sobota, 21 marca 2015

Rozdział 33





Urodziny Mike’a to szczególny dzień. Wcześniej spędzaliśmy je w następujący sposób: wychodziliśmy do jakiegoś klubu na Brooklynie, uprzednio zajadając się kebabem z naszej ulubionej budki i piliśmy do rana. Przez ten jeden dzień nie musiałam myśleć o tych wszystkich złych rzeczach, które zrobiłam. W niespełna rok Mike Howard stał się milionerem i właścicielem pięciogwiazdkowego hotelu. Jego dwudzieste piąte urodziny będą wyglądały zupełnie inaczej niż poprzednie. Kto będzie mu dzisiaj towarzyszył? Znowu wybierze jakąś inną, przypadkową dziewczynę zamiast mnie? Wtedy mogłabym spędzić jego urodziny z Justinem. Na co liczyłam? W sumie nie wiedziałam, czego bym chciała. Byłam tylko pewna, że dzisiejszy dzień będzie wielkim wydarzeniem. Wszyscy szykowali się na powrót Mike’a z Tokio. Cała restauracja od godziny piątej szykowała jedzenie, salę i dekoracje. Wszystko musiało być gotowe na dzisiejszy wieczór. Przez te kilka dni jego nieobecności straciłam już czujność. Justin i ja wiedzieliśmy, że Mike wyjechał i nie musimy obawiać się, że ktoś nas przyłapie. Musieliśmy tylko uważać na to, żeby nie zdradzić się na korytarzu, ale zwykle zamykaliśmy się w naszych pokojach. Nauczyliśmy się odgrywać nasze role. Przy innych Justin był tym samym irytującym trenerem, a gdy zostaliśmy sami tylko mi pokazywał swoje drugie czułe oblicze.
Nie odzywałam się do Monique. Próbowałyśmy unikać siebie za wszelką cenę. Chciałam to przerwać, ale wiedziałam, że nie mogę tego zrobić. Gdybym zdecydowała się z nią pogodzić, musiałabym jej wszystko wytłumaczyć. W tej chwili istniało małe prawdopodobieństwo, że ktokolwiek odkryje naszą tajemnicę. I tak na razie musiało zostać, póki nie wpadnę na pomysł jak odwrócić jej uwagę od tego, co dzieje się pomiędzy mną a Justinem.
Była godzina jedenasta. Po śniadaniu chciałam wybrać się na ćwiczenia. To był jedyny sposób, żeby odreagować wszystko, co mnie dręczyło. Jedną z rzeczy, które męczyły mnie najbardziej były wyrzuty sumienia. Tak, nawet bezlitosna morderczyni może je mieć. Nacisnęłam guzik i czekałam, aż drzwi się zamkną. Ubrana w czarne legginsy i bokserkę tego samego koloru, na ramieniu zawieszony miałam błękitny ręcznik. Na prawym nadgarstku nosiłam zieloną gumkę do włosów, ponieważ w czasie treningu zamierzałam zawiązać włosy w kucyk. W ostatniej chwili ktoś wbiegł do windy. Westchnęłam głęboko z potęgującej się we mnie irytacji. Czy ja nie mogę, chociaż na minutę zostać sama z własnymi myślami?  Jednak gdy zauważyłam Justina natychmiast się rozpromieniłam.
- Gdzie idziesz? – zapytałam cicho, ściskając w ręce butelkę z wodą mineralną. Na jego widok odruchowo zagryzłam wargę. Postanowiłam ukryć swój uśmiech, bo on nie może wiedzieć o tym, że za każdym razem, gdy go widzę jestem taka szczęśliwa. Dlaczego? Istniał jeden główny powód. Potrafiłby to wykorzystać. Nie chciałam żeby miał na mnie tak wielki wpływ. Żeby ktokolwiek taki miał. Do tej pory byłam silna i nieuległa. Nie chciałam, żeby ludzie myśleli o mnie inaczej, niż do tej pory. Nie mogłam przez niego zmięknąć tak bardzo.
Spojrzałam na Justina z uniesioną brwią, ponieważ był ubrany w strój sportowy, podobnie jak ja. – Co ty kombinujesz? – mruknęłam podejrzliwie, widząc, że cwaniacko się uśmiecha.
- Zawsze o tej godzinie idziesz na trening. – odpowiedział, a kiedy drzwi windy się zamknęły jego dłonie natychmiast wylądowały na moich biodrach. – Postanowiłem poćwiczyć z tobą. – a jego usta zbliżały się do moich.
- Nie jest to ani twój, ani mój pokój. Nie możemy tego robić.-  przypomniałam mu, kładąc jedną dłoń na jego piersi. Pachniał żelem do mycia. Mimo mojego sprzeciwu złączył swoje usta z moimi, przygryzając moją dolną wargę. Nie mogłam się opanować. Co z tobą nie tak? Przestań! - krzyczałam bezskutecznie do siebie w myślach.
- Masz rację, jesteśmy tacy źli… - jęknął smutno, nie przestając mnie całować. Uśmiechałam się jak zwykle głupio, bo to co robił było bardzo przyjemne.
- Musisz przestać. – szepnęłam, odklejając się od niego.
- A chcesz, żebym przestał? – zapytał, zjeżdżając ustami do mojej szyi.
- Nie. – jęknęłam, gdy pocałował mnie w moje czułe miejsce na szyi. – Tak. – dodałam po chwili, nagle uświadamiając sobie, że jeśli tego nie przerwę może zrobić się nieciekawie. Jeszcze kilka chwil, a winda zatrzyma się na piętrze, na którym była sala gimnastyczna.
- Jak zwykle niezdecydowana. – westchnął, odgarniając kosmyk moich włosów za ucho.
- Justin, proszę. – szepnęłam drżącym głosem, gdy jego usta ponownie dotknęły moich. Nagle winda stanęła o piętro wyżej niż miała, a moje serce podeszło mi do gardła. Justin natychmiast odsunął się ode mnie w tym samym momencie, gdy jej drzwi zaczęły się otwierać. Naszym oczom ukazał się Mike. Serce biło mi z zawrotną szybkością. Teraz zdołaliśmy się od siebie odsunąć. Następnym razem może się to nie udać. Natychmiast zakryłam szyję włosami, bo widniały na niej malinki zrobione przez tego, który stał ze mną ramię w ramię, jak gdyby nigdy nic. Parę sekund później, a zrobiłoby się bardzo gorąco i wcale nie mówię o tym, co dalej mógłby zrobić mi Justin.
- Wróciłeś. – wydukałam tylko.
- Tak i właśnie cię szukałem. – odparł nadzwyczajnie w świecie, wyciągając mnie z windy.
- Ale miałam pójść poćwiczyć. – powiedziałam, starając się zabrzmieć naturalnie, bo nadal byłam lekko wyprowadzona z równowagi. Twój chłopak, który jest mordercą prawie nie przyłapał cię na zdradzie i ty jesteś lekko wyprowadzona z równowagi? Chyba kpisz... Okej, jest gorzej niż lekko, jestem bardzo wyprowadzona z równowagi. Mogłabym mu powiedzieć, że Justin uczy mnie nowego triku… Doskonale wiesz, że żadne twoje zdanie nie powstrzymałoby go przed zaduszeniem Justina na śmierć, a z tobą mogłoby być jeszcze gorzej…
- Zrobisz to później. Barry przygotował nową przystawkę, koniecznie musisz jej spróbować. – powiedział podekscytowany, ciągnąc mnie do swojego gabinetu. Po chwili wręcz zmusił mnie żebym usiadła na fotel przed nim i podsunął mi talerz z grzanką na której była pasta, a na samej górze jeden koktajlowy pomidor. Barry był bardzo dobrym kucharzem i  nie bałam się próbować jego dań, ale bardziej dziwiło mnie zachowanie Mike’a. To tylko jedzenie, dlaczego wzbudza w nim tak wielkie emocje? Może po prostu cieszy się, że są jego urodziny i nie może doczekać się wieczoru… albo znowu naćpał się czegoś, bo był zdenerwowany. Próbowałam sobie to jakoś wytłumaczyć, ale Mike usiadł naprzeciwko i niecierpliwie wpatrywał się we mnie, oczekując że spróbuję tego, co jest na talerzu. Chwyciłam grzankę w dwa palce lewej ręki i niepewnie ugryzłam ją, czując jak pieczywo chrupie z każdym kolejnym ugryzieniem.
- I jak? – zapytał, uśmiechając się i czujnie obserwując moją minę.
- To jest dobre.- odpowiedziałam, czując jak słodko – kwaśna pasta rozpuszcza się w moich ustach.
- To świetnie. – mruknął, opierając się o fotel i zacierając ręce. Czy tylko ja widzę coś dziwnego w jego zachowaniu? Uspokój się, pewnie się naćpał.  Uśmiechnęłam się zdenerwowana.
- Czy to wszystko? – poruszyłam się w fotelu skrępowana.
- Mam jeszcze dla ciebie prezent, ale zjedz to do końca. – poprosił wesołym głosem. Posłuchałam go, to dziwne, ale bałam się go w tej chwili jeszcze bardziej niż jak wrzeszczy i się wścieka. Złość ostatnio była dla niego bardziej naturalna. Chciałaś, żeby się zmienił, a teraz marudzisz… Gdy zjadłam przystawkę, wręczył mi dość duże czarne pudełko zawiązane białą wstążką. Otworzyłam je trzęsącymi rękoma. Wiem, że to chore, ale przy nim nie wiedziałam czego się spodziewać. Równie dobrze mogłam otwierać tykającą bombę. Jednak zamiast tykającej bomby wyjęłam długą do ziemi, krwistoczerwoną suknie z dużym dekoltem. Była tak śliczna! Spojrzałam na Mike’a uśmiechając się.
- Dziękuję. – szepnęłam, dłońmi przejeżdżając po miękkim i delikatnym materiale sukienki. Pachniała świeżością.
- Przebierz się w to dzisiaj. Musisz przy mnie ładnie wyglądać. -  odpowiedział, uśmiechając się, wstał z fotela i pocałował mnie w policzek. Przesądzone, dzisiejszy wieczór spędzę z Howardem. On naprawdę mógł się zmienić. Nie jesteś zdradziecką suką. Jesteś czymś o wiele gorszym… - pomyślałam nadal patrząc na oszałamiająco piękną suknię.





******






Kiedy wyszłam z gabinetu Mike’a nadal czułam się nieswojo. Miałam dziwne przeczucie, że dzisiaj stanie się coś złego. W końcu Mike chciał, by nikt nigdy nie dowiedział się jak on dokładnie wygląda, a teraz miał zamiar pokazać się publicznie. W tym w ogóle nie było taktu. Co prawda musiał uczestniczyć jakoś w tej całej śmietance towarzyskiej i dbać o swój pozorny wizerunek bogatego właściciela hotelu. Długo nad tym myślałam, aż w końcu dostrzegłam, że to nie ma sensu. Mike zrobi wszystko, co chce i zrobi to w taki sposób, w jaki sobie zaplanował, a ja musiałam to zaakceptować. Po niedawnej kolacji wierzyłam, że zmienił się na lepsze, ale nigdy nie byłabym na tyle naiwna by uwierzyć w to, że nagle stanie się dobrym człowiekiem i zniszczy to całe zło, które stworzył. Nie wiedziałam nawet czy odnalazłabym się w tym ,,normalnym’’ świecie. Moje przemyślenia przerwała blondynka, która wpadła na mnie na korytarzu. Ubrana w czerwone szpilki i czarny kombinezon, który podkreślał jej figurę wyglądała na bardzo czymś zdenerwowaną. Usłyszałam z jej ust ciche ,,Przepraszam.’’ w odpowiedzi mruknęłam pod nosem ,,Nic nie szkodzi.’’ Parę kroków dalej, ogarnął mnie jakiś niepokój, zatrzymałam się i obróciłam, aby zobaczyć dokąd idzie. Mogłam się spodziewać, że wejdzie do gabinetu Mike’a. To na pewno jedna z jego dzisiejszych, nocnych prezentów urodzinowych…  Właśnie! Prezent! Nie miałam pojęcia, co powinnam mu kupić! Co mogłabym mu dać w zamian za to, że zaopiekował się mną? Za wspólne pięć lat? Chyba nic, oprócz siebie, bo co innego mogłabym mu dać? Prezent kupiony za jego pieniądze? Kolejny Rolex do jego kolekcji? W mojej głowie panowała pustka. Kiedyś może wymyśliłabym dla niego coś specjalnego, ale teraz na pewno nie trafiłabym z prezentem. Po tej dziwnej sytuacji sprzed kilku minut bałam się każdej jego reakcji. Znowu jest tak, jakbym go nie znała.
Byłam już prawie uszykowana. W ustach czułam metaliczny smak podekscytowania i strachu. Mimo, że umyłam zęby miętową pastą chyba z pięć razy, wciąż nie mogłam się go pozbyć. Stwierdziłam, że to musi być spowodowane nerwami. Suknia, którą podarował mi Mike leżała rozłożona na pościelonym łóżku, a ja stałam przed lustrem usiłując opanować bałagan, panujący w moich gęstych, brązowych włosach. Spojrzałam na lokówkę, sprawdzając czy już się nagrzała. Następnie chwyciłam ją w lewą rękę i wzięłam kosmyk włosów nawijając go na lokówkę. Przytrzymałam przez chwilę i puściłam włos, który sprężyście opadł na moje ramię. Powtarzałam czynność kilkakrotnie, gdy został mi ostatni kosmyk włosów podskoczyłam wystraszona i oparzyłam swój kciuk.
- Czy ty zawsze musisz się tak skradać? Jakim cudem otwierasz tak cicho drzwi? – zapytałam blondyna stojącego obok, który obejmował mnie od tyłu. Pominęłam uwagi na temat tego, że normalny cywilizowany człowiek powinien pukać do drzwi. Wiedziałam, że nie nauczę go tego, nawet jeśli powiem mu to po raz setny jednego dnia, przecież on wszędzie czuł się jak u siebie.
- Boisz się mnie? – zapytał cicho, biorąc moją dłoń w swoje ręce. Położyłam lokówkę na komodę, a następnie wyprostowałam się i obróciłam do niego przodem. Uniósł mój poparzony kciuk i włożył go do buzi, językiem przejeżdżając delikatnie po miejscu oparzenia. Patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana. Dobra, dziewczyno ogarnij się. – Mniej boli? – zapytał chwilę po tym jak wyciągnął mój palec z ust, ale nadal nie puszczał mojej dłoni.
- Tak. – kiwnęłam głową, nieśmiało się uśmiechając.
- Widzimy się na przyjęciu. Chciałem sprawdzić co z tobą. – wyjaśnił i szedł tyłem w kierunku drzwi, żeby móc dłużej pożerać mnie swoim nieziemskim wzrokiem i przy tym cholernie dekoncentrować. 
- Kontrolujesz mnie? – zapytałam, udając oburzenie.
- W końcu jestem twoim trenerem, muszę o ciebie dbać. – powiedział, puszczając mi oko.
- Przestań mnie czarować, a teraz wreszcie wyjdź, bo muszę się ubrać. – westchnęłam i rozejrzałam się po pokoju szukając lokówki, która znajdowała się tuż przede mną, ale oczywiście byłam tak roztargniona z powodu jego obecności, że nie byłam w stanie zauważyć nic innego oprócz niego.
- To może ja chwilę zostanę… mogłabyś się przeciąć naszyjnikiem, czy czymś. – zaoferował szarmanckim tonem, wkładając obie dłonie do kieszeni spodni, przy tym nieznacznie pochylając się w moją stronę.
- Wyjdź Justin. Widzimy się potem.- powiedziałam ostrym tonem, widząc w jego oczach pożądanie. Niekiedy jest to urocze, ale w większości przypadków wręcz uciążliwe. Nie mogę się zgadzać na wszystkie jego zachcianki. I tak chwilami byłam dla niego za dobra.
Czekałam na Mike’a stojąc w głównych drzwiach restauracji prowadzących od hotelowego ogrodu. Wszyscy goście zebrali się już w holu. Dominowała czerń, granat, czerwień i biel. Mężczyźni ubrani byli w garnitury. Niektórych trudno było odróżnić od ochroniarzy. Wszędzie paliły się światła, dekoracje wyglądały przepięknie, a na nocnym niebie świecił księżyc w pełni. Wszystko było idealne. Ubrana w czerwoną suknię długą do ziemi z kieliszkiem szampana zachwycałam się tym pięknym widokiem. Moją szyję i duży wycięty dekolt zdobił naszyjnik z diamentami, który dostałam od Mike’a kilka miesięcy temu. Obok mnie stanął mężczyzna ubrany w czarny garnitur. Serce zabiło mi szybciej, byłam pewna, że to Mike, ale kiedy obróciłam się w jego stronę poczułam ulgę. Justin. Jednak to nie zmienia faktu, że nie powinno go tutaj być. Co jeśli Mike nas zobaczy? Spokojnie, jest zajęty zabawianiem gości i popijaniem alkoholu.- szeptała mi moja naiwna podświadomość, która skupiała się tylko na tym, jak przystojnie jest w garniturze mojemu trenerowi.
- Ślicznie wyglądasz, kochanie. – szepnął, czarująco się uśmiechając. Dlaczego nie mogę wziąć go pod ramię i odwzajemnić jego uśmiechu? Należysz do Mike’a. Miałam dosyć udawania, nie chciałam tutaj być. Nie lubiłam takich ekstrawaganckich imprez.
- Dziękuję, ale oczy mam wyżej. – powiedziałam i wzięłam łyk szampana.
- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę.-  szepnął szarmancko mój kusiciel i uśmiechnął się niewinnie.- Trzeba było nie zakładać tej sukienki.
- Świetnie, widzisz z chęcią przebiegłabym się po tym całym holu na golasa.- parsknęłam śmiechem.
- Chciałbym to zobaczyć.- zawtórował mi, przygryzając wargę.
- Nie wątpię. Pocieszy cię fakt, że mam na sobie tylko tę sukienkę? – zapytałam podkreślając słowo ,,tylko.’’
- To świetnie. – odparł krótko, a ja dostrzegłam cień ekscytacji, ukrywający się w jego oczach. Kochałam patrzeć na niego w takim stanie. – Do zobaczenia później. – szepnął nagle i po prostu odszedł, wtapiając się w tłum. Nie byłam zaskoczona, kiedy chwilę później jego miejsce zastąpił dzisiejszy solenizant.
- Już bałem się, że nie będzie ci pasować.- powiedział, obejmując mnie w pasie. Po prostu weź głęboki oddech i zrób dobrą minę do złej gry. Tak jak zawsze. Mike zaprowadził mnie pod rękę na szczyt schodów, które ozdobiono wiśniowym dywanem. Zaczęło się witanie gości. Z szerokim uśmiechem, stojąc przed ogromnymi drzwiami restauracji, posyłałam miłe spojrzenie każdej napotkanej osobie. Stałam obok Mike’a czując zapach jego wody po goleniu i podając podchodzącym do nas gościom dłoń, kiwając głową i dziękując za komplementy dotyczące mojego wyglądu. Czułam się jak marionetka. Kiedyś współczułam kobietom, które musiały przychodzić razem ze swoimi mężami na nudne i eleganckie bankiety. Wśród obcych udawały kochające żony. Nikt nie pytał ich czy chcą tutaj być. Musiały towarzyszyć swoim mężom. To był przywilej i obowiązek, który musiały wypełniać. Przylepiać do twarzy szerokie uśmiechy, które nigdy nikomu nie powiedzą o tym, że czują się zdradzane przez tych wszystkich mężczyzn, że konto z dziewięcioma zerami nie zwróci im samotnych nocy w wielkim domu, kiedy oni wyjeżdżają w interesach. Za ten cały ból i niepewności jakie przeżywają miały tylko jedną rzecz, która odpłacałaby im ich niewierność czy brak czasu – to one były najważniejszymi kobietami, tymi którymi chwalili się na bankietach przy znajomych i potencjalnych wspólnikach. Przypominało mi to wielkie przedstawienie teatralne. Sztuczne uśmieszki i słodki ton głosu. Nienawidziłam tego, nienawidziłam kłamstwa. Dzisiaj byłam na miejscu tych wszystkich nieszczęśliwych kobiet. Co z tego, że miałam na sobie tak piękną suknię, podczas gdy moje serce rozrywały wątpliwości i strach? Goście rozsiedli się w restauracji przy odpowiednich stolikach. Na środku sali znajdował się jeden największy, biało nakryty stół. Było w nim miejsce dla mnie, Mike’a, Monique, której bałam się spojrzeć w oczy i jakiegoś starego biznesmena z jego żoną. Widziałam tego człowieka po raz pierwszy. Nie musiałam wiedzieć kim on jest, ale skupiał na sobie całą uwagę Mike’a. Howard cały czas dopytywał go czy czegoś mu trzeba i jak mu się wszystko podoba. Prawdopodobnie potrzebował go do własnych celów i za wszelką cenę chciał pozyskać jego sympatię. Nie zamierzałam pytać o co chodzi. Podobno im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. W pewnej chwili Mike postanowił stanąć na scenie i przemówić do wszystkich obecnych w sali. Na jego twarzy nie było widać zdenerwowania, ale zauważyłam, że ma spięte ramiona.
- Chciałbym powitać wszystkich gości. Bardzo cieszę się, że udało wam się tutaj przybyć. Jest to dla mnie szczególny dzień. Nie tylko dlatego, że mam dzisiaj urodziny, ale z wielką dumą mogę przedstawić Wam moje największe życiowe osiągnięcie… - moje serce prawie się zatrzymało… O czym on mówi? – Postanowiłem rozszerzyć sieć mojego hotelu w obrębie wszystkich Stanów Zjednoczonych. Jeśli mój plan się powiedzie, chciałbym też zacząć działalność w Europie. – słysząc te słowa spadł mi kamień z serca. W tym momencie odsłonięto za nim ogromną mapę Ameryki Północnej, gdzie czerwonymi punktami oznaczone były miejsca powstania nowych hoteli. – Howard Company jest firmą istniejącą od niedawna. Jestem bardzo zaskoczony tym, jak szybko udało nam się pozyskać klientów i dobrą opinię publiczną. Pewnie zastanawiacie się jak mogłem osiągnąć tak wielki sukces w tak młodym wieku? Mam tylko jedną receptę: ciężka i uczciwa praca.- Tak bardzo uczciwa, jak zabijanie ludzi. – pomyślałam. - Nigdy nie przypuszczałem, że znajdę się w takim towarzystwie. Wciąż jest to dla mnie wielkim zaskoczeniem. Mam nadzieję, że miło spędzicie ze mną ten wieczór. Nie przedłużając, chciałbym podziękować wszystkim, którzy wspierali mnie od samego początku. Mój sukces zawdzięczam przede wszystkim wam. Obiecuję, że zrobię wszystko, by uczynić ten świat lepszym i przyjemniejszym miejscem. – powiedział bez krzty zająknięcia. Jak można w taki sposób patrzeć na ludzi i obiecywać im tak wielkie rzeczy, które nigdy się nie spełnią? Jak można obiecywać coś, co nigdy nie będzie dotrzymane? Trzeba być… Mike’iem. – A teraz proszę, żeby wszyscy wznieśli toast za spełnienie naszego wspólnego przedsięwzięcia, uczyńmy ten świat lepszym.
Po jego przemowie kelnerzy zaczęli rozdawać szampana. Z przyklejonym uśmiechem stuknęłam się z Mike’iem kieliszkiem. Rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu jednej, konkretnej osoby. Stał, niedbale oparty o filar ze swoim cwaniackim uśmiechem i błyszczącymi oczami, nie starając się nawet ukryć, że cały czas na mnie patrzy. Kątem oka spojrzałam na niego i nieznacznie uniosłam kieliszki w jego stronę tak, żeby Mike się nie zorientował. Zawtórował mi. Przykładając zimne szkło do warg, posmakowałam gorzkiego szampana. Chociaż miałam wielką ochotę na to, żeby wypić go jednym haustem, stwierdziłam, że to nie przystoi partnerce solenizanta, na którym skupiona jest teraz cała uwaga. Po jakieś godzinie Mike zostawił mnie samą, odchodząc ze starszym mężczyzną, do którego wdzięczył się cały wieczór. Zostałam przy stole z jego żoną i Monique. Z obiema nie miałam ochoty na rozmowę. Musiałam ochłonąć. Ta cała atmosfera mnie przytłaczała. Wyszłam na taras, który prowadził do ogródu oświetlonego dzisiaj nie tylko latarniami, ale dodatkowymi światełkami. W powietrzu było czuć woń kwiatów. Chłód na zewnątrz był dla mnie kojący. Mimo, że było mi trochę zimno nie chciałam iść do pokoju po płaszcz. Na dworze było tylko parę osób palących papierosy i popijających alkohol. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, skoro przy mnie nie było Howarda byłam tylko pięknością, jego ozdobą. Nikt nie wiedział kim jestem i jak się nazywam, dlatego nie zaczynali ze mną rozmowy. Tym lepiej dla mnie, ponieważ to była ostatnia rzecz jaką chciałam dzisiaj robić. Marzyłam tylko o tym, by ten koszmar się skończył, żebym mogła iść spać w swoim pokoju, ściągnąć z siebie tę suknię tak jakbym tym samym mogła ściągnąć z siebie ciężar winy. Nie powinnam czuć się z tym źle. Podobno wszyscy kłamią, a Mike byłby najmniej właściwą osobą do prawienia mi kazań, dlaczego powinnam być wierna i prawdomówna. Było tu tak wiele ludzi, ale żaden z nich nie wiedział, że znajduje się w centrum spirali śmierci, zła i cierpienia.
- Nad czym tak się zastanawiasz? – usłyszałam za plecami. Natychmiast się obróciłam.
- Nie, to nic takiego. – mruknęłam wypijając ostatni łyk wina, które zabrałam z tacy od młodego kelnera, stojącego przy wejściu.
- Oczywiście.- powiedział Justin, a po jego tonie głosu wywnioskowałam, że mi nie wierzy.
- Naprawdę. Dobrze się bawisz? – zapytałam, patrząc głęboko w jego oczy. Czułym gestem odgarnął kosmyk moich włosów za ucho.
- Ani trochę. Chcę, żeby to się skończyło.
- Nie ma żadnej pięknej dziewczyny, która umiliłaby ci ten wieczór? Uwodziciel nie powinien narzekać na brak zainteresowania, nie uważasz? – zaczęłam się z nim droczyć, muskając opuszkiem palca wypukłe, wypolerowane szkło.
- Kwestionujesz moje umiejętności? Jestem specjalistą. – powiedział najbardziej poważnym tonem, na jaki było go stać.
- Aha – mruknęłam z powątpiewaniem, próbując powstrzymać się od śmiechu.
- Wątpisz?
- Ja? Nie śmiałabym, trenerze. – przygryzłam dolną wargę, odwracając wzrok od jego twarzy, bo jej wyraz jeszcze bardziej mnie rozśmieszał.
- Okej, oboje wiemy, że kłamiesz. – westchnął zrezygnowany, zakładając ręce na piersi.
- Czyżbyś tak dobrze mnie znał? – spytałam, pochylając się w jego stronę. Pusty kieliszek postawiłam na murku.
- Lepiej niż myślisz. – odpowiedział i chwycił mnie za rękę. – A teraz panno Roberts zaczynamy lekcję tańca.
- Czego? – zapytałam marszcząc brwi, myśląc że źle usłyszałam. Obróciłam się w stronę pozostawionego szkła, chcąc mieć jakąś wymówkę, ale Justin ledwo pozwolił mi się obrócić, o zawróceniu nie było w ogóle mowy. Prowadził mnie, trzymając za rękę do restauracji. Nie spoczął póki nie znaleźliśmy się na parkiecie. Objął mnie w talii i przyciągnął do siebie w taki sposób, że między naszymi ciałami nie było żądnego, choćby najmniejszego odstępu. Uśmiechnął się uwodzicielsko. W tej chwili bardzo dobrze się bawił, natomiast ja… patrzyłam na niego z lekkim przerażeniem, bo nie byłam najlepszą tancerką. Słowo ,,taniec’’ przypominało mi ostatnio tylko jeden rodzaj tańca – na rurze,  z którym nie miałam dobrych wspomnień. Muzyka zaczęła grać. Tango. Dlaczego mnie to nie dziwi? Mimo tego, że nie jesteś zaskoczona i tak patrzysz na niego maślanymi oczami…  Po raz pierwszy bezkarnie trzymałam jego rękę w towarzystwie innych ludzi. Patrzyliśmy sobie zaciekle w oczy. Zrobił krok w przód, a ja zdecydowanie cofnęłam się o jeden w tył. Nie wiem jakim cudem wiedziałam co robić. Po prostu muzyka dawała mi wskazówki do kolejnych ruchów. Wszystko robiłam instynktownie. Następnie uniosłam nogę do góry i skrzyżowałam z  jego prawą nogą. Potem, uwalniając ją uniosłam nią zamaszyście w górę, aby następnie z gracją postawić ją na ziemi. Uśmiechnął się zawadiacko.
- Proszę, jak ci się podoba. – mruknął unosząc brwi z aprobatą, nie przestając się uśmiechać.
- Zmusiłeś mnie do tego. Swoją drogą nie wiedziałam, że umiesz tak tańczyć.- Czy istnieje coś, czego on nie potrafi? A tak… pukać do drzwi. Lewą nogę zahaczyłam o jego udo, a drugą nogę postawiłam na palce, sprawiając tym samym, że Justin mógł przeciągnąć mnie na drugi koniec parkietu. Uniósł nasze splecione dłonie do góry. Zrobiłam obrót, aby sekundę później znowu stanąć z nim twarzą w twarz. Mój partner wykorzystał tę okazję i pochylił się razem ze mną w dół, aby zawisnąć ustami parę centymetrów nad moimi. Prawie leżałam na jego prawym ramieniu.
- Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz. – oznajmił tajemniczo. I to mnie właśnie martwi… Opamiętałam się w myślach, żeby tylko nie przyszło mi do głowy teraz go pocałować. Justin obrócił mnie tyłem do siebie i gwałtownie przycisnął do swojego ciała. Następnie uwolnił mnie z objęć i powolnymi posuwistymi krokami skierował ku środkowi parkietu. Objęłam go dwoma nogami w pasie, a on uniósł mnie do góry. Gdy stawiał mnie na ziemi jego usta dotykały całą długość mojej klatki piersiowej. Stojąc już na nogach, podniosłam do góry lewą nogę, zaczepiając ją o jego nogę i zginając ją w kolanie. Natychmiast objął mnie mocniej, a ja uniosłam drugą nogę i idealnie wyprostowałam do góry, tak by znajdowała się tuż przy jego twarzy. Był zszokowany i zaintrygowany. Udało mi się osiągnąć mój cel. Dłoń, którą trzymał wcześniej moją rękę wylądowała na moim udzie. Muzyka przestała grać.
- Możesz puścić moje udo? – zaproponowałam, stawiając jedną stopę na podłodze.
- Nie sądzisz, że idealnie tu pasuje? – podpuszczał mnie, zaciskając na nim swoje palce. Jeśli teraz zniszczy mi rajstopy, to go zabiję. Po krótkiej walce spojrzeń ściągnęłam z niego swoją nogę. Nagle ludzie zaczęli bić nam brawa. Speszona ukłoniłam się i szybkim krokiem zeszłam z parkietu. Idiotka. Jak mogłaś dać mu się tak podpuszczać? To nie ty miałaś być główną atrakcją wieczoru.
- Dlaczego ja się w ogóle na to zgodziłam…- wymamrotałam, kiedy wreszcie mnie puścił i znowu wyszliśmy na ogród, ponieważ po takim występie zwracaliśmy uwagę wszystkich na sali. Stanęłam, opierając się o zimny marmur tarasu, nadal próbując uspokoić zadyszkę, której dostałam podczas tańca. Wciąż jestem zdania, że on mnie kiedyś wykończy, teraz tylko pozostaje pytanie: W jaki sposób?
- Co teraz? 
- Teraz? Pocałowałbym cię, ale nie mogę.
- Wielka szkoda, że nie możesz. – oblizałam prowokacyjnie wargę, patrząc na niego z udawanym żalem. – A jeśli powiem, że tego właśnie chcę?
- Tym samym podpiszesz akt naszej śmierci. – zaśmiał się, ale szybko przestał. Nagle jego twarz stężała, a oczy przybrały nieokreślony kolor. Jego źrenice się powiększyły. – Padnij! – krzyknął, chwytając mnie za ramiona i praktycznie przygwoździł mnie do podłogi. Usłyszałam głośny strzał. Moje serce na moment stanęło. Zamknęłam oczy, chcąc wtulić się w Justina. Miałam wrażenie, że ta chwila trwała wiecznie.
- Możesz otworzyć oczy. – usłyszałam jego zachrypnięty głos i poczułam jego drżące palce gładzące moje ramię.
- Co… - zaczęłam, ale gdy tylko otworzyłam oczy parę centymetrów między moją głową, a głową Justina znajdował się pocisk, który trafił w marmur. Ktoś chciał mnie zabić. Powędrowałam wzrokiem w miejsce, w które wpatrywał się Justin. Jeden z pokoi na drugim piętrze miał wybitą szybę. To stamtąd padł strzał. Gdyby nie Justin, z pewnością leżałabym już w kałuży własnej krwi. Nie mogłam uspokoić oddechu. Już żadne słowa do mnie nie docierały. W głowie powtarzałam jedną mantrę: Ktoś chciał mnie zabić. Wcześniej podejrzewałabym tylko jedną osobę, która pragnęłaby mojej śmierci. Slade. Nie mogłam brać go pod uwagę, przecież Mike się nim zajął. W tej chwili przyszła mi na myśl jeszcze jedna osoba. Nate. Ale po co on miałby to robić? Wiedziałam, że stanie się coś złego. Tylko czemu wszystko musi być skierowane na mnie?





******



Mike zamknął nas w swoim gabinecie. Od dziesięciu minut chodził w tę i z powrotem, nie mówiąc ani słowa. Był wściekły. Goście opuścili hotel, w holu ludzie czekali na odmeldowanie. W rejestracji szumiało od telefonów klientów, którzy chcieli odwołać rezerwację i mediów, które chciały zdobyć materiały do opisania nowej sensacji. Strzał padł z pokoju, który znajdował się w części dla zwykłych gości hotelu, więc teoretycznie mógł to być każdy. Kimkolwiek był, niewątpliwie zdołał ulotnić się z hotelu razem z bronią. Byłam pewna, że dla Howarda są to jego najgorsze urodziny. Ochrona przeczesywała cały budek i sprawdzała wszystkie pokoje. Policja przesłuchiwała świadków. Mike natychmiast odciągnął nas od całego tego zbiorowiska. Zaczęły się poważne problemy. Mike mógł stracić wszystko przez ten jeden incydent, którego ja miałam być ofiarą. Już nigdzie nie byłam bezpieczna.
- Powiedz coś. – szepnęłam niemrawo suchym głosem. Znowu czułam się jak mała dziewczynka, która nie ma pojęcia co robić. To Mike zawsze wszystko wiedział… planował i zapobiegał nieszczęściom.
- Kurwa! – zaklął krzycząc. – Nie jestem w stanie w to uwierzyć! Jaki skurwysyn mógł się przedrzeć przez moją ochronę! – splunął na podłogę. – W czym popełniłem błąd? – zapytał, patrząc na mnie.
- Nie popełniłeś żadnego błędu. Damy sobie z tym radę. – odpowiedziałam, widząc jak obraca się do mnie tyłem i podchodzi do okna. Położyłam swoją dłoń na jego plecach, chcąc go uspokoić. Strząsnął ją brutalnie.
- Musi być jakiś szpieg. Mamy otwartego wroga, a ja zamierzam z nim walczyć. Od dzisiaj wszystko się zmieni. Koniec z zachowywaniem pozorów. – powiedział głosem, który przyprawiał mnie o ciarki. Tej nocy nikt już nie zaśnie spokojnie.







________________________________


Witajcie! 
Siedziałam nad tym rozdziałem od 
południa do nocy, więc mam nadzieję,
że to docenicie. 
W szkole mam bardzo dużo nauki. 
Martwi mnie ilość komentarzy pod ostatnim postem.
Wiem, że jest Was więcej niż 30,
więc może zrobicie mi tą przyjemność i pod
tym postem zaznaczycie swoją obecność. 
Naprawdę to bardzo motywuje do pisania.
Komentarze są jedynym sposobem na
komunikowanie się z Wami. 
Poświęcam temu blogowi całe serce
i bardzo dużo czasu. 
Czy możecie poświęcić mi minutę swojego,
żebym widziała, że robię to po coś? 
Bardzo Was proszę i mam nadzieję, że
potraktujecie moją prośbę poważnie.
Nie będę się zbytnio rozpisywać.
Pamiętam o Waszych prośbach.
Za tydzień zaczynam rekolekcje,
rozdział 34 będzie w następny poniedziałek.
Chcecie bym dodawała zapowiedzi kolejnych rozdziałów? 
Trzymajcie się ;* Dobranoc. 






Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam, 
tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, 
lub po prostu wiesz, że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje, 
napisz komentarz. 


piątek, 20 lutego 2015

Rozdział 32







Miałam wielką nadzieję, że zdążę wrócić do pokoju Monique zanim ona się obudzi. Jednak tak się nie stało. Gdy tylko otworzyłam drzwi jak najciszej potrafiłam ujrzałam ją, stojącą na środku korytarza z założonymi rękami. Przywitałam ją ciepłym, naiwnym i słodkim uśmiechem odgarniając włosy z twarzy. Przed wyjściem od Justina nawet ich nie rozczesałam. Stanęłam w progu pokoju. Jej oczy przewiercały mnie na wylot.
- Rachelle Anne Roberts! - usłyszałam jej surowy ton głosu, gdy tylko zamknęłam drzwi. – Gdzie ty się podziewałaś całą noc? – Oho, teraz będzie udawała moją matkę. Całkiem ją ignorując poszłam do salonu i wyciągnęłam nogi na kanapie, ściągając przy tym moje buty. Za chwile Monique ponownie znalazła się przede mną z rozwścieczoną miną. – Odpowiedz. – syknęła tupiąc nogą z zaciśniętymi pięściami. Spodziewałam się, że będzie się o mnie martwić, ale nie przypuszczałabym, że będzie na mnie zła. Jestem dorosła, a ona poza pracą była tylko moją przyjaciółką, nie musiała czuwać nad moim życiem dwadzieścia cztery godziny na dobę.
- Prosiłam cię, żebyś nigdy nie używała mojego drugiego imienia. – spojrzałam na nią zdegustowana. Zaczęłam z zainteresowaniem oglądać swoje gołe nogi, ponieważ rajstopy, w które wcześniej byłam ubrana wylądowały w koszu na śmieci. Ciekawe przez kogo. Boże, ten cellulit zabijcie mnie. – pomyślałam unosząc opuszkami palców kawałek mojej skóry na udzie. Po jakiś pięciu sekundach znowu wróciłam wzorkiem do mojej przyjaciółki, która wciąż nie dawała za wygraną, mimo że nie okazywałam jakiejkolwiek chęci spełnienia jej wcześniejszej prośby. – Byłam w restauracji. – skłamałam, tłumacząc się. Nie mogłam powiedzieć jej, że gdy tylko zasnęła poszłam do apartamentu Justina, żeby się z nim przespać jak jakaś głupia i niewyrośnięta nastolatka.
- Dzwoniłam do restauracji i nie było cię w niej. – powiedziała z pretensją. Gdyby te przenikliwe oczy mogły zabić, z pewnością byłabym już martwa. Zagryzłam wargę ze zdenerwowania. Akurat dzisiaj musiała zabawić się w szpiega. Dobrze, że nie wpadła na pomysł żeby zapukać do pokoju Justina.
- Nie wiem po co tam dzwoniłaś. – westchnęłam mniej pewnym głosem. Zamiast patrzeć jej w oczy, oglądałam swoje ręce. Będzie dobrze, tylko nie panikuj, jeśli sama jej nie powiesz, to się nie dowie. – uspokajałam się w myślach.
- Ostatnio upiłaś się do nieprzytomności przez sama wiesz kogo.– wspomniała siadając na fotelu. - Zacznijmy wszystko od początku. Gdzie byłaś? – zapytała tym razem spokojnie, cierpliwie oczekując na odpowiedź. Pewnie chciała powiedzieć: Zacznijmy przesłuchanie.
- Wszędzie.- odparłam jednym słowem, uśmiechając się łobuzersko. Podniosłam lewą rękę do góry, oglądając swoje paznokcie z uniesionymi brwiami. Starałam się nie myśleć o tym, że wystawiam jej cierpliwość na próbę. Miałam wciąż nadzieję, że da sobie spokój.
- Rachelle…
- To nie jest twój interes! – uświadomiłam jej, chcąc jak najszybciej zmienić temat. Zbyt ostro zareagowałam. Spojrzałam na jej minę. Boże, ona domyśliła się.
- Ty byłaś z nim! - wykrzyczała rozemocjonowana otwierając szeroko oczy z wrażenia.
- Nie wiem, o kogo ci chodzi. – próbowałam się jakoś ratować, ale na próżno, bo musiałam się głupio uśmiechnąć. Dlaczego za każdym razem kiedy sobie o nim przypominam muszę się uśmiechać w tak idiotyczny sposób? W tym momencie wstała z fotela, łapiąc się za głowę zaczęła chodzić w tę i we w tę po pokoju.
- Myślałam, że po zabawie w klubie wam się odechce. – jęknęła, opadając na oparcie fotela. Była kompletnie zaskoczona. Ja nigdy nie będę miała go dość. To wszystko zaczęło się dużo wcześniej. Ona nie wiedziała o naszej pierwszej nocy, gdy nie wiedziałam kim on jest i miałam go zabić. Gdyby wtedy mnie nie powstrzymał… nie chcę nawet o tym myśleć.
- Nie wiem o kim ty mówisz. – nadal udawałam, że jej nie rozumiem.
- Doskonale wiesz o kim mówię. – powiedziała wściekłym tonem.- Blondyn o brązowych oczach, ma duże mięśnie, przyciągające wzrok tatuaże... Jest bardzo pewnym siebie i cholernie seksownym trenerem uwodzenia. Znasz go może? – sarkazm było czuć od niej na kilometr. Znam. Dogłębnie go znam. Za bardzo go znam.
- Nie byłam z nim! – wypierałam się oburzona.
- Od kiedy mnie kłamiesz? – spytała podchodząc do mnie i wbijając we mnie nienawistny wzrok.
- Nie kłamię. – powiedziałam mierząc ją wzrokiem. Dlaczego byłam taka nieostrożna? Noc w pokoju Justina to był bardzo głupi pomysł. Czy żałuję tego, co robiłam dzisiaj w nocy? Oczywiście, że nie. Czy musiałam dać się złapać w tak idiotyczny sposób? Oczywiście, że tak inaczej nie byłabym sobą. Monique dotknęła mojego czoła.
- Jesteś cała rozpalona. masz potargane włosy i … błyszczą ci się oczy. – stwierdziła tonem Sherlocka Holmsa. Cholera, czy tak bardzo po mnie widać, że przed chwilą uprawiałam seks? Nie dostrzegłaby w tym nic dziwnego, gdyby Mike nie wyjechał o czwartej do Tokio. – Rachelle! – krzyknęła moje imię prawie piszcząc.
- Nic nie zrobiłam! – odkrzyknęłam nadal próbując się bronić. Ona nie może poznać prawdy. Musiałam wymyślić naprawdę dobre kłamstwo. – Chciał zrobić trening. – mruknęłam nieśmiało.
- Masz mnie za idiotkę? Trening? W środku nocy? – nie spuszczała z tonu, wymachując rękami. – Ciekawe, co robiliście na tym treningu. – prychnęła, odwracając wzrok.
- To, co zwykle. – wymamrotałam, ponownie powstrzymując się od uśmiechu. – Zabrał mnie do klubu, trochę popiliśmy i wróciliśmy do hotelu. Nie chciałam cię budzić, więc zasnęłam u niego w salonie. Nic między nami się nie wydarzyło.
- To dlaczego jesteś tak bardzo rozbawiona i szczęśliwa? Wyglądasz jakby przed chwilą przeleciał cię na podłodze. Dosłownie. – usiłowała dostrzec w moich oczach cień kłamstwa, ale patrzyłam na nią beznamiętnie i z pewnym wyrazem twarzy. Chyba udało mi się ją nabrać.
- Więc teraz nie mogę być szczęśliwa? Nie mogę się z nim spotykać jak zwykła koleżanka z pracy? – zapytałam siadając na kanapie i zakładając złożone ręce na piersi.
- Nie, chcę żebyś była szczęśliwa, ale nie mogę w to uwierzyć. Przecież ty go nienawidziłaś. Prosiłaś mnie, żebym trzymała go od ciebie z daleka! – przypominała mi. – I teraz nagle chcesz się z nim spotykać. Sama wiesz, że wasza relacja jest… –  przerwała po chwili, próbując znaleźć odpowiednie słowo. – dziwna. Nie chcę, żeby były z tego kłopoty.
- Widzisz, nie trzymałaś mnie od niego z daleka… Mało tego, sama przekonywałaś mnie, żebym się za niego zabrała, a teraz jesteś na mnie wściekła za to, że cię posłuchałam? Uspokój się, tylko rozmawialiśmy.- wypowiedziałam to ostatnie zdanie, zdając sobie sprawę, że przed chwilą zabrzmiałam tak, jakbym przyznawała się do winy.
- Myślałam, że przestaniesz na niego zachłannie patrzeć po jednym razie! – Brawo, tym samym pokazałaś mi ile tracę. Nie zamierzam z tego zrezygnować. – To co robisz, to jedna wielka głupota, on jest uwodzicielem za moment nie zorientujesz się, kiedy się w nim zakochasz. – Szkoda, że nie powiedziała mi o tym wcześniej. Już za późno, już straciłam dla niego głowę.
- Bardzo mi przykro, że nie jesteś szczęśliwa przez to, że nie potrafisz powiedzieć Jevowi, że coś do niego czujesz. Jednak to nie powód, by być zazdrosna o to, że czuję się szczęśliwa. Zapewniam ciebie, że nie robię nic nieodpowiedniego z Justinem i nie zamierzam tego robić. Kocham Mike’a. – to było okrutne z mojej strony, ale musiałam ją okłamać. Nate już wie, teraz Monique zacznie pewnie węszyć, a moje życie wisi na włosku. Chciałam jej powiedzieć o wszystkim, co mnie dręczy. O tym jak czuję się przy Justinie, ale nie mogłam. Nigdy nie będę mogła jej o tym opowiedzieć.
- Nie jestem zazdrosna, troszczę się o ciebie. – chwyciła mnie za rękę, szukając zrozumienia w moich oczach. Było mi z tym cholernie źle, nie miałam zwyczaju się z nią kłócić, ale to było jedyne wyjście.
- To przestań i zajmij się swoim życiem. U mnie wszystko w porządku. Nie pozwolę jakiemuś uwodzicielowi, złapać się na jego marne sztuczki. Wiem kim on jest i nic do niego nie czuję. – dziwiłam się, że te wszystkie kłamstwa wypływały ze mnie tak swobodnie. Wyszarpnęłam swoją rękę z jej uścisku, wstałam z kanapy omijając Monique i wyszłam z pokoju, obawiając się jej kolejnych pytań. Nigdy nie chciałam jej oszukiwać, ale dzisiaj musiałam to zrobić. Wiem, że zadałam jej ogromny cios, gdy powiedziałam o Jevie, ale to był jedyny sposób, żebym mogła skończyć tą rozmowę. Jeszcze chwila, a wycisnęłaby ze mnie całą prawdę. To oznaczałoby nasz koniec. Koniec wszystkiego.




******





Czułam się okropnie. Musiałam wydać kryjówkę Candice, okłamywać Mike’a i Monique. Co jeszcze będę musiała zrobić, żeby ukryć moją miłość przed światem? Najgorsze jest to, że wiedziałam, że to dopiero początek.
Po obiedzie jak zwykle miałam trening z Justinem. Gdyby ktoś zapytał mnie kilka tygodni temu, co czuję na myśl o spędzaniu godziny z nim w jednym pomieszczeniu z pewnością odpowiedziałabym: nienawiść, złość i zażenowanie. Zapierałabym się nogami i rękami by tylko uniknąć tych idiotycznych treningów. Dzisiaj było inaczej. Dzisiaj bardzo chciałam go zobaczyć, chciałam żeby był przy mnie. Treningi były jedyną chwilą, kiedy legalnie mogliśmy spędzać ze sobą czas i robić w zasadzie to, na co mamy ochotę. Zamykaliśmy drzwi naszej ,,sali treningowej” i zapominaliśmy o wszystkim. Zapominaliśmy o tym, że nigdy nie będziemy mogli być razem, że to co robimy jest szczeniackie i nieodpowiedzialne, a nasze uczucia kiedyś mogą nas zabić. Liczyło się tylko tu i teraz. Nie myśleliśmy o przyszłości. Jaka przyszłość mogła czekać nas w takim świecie, w którym żyliśmy? Śmierć. Tylko śmierć. Miłość do niego nie pasowała, ale im więcej spędzałam z nim czasu tym bardziej byłam pewna, że to jest właśnie to. Po tym jak zaczął mnie traktować, w jaki sposób na mnie patrzył... Jeśli jego uczucia nie były prawdziwe, to był najlepszym aktorem jakiego znałam. Nawet on nie mógłby tak dobrze udawać. Wygląda na to, że w jakimś stopniu mu zaufałam. Widziałam, że oboje bardzo się zmieniliśmy.
Nasze rzeczy były porozrzucane po podłodze. Oboje leżeliśmy nadzy pod kołdrą, sprzeczając się o jakąś bzdurę i dogryzając sobie nawzajem.
- Powinnaś zacisnąć pośladki, wtedy wydają się bardziej jędrne. – mruknął z przekąsem cwaniacko się uśmiechając.
- Masz coś do mojego tyłka? – zapytałam rozgoryczona, chcąc w tej chwili uderzyć go w twarz. Czułam dotyk jego ciepłych dłoni. Leżałam na nim, podpierając się łokciami o jego klatkę piersiową palcem wskazującym sunąc po jego mostku i piersiach.
- Jak dla mnie jest cudowny, ale pracujemy nad tym byś była bardziej profesjonalna. – ścisnął mój prawy pośladek, oblizując dolną wargę.
- Nie robię na tobie dostatecznego wrażenia? - powiedziałam z udawaną pretensją w głosie unosząc się nad nim i odgarniając włosy na bok. Wpatrywał się we mnie, a w jego oczach pojawiła się ekscytacja.
- Robisz, ale… - przerwał na chwilę ciągnąc  za końcówki swoich włosów.- Boże, uniemożliwiasz mi pracę. – warknął do siebie, a ja wybuchłam śmiechem. Dotknęłam nosem jego szyi. Te perfumy, ja zwariuję. W nich musi być coś, co nakręca mnie do rzucania się na niego z rękami. Nie uwierzę, że to zwykłe perfumy… chociaż z jego wyglądem wcale nie musiał ich mieć, ale który facet nie skorzysta z okazji by być bardziej hmm… kuszącym?
- Sądzisz, że nie możemy już razem pracować? – szepnęłam do jego ucha.– W takim razie muszę powiedzieć Mike’owi, żeby znalazł kogoś innego na twoje miejsce. – uśmiechnęłam się złośliwie. Mówiłam kiedyś, że nie cierpię tych naszych słownych gierek? Teraz je uwielbiam. Justin nie przestał mnie irytować i denerwować, odnosiłam głupie wrażenie, że jest to jego najważniejszy cel w życiu. Stwierdziłam że nie będę mu dłużna i w ten sposób, stały się częścią naszej codzienności.
- Nie zgadzam się. – odpowiedział poważnie od razu. – Nie zrobisz tego. – zabronił ostro, ściskając mnie mocniej.
- Hmm… no nie wiem. Skoro mój tyłek nie jest wystarczająco dobry… nie będziesz musiał się z nim męczyć. Oszczędzę ci tego, skarbie. – powiedziałam słodko oblizując usta.
- W porządku, w takim razie zrobimy tak. Jeszcze raz dokładnie mu się przyjrzę, a potem oboje rozważymy, czy rzeczywiście chcesz zmieniać trenera. – powiedział z udawaną powagą. Melancholijnie chciałam odpowiedzieć ,,tak,’’ ale musiała ze mnie wyleźć moja buntownicza strona i zamiast oddać się w jego magiczne ręce, wolałam nadal się sprzeczać. Tak, ja wiem, że jestem głupia…
- Oboje? A ta decyzja nie powinna należeć do mnie? – syknęłam oburzona, lewą ręką sunąc po jego biodrze.
- Nie.- odpowiedział zdecydowanie, chwytając opuszkami palców kosmyk moich włosów i zaczął się nim bawić. Wiedziałam, że walczy z samym sobą, żeby się nie uśmiechnąć.
- Dlaczego? – zapytałam nadal zawzięcie patrząc w jego oczy. Usiadłam na jego kroczu leniwie się o niego ocierając. Nie wytrzyma, jeszcze chwila i będziesz miała go w garści. - śmiałam się w myślach.
- Bo oboje chcemy, żebyś dobrze zdecydowała. – gwałtownie objął mnie w tali, przy okazji przyciskając mnie bardziej do swojego stwardniałego przyrodzenia. Nie, to na pewno nie był przypadek. Zrobił to specjalnie, ale nie zaprzeczę, że mi się podobało. Po dwóch sekundach, kiedy byłam gotowa, aby zrobił ze mną cokolwiek by chciał, przeturlał mnie z taką łatwością i gracją, jakby trzymał lalkę tym samym sprawiając, że teraz to on był na górze. Jego ramiona były bardzo silnie napięte, że widziałam jego mięśnie i żyły. Starał się utrzymać na nich i na kolanach cały swój ciężar ciała, żeby było mi lekko i przyjemnie. Tym razem on napierał swoim kroczem na moje. Wstrzymałam oddech, to było tak cholernie przyjemne, robił to z taką precyzją. Wzmacniał swoje ruchy, a ja zaczęłam jęczeć z rozkoszy. Droczył się ze mną. Czułam podniecenie rozsadzające mój brzuch, robiło mi się gorąco.
- Justin, błagam. Zlituj się. – powiedziałam słabym głosem, nie mogąc wytrzymać. Chciałam go mieć teraz.
- Zaufaj mi. Poczujesz to cudownie. – odparł, całując mnie w brzuch i dotykając go swoimi ciepłymi dłońmi. Rozluźniłam się. Sekundę później jego głowa znalazła się między moimi nogami. Całował wnętrze mojego uda, a ja nie mogłam doczekać się, gdy dojdzie ustami tam, gdzie najbardziej ich potrzebowałam. Gdy już czułam, że jest blisko odniosłam dziwne wrażenie, że nie jesteśmy sami.  
- To jest lepsze od wszystkich filmów porno jakie kiedykolwiek widziałem. – usłyszałam zza drzwi, które przysięgam zamykałam.
- Scoot, spieprzaj stąd.- krzyknęłam zirytowana, zepchnęłam z siebie Justina, zakrywając się szczelnie kołdrą bowiem nie miałam na sobie nic. Musiał tu wejść, akurat w tej chwili… Cholera. Sapałam, chcąc jak najszybciej uspokoić oddech. Miałam rumieńce na twarzy. W pewnym sensie czułam się tak, jakbym została złapana na gorącym uczynku. Moment temu miałam przyśpieszone bicie serca za sprawą Justina, a przez Scoota prawie nie dostałam zawału.
- Przerobiliście już całą kamasutrę? – zapytał szczeniacko się uśmiechając.
- Jeszcze nie. – odpowiedział mu Justin, jak gdyby nigdy nic poprawiając grzywkę.
- Justin! – warknęłam zawstydzona.
- Ale powinieneś już iść, bo rozpraszasz moją gorącą uczennice, musi być rozluźniona inaczej trudno będzie w nią wejść. – On prosi się o to, żebym go zabiła. Czy Scoot w tej chwili nie może po prostu wyjść z tego pokoju i dać nam skończyć, to co zaczęliśmy? Normalni ludzie tak robią… Tu nikt nie jest normalny, wiesz o tym. Chyba Scoot nie uważa, że zaraz przyniosę mu fotel i popcorn, i powiem: Proszę, podglądaj nas. Miłej zabawy. Wzdrygnęłam się na samą myśl… to chore. Jeśli nie dostaję tego czego chcę, to się wściekam. Chcę Justina. To chyba zrozumiałe w tej sytuacji.
- Justin kurwa! – warknęłam na niego po raz drugi, uderzając pięścią w jego klatkę piersiową. Bohatersko przyjął cios ani na chwilę nie marszcząc twarzy.
- Widzisz, nie może się doczekać.- mruknął z cwaniackim uśmieszkiem. Zaczęłam go dusić poduszką, całkiem zapominając, że jestem naga, a kołdra zsuwa się z moich piersi. Bronił się jak mógł, aż w końcu znowu leżałam na nim w jego objęciach.
- Okej, już idę. Ruchajcie się aniołeczki. Seks ważna rzecz. – powiedział i wyszedł, by za sekundę z powrotem wystawić swoją głowę z rozbawieniem za drzwi.- Nie zabij go, bo nie chciałbym go potem zastępować. – rozejrzałam się po pokoju, mając ochotę czymś w niego rzucić. Zsunęłam się do połowy z Justina i wyciągnęłam rękę tak daleko jak tylko mogłam sięgając po swój but na obcasach. Po chwili rzuciłam go w Scoota, który z pośpiechem zasłonił się za uchylonymi drzwiami, a mój śliczny but na obcasie uderzył w dębowe drewno. Pieprzony refleks.
- O fuj! - zebrało mi się na wymioty na myśl, żebym miała to robić ze Scootem. On też należał do przystojniaków, ale był dla mnie jak rodzina. Było to niesmaczne na tyle, jakbym przespała się z moim własnym bratem. – Ty się lepiej przygotuj na dzisiaj, bo skopie cię tak, że nie wstaniesz z materaca! – krzyczałam za nim, gdy odchodził.
- Na moje urodziny możecie mi nagrać pornosa! – odkrzyknął. No bezczelność. Zaraz wezmę mój but, poświęcę się i wsadzę mu go w tyłek.
- Słyszałeś go? Chce z nas zrobić gwiazdy porno! – powiedziałam oburzona.
- Tak i uważam, że to niezły pomysł. Sam bym chciał taki prezent.- nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. W odpowiedzi spojrzałam na niego wilkiem. – No co? Chciałbym...
- A wy tylko o jednym.- westchnęłam zrezygnowana.- Mogę ci taki nagrać, jeśli tak bardzo chcesz. – odparłam rozkosznym tonem, wsuwając się na niego z powrotem i wygodnie siadając tam gdzie wcześniej. Dłońmi głaskałam jego ramiona, a jego ręce gładziły moje plecy.
- Serio? Chyba nie mówisz poważnie…- mruknął cicho, zagryzając dolną wargę.
- Mówię bardzo poważnie. – szepnęłam mu do ucha, przy okazji drażniąc je językiem. – Ze mną i Mike’iem w roli głównej.- pocałowałam go w brodę drocząc się z nim. – Jestem pewna, że z chęcią na to pójdzie.- wstałam z niego.
- Nie, nie, nie… to ja wolę cię mieć tutaj. – przytrzymał mnie i przycisnął do swojego ciała, nie pozwalając mi tym samym na jakiekolwiek większe ruchy. Jaki on jest uparty.
- To żaden problem, naprawdę mogę to zrobić.- zapewniłam sztucznie się uśmiechając.
- Chodź tu mój największy problemie. – mruknął całując mnie i pociągnął moją dolną wargę śnieżnobiałymi zębami.





*****





Byłam naprawdę bardzo szczęśliwa. Chodziłam po pokoju nucąc pod nosem jakąś piosenkę, którą ostatnio gdzieś słyszałam. Znacie to uczucie, gdy macie wrażenie, że wasze życie zaczyna się powoli układać i stawać się takie, jakie pragniecie? Idealny czas na porządki i zmiany. Nie zamierzałam nic zmieniać w swoim wyglądzie. Skupiłam się na sprzątaniu swojego pokoju. Zaczęłam od szafy z ubraniami, a skończyłam na sprzątaniu w swoich szufladach. W jednej z nich, dokładnie ostatniej szufladzie mojej szafki nocnej miałam schowaną biżuterię, zapiski i pamiątki z dzieciństwa. W kopercie trzymałam stare zdjęcia z rodzicami. Siedziałam na dywanie przeglądając stare notatki. Spojrzałam na swój nadgarstek, na którym nosiłam mały złoty wisiorek z serduszkiem. Uśmiechnęłam się do siebie. Chwyciłam za album ze zdjęciami przypadkowo zrzucając szkatułkę z kolią od Mike’a. Kolia wysunęła się z pudełka i spadła na ziemię. Po moim ciele przeszedł dreszcz. Nie, przecież nie mogłaś jej zniszczyć… - upomniałam samą siebie i prychnęłam pod nosem. Pamiętam jak Justin przyniósł mi ją przed naszą pierwszą wspólną misją.






- To on cię tak załatwił? - moje zakrywanie rękoma twarzy na nic się zdało.
 Nie odpowiedziałam mu. 
Kiedy wyszłam z łazienki już przebrana, 
umalowana i uczesana modliłam się, żeby jego już tam nie było.. 
Oczywiście musiał tam być.
- Nie twoja sprawa.- syknęłam.
- Twój cięty język musiał dać mu się trochę we znaki.- zaśmiał się. 
Poczułam ukłucie w sercu. 
Nie zamierzałam znowu tracić czasu ani nerwów na to, aby coś mu odpowiedzieć.
- Załóż to.- powiedział podając mi czarne pudełko. 
Otworzyłam je, a w nim była kolia, ale to nie byle jaka... 
pokryta krystalicznymi diamentami. Otworzyłam usta z wrażenia.





Obracałam diamenty w palcach podziwiając ich połysk. Była przepiękna. Nagle zauważyłam, że moje palce brudzą się jakimś białym proszkiem. Skąd to się wzięło? Spojrzałam na swoje palce ze zdziwieniem. Powąchałam proszek, ale niczym nie pachniał. Odłożyłam kolię ostrożnie do pudełka i przyłożyłam wskazujący palec do ust, opuszkiem języka go zlizując… Było słodkie, podobne do cukru pudru. Zmyj to cholerstwo, nawet nie wiesz co to jest. – podpowiadał mi mój rozsądek. Nie zamierzałam się z nim w tej kwestii sprzeczać i szybko poszłam do łazienki zmywając tą dziwną substancję z moich rąk letnią wodą. Wytarłam dłonie miękkim, różowym ręcznikiem i wróciłam do pokoju. Spojrzałam ostatni raz na kolię w pudełku, chcąc je zamknąć, ale poczułam czyjeś dłonie na oczach. Drgnęłam wystraszona, ale po chwili odwróciłam głowę całując mojego gościa w policzek. Wyczuwałam go na kilometr.
- Może też powinienem kupić ci taką błyskotkę, żebyś częściej się uśmiechała. – usłyszałam zza pleców. Wstałam i obróciłam się do Justina przodem, obejmując go za szyję. – Może częściej myślałabyś o mnie. – jego obie dłonie zatrzymały się na moich biodrach.
- Tak się składa, że patrząc na niego, myślałam o Tobie. – uśmiechnęłam się zagryzając wargę. Mówiłam wam kiedyś o tym, jak bardzo hipnotyzujący brąz mają jego oczy? Bardzo, bardzo hipnotyzujący. Był w wyjątkowo dobrym humorze podobnie jak ja. – Z czego się tak cieszysz?
- Jesteśmy tu razem. – powiedział rozkosznym głosem z chrypką. Delikatnie pchnął mnie do przodu.
- Tak i co dalej? – powiedziałam zaciekawiona, idąc wolnym krokiem w tył, nadal nie uwalniając się z jego objęć.
- Twojego chłopaka nie ma w hotelu.- powiedział z jeszcze szerszym uśmiechem, a ja widziałam już w jego oczach jakieś brudne myśli związane ze mną. Miałam zamiar ostudzić jego zapał, ale czy muszę robić to teraz? Jeszcze chwilę poczekam.
- I nie będzie przez najbliższe parę godzin. – mruknęłam, przyznając mu rację. Opadłam z nim na moje łóżko, nie przestając się uśmiechać. Człowieku, co ty ze mną robisz…
- Więc możemy pożytecznie wykorzystać ten czas, wiedząc że nikt nam już nie przeszkodzi. – zaczął całować mnie po szyi, a jego ręce wędrowały po moich nogach.
- Ale teraz nam nie wolno, a na zewnątrz są ochroniarze. Jak usłyszą, co się tutaj dzieje… – westchnęłam niechętnie sobie o tym przypominając.
- Dlatego właśnie musisz nad tym panować i nie krzyczeć.- mruknął całując mnie po biuście.
- Łatwo ci mówić. – parsknęłam śmiechem, chcąc go odepchnąć, ale to nie było takie proste. – Justin! Nie chcę. – wysapałam chwytając jego głowę w obie dłonie i spoglądając mu w oczy.
- Chcesz, ale się boisz. – sprostował, patrząc głęboko w moje oczy. – No chodź, dalej. Będziemy cicho. – poprosił, wracając do swojej poprzedniej czynności. Jego usta były tak doskonałe, wiedział jak to robić. Nie mogłam jednak mu na to pozwolić.
- Jest zbyt wcześnie. – wymyślałam szybko. Spojrzał na mnie z pogardą. Tak wiem, teraz on jest wściekły, bo nie dostaje tego, czego chce. Ale kto powiedział, że ze mną będzie mu łatwo?
- Rachelle… - jęknął moje imię.
- A co powiesz na to, żebyśmy poszli dzisiaj do klubu? – palnęłam ni stąd ni zowąd.  Skąd ten spontaniczny pomysł? Chyba chciałam zagłuszyć własne sumienie i móc wmówić sobie, że jeśli dzisiaj pójdę z Justinem do klubu, to w zasadzie nie okłamałam Monique dzisiaj rano.
- W porządku. Gdzie chcesz iść? – zapytał lekko zdezorientowany moją propozycją.
- Może Blue Eye? – zapytałam z myślą o klubie koło kasyna, w którym poznałam go po raz pierwszy.
- Dobrze, za pięć minut czekam na ciebie na dole. – odparł, schodząc z łóżka.
- Za pięć? Nie zdążę się wyszykować! – zaprotestowałam robiąc to, co on przed chwilą.
- Co musisz zrobić? – zapytał zdziwiony.
- Przebrać się, poprawić makijaż, spakować torebkę… - zaczęłam wymieniać.
- Dobrze wyglądasz. – stwierdził przerywając mi i zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, przez co zrobiło mi się troszeczkę gorąco. Widział roztargnienie w moich oczach, bo właśnie wertowałam w myślach całą swoją szafę, którą przed chwilą uporządkowałam, co sprawia że paradoksalnie trudniej będzie mi znaleźć, to w co bym chciała się ubrać. – Okej, ile czasu potrzebujesz? – zapytał drapiąc się po głowie.
- Piętnaście minut. – powiedziałam, podchodząc do szafy. Usłyszałam jego głębokie westchnięcie.
- Czekam na dole. – mruknął niezadowolony, jakby przez te piętnaście minut miał się zanudzić na śmierć. Chciałam wyglądać tak dobrze, żeby opadła mu szczęka. Musiałam uciec od tego świata, który teraz budowałam na kłamstwie. Uciec od znajomych, od całego tego miejsca kojarzącego się z Mike’iem. Chciałam się dobrze bawić. Odreagować i przestać bać się na każdym kroku, że za chwilę ktoś przyłapie mnie na zdradzie. Dzisiaj mój najgorszy koszmar prawie się spełnił, aż dwa razy. Musimy być bardziej ostrożni. Ubrałam się w białą bokserkę i krótką czarną spódniczkę. Do tego czarne rajstopy i moje ukochane czarne szpilki oraz bawełniany czarny sweter zapinany na guziki, żeby nie było mi zimno. Założyłam na siebie mój brązowy płaszcz i śnieżnobiały szalik z wełny. Włosy miałam rozpuszczone swobodnie na ramionach, a oczy mocno podkreślone tuszem do rzęs i obowiązkową czerwoną szminkę na ustach. Wychodząc z holu od razu zauważyłam czarne lamborghini, które stało pod samymi schodami hotelu. W szybie dostrzegłam najprzystojniejszego chłopaka na ziemi. Trzymał obie ręce na kierownicy i pusto wpatrywał się w przód. Gdy pokonywałam ostatnie schody skierował wzrok w moją stronę jakby wyczuł moją obecność. Od razu się uśmiechnął. Otworzyłam drzwi i wsiadłam do samochodu. Przyjrzałam mu się uważnie i czekałam aż powie coś pierwszy.
- Warto było czekać na taki widok. – uśmiechnął się i wcisnął pedał gazu, zawrócił w stronę bramy wyjazdowej. Gdy zniknęliśmy z widoku wszystkich hotelowych kamer złączyłam jego dłoń ze swoją. W drodze trochę było mi niedobrze, zdziwiłam się nieco, bo nie miałam lokomocji. Może to zwykłe przemęczenie? Za dużo się denerwujesz… Siedzieliśmy w ciszy, ale nie było niezręcznie. Wreszcie mogłam na niego patrzeć tak jak chciałam i nie bałam się, że za chwilę zauważy nas ktoś znajomy. Kiedy zaparkował na parkingu przed klubem, westchnęłam jeszcze przez chwilę rozkoszując się ciepłem i miękkością foteli. – To jak, idziemy? – zapytał, wyjmując kluczyki ze stacyjki.
- Tak. – powiedziałam cicho, pochylając się w jego stronę. Pocałowałam go wolno i nieśmiało w usta. Był zaskoczony moim gestem, ale po chwili oddał pocałunek. Chyba nigdy nie całowaliśmy się w tak… spokojny sposób, ale to było równie miłe. Kiedy oderwałam od niego usta, kciukiem starłam swoją szminkę z jego warg. – Zapomniałam się przywitać. – szepnęłam i uśmiechnęłam się figlarnie.
- Może zostaniemy tutaj… - zaczął, kładąc prawą dłoń na moim kolanie.
- Nie, idziemy do klubu. A potem przemyślę te twoje chore pomysły. – przerwałam mu stanowczo i otworzyłam drzwi. Czułam na swojej skórze powiew chłodnego wiatru. W jego samochodzie było tak ciepło, że przez sekundę rozważałam, czy nie przystać na jego propozycję.
- Kiedy je zrealizuję, będziesz je uwielbiać. – powiedział pojawiając się obok mnie i zamykając kluczykami samochód. Też tak myślę, ale stwierdziłam, że on nie musi o tym wiedzieć.
- Zobaczymy. – mruknęłam pod nosem. Bez problemu weszliśmy do klubu, w którym huczała głośna muzyka. Od razu podeszliśmy do baru zamawiając alkohol. Usiedliśmy przy barze, a gdy wypiliśmy wystarczającą porcję procentów nic nie mogło nas powstrzymać od klejenia się do siebie. Wreszcie kelner wyrzucł nas ze stołków barowych na kanapy. Usiadałam Justinowi na kolanach i całowałam jego usta. Jego ręce były wszędzie i gdyby nie obecność innych ludzi pewnie skończylibyśmy tutaj to, co próbowaliśmy na treningu i w moim pokoju. Weszliśmy na parkiet i zaczęliśmy tańczyć. Ocierałam się całym ciałem o Justina, a on dotrzymywał mi kroku. Wydaje mi się, że bardziej panował nad sytuacją niż ja. Nie potrzebowałam wiele alkoholu by jeszcze bardziej się rozkręcić i zacząć tańczyć na jednym ze stołów, przy którym siedziało trzech młodych studentów. Zaczęłam tańczyć seksownie się wyginając i uśmiechając. Ludzie zaczęli mi klaskać i rzucać w moją stronę dolary. Co w tym czasie robił Justin? Justin próbował mnie z niego ściągnąć.
- Jak ci się podoba? Mogłabym być striptizerką? Jak myślisz? – pytałam go z plączącym językiem, chwiejąc się na stole.
- Masz to we krwi, tylko błagam zejdź.- przytrzymywał mnie obiema rękami. Wybuchłam śmiechem.
- Ale tu jest tak fajnie, zobacz oni chcą więcej. – sepleniłam i chwyciłam za krawędź mojej bokserki chcąc ją zdjąć, bo było mi cholernie gorąco.
-Okej, kończymy przedstawienie. Jedziemy do domu. – zareagował natychmiast ściągając mnie ze stołu.
- Nie! Przedstawienie musi trwać! – wybełkotałam, szarpiąc się z nim. Niewiele to dało. Niestety on wygrał. Niemalże wyniósł mnie z klubu. – Jak wrócimy do domu? – zapytałam słodkim głosem. – Przecież piłeś razem ze mną…- znowu parsknęłam śmiechem.
- Weźmiemy taksówkę. – odpowiedział cierpliwie. Szedł razem ze mną do postoju taksówek znajdującego się za rogiem ulicy. Obejmował mnie ramieniem i podtrzymywał, bo moje nogi ciągle się plątały. Był taki troskliwy, a ja czułam się taka bezpieczna i szczęśliwa. Żadnego udawania. Idę z chłopakiem, którego kocham po ulicy, który mocno mnie obejmuje dając do zrozumienia wszystkim wokoło, że należę tylko do niego.
Gdy tylko wysiedliśmy z taksówki, zaczęłam iść w kierunku ogrodu. Justin w tym czasie zapłacił kierowcy. Spojrzał w moją stronę i podbiegł do mnie, chwytając za rękę.
- Gdzie idziesz? Wracamy do twojego pokoju.
- Chodź, pójdziemy do ogrodu. – powiedziałam zagryzając wargę i uśmiechając się do niego naiwnie.
- Ogród jest zamknięty, a ty potrzebujesz snu. – odpowiedział, wsuwając rękę pod moje kolana. Objęłam go za szyję. Niósł mnie na rękach do góry i powoli wchodził po schodach. Musieliśmy przejść przez hol i trafić do windy. W windzie nagle cała energia mnie opuściła i poczułam, że robię się śpiąca. Ziewnęłam, gdy Justin otwierał drzwi mojego pokoju. Położył mnie na łóżko, ściągnął moje buty i usiadł obok mnie.
- Zostaniesz ze mną? – poprosiłam patrząc w jego czekoladowe oczy. Kiwnął głową i objął mnie swoim ramieniem. Położyłam głowę na jego klatce piersiowej. Chwyciłam jego ciepłą dłoń i ponownie ziewnęłam.
- Mówiłem, że jesteś zmęczona. – przypomniał mi całując mnie opiekuńczo w głowę. Dłonią masował moje ramię. Była jeszcze jedna rzecz, o którą chciałam go zapytać. Na trzeźwo na pewno bym tego nie zrobiła. Nadal nie mam pojęcia o jego przeszłości. Nie wiedziałam o nim nic oprócz tego jak się nazywa, że potrafi być niesłychanie irytujący i uroczy. Był dla mnie wielką tajemnicą. Nie chciałam niczego na nim wymuszać. Wiedziałam, że jeśli sam będzie tego chciał, to mi powie. Jednak czując jego zapach i spokojne bicie serca, szybko przy nim zasnęłam.







____________________________________

Witajcie kochani!
Straszne nudy, ale stwierdziłam, że
macie taki jeden słodki rozdział
z okazji niedawnych walentynek.
Obiecuję, że będzie się działo, 
a ten rozdział potraktujcie
jako ciszę przed burzą. ;p 
Myślę, że napiszę kolejne rozdziały,
następny pojawi się najpóźniej za tydzień.
Koniec miał być troszeczkę inny,
ale już tak bardzo chciałam go
opublikować dzisiaj,
więc jest właśnie taki. 



Ostatnio siedziałam i czytałam rozdziały od początku,
w poszukiwaniu pomysłów i 
nierozwiązanych spraw.
Liczę też na Wasze uwagi i opinie. 
Czegoś Wam brakuje?
Stworzyłam też nową stronę,
bo wiem, że w wersji mobilniej trudno
Wam się dostać do starszych postów,
więc postanowiłam Wam to ułatwić. 

ROZDZIAŁY

Piosenka, którą ostatnio pokochałam 
i słyszałam w momencie gdy Rachelle
tańczyła na stole. 





Dobiliście do 70.000 wyświetleń! 
Bardzo się z tego cieszę! 
Dawno Was oto nie prosiłam,
więc... podawajcie bloga dalej. 
Do 400 komentarzy na blogu brakuje niewiele
mam nadzieję że po tej przerwie
pokażecie mi, że nadal jesteście ze mną.
Do następnej! 
Lecę pisać dla Was kolejne rozdziały.

Zapraszam do obserwowania mojego bloga.
No i jeszcze witam nowych czytelników,
ale chciałam bardzo podziękować, tym
którzy komentują każdy post. 
Widzę Was i dziękuję Wam bardzo! 
Jesteście skarbem, naprawdę!
Obiecuję, że Was nie zawiodę
i wrócę do formy w kolejnym rozdziale. 







Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam, 
tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, 
lub po prostu wiesz, że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje, 
napisz komentarz. 


ROZDZIAŁY | LISTA INFORMOWANYCH| ZWIASTUN | KONTAKT