pozostawało jedno: Kto zdoła przed nią uciec?



******




Zgodnie z obietnicą godzinę później znalazłam się w biurze Mike’a. Drzwi były zamknięte, ale przez szklane szyby mogłam dostrzec odbicie jego sylwetki. Sekretarka trzęsącymi rękoma pisała coś na komputerze. Skinęłam do niej głową, na co odpowiedziała mi nieśmiałym uśmiechem, a gdy chwyciłam za klamkę dwuskrzydłowych drzwi usłyszałam początek jej protestu.
- Panno Roberts, niech pani na razie nie wchodzi. Pan Howard jest zajęty. Nie można mu przeszkadzać. – spojrzałam na nią porozumiewawczo, na co odetchnęła z ulgą. Położyłam wskazujący palec na ustach, dając jej znać, by nic nie mówiła, po czym usiadłam przy drzwiach nasłuchując trwającej rozmowy. W pokoju był tylko Mike. Sekretarka obserwowała mnie ze zdezorientowaniem wypisanym na twarzy. Pewnie w tej chwili uważała mnie za wariatkę. Może Justin miał rację z tym, że uwielbiam pakować się w kłopoty? Jednak w cywilizowany, najprostszy sposób niczego się nie dowiem. Charlotte, bo tak miała na imię sekretarka, usiadła bezszelestnie z powrotem na fotelu i normalnym tonem, nie dając nic po sobie poznać, zapytała uprzejmie:
- Napije się pani herbaty?
- Tak, poproszę.- powiedziałam szczerze się do niej uśmiechając, dziękując za wsparcie. Wyszła do sąsiedniego pokoju, aby zrobić mi herbaty, a ja wróciłam do nasłuchiwania rozmowy Mike’a.
- Obserwujcie go. – krzyknął. – Gówno mnie to obchodzi! Macie go obserwować! – był bardzo zdenerwowany, co oznacza, że coś się skomplikowało. On wręcz nienawidzi, jeśli coś nie idzie po jego myśli, ale o tym pewnie wspominałam nie raz. Chciałby być doskonały, dlatego nie pozwala sobie na błędy. Jeżeli je popełnia zawsze znajdzie winnego.- Co zrobił? – zadał kolejne pytanie, a złość w jego głosie zaczęła się potęgować. – Jak mogliście do tego dopuścić! – tu nastąpiła dłuższa chwila ciszy, widocznie ktoś zaczął się tłumaczyć. Niespodziewanie coś upadło na podłogę z hukiem, przez co podskoczyłam w miejscu wystraszona. – Musicie go znaleźć. – odpowiedział bezwzględnie, jakby w ogóle nie słuchał, co ktoś po drugiej stronie do niego mówi.- To już nie jest mój problem. - dodał chłodno i prawdopodobnie zakończył rozmowę. Szybko wstałam z ziemi w chwili, gdy drzwi się otworzyły. Stałam na przeciwko niego. Nie wyglądało to tak, jakbym sekundę temu podsłuchiwała.
- O, Rachelle, proszę wejdź.- ciepły ton, którym się do mnie zwrócił był dziwny w połączeniu z krzykiem, który słyszałam sekundy temu. Weszłam i usiadłam w fotelu, widząc stłuczoną porcelanę na dywanie.
- Charlotte! - ryknął. 
Sekretarka w pośpiechu wpadła do pokoju i trzęsącymi rękami starała się podać mi filiżankę.
- Ja to wezmę, dziękuje Charlotte.- odparłam dodając jej otuchy. Podziękowała mi skinieniem głowy i wyszła z pokoju, po czym wróciła z szufelką i zmiotką. Zaczęła sprzątać, to co zepsuł Mike, który właśnie usiadł przede mną. 
- Dzisiaj w nocy wybierzesz się do miasta. W Black Dope będzie czekać na ciebie mężczyzna przy barze. Chce spróbować mojego eksperymentu. Dasz mu torebeczkę i sprawdzisz czy działa. - Black Dope? Beznadziejna nazwa, to tak jakby napisać na szyldzie:,, Sprzedajemy nielegalnie narkotyki’’ i wysłać pisemne zaproszenie policji. - Tylko nawet nie myśl o tym, by go spróbować.- przybrał ostry jak brzytwa ton głosu, który świadczył o tym, że nie posłuchanie go przepłaciłabym życiem. Wcale nie wpadło mi to do głowy, ale takich ostrzeżeń nigdy nie jest za wiele. - Potem ktoś od nas przebrany za ochronę zetrze ślady zabójstwa. - oznajmił patrząc na mnie badawczo.- Jakieś pytania?
- Żadnych.- odpowiedziałam krótko.
- Weź ze sobą któregoś z chłopaków, żeby w razie czego mieli na ciebie oko. 
- Nie ufasz mi? Myślałam, że już to przerabialiśmy. - powiedziałam znudzona, spoglądając na plakietkę z jego imieniem i nazwiskiem leżącą na biurku.
- Nie, nie chcę by coś ci się stało. Pierwszy raz to - pomachał mi torebeczką z białym proszkiem przed oczami.- ujrzy światło dzienne. Jeśli dostanie się w niepowołane ręce jesteśmy skończeni. Dlatego to ty to załatwisz. Mam nadzieje, że tego nie spieprzysz. 
- Mike, moje zadania zaczęły się spieprzać, od kiedy przyszła tutaj jedna osoba. Mam nadzieję, że wiesz o kim mówię.- nie mógł nie wyczuć mojej pretensji w głosie.
- To teraz zrób to, o co cię proszę i pokaż mi, że to on jest winny, a nie twoje rozkojarzenie. Kim jesteś, żeby dawać się kontrolować takim bzdurom? - mogłam mu tłumaczyć, że to uczucia i nie potrafię z nimi walczyć, ale Mike dawno nie odczuwał prawdziwych emocji. Został aktorem, który wiecznie odgrywa swoją rolę i chyba tego teraz oczekuje również ode mnie.
- Miałam cię za bardzo inteligentnego mężczyznę, Mike. Nie wpadłeś na to, że to ty możesz być winny? Kiedy ostatnio pokazałeś mi, że jestem twoją dziewczyną, a nie twoim pracownikiem? - zapytałam z ustami tuż przy jego twarzy. 
 - Może znudziłeś się mną, co? Może stwierdziłeś, że jestem dla ciebie za dobra? - udałam, że bardzo się tym przejęłam i jest mi niewyobrażalnie przykro, ale Mike wiedział, że po prostu jestem w tym momencie wściekła.- Lepiej ci ze świadomością, że pieprzy mnie jakiś facet, którego w ogóle nie znasz i myśli, że może zrobić wszystko? Nie boisz się, że jest lepszy od ciebie? - urwałam raptownie, czując że chyba przesadziłam.
- Nie.- odparł niepewnie. - Wiesz dobrze, że robi to z tobą, bo musi. Bo ja tego chciałem.- jego głos stracił na sile. Mimo tego jego słowa zabolały, a ja nie miałam zamiaru cierpieć, dlatego znowu zaatakowałam:
- A pytałeś mnie, czy ja tego chcę? - zaśmiałam się sarkastycznie. - Może na początku tak było. Ale gdy wróci, zapytaj czy nadal robi to z obowiązku. - położyłam mu rękę na ramieniu i przejechałam palcem po krawędzi jego dolnej wargi. - Oczywiście jeśli liczysz na to, że powie ci prawdę. – prychnęłam słodziutkim, sztucznym głosem.
- Nie wiem, czemu jesteś pewna, że przeżyje.- westchnął, a jego ton nabrał podejrzeń, które szybko rozwiałam:
- Ostatnio robisz wszystko, żeby utrudnić mi życie. Zawsze w taki sposób, którego sobie nie życzę. Tak więc nieważne czy cały, czy prawie martwy - wróci. Nie masz czasu, by szukać kolejnej zaufanej osoby, która miałaby takie umiejętności jak on. Mam z nim kilka niezałatwionych spraw. Mimo że to ty wszystko wymyśliłeś, zrobił wystarczająco dużo, bym go znienawidziła. 
- Więc nie jest ci taki obojętny, hę? - stwierdził.
- Jeżeli przez to rozumiesz chęć zniszczenia go, to nie, nie jest mi obojętny, a jak na razie nie zabije go tylko dlatego, że jest tobie potrzebny. - oznajmiłam. Mike uśmiechnął się tak, jakby nie wierzył w moje słowa. - Wątpisz? - zapytałam zakładając ręce na piersi. 
- Zobaczymy. Weź tę torebkę i załatw to. - szepnął i wskazał mi drzwi.
- Wiesz? Właśnie miałam to zrobić. Nie mam ochoty patrzeć już na twoją gębę. Zagubiłeś się Mike. Myślisz, że będąc takim - zmierzyłam go wzrokiem.- jesteś niezwyciężony, ale nie wiesz, że gdy wreszcie wygrasz nie poczujesz szczęścia. Nie potrafisz już czuć. Straciłeś siebie i swoje emocje. Będziesz biec za kolejnymi celami, które sobie wyznaczysz i nie czując nic, będziesz wiecznie gonił za spełnieniem, ale nie poczujesz go. Nigdy nie będziesz szczęśliwy i to będzie twoja słabość.- uderzyłam go w najczulszy punkt jego psychiki i wyszłam, bo wiedziałam, że nie ma mi nic więcej do powiedzenia. Teraz pozostaje mu to tylko przemyśleć. Jest nadzieja, że Mike, którego kiedyś poznałam wróci.





*******




Na dworze było bardzo gorąco. Spoglądając w górę na słońce, miałam wrażenie jakby za chwilę miało wypalić mi oczy. Dlatego zdecydowałam się na skorzystanie z hotelowego basenu. Żeby nie było mi nudno i samotnie zabrałam ze sobą Monique, czego natychmiast pożałowałam. Musiałam naprawdę mieć anielską cierpliwość, żeby przetrwać jej monologi i daleko sięgające refleksje. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, co będę robić w przyszłości. Nie snułam planów kupowania domku nad jeziorem i spędzania tam spokojnej starości. Nie miałam pojęcia czy w ogóle jej dożyje. Szczerze wątpię, żeby ktokolwiek z mafii się nad tym zastanawiał.
Mike stwarzał wrażenie jakby był niezniszczalny, nietykalny i nieśmiertelny. Pewnie przywykł do tego, skoro w około niego kręcili się najlepsi ludzie, którzy byli w stanie zapewnić mu całkowite bezpieczeństwo. Gotowi za niego zginąć, w tym ja. Podobno do mafii przyjmowano ludzi jednego typu, pozbawionych rodziny i życiowych zobowiązań, którzy byli wyrzutkami takimi jak ja, ale byłam pewna, że niektórzy po prostu ukrywali swoje życie prywatne, bo perspektywa wysokiego wynagrodzenia była dla nich kusząca i mogła być jedynym sposobem na utrzymanie rodziny. Wszystko spowodowane jedną osobą, która była w centrum wydarzeń z ambitnym planem stania się najbardziej wpływowym człowiekiem na świecie. Przez jego ambicje ginęli ludzie. Byłam pewna, że zagubił się w tym, zatracił w bogactwie, w poczuciu adrenaliny. Jego życie zaczęło się zmieniać, w konsekwencji jego charakter. Nauczył się odrzucać uczucia innych. Ludzkie cierpienie było dla niego czymś zwykłym, codziennym.  W pewnej chwili przestał myśleć o tym, że jest to bezduszne. Przyzwyczaił się do tego, że niektórzy ludzie muszą umrzeć, aby on mógł żyć dalej. Można by pomyśleć, że z każdą śmiercią, zabierał ofierze szczęście, a potem przekazywał je sobie. 
Nie mogłam zapomnieć jakie było moje życie przedtem, choć problemy związane z światem pełnym mafii, złych ludzi, brudnych pieniędzy i narkotyków dotykały mnie dużo wcześniej. Byłam pewna, że Mike musiał o nim zapomnieć. Nie rozumiał szczęścia zwykłych ludzi. Uważał, że są głupi, naiwni i nic nie warci. Żyją w bajce i umierają bez świadomości, co dzieje się za ich plecami. Ufają, że szczęściem jest samo życie, że ludzie są dobrzy, a dobra materialne nie przynoszą im szczęścia. Żyją według typowego schematu, nie odbiegają poza standardy. Są tchórzami, którzy nie potrafią stawiać czoła problemom. Egoistami, którzy sądzą, że mają najgorsze życie i poważne problemy, których nie da się rozwiązać. Zamartwiają się drobiazgami, układają sobie przyszłość, tkwią w przeszłości i są zbyt leniwi, by pracować czy żyć z dnia na dzień. Nie rozumieją, że aby coś dostać od życia, trzeba działać, starać się. Izolują się od innych, mają do siebie nawzajem żale, ukrywają sekrety, niewypowiedziane słowa męczą ich od środka. Wierzą, czują, ale widzą tylko siebie, kryjąc się pod słabą maską empatii i wzajemnej tolerancji. Trudno im decydować. Mają swoje pragnienia, o które nie walczą wystarczająco. Są bezradni i niewinni, bo tak jest łatwiej. Popełniają błędy, wiedząc o nich - powtarzają je wiele razy. Cały czas mówią o moralnych wartościach, a jednak w praktyce nie są takie ważne, zapominają o nich. Przed znajomymi udają różne osoby, pokazują jak szczęśliwie żyją, mimo że nie jest idealnie. Na koniec znikają, ale przed tym myślą o tym ile ludzi będzie ich opłakiwać i jak będzie wyglądał ich pogrzeb. Czy będą ich pamiętać? Liczą, że na górze czeka na nich Ktoś, Kto był z nimi cały czas, kto pomagał im w najtrudniejszych chwilach, bądź zgotował im piekło na ziemi i umierają. 
To było jego własne pojęcie życia, lecz Mike nie był taki na początku. Tęskniłam za tym ludzkim Mikiem, który wpakował mnie w to gówno. Nie zaprzeczę temu. Wtedy jednak, czułam jego miłość. Byłam pewna, że mnie kochał. Możecie w to nie wierzyć, ale tak właśnie było. Troszczył się o mnie i potrafił odnaleźć granicę, znaleźć ten złoty środek, który pozwalał mu być zarówno chłopakiem, który kocha swoją dziewczynę i mężczyzną, którego życie zmusiło do zarabiania pieniędzy w taki, a nie inny sposób. Postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby zwrócić mu choć trochę człowieczeństwa. Jednak za nic w świecie nie będę dla niego jedną z tych żywych zabaweczek. Zrobię to, nie ulegając mu. Za długo czekałam i pozwoliłam na to, żeby stał się potworem. Z dnia na dzień, coraz gorszym. W głębi mego serca nadal go kochałam, mimo że większą część moich rozmyślań zajmował Justin o którym starałam się nie zapomnieć. Nawet na jedną króciutką chwilkę. Łatwiej moje uczucia do niego zmienić w nienawiść niż udawać, że nie czuję do niego nic. Wtedy mogłabym stać się takim potworem jak Mike, a tego nie chciałam.
- Jesteś jakaś inna. – stwierdziła Monique ze zdziwieniem.
- Jak to inna? – zapytałam nie bardzo wiedząc, o co jej chodzi.
- Nie wiem, po prostu zachowujesz się trochę dziwnie. Jesteś bardziej pewna siebie. Nie żeby mi się to nie podobało. Coś się stało?
- Powiedziałam Mike’owi, co myślę o jego pomysłach. – pochwaliłam się, czując satysfakcję. Na twarzy Monique pojawił się wyraz zdumienia. Dosłownie ją zatkało.
- Nie wierzę! Zrobiłaś to! Postawiłaś się mu! – po chwili ciszy krzyczała z radości. Nagle zrzedła jej mina.- Zdajesz sobie sprawę, jak w tym momencie skomplikowałaś swoje życie?
- A może być bardziej skomplikowane? - zapytałam zrezygnowana. Miałam już dość kąpieli w basenie.
Bez słowa wyszłam z wody, czując wzrok wszystkich obecnych mężczyzn. Uśmiechnęłam się. Parę minut później dostrzegłam Monique, która bez namysłu biegła za mną na boso po śliskich kafelkach.
- Nie wiem, czy to twoja wina, czy wina tego stroju, ale nie wierzę, że tak po prostu nagle wszyscy patrzą się na ciebie.- mruknęła do mnie. Poczułam się jak w jakimś słabym filmie o nastolatkach.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz. – powiedziałam niewinnie i spojrzałam w tył, słysząc pogwizdywania i pojedyncze komentarze. Nie mogłam też nie słyszeć oburzenia innych kobiet. Zazdrość to silne uczucie. Położyłam się na leżaku, a w ślady za mną poszła Monique.
- Jasne.- syknęła z kpiną. Czyżby panna Howard zrobiła się zazdrosna? - Pożyczę od ciebie ten strój. Czerwony powinien być dla ciebie kolorem zakazanym.
- Dlaczego?
- Nie uważasz, że piętnaście napalonych mężczyzn jest wystarczającym powodem by zamknąć cię w pokoju na klucz? To się może bardzo źle skończyć.
- Twoje instynkty samozachowawcze są zboczone zawodowo. Nie możesz ciągle martwić się o mnie. Chyba, że to nie jest troska, a zabójcza zazdrość. - zaśmiałam się, zakładając okulary przeciwsłoneczne.
- Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu już widzę jaką hotel miałby opinię po takiej bójce. Na pewno nie moglibyśmy się tutaj więcej zatrzymywać. A ja naprawdę lubię to miejsce. Chociaż mój brat wpadłby w szał, co byłoby nawet zabawne, zważywszy na absurdalność tej sytuacji.- zaśmiała się rozsiadając na leżaku obok. – Przyniesiesz mi drinka? – poprosiła.
- Czemu nie zrobisz tego sama? – spojrzałam na nią zsuwając okulary z uniesioną brwią do góry.
- Jeżeli zostawię cię tu samą, to pożrą cię wzrokiem. – uśmiechnęła się zginając jedną nogę w kolanie.- Poza tym nie chcę stracić tak dobrego miejsca, jeżeli któryś zdecyduje się, żeby opowiedzieć tobie jaki jest wspaniały i zaproponować ci randkę.
- Niech ci będzie.- przerwałam jej monolog, wstałam i pochyliłam się, by wydobyć z leżaka moje japonki.
- Po prostu nie wierzę. Proszę cię, okryj się chustą. – jęknęła, kładąc lewą dłoń na twarzy.
- O co ci znowu chodzi? Jesteś za drażliwa, a to jest basen. Każdy tu ma na sobie kostium kąpielowy, nie zauważyłaś? - zmarszczyłam brwi, bo jej uwagi stawały się być dziwne.
- Widzę faceta z obrączką na ręce, który z zainteresowaniem ogląda twój tyłek. To już przesada. Chcesz rozwalić czyjeś małżeństwo? Może interesujesz się kłótnią z gigantycznie zazdrosną żoną?
- To jego wina, że patrzy.
- Nie, kochanie. Oni są jak zwierzęta, to silniejsze od nich. – odpowiedziała rzeczowym tonem.- A ta laska na pewno nie będzie miała pretensji do swojego świeżo upieczonego męża, tylko do dziewczyny, która jest ładniejsza od niej. 
- Skąd ty to wszystko wiesz? - zapytałam z konsternacją na twarzy. Widząc, że otwiera buzię, zatrzymałam ją gestem ręki. - Nie, nie mów. Nawet nie chce wiedzieć. Idę po drinki. 
- Okej, czekam! – zawołała szczęśliwa, pospieszając mnie ruchem dłoni. 
Przeszłam do małego baru na basenie i oparłam się o drewniany blat. Uśmiechnęłam się do kelnera i powiedziałam:
- Dwa mojito z lodem poproszę.- zatrzepotałam rzęsami. Nalał mi napoju do dwóch plastikowych kubków i do każdego włożył śmiesznie wykrzywioną słomkę. 
- Na koszt firmy. - uśmiechnął się uwodzicielsko. Dlaczego on musi uśmiechać się jak Justin? Nie miałaś o nim myśleć. - pouczyłam się błyskawicznie.
- Dziękuję bardzo. - wymamrotałam mniej entuzjastycznie i zostawiłam kelnera odrobinę zdezorientowanego moją nagłą zmianą zachowania.



******



Wysiadłam z samochodu, spojrzałam na zegarek – dochodziła dziesiąta. Weszłam do klubu Black Dope, a zaraz po mnie Scoot, który znakomicie udawał, że wcale mnie nie obserwuje i nie przyszedł tu ze mną. Ubrałam się w obcisłe jeansy i czarną tunikę na ramiączkach, która falowała w powietrzu w momencie, gdy chodziłam. Do tego miałam bardzo wysokie, czarne szpilki i torebkę, w której miałam trudno wykrywalny telefon, czerwoną szminkę i plastikową torebeczkę z narkotykiem – gwoździem dzisiejszego programu. Usiadłam na krześle barowym i zaczęłam niepozornie rozglądać się po klubie. Przy barze było pusto. Zamówiłam kieliszek czystej wódki i szybko ją wypiłam. W momencie, gdy postawiłam kieliszek na stole obok mnie usiadł młody chłopak przedstawił się mi z uśmiechem na twarzy. Był ubrany w zwykły T- shirt z nazwą jakiegoś rockowego zespołu i jeansy. Średniej długości brązowe włosy przysłaniały mu szare oczy. Wyglądał zwyczajnie, jakby nie był z ,,mojego świata.'' Nagle usłyszałam czyjś głos, który doskonale znałam. 


,,Spójrz na mnie tak, żebym się w tobie zakochał.
Musisz działać na ludzi hipnotyzująco.''



Zdezorientowana rozejrzałam się znowu po klubie, na koniec trafiając na zdziwione spojrzenie chłopaka. Musiało to wyglądać tak, jakbym była jakaś obłąkana.
- Mam na imię Dan. Masz dla mnie to, czego potrzebuję? - zapytał nie owijając w bawełnę. Nim zdążyłam odpowiedzieć, znowu ten sam głos dosłownie zabrzmiał w mojej głowie.


,,Nie jesteś dobrą aktorką. Mnie nie okłamiesz, wiem że Ci się spodobałem''


Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Trzasnęłam ze złości pięścią o blat. Jeżeli zawalę misję przez jakieś durne urojenia w mojej głowie, to chyba się załamię.
- Jeżeli zależy ci na tym, co mam… musisz być bardziej dyskretny.- syknęłam ze złością. Co to ma być? Jakiś sabotaż? Chciał, żebyśmy oboje trafili na policję? Widać, że był zielony. Kto go zatrudnił? Żal mi było tego chłopaka. Ktoś musiał nim kierować i stał się pajacem od brudnej roboty. Narzędziem do testowania. Przynętą. Znałam to skądś. Chociaż on tak zapewne o sobie nie myślał. Pewnie uważał, że jest kimś bardzo ważnym. Że tylko on potrafi wykonać swoje zadanie. A prawda była taka, że był idealny do tego, żeby umrzeć.
- To w takim razie chodźmy na górę.- oświadczył i wstał nawet na mnie nie czekając. Smarkacz. Gdy znaleźliśmy się w pokoju zamknął go na klucz. Stanęłam i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Od razu zasłoniłam rolety. Spojrzał na mnie wyczekująco. Podałam mu narkotyk widząc, że trzyma coś za sobą nieudolnie chcąc to ukryć. Wykręciłam mu rękę na plecach i zabrałam mu... nóż?



,,O mało byś się we mnie nie zakochała.''



- Co ty chciałeś zrobić? - warknęłam zirytowana, chowając jedną ręką nóż do torebki. I odganiając od siebie powoli głos, który do mnie trafiał. Musiałam go zignorować.
- Miałem za zadanie zabić cię i wziąć narkotyk.- powiedział spanikowanym głosem. Stałam sparaliżowana nie dlatego, że przestraszyłam się Dana, ale dlatego, że mało brakowało, żebym zaraz zobaczyła przed sobą Justina, wypowiadającego kolejną porcje kpiarskich komentarzy. - Błagam nie zabijaj mnie! - jęknął  chłopak z zamkniętymi oczami. To mnie trochę sprowadziło na ziemię. Chwilę temu byłam w stanie nawet go uratować, ale po nieudanej próbie zaatakowania mnie, właśnie stracił swoją szansę. Po co mam ratować idiotę? Jednego mniej, przysłużę się światu. I nagle nie wiedziałam co robić. Zawiesiłam się. Ile mógł mieć lat? Siedemnaście? Słyszałam jak nadal mamrocze coś do siebie. Pewnie w rzeczywistości to była jakaś litania do mnie, żebym nie złamała mu ręki. Nagle wszystko zdawało się być ode mnie oddalone. Jakbym znalazła się w innym pomieszczeniu. W mojej głowie usłyszałam głos Justina, który był prawie tak realny jakby stał koło mnie:



 ,,Rób to co zawsze, kiedy masz kogoś zabić.''


Te słowa zadziałały na mnie jakbym miała w sobie jakiś przycisk włącz. Zalała mnie fala złości. Już nie byłam zła na tego chłopaka, tylko na to, co się dzieje. Nie mogłam zapanować już nad niczym. Starając się nie myśleć o Justinie nagle w najmniej odpowiednim momencie słyszę jego arogancki ton. Słyszę słowa, które już znałam. Pamiętałam nawet, kiedy to mówił. Straciłam samokontrolę.
Rzuciłam Dana na łóżko i wepchnęłam mu zawartość torebki do ust. Dusił się. Usiadłam na nim okrakiem i trzymałam mocno, by ten nie próbował się wyszarpnąć. Po jakiś pięciu minutach chłopak miał mętny wyraz twarzy i przestał się wyrywać. Po dziesięciu minutach wyglądało jakby zasnął. Dotknęłam jego szyi, chcąc wyczuć puls. Umarł. Przeszukałam jego kieszenie. Znalazłam portfel i dowód tożsamości. Przeszły mnie ciarki po plecach. Rzuciłam dowód obok jego ciała. Poszłam do łazienki, włączyłam kran z zimną wodą i umyłam ręce. W ubikacji spuściłam torebkę i zadzwoniłam do Scoota.





_________________________________

Witam was w tę cudowną niedzielę! 
Przedstawiam wam Rozdział 21.
Nie byłam pewna, czy zdołam opisać to, co jest
w mojej głowie, gdyż od tygodnia jestem
chora i karmią mnie antybiotykiem. 
Sierpień jest dla mnie miesiącem wyjazdów,
ale mam nadzieję, że dodam z  3 lub 4 rozdziały.
Zobaczymy. 
 
Bardzo spodobał mi się pewien kawałek, chociaż
przyznam, że teledysk w pewnych momentach dziwaczny,
ale tę piosenkę właśnie słyszałam w klubie: 

 


Dziękuję wam za komentarze oraz mam nadzieję, że wypoczywacie 
gdzieś, nie jesteście takim pechowcem jak ja 
i nie siedzicie w domu. 


Oglądajcie, piszcie, pytajcie. ;) 
Do następnej! 

<3 


Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam,
 tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, 
lub po prostu wiesz, że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje 
napisz komentarz.


ROZDZIAŁY | LISTA INFORMOWANYCH| ZWIASTUN | KONTAKT


piątek, 18 lipca 2014

Rozdział 20






Miałam wrażenie jakbym tonęła w oceanie. Słona woda paliła wściekle moje wnętrzności. Nie próbowałam nawet tego powstrzymywać. Poddałam się. Nie czułam nic. Myślałam, że mając Mike’a nigdy nie poczuje się samotna, a jednak. Justin był kimś, na kogo czekałam całe swoje koszmarne życie i nagle okazało się, że on tak naprawdę nie istnieje. Co mogłam zrobić, by go zatrzymać? Zrobiłam wszystko, zaryzykowałam tak wiele. Otworzyłam się przed nim i pokazałam mu niemalże najgłębszą część mnie - moje uczucia. Wypowiedziałam słowa, których nie da się cofnąć. Będę za nie słono płacić. Że też nagle postanowiłam sobie jak gdyby nigdy nic, wyznać mu co czuje, od tak po prostu! To najgorszy błąd w moim życiu. Szlag by to trafił! 
Ból, który czułam był nie do opisania... Przytłaczał mnie. Uciekając od niego wydawało mi się, jakbym robiła to tylko po to, by znów się z nim zmierzyć, a wtedy uderza sto razy mocniej. Byłam opuszczona, bezwartościowa i beznadziejna... Zależało mi na tym by być szczęśliwą, a doprowadziłam do tego, że jestem wrakiem człowieka. Przestałam się łudzić, że w takim życiu jak moje w ogóle istnieje coś takiego jak szczęście. Nawet nie czułam się jak człowiek, czułam się jakbym była nic nieznaczącą istotą, o której nikt nie ma pojęcia, która dusi się oddychając. Nie wiedziałam czy wolę być sama, czy potrzebuję rozmowy z kimś kto mnie zrozumie. Ale komu mogłam o tym wszystkim powiedzieć? Zawsze musiałam być ostrożna, uważać na to, co mówię. Może tworzyliśmy rodzinę, ale nigdy nie mogłam być pewna, że ktoś nie wykorzysta swojej wiedzy przeciwko mnie. Takie wieści rozchodziły się w bardzo szybkim tempie i zawsze wiedziały do kogo mają dojść. Najbezpieczniej było usiąść w milczeniu z Monique. Chciałam po prostu zniknąć. Ten pomysł wydawał mi się lepszy od wszystkiego, mniej bolesny.
- Szukałam cię wszędzie.- usłyszałam za plecami dobrze znany mi głos i poczułam ten słodki zapach perfum, których nie mogłam pomylić z nikim innym jak z Monique - szefową ochrony, która w moim wypadku jak na operatywną pracoholiczkę przystało, zapragnęła pilnować mnie dwadzieścia cztery godziny na dobę.
- Trzeba było zacząć od baru.- powiedziałam niewyraźnie wlewając w siebie kolejną porcję Burbona.
- Ostatnio upiłaś się tak, jak przyłapałaś Mike’a z jedną z króliczków Playboya.
- Znalazłam własnego i on to spieprzył.- wymamrotałam, biorąc kieliszek wódki.- Uciekł i być może nie wróci.
Dostałam ataku śmiechu.
- O nie, nie. Siedzisz tu od jakiś czterech godzin. Przed chwilą tańczyłaś prawie naga na stole i krzyczałaś: ,,Zleć na dół!.’’ Co dowodzi, że z tobą naprawdę jest bardzo źle.- trzymała kieliszek z dala ode mnie, a ja walczyłam z nią by go odzyskać. Niestety trzymała go za wysoko, a kieliszki troiły mi się przed oczami.
- Skąd ty to wiesz? Nie było cię tu.- wyspałam z plączącym się językiem i uniosłam jedną brew do góry, co doskonale oddawało moje zdezorientowanie.
- Scoot do mnie zadzwonił.- przyznała, na co westchnęłam i chwyciłam drink mężczyzny, który siedział obok mnie, po czym odwróciłam się do niego plecami.
- Mogłam się domyśleć.- skrzywiłam się.- Dzięki braciszku! Odpłacę się. Obudzisz się z twarzą w moich wymiocinach! - krzyknęłam w kierunku winowajcy. - Nie dobrze mi. Scoot, dawaj coś mocniejszego! - ryknęłam i machając ręką zrzuciłam jeden z kieliszków na podłogę.- Oj, stłukło się. – zrobiłam minę zbłąkanego szczeniaczka.- Czekaj! Podniosę! – uniosłam rękę z wyciągniętym palcem wskazującym, jakbym zgłaszała się do odpowiedzi i rzuciłam się w dół, aby posprzątać, to co zrobiłam, ale Monique wzięła moje ręce w swoje dłonie i szybko skierowała je do góry.
- To jest szkło! Skaleczysz się! – warknęła mi w twarz, kiwając kelnerowi, żeby przyniósł zmiotkę i szufelkę.
- Już dobrze, będę grzeczna. - zaczęłam się kręcić dookoła na krześle barowym, wydając z siebie odgłosy jak małe dziecko na placu zabaw, kręcące się na karuzeli. Trwało to dłuższą chwilę aż mój kochany Scoot nie przyniósł dwóch kieliszków whisky. Moje palce zachłannie błądziły w powietrzu chcąc schwytać, chociaż jeden majaczący mi przed oczyma.
- Powiedziałam, dość. Jutro nie przeżyjesz tego kaca. Trzeba cię ogarnąć, idziemy stąd!- mówiła cierpliwym, ale zdecydowanym tonem. I wypiła oba na raz do dna. Świnia, nie zostawiła mi nic.
- Ej to moje! – jęknęłam z rozpaczą jakby zabrano mi moją ukochaną zabawkę.- Dlaczego wypiłaś moją whisky? Co ja ci zrobiłam, niewdzięczna kobieto?
- Jeżeli mam ciebie ogarniać, to sama nie mogę być całkiem ogarnięta. – odparła rzeczowo, głęboko w to wierząc. Uśmiechnęłam się i poczułam jak ciągnie mnie za rękę, chyba w kierunku drzwi.
Drogi do pokoju za dobrze nie pamiętam, ale wiem, że wywracałam się bardzo często, a Monique za każdym razem podnosiła mnie cierpliwie. Potem wylądowałam na swoim łóżku. Moje powieki zaczęły robić się ciężkie aż zapadła ciemność.



- Panno Roberts.- zza moich pleców usłyszałam głos, który sprawił, że po moim ciele rozeszły się dreszcze. Wzięłam głęboki oddech, odkładając kieliszek z winem. Znajdowałam się w ogromnej sali balowej, do której prowadziło jedno wielkie wejście. Nad schodami z białego kamienia, na których leżał szeroki kilometrowy czerwony dywan wisiały portrety dystyngowanych dam i eleganckich mężczyzn w wysokich kapeluszach. Środek sali wypełniał ogromny dębowy parkiet. Za nim, otwarte drzwi prowadziły do ogrodu przypominającego labirynt, z którego słyszałam szum wody. Musiała tu gdzieś być fontanna. Miałam na sobie jasno niebieską suknie z trenem z  XIII wieku. Czułam każdy najmniejszy ruch mojej klatki piersiowej, bo gorset skutecznie kolidował moje ruchy. Kręcone włosy spięte z tyłu czarną klamrą opadały mi na ramiona. Obróciłam się powoli w stronę mężczyzny.
- Pan Bieber.- dygnęłam, śląc mu zalotny uśmiech.
- Czy zechciałaby pani zatańczyć ze mną, panno Roberts? – zapytał uprzejmie, oddając mój uśmiech. Ubrany był w czarny smoking z muszką związaną wokół szyi na starannie wyprasowanej białej koszuli. Dostrzegłam tajemniczy błysk w jego oczach. Podałam mu rękę, którą przyjął zachłannie i przycisnął mnie bliżej swojego ciała.- Muszę przyznać, że bardzo mnie pani intryguje. Skąd pomysł by wybrać się właśnie tutaj? Nigdy nie widziałem pani na tej uroczystości, a jestem tu co roku.- szepnął w taki sposób, abym tylko ja usłyszała co powiedział.
- Panie Bieber, czy pan nie jest odrobinę za odważny? – odszepnęłam zaskoczona jego gestem.- Podobno ciekawość to pierwszy stopień do piekła. – spojrzałam na niego z filuternym uśmiechem i chciałam uwolnić dłoń z jego uścisku. Wiedząc, co chciałam zrobić przytrzymał ją mocniej i mi na to nie pozwolił. Nachylił się w stronę mojego nagiego ramienia, zatrzymał się tuż przy uchu. Jego ciepły oddech muskał mój obojczyk.
- Usiłuję pokazać innym adoratorom, że dla takiej damy potrzeba więcej niż znaczące spojrzenia.- powiedział prowadząc mnie na środek parkietu. Spojrzałam kątem oka na owych mężczyzn, o których wspomniał. Muzyka zaczęła grać.
- Muszę pana zasmucić, ale niestety walc opiera się na innych zasadach.- spojrzałam na niego wymownie. Jego mięśnie były idealne wyrzeźbione, a szczęka dobrze zarysowana. Oczy miał koloru palonej kawy.
- Walc? – zapytał, gdy postawiłam pierwszy krok.- Delikatność, muśnięcie dłoni, intymność, wrażliwość i zmysłowość.- szepnął, lekko dotykając palcami moją prawą dłoń. Przeszliśmy dookoła siebie, stykając się wierzchem dłoni, następnie zrobiliśmy to samo z drugą ręką. Przy trzecim obrocie przyłożyliśmy obydwie dłonie razem... Nagle chwycił mnie za rękę i objął mnie w pasie.
- Myślę, że pan już naruszył wszelkie granice.- powiedziałam uważnie go obserwując.
- Mało kobiet mi to mówi, ale cieszę się, że usłyszałem to od pani.- odpowiedział kładąc moją dłoń na swoim ramieniu.
- Doprawdy?
- Musi pani wiedzieć, że ruszą się pani najlepiej od nich wszystkich.- oświadczył szeptem.- Ma pani w sobie tyle uroku.
- Pana słowa są tak słodkie jak miód, ale czy równie prawdziwe? – zapytałam ściszonym, gładkim głosem.- Dżentelmenom często zarzuca się nadmierne pochlebstwa.
- Z mojej strony pani to nie grozi. – zapewnił dyplomatycznie z  uśmiechem. - Myślę, że pan Smith i pan Howard chcieliby być na moim miejscu.- dodał po chwili.
- Niestety, to do mnie należy wybór.- westchnęłam, zerkając na nich przelotnie.
- Żałuje go pani? – zaskoczył mnie swoim pytaniem.
- Nie, wręcz przeciwnie. Czekałam na pana.- szepnęłam i uniosłam głowę do góry. Wsunęłam w jego rękę klucz, a gdy muzyka przestała grać ucałował mnie w rękę, na której miałam białą rękawiczkę. Ukłoniłam się w podziękowaniu za taniec i dostojnym krokiem udałam się w kierunku innych gości.
- Panno Roberts!- usłyszałam i odwróciłam się trzymając obie dłonie razem.- Ten naszyjnik niesamowicie zdobi pani szyję, proszę na niego uważać. Byłoby żal, gdyby tak cenna rzecz została zniszczona lub co gorsza przywłaszczona przez przypadkową osobę. – przytaknęłam mu nieznacznym ruchem głowy.
- Dziękuję, panie…- wyciągnęłam wachlarz i zakryłam nim rumieńce na twarzy.
- Bieber. – dokończył.
- Bieber.- powtórzyłam, dygnęłam ostatni raz i z uśmiechem witałam kolejnych gości, rozglądając się czy w pobliżu nie ma urokliwego dżentelmena.




Obudziłam się po ciężkiej nocy. Nie czułam się wypoczęta, w myślach przewijały mi się obrazy z wczorajszego dnia. Tak bardzo bolała mnie głowa. Miałam ochotę włożyć ją pod kran z zimną wodą i stać tak przez godzinę, póki nie przestanie. Nigdy nie było mi gorzej niż teraz. To wszystko co mnie spotkało było po prostu wielkim ciężarem, którego nie mogłam znieść. Zaczęłam się zastanawiać, jak mogłoby wyglądać moje normalne życie. Pominęłam fakt, że byłabym zupełnie innym człowiekiem. To nasze doświadczenia kreują nasz charakter, nie inaczej. Miałam ochotę wrócić do centrum Nowego Yorku i zacząć krzyczeć stojąc na szczycie Empire State Building. Dlaczego nie mogę się uwolnić od Justina? Dlaczego nie mogę być bezwzględna i okrutna? Jego dotyk sprawiał, że czułam się tak... jakbyśmy do siebie należeli. Sprawiał, że moje ciało reagowało na jego dotyk oszołomieniem, jakbym była w zupełnie innym świecie. Zastanawiałam się nad tym, czy to w ogóle było możliwe, czy czasem tego nie koloryzuję, ale to właśnie czułam, gdy z nim byłam. Wtedy potrafiłam się uśmiechać. Mimo jego irytujących uwag i zachowania był czarujący. Nienawidziłam go, ale darzyłam go uczuciem, którego wcześniej nie chciałam nazwać. Czułam, że będzie mnie prześladować jak jakieś przekleństwo. Usiadłam gwałtownie na łóżku, zastanawiając się która jest godzina.
- Nie!- krzyknęłam sama do siebie. Wczoraj całkiem zapomniałam, że miałam spotkać się z Mike’iem. – odgarnęłam włosy z twarzy i z przerażeniem rozejrzałam się po… moim pokoju? Zmarszczyłam brwi rozkojarzona. Jak ja się tu do cholery znalazłam? Odruchowo spojrzałam na drugą część łóżka i z ulgą stwierdziłam, że obok mnie nie ma Justina. Natomiast był to ktoś inny. Przez chwile zastanawiałam się, co Monique robi w moim łóżku. Szturchnęłam ją łokciem, na co westchnęła z błogim uśmiechem.
- Jev, przestań!- wymamrotała przez sen rozbawiona. Jak widać nie tylko mnie męczą koszmary. Przynajmniej to, co ona teraz widzi, jej się podoba. Ja miałam mieszane uczucia. Nawet we śnie ma nade mną kontrolę. – uświadomiłam sobie zrezygnowana. To już przekraczało wszelkie pojęcie. Widocznie Bóg lubi się nade mną znęcać i nie tylko on ma takie nietypowe zainteresowania. Ile jeszcze będę musiała to znosić? Wygląda na to, że ktoś tam na górze ma ze mnie niezły ubaw. Robi sobie pełnometrażową komedię z mojego życia i obżera się przy tym tłustym popcornem. Dobra, dosyć tej sielanki śpiąca królewno, chyba już zdążyłaś sobie wyśnić pocałunek z Jevem. Muszę ją obudzić. Szturchnęłam ją mocniej, co spowodowało, że wstrzymała na chwilę oddech, otworzyła gwałtownie oczy, usiadła i zaczęła krzyczeć.
- Co jest? Kto idzie? Co się dzieje? Stać! – a potem spojrzała na mnie i uśmiechnęła się przepraszająco, aby za chwile z powrotem położyć się na moim łóżku i zaraźliwie ziewając położyć pod głowę moją poduszkę. Dotknęłam ręką czoła i westchnęłam, starając się tego nie komentować. Jest to komedia z bardzo kiepskim scenariuszem. Poczułam, że mi niedobrze i że coraz bardziej boli mnie głowa.
- Piłaś coś wczoraj? – spytałam, patrząc na jej rozpromieniony wyraz twarzy.
- Tylko trochę, ale to nic w porównaniu z tym, ile ty wypiłaś. Możesz być spokojna, te mdłości to nie ciąża.- nasza specjalistka miała naprawdę bardzo dobry humor.
- Super, a ile wypiłam?
- Dużo, uwierz mi nie chcesz wiedzieć. Ciesz się, że cię stamtąd zabrałam, czułabyś się jeszcze gorzej.
- Nie wiem czy to możliwe.- mruknęłam sama do siebie, szukając kapci pod łóżkiem i szurając nimi do łazienki.




******




W hotelu przebywaliśmy bardzo często, mimo to nie czułam się tam jak w domu. Mike zachowywał się jakby był panem wszędzie. To miejsce mu odpowiadało. Natomiast mi przypominało pobyt w więzieniu. Chociaż obiekt wyglądał jak ekskluzywny hotel, wrażenie psuła liczna ochrona na każdym piętrze. Znałam cały plan budynku na pamięć i byłam prawie wszędzie, ale ro wcale nie sprawiało, że czułam się tutaj lepiej. To nie był mój dom. Tak naprawdę nie miałam go od bardzo dawna i chyba powinnam być do tego przyzwyczajona. Przechodząc przez korytarze coraz bardziej nienawidziłam tego miejsca 
- Mike, muszę ci coś powiedzieć.- zaczęłam jak tylko wparowałam do jego biura.
- Rachelle, cieszę się, że przyszłaś, właśnie miałem cię zawołać. - powiedział, zacierając ręce z ekscytacji. W jego oczach dostrzegłam pewnego rodzaju szaleństwo i uniesienie. - Mam dla ciebie zadanie, dzisiaj w nocy będziesz moją uroczą dilerką.- uśmiechnął się i wskazał mi fotel na przeciwko siebie, bym na nim usiadła.- Mam nadzieję, że z twoją nogą wszystko w porządku. Załóż długie obcisłe jeansy. - przerwał na chwile, budząc jego zdaniem napięcie.- Moi laboranci opracowali prototyp narkotyku.- oświadczył z radością w głosie. Nie mógł usiedzieć spokojnie na miejscu. Był bardzo szczęśliwy.
- To świetnie Mike, ale nie sądzę by...- przerwał mi.
- Wiem, że się upiłaś. - Matko, czy zaraz się dowiem, że cały hotel widział mnie wczoraj w barze? Szkoda, że ja nie pamiętam, co robiłam. Szczególnie chciałabym wiedzieć, co jeszcze mogłam wykrzyczeć, stojąc na stole. - Swoją drogą nie wiem jak to możliwe, przecież masz taką mocną głowę.- zaśmiał się krótko. - Świętowałaś odejście Justina? Nie wiedziałem, że tak bardzo ucieszysz się z tego powodu. - nie widząc żadnej mojej reakcji, ani chęci aby odpowiedzieć na jego pytanie, dodał: Jeśli chodzi o twojego trenera daje sobie radę. Nie byłem taki optymistyczny, gdy go wysłałem do Europy. Wygląda na to, że trzeba mu podnieść poprzeczkę. Gramy o większą stawkę i zobaczymy jaki będzie finał.- spojrzał w okno.
- Nie obchodzi mnie on.- stwierdziłam beznamiętnym głosem patrząc na Mike'a.
- To dziwne, odniosłem wrażenie, że się lubicie. - odwrócił się w moją stronę zaskoczony moją reakcją.
- Żartujesz sobie?! – wybuchłam wściekła. - Nienawidzę go! Jak śmiesz pytać mnie o naszą relacje, gdy wiesz co on mi robi? Mało tego, wymyśliłeś to i dałeś mu na to zgodę! To jest chora relacja. Zmuszam się do rzeczy, których nie chcę robić! A wiesz dlaczego? Ponieważ to wszystko robię ze względu na ciebie! Mam tego dosyć! Przez was czuje się jak jakaś zabawka! Nie chcę być tak traktowana! Jeśli chciałeś popracować nad moją cierpliwością, a nie nauczyć mnie manipulowania ludźmi, to gratuluję kandydata, doskonały wybór! - spokojna rozmowa zmieniła się w kłótnie. Spoglądał na mnie oszołomiony.
- Nie masz prawa tak się do mnie odzywać! – wrzasnął na mnie, nie będąc mi dłużnym. Po raz pierwszy mu się sprzeciwiłam. Nie zamierzałam dać się znowu traktować jak laleczka. Nie pozwolę mu na to.
- Bardzo mi przykro, ale wygląda na to, że już to zrobiłam.
- Uważaj na to, co mówisz. Dobrze ci radzę. Przemyśl, zanim coś powiesz, bo będziesz tego żałować.- warknął ze złości.
- Co mi zrobisz jeśli cię nie posłucham? - uśmiechnęłam się, bo jego desperacja zaczęła być zabawna. Przestałam już krzyczeć.- Nie skrzywdzisz mnie. Nie potrafisz tego zrobić. Potrzebujesz mnie. I wiesz co? Może nie dlatego, że jestem twoja dziewczyną, ani nie dlatego, że znamy się od pięciu lat, ale dlatego, że nikt inny nie potrafi wykonać tak dobrej roboty jak ja. Te blond lafiryndy, których nawet nie usiłujesz ukrywać przede mną, kiedy wchodzę do twojej sypialni są za głupie by babrać sobie rączki w twoich brudach! Ja nie jestem głupia! Zawsze cie wspierałam i pomagałam tobie w najgorszych momentach. Jestem z tobą od zawsze, a ty jeszcze mnie sprawdzasz? Mało razy udowodniłam ci, jak bardzo jestem ci wierna? - nachyliłam się w jego stronę, wstając z fotela. - Kiedy wreszcie zrozumiesz, że nie jestem twoim wrogiem, Mike? - wstałam, szykając się do wyjścia z jego gabinetu.- Idę na trening ze Scootem, czekam na szczegóły za godzinę, szefie.- dodałam normalnym, służbowym głosem, chociaż muszę przyznać, że był bardziej władczy niż zazwyczaj. Zamknęłam drzwi z hukiem spoglądając na zdumionych ochroniarzy i sekretarkę. Musieli wszystko słyszeć. Poczułam się silniejsza. Koniec z potulną Rachelle, czas zrobić się tak twardą i niezwyciężoną jak oni. Pokażę im na co mnie stać. Już nigdy nie zamierzam pozwolić, by ktoś mnie tak bardzo zranił. Szykujcie się na powrót starej, dobrej Rachelle.








______________________________________


Wiem, że rozdział jest krótki, ale niestety musiałam skończyć wątek.
Byłby już 14 lipca, gdyby nie to, że prawie spaliłam komputer.
Nie będę się zbytnio rozpisywać,  ponieważ siedzę na nie swoim komputerze 
(czego nienawidzę, bo zawsze trudno mi się przyzwyczaić.) 
Dziękuje za komentarze. Przypominam o liście informowanych, zwiastunie, 
a wszystkie pytania kierujcie tutaj, bądź na mój twitter. 
Cieszę się, że tak Wam się podoba.
Rozdziały teraz częściej, w miarę moich możliwości.
Do następnej! 

PS. Co do irytującego zachowania bohaterów. 
Obiecuję, że jeszcze wszystko się zmieni. ;) 




Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam,
 tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, lub po prostu wiesz, 
że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje napisz komentarz.