czwartek, 20 sierpnia 2015

Rozdział 40





Podobno Paryż jest miastem miłości. Poczułam magię tego miasta już na lotnisku Orly. Jest to jedno z trzech głównych portów lotniczych w tej okolicy. Paryż to zwyczajne, duże, tłoczne europejskie miasto. Ludzie nie wyróżniają się za bardzo pod względem ubioru, chociaż stolica Francji kojarzy się wszystkim z modą. Mężczyźni w garniturach z walizkami w rękach spieszą się do pracy. Kobiety wyglądają skromnie, ale elegancko. Wszędzie pełno turystów. Tutaj życie nigdy ustaje. Dlaczego więc ludzie tak chętnie przyjeżdżają do Paryża, spodziewając się, że to właśnie tutaj miłość wisi w powietrzu? Moim zdaniem ta miłość nie jest zasługą samego miasta. Może to po prostu pozytywna energia ludzi, którzy tutaj przebywają? W zależności od tego, w którą stronę spojrzysz dookoła ciebie będą działy się przeróżne niesamowite rzeczy. Duże miasta mają to do siebie, że z początku przytłaczają ludzi. Możesz nie czuć się w nich bezpiecznie, ale po paru godzinach dostosowujesz się do ciągłego ruchu, zgiełku i zatłoczonych ulic. Na początku przechodzisz przez ulice rozglądając się piętnaście razy i pilnując zaciekle swoich rzeczy, żeby nikt cię nie okradł, ale gdy już oswoisz się z tym, co powoduje twój lęk zaczynasz kierować się instynktem. Jesteś na tyle pewny siebie, że przestajesz się bać. Po chwili nie spostrzegasz jak zaczynasz funkcjonować jako jeden element pasujący do tej szalonej całości i nic nie jest w stanie cię przestraszyć. Zachwycasz się widokiem i stajesz się jego częścią. Dlaczego wspomniałam o kradzieży? Wierzcie lub nie, ale Paryż tak jak wszystko ma dwie strony medalu, oprócz tego, że jest sercem Europy to także najlepsze miejsce do obrabiania turystów. W rzeczywistości wszystko jest bardziej niebezpieczne niż może się wydawać. Jednak mnie jakoś to nie obchodziło. Czy to normalne, że z dnia na dzień stałam się tak wielką optymistką, by widzieć tylko jedną, tę dobrą stronę? Siedząc w czarnym mercedesie zapomniałam całkowicie o wszystkich złych rzeczach, które spotkały mnie w Nowym Yorku. Przestałam skupiać się na przekonaniu, że Mike może nas znaleźć, a co gorsza obserwować. Skończyłam z domysłami i bezpodstawnymi obawami. Nie chcę do końca życia bać się mojej przeszłości lub uciekać przed nią. Wiedziałam, że to nie jest dobre rozwiązanie. Słuchaliśmy radia stojąc w korku. Byliśmy na paryskim bulwarze - jest to obwodnica, która otacza całe miasto, stworzona po to by uniknąć korków. W tej kwestii nigdy nie byłam optymistką i nie dziwiło mnie to, że w same południe na nie trafiliśmy. Stojąc w jednym miejscu, nie ruszając się ani o minimetr przez całe pół godziny dostawaliśmy jakiegoś szału, bo mimo tego, że tak naprawdę za wiele nas nie łączyło, co do jednego nie mogliśmy się nie zgodzić. Oboje mamy bardzo małe pokłady cierpliwości. Znudzeni wyzywaniem innych uczestników ruchu drogowego, zaczęliśmy śpiewać piosenkę, która aktualnie grała w radiu.





You're stuck in my head, 
stuck on my heart,
stuck on my body, body
I wanna go, get out of here,
I'm sick of the party, party
I'd run away
I'd run away with you


This is the part, you've got to say 
all that you're feeling, feeling
Packing a bag, we're leaving tonight
when everyone's sleeping, sleeping
Let's run away
I'll run away with you

Cause you make me feel like
I could be driving you all night
And I'll your lips in the street lights
I wanna be there with you


Baby, take me to the feeling
I'll be your sinner, in secret
When the lights go out
Run away with me
Baby, every single minute
I'll be your hero and win it
When the lights go out
Run away with me

  
Up in the clouds, 
high as a kite, over the city, city
We never sleep, we never try, 
when you are with me, with me
I wanna stay
I wanna stay here with you...'' *




 - Czy jest jakaś rzecz, której nie potrafisz robić perfekcyjnie? - zapytałam spoglądając na niego, całkiem gubiąc słowa piosenki. Uśmiechnął się do mnie chytrze i obdarzył mnie lisim uśmieszkiem, a jego oczy błyszczały z ekscytacji. Wyglądał w tym momencie odrobinę jak szaleniec, ale nie stracił przy tym swojego uroku. Zaczęłam się zastanawiać, czy to rzeczywiście on powinien prowadzić samochód.
- Nie sądzę. - odpowiedział pewny siebie, a ja przewróciłam tylko oczami.
- Jesteś po prostu niemożliwy. -  skomentowałam parskając śmiechem i pokiwałam głową na boki. Niewiarygodne, że taki chłopak jak on poświęca mi swoje życie by być ze mną pomimo wszystkich trudności. Każdy facet, który posiada jakieś resztki rozumu uciekłby ode mnie najszybciej jak może. On chyba naprawdę mnie kocha. -  pomyślałam usatysfakcjonowana i ponownie spojrzałam na niego z szerokim uśmiechem, kiedy marszczył brwi patrząc na drogę i trochę się niecierpliwił. Wyczuł mój wzrok na sobie, uniósł głową i uśmiechnął się do mnie, pokazując swoje zęby.
- Zaufaj mi. Uda nam się. - powiedział zdecydowanym tonem, wciskając pedał gazu. Skąd wiedział, że zaczęłam się zamartwiać? Wziął moją dłoń, żeby masować ją opuszkami swoich palców, a następnie oderwał je od niej by parę sekund później przytrzymać oburącz kierownicę. Nie zamieniłabym go na nic innego. Był najgorszą i najlepszą rzeczą jaka mi się przytrafiła. Uważałam go za najlepszy prezent od życia, jaki mogłabym dostać. Nie potrzebowałam niczego więcej. Zauważając Łuk Triumfalny byłam już pewna, że minęliśmy wszystkie objazdy i znaleźliśmy się wreszcie w centrum miasta. Nieoczekiwanie stanęliśmy na jednym z miejsc do parkowania przy samej ulicy. Justin jako pierwszy wydostał się z samochodu, podając mi rękę pomógł mi wysiąść. 
- Gdzie my jesteśmy? - zapytałam zaskoczona.- Powinniśmy zatrzymać się w jakimś bezpiecznym miejscu i się w nim schować. Co się stanie, jeśli ktoś nas rozpozna?
- Zaczynasz nowe życie nie po to, by uciekać od starego. - skarcił mnie surowym spojrzeniem swoich brązowych tęczówek.- Mam zamiar pokazać ci Paryż. Zaczynamy od najważniejszej atrakcji. 
Rozejrzałam się dookoła. Parę metrów od nas znajdował się most z wywieszonymi narodowymi flagami, a na jego końcu stała najsłynniejsza budowla świata, wieża Eiffla. Justin podał mi rękę, a ja nieufnie zerknęłam na nią. Boże święty, co ja do cholery wyprawiam? Wolno mi iść z nim za rękę, przecież zerwałam z Mike'iem. Nie ma go tutaj. Zachowywał się jak dżentelmen, nie byłam do tego przyzwyczajona, ale jego starania wywoływały na mojej twarzy uśmiech. Szczerze mówiąc, trudno mi sobie przypomnieć czy on w ogóle z niej schodził. Przeszliśmy przez most spokojnym krokiem. Nie wiedziałam, w którą stronę patrzeć. Znaleźliśmy się pod samą wieżą. Czułam się tak, jakbym zaczynała wszystko od nowa.
U czterech podstaw wieży były kasy biletowe, a przejście przez nie przypominało odprawę do samolotu. Sceptycy jednoznacznie stwierdziliby, że to zwykła żelazna wieża, ale gdy wjedziesz windą na drugie piętro zrozumiesz setkę ludzi stojących pod nią i czekających na to, żeby zobaczyć ten zapierający dech w piersiach widok. Piękna architektura, rozciągającą się rzeka Sekwana, po której płynęły promy i statki. W dali dostrzegłam kilkadziesiąt wielkich nowoczesnych wieżowców, przypominających mi Nowy York. W zasadzie mogłabym przysiąc, że przez ten drobny szczegół czułam się jak w domu.
- Myślałam, że zabierzesz mnie tutaj wieczorem. - udałam rozkapryszoną. - Byłoby o wiele romantyczniej. - obróciłam się do niego przodem chwytając za jego drugą dłoń.
- Mam lepsze plany na dzisiejszy wieczór. - pochylił się nade mną i mruknął tak cicho, żebym tylko ja usłyszała. Chwycił za kosmyk moich włosów i pogładził je palcami. Wokół kręciło się pełno ludzi robiących zdjęcia i przepychających się do przodu by znaleźć odpowiednie miejsce. Na czubku wieży pomieszczenie jest bardzo niewielkie, dlatego zeszliśmy na drugie piętro, na którym było trochę mniej turystów. Co prawda w środku znajdowały się sklepy z pamiątkami, ale na tarasie widokowym nie było tak źle jak piętro wyżej.
- Jaki mamy plan? - spytałam zaczepiając go, bo nie mogłam powstrzymać tej cholernej wrodzonej ciekawości. Wcześniej moje całe życie było zorganizowane. Nie myślałam gdzie mam iść, po prostu byłam tam, gdzie mi kazano. Justin zaśmiał się, zapewne dlatego, że wiedział, że nie odpuszczę mu dopóki się nie dowiem.
- Niespodzianka. - powiedział rozbawiony.
- Wiesz, że nie lubię niespodzianek. - przypomniałam mu i zaczęłam męczyć go błagalnym spojrzeniem.
- Doprawdy? A basen ci się podobał.- spuściłam wzrok w dół zawstydzona. To był najlepszy wieczór jaki spędziłam w swoim życiu. Oczywiście oprócz tego momentu, w którym wracałam po mój naszyjnik i zobaczyłam Justina razem z Gorginą, wchodzących do windy. Swoją drogą ciekawe co ona teraz robi? Pewnie owija sobie Howarda wokół palca, albo dręczy biednego Nate'a. Nie mogłam uwierzyć, że to już nie jest mój problem.
- Gdzie teraz? - spytałam podekscytowana.
- Palais de Chaillot, stamtąd najlepiej zrobić zdjęcia wieży.
- Umiesz francuski? - byłam bardzo zaskoczona, bo wymówił tę nazwę bez zająknięcia z idealnym francuskim akcentem.  
- Jestem Kanadyjczykiem. Mój dziadek mówi po francusku.  - wyjaśnił wzruszając ramionami. Miałam ochotę skakać z radości. Wreszcie powiedział mi coś o sobie. To nic, że to tylko jedno głupie zdanie. Małe kroki są dobre, prawda? Nie drążyłam dalej tego tematu, bo skrywałam nadzieję, że dziś jest ten dzień, w którym zrobi to sam z siebie. 
- Daleko do tego, o czym przed chwilą wspomniałeś?
Nie przesadzajmy moje umiejętności językowe ograniczały się do bardzo poprawnego angielskiego. Byłam w stanie ogarnąć nawet brytyjski akcent, ale nie szalejmy za bardzo. Nie będę się przy nim pogrążać. Francuski jest bardzo trudnym językiem. Mój chłopak chwycił delikatnie moją głowę i skierował ją lekko w prawo. 
- Widzisz ten pałac obok fontanny? – zawahałam się, próbując coś dostrzec w oddali. Z tej wysokości widziałam naprawdę dużo budynków w małych odstępach od siebie.- Ten z wąskimi skrzydłami w kształcie litery C za mostem? - wyciągnął lewą rękę pokazując mi opisywaną przez niego przed chwilą budowlę. Za daleko go wypatrywałam, przed nim był jakiś plac z fontannami, sądziłam, że to jakaś uczelnia, ta bryła wyglądała zbyt nowocześnie jak na pałac. Parę minut później, kiedy zdążyłam wyperswadować Justinowi pomysł byśmy schodzili schodami zamiast zjeżdżać windą, zapewne przez nieuwagę zapomniał ich zamknąć, znaleźliśmy się przy schodach wspomnianego wcześniej pałacu. Weszliśmy po nich na dziedziniec i zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie z wieżą. Justin zaczął ciągnąć mnie w poboczną ulicę, ponieważ otoczyli nas wstrętni naciągacze z pamiątkami. Akurat wtedy rozczuliłam się na widok pięknej brunetki w prześlicznej, długiej do ziemi sukni ślubnej. Obok niej stał blondyn w granatowym mundurze wojskowym z odznaczeniami wiszącymi na piersi. Pozowali do zdjęcia i wyglądali na szczęśliwych. Nie mogłam się ruszyć, po prostu obserwowałam ich, czując ukłucie gdzieś w środku. Nie byłam tą dziewczyną, która snuje plany o swoim wielkim dniu, w którym stanie w najpiękniejszej kreacji swojego życia przez ołtarzem. Pomimo tego, chyba im zazdrościłam tej chwili. Justin zauważył na co patrzę i ścisnął mocniej moją rękę jakby bał się, że zaraz mu ucieknę i wpakuje się do zdjęcia między parę młodą. Byłam w szoku, kiedy przede mną uklęknął. Przestałam oddychać z wrażenia.
- Justin ja... - i nagle dotarło do mnie, że uklęknął tylko po to, by zawiązać sznurówki swojego lewego buta. Poważnie? - jęknęłam w myślach z zażenowaniem. Nie mogłam uwierzyć w swoją głupotę. Tak oczywiście, że mógłby mi się oświadczyć... Przecież my praktycznie nic o sobie tak naprawdę nie wiemy. - Żartujesz sobie ze mnie? - warknęłam na niego, widząc jak patrzy na mnie z dołu i się uśmiecha. Może on to zrobił specjalnie? Istniała jeszcze druga opcja, która była bardziej prawdopodobna. Ja po prostu jestem przewrażliwiona. Mimo tego, pod wpływem impulsu uderzyłam go pięścią w ramię i szybkim krokiem odeszłam od niego. Było to arcyidiotyczne, ponieważ nie miałam pojęcia w którą stronę iść, a jak nie ma się pojęcia o tym, gdzie powinno się iść i dokąd się trafi zazwyczaj wybiera się drogę skąd się przyszło. I właśnie w ten sposób mój przecudowny Justin gonił mnie, aż do początku mostu prowadzącego na wieżę. 
- Może przejdziemy się brzegiem Sekwany, a ty łaskawie wytłumaczysz mi, co tak bardzo cię zirytowało? - zaproponował mi. W porównaniu do mnie był ostatnio ostoją spokoju. Z drugiej strony on naprawdę nic nie załapał. Nie miał bladego pojęcia o co mogłam się wściec. Chciał tylko zawiązać buta. Czy ja zawsze jestem taka narwana? Muszę to zmienić.
- Nic już. Nieważne, chodźmy. - machnęłam ręką odwracając od niego wzrok i skręcając w prawo. Patrzyłam na zachód słońca nad rzeką. Coraz bardziej się ściemniało. Gdyby nie było tak późno może jeszcze załapalibyśmy się na jakiś rejs. Byłam lekko zmęczona. Justin objął mnie jedną ręką w pasie, co dziwne w ,,bezpiecznej'' odległości od moich pośladków. On naprawdę starał się być wobec mnie najlepszą wersją siebie. Zmienił się dla mnie. Mam nadzieję, że zachował jeszcze tą swoją łobuzerską stronę, bo oszaleję z nim jeśli będzie się tak porządnie zachowywał przez cały czas. Rozluźniłam się i w końcu stanęłam na chwilę kładąc tył głowy na jego ciepłym ramieniu. 
- Wiesz, że cię kocham idioto? - spytałam ze złośliwym uśmieszkiem.
- A ja ciebie.- mruknął przywierając ustami do mojej skroni. 
- Po prostu nie wierzę, że uciekliśmy od tego. Przez ostatnie dwie doby tyle się działo. Jestem trochę zmęczona. Strach jest naprawdę wykańczającym uczuciem.- zamknęłam na chwilę oczy. 
- W takim razie trzeba cię trochę obudzić. Nie możesz przespać niespodzianki. - oznajmił entuzjastycznie. Z pewnością wspominałam już, że miewa drastyczne pomysły? Mój kobiecy szósty zmysł wyczuł nadchodzące zagrożenie. Justin odsunął się ode mnie i stanął obok. Jego ramiona nagle chwyciły mnie z tyłu za nogi i nim zdołałam wydać z siebie jakikolwiek wyraz protestu zaczął mnie nieść. Poczułam się obezwładniona. 
- Co ty wyprawiasz? - krzyknęłam na niego, ponieważ to była jedyna broń, jaka mi pozostała. - Postaw mnie na ziemi! W tej chwili! Już! - zaczął nucić pod nosem jakąś wesołą piosenkę i ignorował mnie. - Justin, słyszysz mnie? Justin! Nie udawaj, że mnie nie słyszysz! Zemszczę się! Wróciliśmy z powrotem do pałacu. Było już ciemno, zapaliły się wszystkie światła. Wieża Eiffla świeciła jak latarnia morska. Spojrzałam rozwścieczona na Justina. Czy ja mu przypominam sześciolatkę, którą wszędzie trzeba nosić? Z przerażeniem dotarło do mnie, że jego wzrok tkwił w jednej z największych fontann. - Justin, jeśli zrobisz to, o czym myślę już nigdy się do ciebie nie odezwę! Przyrzekam! - pomimo tej solennej obietnicy i tak wpakował mnie do fontanny. 
- I jak woda? Ciepła? Zimna? - spytał zwijając się ze śmiechu. Czy można kogoś kochać i nienawidzić jednocześnie? Bo ja chyba tak właśnie mam. Powoli wstałam, by znaleźć się po kolana w przeźroczystej, lodowatej wodzie. Miałam nadzieję, że mord w moich oczach jest na tyle silny, by Justin udławił się własnym śmiechem.
- Chodź tutaj, przekonasz się. - zachęciłam siarczyście rozjuszonym głosem wyciągnęłam do niego rękę cała mokra. Musiałam wyglądać jak panda z rozmazanym tuszem pod oczami. 
- Odezwałaś się do mnie! Widzisz! - wystawił mi swój język i zaczął odtańcowywać jakiś taniec radości. Nawet nie wyglądał przy tym najgorzej. Jak wielkim durniem trzeba być, żeby wrzucić swoją dziewczynę do miejskiej fontanny z lodowatą wodą w chłodny wieczór? 
- Najpierw powiedziałam, że się zemszczę, a potem przestanę się do ciebie odzywać. - odparłam spokojnie, na co on przestał tańczyć, bo znał mnie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że mój pozorny spokój to zapowiedź czegoś wielkiego. Przez swoje tańcowanie nie zauważył, że zrobiłam parę kroków w jego stronę do krawędzi fontanny. Chwyciłam go za oba nadgarstki i pociągnęłam do siebie. Zmuszony był wejść do fontanny, żeby nie upaść, mając kłopoty z równowagą. Skorzystałam z okazji i przewróciłam nas oboje. W konsekwencji tego sprawiedliwie oboje byliśmy mokrzy, a ja wylądowałam na nim. Woda z moich włosów kapała mu na twarz. 
- I co? Jaka jest woda? - spytałam kąśliwie.
- Perfekcyjna. - odpowiedział z uśmiechem i pocałował mnie. Nagle włączyły się wszystkie fontanny i teraz jakby to powiedzieć nie tylko siedzieliśmy w ogromnej wannie, ale lał się na nas prysznic.
- To ma być ta twoja niespodzianka? - spytałam, kiedy wychodziliśmy z fontanny.
- Nie, niespodzianka będzie dopiero w hotelu. 
- Nie wejdę do żadnego hotelu. Zobacz co ze mną zrobiłeś! Wyglądam jak zmokła kura! - nie skończyłam jeszcze z pretensjami, kiedy dochodziliśmy do pozostawionego wcześniej na miejscu parkingowym mercedesa. 
- Musisz się przebrać. - i to właśnie był jego najlepszy pomysł z dotychczasowych. Nie mogłam już dalej się z nim sprzeczać. Nie mogłam się na niego obrażać, bo byłam w zasadzie na niego skazana. Od naszego pierwszego spotkania wiedziałam, że nie będę potrafiła się z nim nudzić. Czy kiedykolwiek miałam prawo w to wątpić?






****** 






Weszliśmy do Four Seasons George V Paris. Gdy rozejrzałam się po holu miałam wrażenie, że po prostu pomyliliśmy hotele, cofnęłam się do wyjścia, ale Justin spojrzał na mnie marszcząc brwi, przywołując mnie tym do porządku pociągnął mnie w stronę rejestracji.
- Miałem rezerwację na dzisiaj na nazwisko Stevens. – odparł czarująco uśmiechając się do recepcjonistki. Tamta odwzajemniła jego uśmiech, bo co innego mogłaby zrobić? Ja jak zwykle w takiej sytuacji stałam się dla niej niewidzialna. Chociaż raz chciałabym, żeby obsługiwała go jakaś obleśna starsza i nieuprzejma kobieta z moherowym beretem na głowie, czy ja proszę o tak wiele? Wszystkie muszą być śliczne, zgrabne i uśmiechać się do niego śnieżnobiałymi zębami jakby dopiero co wyszły od dentysty. To samo było dzisiaj w samolocie. ,,Czy chce pan może kawy, herbaty, a może szampana do picia?’’ Nie, gdyby chciał, to sam by ją o to poprosił. Nie musiała do niego przychodzić co pół godziny i proponować mu wszystko, co mają w swoim bufecie. Można dostać od tego szału. Znając moje wielkie szczęście nawet starsza pani z moherowym beretem nie mogłaby się oprzeć mojemu chłopakowi. Czemu nie mogą w nim widzieć brzydala? Bo on po prostu z natury jest zniewalająco przystojny. Sama chciałaś, to masz. – Czy jest coś jeszcze, co możemy dla pana zrobić, panie Stevens? – uśmiechnęła się szeroko, podając kartę otwierającą drzwi apartamentu. Myślała że nie zauważę jak specjalnie dotknęła go opuszkami swoich palców podając mu kartę do pokoju. Zmroziłam ją wzrokiem i wyszarpnęłam im to plastikowe ustrojstwo. Nieprawdopodobne! Dziewczyna z recepcji wreszcie mnie zauważyła...
- Justin, chodź idziemy.- zawołałam nawet na niego nie patrząc. Miałam zamiar pomóc mu z walizkami, ale jakoś w tamtej chwili nagle mi się odechciało. Otworzyłam drzwi apartamentu. Na środku znajdował się salon, z którego można było przejść do jadalni połączonej z kuchnią i do sypialni z łazienką. Podeszłam do okna z którego rozciągał się widok na oświetloną wieżę. Justin zajął się ciężkimi walizkami, bo nie chcieliśmy korzystać z pomocy pracowników hotelu. Mogliśmy mieć problemy za przechowywanie broni i ostrych narzędzi. Zdążyłam już trochę wyschnąć, ale moje ubrania nadal były wilgotne. Chciałam wejść do łazienki i poszukać jakiś ręczników hotelowych, żebyśmy mogli się nimi wytrzeć, ale zatrzymałam się na widok luksusowego małżeńskiego łóżka. Możliwe, że wymsknęło mi się jakieś maleńkie westchnienie zachwytu. Jeszcze nigdy nie widziałam tak wielkiego łóżka. Było większe niż łóżko Howarda. Justin postawił walizki przy ścianie w przedpokoju, po czym stanął za moimi plecami i podążył za moim wzrokiem.
- Wygląda na wygodne. – ocenił, a ja nie miałam wątpliwości, że po naszych głowach chodziły te same myśli.
- Tak.- przyznałam mu rację. Wcale nie myślałam o tym, żeby go na nie rzucić...WCALE. Przecież nasze rozmowy są całkiem normalne. W końcu ludzie podziwiają i oceniają różne rzeczy… Po prostu łączyła nas wspólna pasja do łóżek.
- Skąd wziąłeś pieniądze na taki hotel? – spytałam, sięgając po mięciutkie i milutkie ręczniki, rzucając jednym z nich w Justina. Zaczęliśmy się wycierać. Moje włosy skręciły się w loki trudne do rozczesania. Zdjęłam kurtkę i powiesiłam ją w łazience. Wilgotna bluzka opinała moje ciało, uwidaczniając pod spodem stanik. Mokre buty ściągnęłam i postawiłam na podłodze pod kaloryferem.
- Czy to ważne? Po prostu jesteśmy tutaj i mamy korzystać z tych wszystkich luksusów. – konkretnie wystarczył nam jeden z nich, na który znacząco z resztą zerknął. Odsłoniłam zasłonę by zobaczyć widok za oknem. Minutę później Justin stanął przede mną. Był chyba odrobinę… zdenerwowany? Staliśmy w miejscu, na które padało światło księżyca i latarni ulicznej. Oświetlona połowa wieży Eiffla błyszczała na tle granatowego nieba, niestety jej drugą połowę zasłaniały przeciwległe kamienice. W apartamencie pochłoniętym ciemnością jakoś żadne z nas nie kwapiło się, żeby zapalić lampy.
- Pamiętasz jak tańczyliśmy razem w hotelu? – położyłam ręce na jego ramionach i rzuciłam ręcznik na fotel obok.
- Pamiętam. Wtedy chciałeś mnie pocałować, ale nie mogłeś tego zrobić. – odpowiedziałam uśmiechając się. - Jestem naprawdę szczęśliwa Justin, że jestem tu z tobą.
- Więc nie żałujesz? Nie jestem najgorszym błędem jaki popełniłaś?
- Nie, jesteś najlepszym, co mi się mogło przytrafić. – schowałam zawstydzona twarz w jego pachnącą perfumami szyję. Złączył moje palce ze swoimi. Miał miętowy oddech.
- Jesteś perfekcyjna.- szepnął patrząc prosto w moje oczy.
- Wcale nie. - czułam jak niechciany rumieniec wpełza na moje policzki.
- Tak. – pocałował mnie w czoło i przytulił mnie od tyłu. Położyłam moje dłonie na jego dłoniach dotykających mój brzuch. Opuszkami kciuków muskałam jego palce. I znowu pojawiła się ta myśl, do której bałam się przyznać. Czy my naprawdę to wszystko przetrwamy? Czy to uczucie rzeczywiście jest dane nam na zawsze? Czy on naprawdę jest tą jedyną, prawdziwą miłością mojego życia? Czy to możliwe, że kiedyś wezmę z nim ślub i będziemy żyli długo i szczęśliwie?
- Wiesz, wtedy gdy widziałam tę parę na dziedzińcu...
- Wiem. - przerwał mi. - Może kiedyś, gdy wszystko będzie prostsze.
- Nigdy takie nie będzie. - jedna łza spłynęła mi po policzku. 
- Hej, nie płacz. - otarł ją.- Ważne, że jesteśmy tu razem. - ucałował mnie w rękę.
Justin wyjął z kieszeni swojej kurtki maleńkie czerwone pudełeczko. Wyglądało jak te wszystkie pudełeczka z pierścionkami zaręczynowymi.
- Justin, ty żartujesz sobie ze mnie, prawda? - spytałam łamiącym się głosem. Pokiwał przecząco głową i przełknął ciężko ślinę otwierając pudełeczko. Byłam w szoku, cała się trzęsłam i to nie z powodu zimna, a moje serce biło w zawrotnym tempie. W środku była maleńka złota zawieszka z kluczykiem.
- Nie rozumiem. - szepnęłam marszcząc brwi. Justin chwycił delikatnie zawieszkę. Odłożył pudełeczko na sąsiedni dębowy stoliczek, na którym stał wazon z czerwonymi różami. Drugą dłonią uniósł moją prawą rękę, na której nosiłam naszyjnik z serduszkiem. Zapiął na nim zawieszkę z kluczykiem.
- Wiem jak dużo dla ciebie znaczy ta bransoletka. Chciałbym, żebyś wiedziała każdego dnia jak bardzo cię kocham i jak bardzo jesteś dla mnie ważna. Wiem, że na początku byłem draniem, ale ty otworzyłaś mi serce. Tylko ty potrafiłaś sprawić, żebym potrafił czuć, kochać i być kochanym. Jesteś kluczem do mojego serca i chcę byś zawsze o tym pamiętała. Jesteś dla mnie najważniejsza na świecie. – nie umiałam powiedzieć ani słowa. Moje usta związały się w cienką linię. Wzruszyłam się jego szczerością. Był dla mnie bardzo ważny i miałam wrażenie, że kochałam go z sekundy na sekundę mocniej niż to w ogóle możliwe. Spojrzałam na kluczyk wiszący teraz koło serduszka. To był najlepszy prezent jaki mógł mi zrobić.
- Zawsze będziesz dla mnie najważniejszy na świecie. Justin, ty jesteś moim światem. - wyjąkałam z tkliwością. On potrafił w jednej chwili zerwać moją grubą skórę, którą tworzyłam przez tyle lat. Poczucie dumy, barierę, którą tworzyłam by nikt nie mógł mnie zranić. Był moją słabością. - Dziękuję. - szepnęłam i pocałowałam go długo i namiętnie. Po chwili całując się coraz zachłanniej przeszliśmy w ciemnościach do sypialni. Ściągnęłam z niego koszulkę i rzuciłam ją za siebie.
- Jesteś pewny, że to nie jest kolejny trening? – zaśmiałam się, w pośpiechu wyjmując telefon z kieszeni spodni i rzucając go na stolik z szufladami i lustrem. Justin rozpiął pasek od spodni i zostawił go na podłodze przy samej ścianie. Wiedziałam, że tym razem wszystko jest zupełnie inaczej. Skupiłam się tylko na tym, że chcę go mieć. Nie bałam się otwartych drzwi, nie miałam wyrzutów sumienia. Nie byłam zdrajcą.
- Jak mam ci to udowodnić? – spytał, rozbierając mnie z koszulki.
- No nie wiem, słowa za dużo nie dają. – zaczęłam go całować. Po tym wszystko przyspieszyło tempa. Krew buzowała w naszych żyłach. Skoncentrowani tylko na swoich ciałach zostawaliśmy wszystko za sobą. Popadaliśmy w błogie zapomnienie. Zdjęliśmy mokre spodnie, które również zaginęły gdzieś w ciemnym pokoju.
- Jak chcesz to zrobić? – spytał przegryzając wargę i patrząc na mnie w samej bieliźnie. Mój trener uwodzenia pyta mnie o zdanie? Same nowości...
- Nie ważne jak. Po prostu kochaj mnie tak, jak najlepiej potrafisz. Jesteś moim wszystkim, teraz jestem tylko twoja. - uświadomiłam mu i dostrzegłam tajemniczy błysk podniecenia w jego oczach. Nie był już w zasadzie moim trenerem, tylko chłopakiem.
Zmierzwiłam jego mokre włosy palcami i pchnęłam go na łóżko. Mruknął z zadowoleniem, czekając aż usiądę mu na kolanach. Zaczęłam poruszać biodrami w tył i przód, drażniąc jego męskość. Kciukami zsunął mi majtki, reszta palców zajęła się dotykaniem pośladków. Następnie sięgnął po zapięcie mojego stanika. Kiedy go ściągnął wstałam z jego kolan powolnie ściągając dolną część mojej bielizny z nóg. Był w tym wszystkim oszałamiająco delikatny i subtelny. W naszym wypadku najlepiej działało oczekiwanie. Jeśli czekasz na coś dłużej, tym jest ci przyjemniej, gdy wreszcie to dostajesz. Spojrzałam na jego twarz w momencie, w którym przegryzł seksownie usta odgarniając włosy z twarzy. Jedną dłonią pogładził moją nogę. Usiadłam na nim ponownie, obejmując go ciasno z obu stron zgiętymi w kolanach nogami. Złapałam go za obydwie ręce i przytrzymałam je w nadgarstkach po obu stronach jego głowy. Moje mokre włosy opadły na jego piersi. Zaczęłam całować jego skórę szyi, wyczuwając ustami jego przyspieszony puls. Dłońmi zjechał po moich plecach i zatrzymał się na moich pośladkach, po czym ścisnął je mocno. Jęknęłam, co wykorzystał, wsuwając swój język między mój. Na chwilę oderwał się ode mnie w celu złapania powietrza, bawiąc się moimi włosami. Wykorzystałam ten moment i zaczęłam całować go od ust aż do pępka. Czułam jak napina mięśnie chcąc walczyć ze zbliżającym się orgazmem. Nasze ciała były gorące i pokryte maleńką warstewką potu. Nagle gwałtownie wstałam z niego i usiadłam obok, przez co wystraszyłam Justina.
- Co się stało? – powiedział nieco rozkojarzony i usiadł razem ze mną.
- Justin, gumki.- mruknęłam trzymając kurczowo jego nieśmiertelnik i patrząc na niego spanikowanym spojrzeniem. Na te słowa głęboko westchnął z politowaniem i lewą dłonią przetarł twarz.
- Nie przesadzaj, raz moglibyśmy zaryzykować. - wymamrotał obojętnie przywierając ustami do moich. Położyłam lewą dłoń na jego rozgrzanej piersi, żeby go zatrzymać. 
- Wyobrażasz sobie mnie z dzieckiem w tej chwili? - syknęłam pretensjonalnym tonem mrużąc oczy i przekrzywiając głowę w bok. 
- Byłabyś zniewalająco seksowną mamą. - zaśmiał się przegryzając swoją dolną wargę. Zsunęłam dłoń z jego piersi do mięśni jego brzucha. 
- Nie w tym świecie. - oznajmiłam starając się nie brzmieć smutno. 
- Możemy z niego uciec. - Jego dłonie zaczęły gładzić moje plecy schodząc do linii bioder. Czemu w jego ustach każda bajka, brzmi tak jakby była prawdziwa?
- Nie możemy ciągle wierzyć, że wszystko pójdzie dobrze. - napięcie między nami rosło. Mój nierówny oddech uniemożliwiał mi swobodne wypowiadanie słów. Dlaczego ja do cholery musiałam to przerwać? Do kitu być odpowiedzialną!
- Może innym nie, ale stać nas na więcej, prawda? - przytrzymał moje biodra i przesunął się do mnie bliżej tak, że przywarliśmy do siebie ciałami. 
- Wrócimy do tego później, a teraz zrób to, o co cie poprosiłam, kochaj mnie i zajmij się mną, zanim mój zapał ostygnie.- oblizałam nerwowo usta.
- Nie martwi mnie to.- wzruszył ramionami. Poczekałam aż wyciągnie ze swojej kurtki prezerwatywę i wróci do łóżka. Trzymając palec między ustami i patrząc na niego niewinnym wzrokiem poczekałam, aż ją założy. Po raz trzeci usiedliśmy na łóżku obok siebie, objęłam jego szyję i pociągnęłam go za sobą .
- A powinno. – skomentowałam krótko.
- Jest tak dlatego, że zawsze wiem jak go rozpalić. – wszedł na łóżko i chodząc po nim na czworaka pochylił się nade mną i zaczął zabawnie poruszać brwiami. Zaczęłam się śmiać. Potem on przejął nad wszystkim kontrolę. Poczułam jego palce pieszczące moje miejsce intymne. Wbiłam w jego ramiona paznokcie. Robiłam się coraz bardziej wilgotna. Wreszcie uznał, że jestem gotowa wyjął szybko ze mnie palec i wszedł we mnie swoim stwardniałym członkiem. Zaczął rytmicznie i zamaszyście poruszać biodrami doprowadzając mnie tym do ekstazy. Był moim mistrzem, wiedział jak mnie zadowolić. Kiedy skończyliśmy, czułam w sobie ogrom miłości i wielkie szczęście. Moje ciało pokrywały przyjemne dreszcze. Zmęczona sapiąc, przykryłam nagie ciało kołdrą, bo zaczynało mi się robić zimno i położyłam głowę na poduszce.
- Wiesz dlaczego ten naszyjnik jest dla mnie taki ważny? - spojrzałam na dwie błyszczące w ciemności złote zawieszki na naszyjniku. Chłopak położył się obok mnie i chwycił mnie za rękę.- Dostałam go na moje urodziny. Mój tata mi go dał. To jedyna rzecz jaka mi po nim została. - przerwałam na chwilę. - Zamordowali go, kiedy miałam sześć lat. Do dziś pamiętam twarz tego człowieka. Byłam przy nim, gdy on umierał. Nie chciałby takiego życia dla mnie, jakie teraz mam. Robił wszystko, żeby mnie przed tym uchronić. - czułam jakby jakaś kulka zalegała mi w gardle, więc tą dalszą część wyznałam jąkając się. Nikomu wcześniej tego nie mówiłam. On był jedynym człowiekiem, któremu się z tego zwierzyłam.
- To nie jest twoja wina. Mimo wszystko jestem pewny, że byłby z ciebie dumny.
- Tak, zabiłam kilkanaście osób. Jest się czym pochwalić. – zakpiłam, a moje oczy mimowolnie się załzawiły. Nie patrzyłam na niego, nie chciałam zobaczyć jego miny pełnej współczucia, bo zaczęłabym płakać, a wiem, że łzy niczego nie zmienią. Nic i nikt nie jest w stanie zmienić przeszłości.
- Nie chciałam ciebie zmuszać, ale ja dopełniłam swojej części umowy. Zerwałam z Mike’iem. Zasługuje na jakieś wyjaśnienia. Chciałabym wiedzieć coś o osobie, którą kocham całym sercem. - spojrzałam na niego uważnie. - Czuję się jakbym żyła w ciągłym kłamstwie. I tylko nie mów mi znowu, że niektóre rzeczy są zbyt niebezpieczne, żeby je poznać.
- Mój ojciec był taki jak Mike. Wkrótce go złapali i zamknęli w więzieniu. Uciekłem im. – odparł smutno. Byłam zaskoczona, znając go oczekiwałam raczej kolejnej wymijającej odpowiedzi.
- Bardzo mi przykro. –  jego oczy były przepełnione żalem. – Jakim cudem znalazłeś się u Howarda. W takim razie nie powinieneś robić wszystkiego by uciec od takiego życia?
- Kłopot w tym, że nie potrafię inaczej. Wiem, że jesteś dociekliwa i potrzebujesz tych wszystkich informacji o mnie, żeby poczuć się normalnie, ale niektórych rzeczy nie mogę ci powiedzieć, chociaż bym chciał.- objął mnie ramieniem. - Obiecuję ci, że kiedyś ci wszystko wyjaśnię.
- No świetnie i znowu się zaczyna. – westchnęłam zrezygnowana,kładąc obie ręce na głowie, bo miałam wrażenie jakby zaraz miała zacząć mnie boleć. Skierowałam wzrok na sufit. Wpadłam w jedne bagno do drugiego i to jeszcze pełnego tajemnic i kłamstw.
- Uwierz mi Rachelle, gdybyś poznała mnie dwa lata temu byłem taki sam jak Mike. Czułem się jakbym był najgorszym człowiekiem na świecie i dopiero ty wiedziałaś jak przywrócić mnie na ziemię.** - z tym ostatnim zdaniem po prostu zmiękłam. Ufałam mu, że spełni swoją obietnicę. Widocznie naprawdę nie może się tym ze mną podzielić. Nie jest na to gotowy. Będę na to czekać, bo niezależnie od tego jak mało o nim wiedziałam,  byłam w nim zakochana i wątpiłam w to, że mogłabym zakochać się tak bardzo w kimś innym. Chciałam jego. Z wszystkimi wadami, sekretami, wątpliwościami, bo oboje byliśmy perfekcyjnie nieidealni.




- Tatusiu, co to jest miłość? - spytała szeroko otwierając zaspane oczka. Dziewczynka siedziała na kolanach swojego tatusia. Mamy nie było w domu. Tatuś powiedział jej, że musiała zostać w pracy do późnej nocy. Martwiła się o nią i nie mogła spać. Dlatego przyszła do taty, który siedział w salonie obserwując palący się kominek przytulał ją do siebie. Pomyślał przez chwilę, co odpowiedzieć małej.
- Miłość to skomplikowane uczucie. Bez niej człowiek czuje pustkę, bo nie da się go zastąpić niczym innym. Z nią w jednej chwili czujemy jakbyśmy mogli latać i zrobić wszystko, a w drugiej łamie nas na kawałki i pokazuje, że jesteśmy tylko ludźmi. Jednak niezależnie od tego, jakiej chwili doświadczymy miłość jest dobra i potrzebna każdemu, bo bez niej nic na tym świecie nie miałoby sensu. Miłość jest trudna, ale niesamowicie jest kogoś kochać. Oddać mu serce bez względu na wszystko i po prostu z nim być. Nawet przez chwilę warto poczuć się silnym i niezwyciężonym.- pogłaskał ją czule po główce. Po jej oczach widział, że nieco się ożywiła i obawiał się, że nie zaśnie z powrotem tak prędko.
- Jak poznać, że jest się kochanym? - spytała wpatrzona w ciemnobrązowe oczy taty, takie same jak jej. Oderwał zmęczony wzrok od ognia i pocałował ją delikatnie w czółko.
- Kiedy jesteś kochany czujesz się jak anioł. Nie potrzebujesz ziemi, żeby dotykała twoich stóp. Nie potrzebujesz jej, żeby po niej chodzić, bo czujesz się jakbyś latał. Patrzysz na osobę, która ciebie kocha i to ona jest twoim niebem. To uczucie sprawia, że widzisz wokół siebie dobro i chcesz być dobrym. Nie akceptujesz zła. Czujesz się nadnaturalnie silnym i nadzwyczajnie szczęśliwym. A twoimi skrzydłami, dzięki którym latasz jest właśnie ta miłość, którą dostajesz od drugiej osoby.  - uśmiechnął się do niej i założył jej niesforny kosmyk włosów za maleńkie uszko. 
- W takim razie ja czuję się jak anioł! - wykrzyczała piskliwym głosikiem. - Kocham ciebie, tato! - powiedziała szczęśliwa i rzuciła mu się swoimi drobnymi rączkami na szyję. 
- A ja ciebie. Jesteś moim niebem skarbie. Na zawsze. Pamiętaj o tym. - nagle drzwi w przedpokoju zaczęły się otwierać, a do salonu weszła mama.







Dwa dni temu uciekłam mojemu chłopakowi zabójcy. Jestem w Paryżu, najromantyczniejszym miejscu w Europie, w pięknym hotelu z chłopakiem, który się o mnie naprawdę troszczy. Mija trzeci dzień. Wiecie co jest z tego wszystkiego najlepsze? Wciąż żyję! Gdyby nie Justin nadal myślałabym, że ucieczka Howardowi jest niewykonalna i prowadzi tylko do śmierci. Powoli przestaję w to wierzyć. Siedzę w kuchni w wiklinowym fotelu, ubrana w białą bokserkę i czarne majtki, owinięta kocem, niedowierzająca w to wszystko, co się dzieje… W ciszy obserwuję widok za oknem żeby nie obudzić przystojniaka za ścianą. Jeszcze nigdy nie czułam się tak wyspana. Sięgnęłam po gazetę, która na całe szczęście była angielskim czasopismem o modzie i zaczęłam ją czytać z nudów. Potrzebowałam tej nocy. Całkowicie się uspokoiłam i chociaż przez parę godzin nie czułam strachu z tylu głowy. Nie wiem ile czasu upłynęło. Jakoś nie korciło mnie, żeby chociaż raz spojrzeć na zegarek. Usłyszałam trzask zamykających się drzwi.
- Dzień dobry. – powitał mnie schrypnięty głos chłopaka, który podchodząc do mnie od tylu pocałował mnie w policzek, przy okazji przenosząc do mojego nosa zapach swoich męskich perfum. Przypadkowo swoim nieśmiertelnikiem dotknął mojego odkrytego ramienia, przez co się wzdrygnęłam, bo był zimniejszy od mojej skóry.
- Hej, jak się spało? – spytałam obserwując go uważnie jak idzie do kuchenki w celu zrobienia sobie śniadania. Gdy ominął stolik przede mną, który zakrywał go do połowy wreszcie zauważyłam, że jak gdyby nigdy nic łazi sobie nagi po kuchni.
- Bardzo dobrze. – powiedział nie obracając się do mnie przodem, świecąc mi przed oczami swoimi jędrnymi pośladkami, których mu zazdrościłam.
- Zakładam, że nie miałeś siły się ubrać po wczorajszym, czy też zapomniałeś tego zrobić? – zaczęłam się z nim droczyć, czując że się rumienię. Na wszelki wypadek nie odrywałam oczu z gazety.
- Nie mogłem znaleźć swoich majtek z wczoraj, więc zrezygnowałem.
- Masz czyste w walizce.- mówiłam obojętnym tonem, chociaż dziwnym trafem byłam lekko zawstydzona jego bezwstydnością. Okej, miał co pokazać. Każdy jego cal był cholernie przystojny, ale to nie daje mu prawa do onieśmielania mnie z samego rana, mimo że widziałam go nago już parędziesiąt razy na treningach, ale teraz to co innego.
- Wiem, ale chyba ci to nie przeszkadza, co nie? – powiedział obracając się do mnie przodem, oblizując palec od masła orzechowego. Wytrzeszczyłam oczy, nie mogąc już dłużej patrzeć na gazetę. Chwilowo się zawiesiłam, spaliłam buraka i nerwowo wróciłam do gazety, która mnie w ogóle nie absorbowała, ponieważ nie mogłam przeczytać choćby jednego słowa jak jakiś analfabeta. Nie odpowiedziałam mu nic. Co parę sekund kontrolowałam co robi, ale tak by tego nie widział. Teraz na przykład smarował kromkę chleba masłem orzechowym.
- Zrób mi też. – chciałam, żeby mój głos zabrzmiał dosyć naturalnie. Poddając się rzuciłam gazetę na stolik przede mną. Podeszłam do ekspresu do kawy, stojącego na jednym z blatów kuchennych i włączyłam go. Justin sięgnął po talerz do szafki by położyć na nim kanapki, które przed chwilą przygotował. Kiedy ostatnia kanapka wylądowała na talerzu klepnęłam go w tyłek. Nie spodziewał się tego. Od razu położył dłoń w miejscu, w które uderzyłam.
- Aua, boli. – jęknął, patrząc na mnie urażony.
- A jak bezlitośnie ściskasz moje pośladki i piersi sądzisz, że to nie boli? – starałam się z nim kłócić patrząc mu na twarz, a nie na...
- Przez to łatwiej jest cię kontrolować. – powiedział triumfalnie i podskoczył ku mnie mierząc się ze mną wzrokiem.
- Nie lubię kontroli. – wymamrotałam oschłym tonem i odrobinę się od niego odsunęłam. Żeby było jasne, nie lubię kontroli, kiedy ktoś mi ją narzuca. Co do samokontroli bardzo ją cenię. - Poza tym co jeśli trafisz na fanatyczkę bolesnego seksu? – odbiłam pałeczkę, przypominając mu to, co powiedział mi na jednym z naszych pierwszych treningów.
- Nie wiedziałem, że jesteś fanką pięćdziesięciu twarzy Greya. – sięgnął po kanapki i znowu obrócił się do mnie przodem. Stał do mnie przodem z talerzem w ręku calusieńki nagi, rozumiecie? Przecież to szczyt wszystkiego!
- Nie jestem, ale trudno mi myśleć, kiedy parodiujesz cały nagi po pokoju. – warknęłam rozgoryczona, idąc za nim do stołu.
- Rozpraszam cię? – zapytał obejmując mnie w pasie.
- Ty? Jesteś cholernie rozpraszający, skarbie… - powiedziałam do niego w taki sposób, w jaki odpowiada się małym dzieciom. Dotknęłam jego policzka, patrząc na niego z posępną miną, a potem odeszłam od niego wracając do kuchni.
- Więc może porozpraszam cię trochę w sypialni? – podszedł do mnie z wyzywającym wyrazem twarzy. Zakładam, że marzył o tym, żebym ja w tej chwili również chodziła w negliżu. Nie przyleciałam do Paryża, żeby spędzić z nim cały dzień w pokoju. Może nie byłby to najgorszy plan, ale jest tutaj wiele ciekawych rzeczy do obejrzenia. Przycisnęłam jeden z guzików na ekspresie i podstawiłam kubek w odpowiednim miejscu, żeby nalać przepysznej cappuccino z pianką.
- O nie, nie, nie. Jestem głodna jak wilk.- powiedziałam, odpędzając się od niego jedną ręką w ramach protestu, bo jego dłonie już lądowały na moich biodrach. - Przykro mi ale z jedzeniem nie wygrasz. Nie mam dzisiaj sił, żeby spełnić twoje oczekiwania. – powiedziałam szybko i pocałowałam go krótko, siadając przy stole.
- Nie jestem wymagający. – oznajmił z żalem i usiadł na krześle naprzeciwko mnie. - Chcę po prostu poleżeć sobie w spokoju z moją dziewczyną. - zrobił minę niewiniątka. Już ja dobrze wiem w co on potrafi przekształcić zwykłe leżenie...
- Nie, ale doskonale wiesz jak mnie wykończyć. – odpowiedziałam mu zgodnie z prawdą, biorąc kęs kanapki z masłem orzechowym. Nie dam mu wygrać i nie zmanipuluje mnie. Muszę być silna.
- Ale powiedz, że jest ci ze mną dobrze. – podpuszczał mnie dalej, wbijając we mnie te swoje spojrzenie, przez które czułam się naga. Miał mnie tego nauczyć... - ryknęłam zła w myślach. Usłyszałam pikanie sygnalizujące, że kawa była już gotowa.
- Zbyt dobrze.- powiedziałam, wstając z kanapką i pocałowałam go, zabierając kubek z ekspresu do kawy. Całus smakował trochę masłem orzechowym, pewnie dlatego, że miałam brudne usta, ale skutecznie go uciszył. – Smacznego skarbie.- odparłam słodko, zabierając mu talerz.- Ale najpierw idź ubrać swoje świeże bokserki.- westchnął ciężko i wywrócił na mnie oczami, powolnym krokiem idąc w stronę walizek, które zostawiliśmy w przedpokoju.
Po skończonym śniadaniu, szukałam czegoś ładnego do ubrania się, ponieważ Justin obiecał mi dalsze zwiedzanie okolicy. Grzebiąc w walizce poczułam coś twardego zawiniętego w granatową sukienkę. Odwinęłam materiał. W środku znajdowała się stłuczona ramka ze zdjęciem, na którym byłam z Mike’iem. Od zawsze stało na stoliku nocnym. Zmarszczyłam brwi.
- Justin, możesz tu na chwilę przyjść? – zawołałam zaniepokojonym głosem.
- Co jest? – spytał zdziwiony i stanął w przedpokoju, opierając się o framugę z założonymi rękoma.
- To zdjęcie. – pokazałam mu je, wciąż klęcząc nad walizką. Zdążyłam wyjąć je ze stłuczonej ramki.
- Co z nim nie tak? – podszedł do mnie, biorąc ode mnie zdjęcie i klękając przy mnie.
- Nie pakowałam go do walizki. Nie brałam go ze sobą. – spojrzałam na niego z przerażeniem.
- Jesteś pewna?
- Po co miałabym brać ze sobą zdjęcie chłopaka, który zniszczył mi życie? Na pewno zostawiłam je w moim pokoju. – powiedziałam przekonana. Justin obrócił zdjęcie. Tył był zapisany ładnym, starannym, męskim pismem.

                         
 


I jak, dobrze się bawisz w Paryżu? Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa. 
Niedługo się zobaczymy, kochanie. Całuję…

M. H.




Po przeczytaniu tej krótkiej wiadomości moje ręce zaczęły się trząść. Co my najlepszego zrobiliśmy? Jak mogłam uwierzyć w to, że on nas nie znajdzie? Jak mogłam być taka głupia? Jak nas znajdzie zabije Justina, a potem mnie. Jest coś gorszego niż strach przed śmiercią. To strach przed tym, że stracisz osobę, którą kochasz najbardziej na świecie. Rzeczy, o których chcemy zapomnieć i problemy, z którymi nie potrafimy sobie poradzić zawsze do nas wracają. Wiem, że koniec szczęścia jest gdzieś blisko, tylko czeka by zniszczyć nam tę chwilę spokoju.



___________________________________

* Carly Rae Jepsen - Run Away With Me
** Te słowa pochodzą z najnowszej piosenki Justina Perfect Together







__________________________________________

Przyznam szczerze,
że nigdy nie byłam dobra w wymyślaniu tytułów.
ale ostatnio mnie oświeciło 
Chyba najbardziej  znośny, jaki 
przyszedł mi do głowy 
to Uzależniona od śmierci.
Nie wiem, czy zgodzicie się
ze mną czy nie
a może macie jakieś inne pomysły?






Bardzo dziękuje Wam za komentarze 
i niezmiernie cieszę się, że piszecie
do mnie na Twitterze, to bardzo wiele dla mnie znaczy!
Każde miłe słowo powoduje mój uśmiech,
więc naprawdę jestem Wam za wszystko niezmiernie wdzięczna! 
Możecie podzielić się ze mną i innymi czytelnikami
Waszymi oczekiwaniami,
popisać o swoich wrażeniach:
HASZTAG : #AddictedToDeathPL

PS. Dziękuje za ostatnie komentarze, 
to one dały mi kopa, do napisania tego rozdziału.
Ściskam Was mocno i do następnej notki.






Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam, 
tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, 
lub po prostu wiesz, że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje, 
napisz komentarz.

sobota, 25 lipca 2015

Rozdział 39







Po powrocie ze szpitala nie czułam się dobrze. Postanowiłam, że zrobię dobrą minę do złej gry i poudaję, że wszystko jest w porządku. W końcu z czasem ból musi minąć, prawda? Jeśli powiedziałabym Justinowi, że nadal nie jest ze mną najlepiej, nie pozwoliłby mi wrócić do hotelu. Bałam się, że Mike będzie wściekły, dlatego tak szybko chciałam tam wrócić. Już raz groził Justinowi, że go zabije. Nie może się dowiedzieć, że byłam z nim w szpitalu. Coś było nie tak, czułam to. Mogłam pozwolić lekarzowi, żeby udzielił mi wszystkich informacji na temat mojego zdrowia. Stchórzyłam, bo miałam przeczucie, że to, co chciał mi powiedzieć zabrzmi jak wyrok. Od tygodnia miałam mdłości, zawroty głowy i bóle brzucha. Nie wiedziałam co się ze mną tak naprawdę dzieje. Na początku brak tej świadomości wydawał mi się lepszy, ale teraz zrozumiałam, że popełniłam błąd. Powinnam wysłuchać lekarza. Przygotowywać się do kolejnej przeszkody, przez którą musiałam przejść. Świadomość jest o wiele lepsza, bo gdy już ją masz, nie zajmujesz się wymyślaniem trzydziestu innych, czarnych scenariuszy twojego życia. Pocieszające, że czuję się lepiej niż wczoraj, jak wiele czasem potrafi zdziałać sen. Co jeszcze potrafi poprawić samopoczucie? Widok przystojnego chłopaka z rozczochranymi włosami leżącego obok ciebie i wtedy wcale nie przeszkadza ci fakt, że zajmuje dwie trzecie twojego dwuosobowego łóżka.
- Na pewno wszystko w porządku? – spytał Justin po raz setny, od kiedy się obudziliśmy.
- Tak, nie martw się. – uśmiechnęłam się do blondyna, który przez całą noc czuwał nade mną. Nie mogłam uwierzyć, że to ten sam Justin, który zachowywał się jak irytujące dziecko, a dziewczyny traktował tylko jak przedmiot pożądania. Zabawne jest też to, że tak niedawno chciałam go zabić, a teraz poświęciłabym za niego własne życie.
- Myślałem o tym wszystkim. – odparł nieśmiało.
- Tak? I co wymyśliłeś? – mruknęłam zainteresowana, odsłaniając zasłony w mojej sypialni. Obróciłam się i powolnym krokiem podeszłam do niego aby usiąść mu na kolanach.
- Mam dosyć ukrywania się.- położył dłonie po obu stronach moich bioder.- Co jeśli jest jakieś inne rozwiązanie, ale nie byliśmy na tyle odważni, by powiedzieć je na głos? – mówiąc to wydawał się nieobecny. Wpatrywał się w okno, a gdy skończył spojrzał na mnie i oderwał jedną rękę od mojego ciała, żeby zacząć bawić się moimi włosami.
- Ty chyba nie myślisz o tym, żeby….- urwałam przegryzając wargę i przełykając ciężko ślinę. Zrobiło mi się słabo, dlatego mocniej przytrzymałam się jego ramion.
- Możemy uciec Rachelle, możemy zostawić to wszystko za sobą i być razem.- przez sekundę obdarzył mnie najczulszym spojrzeniem jakie kiedykolwiek widziałam w moim życiu. To zdanie brzmiało zbyt bajeczne, żeby było prawdziwe.
- On nas zabije. – zaczęłam kiwać głową na boki. Odnosiłam wrażenie jakby ktoś ściskał moje płuca, przez co ciężko było mi oddychać. Powietrze nagle stało się rzadsze, a każdy wdech powodował narastający ból w okolicy krtani.
- Nie, jeśli będziemy ostrożni i nie zostaniemy w jednym miejscu zbyt długo. – przekonywał mnie dalej, kładąc swoją ciepłą dłoń na moim kolanie. Najwyraźniej to nie był spontaniczny pomysł, który rzucił od tak. Justin naprawdę brał to pod uwagę. 
- Myślisz o tym poważnie? – spytałam go, obejmując jego szyję. Parząc na niego i dotykając go robiłam się trochę spokojniejsza. Jednak nie mogłam powstrzymać niepewności, która czaiła się w moich oczach i głosie.
- To musi się skończyć.- przestał bawić się kosmykiem moich włosów i założył go za moje ucho. On był pewny tego, co mówił. Zdeterminowany do działania, czekał aż się zgodzę.
- Ja nie mogę tak po prostu go zostawić. Nie teraz, gdy się zmienił. – Nie wiedziałam czy Justin do końca wie, czego ode mnie oczekuje. Nie chodziło tylko o mój związek z Mike’iem. Musiałabym całkiem zerwać z moim dotychczasowym życiem. Opuszczenie Howarda i tego hotelu było dla mnie w pewnym sensie rozpoczęciem nowego życia. Nie radziłam sobie z tym, więc kto mógłby dać mi gwarancję, że będę w stanie udźwignąć te nowe? Scoot i Monique byli dla mnie jak rodzina. Musiałabym zostawić również ich. Osoby, które znałam znacznie dłużej od Justina, o którym niewiele wiedziałam do tej pory. Wierzyłam mu, że mnie kocha i być może nie chce mnie skrzywdzić, ale nie mogłam bagatelizować tego, że nie znam jego przeszłości. Co jeśli nagle okaże się, że w ogóle go nie znam? Był przecież znakomitym aktorem. Ale czy nie warto podjąć takiego ryzyka w imię miłości?
- Rach, ty nie jesteś jego własnością.- przypomniał mi szorstkim tonem. To zapowiadało kłótnię, na którą nie miałam dziś siły.
- Nie, ale jestem mu wierna. Nie utrudniaj mi tej chorej sytuacji. – wstałam z jego kolan i podeszłam do szafy, szukając czegoś do ubrania, bo nadal byłam w piżamie.
- Cokolwiek tu jest chore to on i twój związek z nim, a nie my. – wstał wymachując nerwowo rękami i nim zdążyłam spostrzec stanął tuż za mną. Doprawdy idealny dzień wybrał na tego typu rozmowy...
- Nie ma nas.- obróciłam się do niego i patrzyłam uważnie w jego oczy. Wiedziałam, że tym zdaniem go zraniłam. – Nikt o nas nie wie.
- Czy nic do ciebie nie dotarło? Wiesz, co on chciał zrobić? – objął mnie w talii, a ja szybko obróciłam się przodem do szafy. Miał na myśli to, że wysłał go do Wielkiej Brytanii na pewną śmierć, której jakimś cudem uniknął, bo mu się poszczęściło.
- Tobie, nie mi. – zdawałam sobie sprawę, że to brzmiało dosyć egoistycznie, ale za wszelką cenę musiałam się bronić. Wyciągnęłam z szafy czarną, koronkową bluzkę i obcisłe spodnie tego samego koloru. Przecież niedawno sama stwierdziłaś, że Mike się nie zmieni po tym, jak kazał tobie zabić tę biedną dziewczynę w piwnicy, a teraz znowu się łudzisz? – krzyczała moja podświadomość. Nie wierzyłam, że się zmieni, ale bałam się mu uciec. Wiedziałam, że się nie podda. Nie zaakceptuje mojego odejścia. Nie pozwoli mi na to i będzie nas szukał. Głównie po to, by zemścić się na Justinie. Nie mogłam narażać go na takie niebezpieczeństwo, ale wizja zostawienia tego wszystkiego w cholerę była moim marzeniem od kiedy to się zaczęło.
- Źli ludzie nigdy się nie zmieniają.- odsunął się ode mnie i chwycił za głowę. - Powiedz, że czujesz do niego coś więcej niż żal i nienawiść...- podszedł do mnie nagle i złapał za moje ramiona.
- Jestem mu to winna.- spuściłam głowę w dół.
- Nie, nie jesteś. – powiedział stanowczo, podnosząc mój podbródek.
- Nie wiesz ile dla mnie zrobił, zanim się tutaj pojawiłeś.- odparłam spokojnie i odeszłam od niego, chcąc wyciągnąć bieliznę z komody.
- Szpiegował cię i wykorzystał.- podniósł głos sfrustrowany.
- To przeszłość.- szepnęłam nawet na niego nie patrząc.
- Nie sądzę. Nie widzisz, że z dnia na dzień jest coraz gorszy? – znowu chwycił mnie za ramiona,  pozyskując tym moją uwagę.
- Trzeba mu pomóc. – wiem, że brzmiałam w tej chwili jak jakaś męczennica. Justin spojrzał na mnie z politowaniem.
- Jemu? Temu choremu psychicznie mordercy? – zaczął krzyczeć z niedowierzania.
- Równie dobrze mógłbyś to być ty i doskonale o tym wiesz. Jestem mu to winna. – odwrzasnęłam i rzuciłam ubrania na łóżko.
- Za co? Nie widzisz, że ten gość już wystarczająco namieszał w twoim życiu? Wciągnął cię w to gówno, niszcząc ci je. Jedziemy. – Dlaczego musi jak zwykle decydować za mnie?
- Żebyś ty mógł to teraz zrobić? – powiedziałam z żalem, wpatrując się w jego oczy.
- Rachelle…
- Justin, my wcale nie jesteśmy od niego lepsi. My też zabijamy ludzi. Nikomu nie udało się przeciwstawić Howardowi, a jeśli nawet to zapewniam cię, że taki ktoś już dawno nie żyje.– wymamrotałam, odwracając wzrok.
- A więc będziemy pierwszymi, którym się to uda. – zaciekle przekonywał.
- To jest niemożliwe. – jęknęłam zrezygnowana, kręcąc głową.
- Nikt jeszcze nie miał przy sobie takiego kogoś jak ja i takiej dziewczyny jak ty. Musisz we mnie uwierzyć.
- Nie potrafię zostawić Howarda, wybacz mi Justin. – wyjąkałam smutna i schowałam twarz w dłoniach.
- Teraz ty się mną bawisz. To ci odpowiada. Chcesz Mike’a, dostajesz Mike’a. Pragniesz mnie, masz mnie. Nie zgadzam się na to. Nie mam zamiaru być twoją zabawką. Musisz wreszcie dokonać wyboru. – patrzyłam na niego oszołomiona. Dlaczego stawia mnie w tak trudnej sytuacji? Justin widząc moją spuszczoną głowę, delikatnie podniósł mój podbródek i tym razem zaczął kontynuować łagodnym tonem.  
- Przepraszam, ale mam tego dosyć. Proszę, przemyśl to na spokojnie.- błądził wzrokiem po mojej twarzy i wytarł opuszkiem kciuka jedną łzę, której nie zdołałam powstrzymać. - Kochasz mnie?
- Kocham... – wyznałam zachrypniętym głosem.- ale nie możemy tak po prostu uciec.
- Proszę cię. Będę czekał na twoją decyzję.
Justin poszedł do siebie, a ja zaczęłam się pakować. Musiałam porozmawiać ze Scootem i Monique. Najbardziej bałam się tej drugiej rozmowy. Jeszcze nie podjęłam decyzji. Miałam nadzieję, że moja przyjaciółka wesprze mnie i pomoże mi dokonać wyboru. Nie chciałam jej oszukiwać. Musiała znać całą prawdę, jeśli miałam stąd wyjechać.
Na korytarzu spotkałam Scoota. Nie będę się z nim żegnać, skoro jeszcze nie zdecydowałam. To całkiem bez sensu.
- Gdzie się wybierasz?
- Mike ma dla mnie zadanie w Detroit, muszę jechać teraz by pojawić się tam o jedenastej wieczorem. – uśmiechnął się do mnie swoim szczerym, olśniewającym uśmiechem. Dlaczego on do cholery nie ma żadnej dziewczyny? To jest taki wspaniały facet…
- Powodzenia. – uśmiechnęłam się, a kiedy chciał już iść w stronę wyjścia, podbiegłam do niego i chwyciłam za ramię. Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.
- Scoot? – zaczęłam, chcąc powiedzieć mu o moich planach.
- Tak, piękna? – zachęcił mnie uśmiechem i błyskiem w bystrych oczach.
- Uważaj na siebie dobrze? – ostrzegłam go i tym samym stchórzyłam. Nie dam rady tego zrobić. Zniszczę mu zadanie jeśli teraz mu o tym powiem. Naprawdę był dla mnie jak brat. Nie może spieprzyć czegoś przeze mnie.
- Dla ciebie wszystko. – cwaniacko się uśmiechnął, pocałował mnie w policzek na pożegnanie. Później pozwoliłam mu odejść. – Widzimy się na następnym treningu! – krzyknął po raz ostatni, a ja myślałam, że zaraz pęknie mi serce, ponieważ żadnego treningu nie będzie jeśli wyjadę. Nic nie odpowiedziałam. Już żadne kłamstwo nie przejdzie mi przez gardło. Wracając do pokoju coś tknęło mnie, żebym zajrzała do restauracji. Wymieniłam ciepłe uśmiechy z kelnerami i kucharzem. Naprawdę mam zostawić to wszystko? Nagle uświadomiłam sobie, że przywiązałam się do tego hotelu, chociaż nigdy nie był moim domem. Wyszłam na balkon. Restauracja miała sporo pracy. Wszystkie stoliki były pozajmowane. Z niedowierzaniem spojrzałam na jeden z nich. Jev zajadał się rogalikami. Wyglądał jak prawdziwy okaz zdrowia. Na jego twarzy nie było prawie śladu po pobiciach. Ciarki mnie przeszły jak przypomniałam sobie ten moment, w którym Slade i jego pomocnicy wyżywali się na nas. Od tamtego incydentu w sumie go nie widziałam. Razem z nim przy stoliku siedziała Monique. Gdy ją zobaczyłam w głębi serca wyrywałam się, żeby z nią porozmawiać. Oboje nie zwrócili na mnie uwagi, bo stałam za daleko. Trzymali się za ręce i rozmawiali ze sobą z promienistymi uśmiechami na twarzach. Czy właśnie tak zawsze wyglądam, kiedy patrzę na Justina? To bardzo prawdopodobne. Monique wpadła po uszy, a Jev zebrał w sobie odwagę by wreszcie z nią porozmawiać. Już dawno mu o niej wspominałam, kiedy pilnował mnie razem z Natem nad jeziorem. Rozczuliłam się w końcu widząc ich razem szczęśliwych. Naprawdę słodko razem wyglądali. Nie mogę teraz podejść tak po prostu do nich i powiedzieć Monique, że wyjeżdżam. Nie chce psuć jej takiej chwili szczęścia. Odwróciłam się na pięcie i zanim zdążyli się zorientować już nie było mnie w restauracji. Skoro im się udało, dlaczego nam ma się nie udać? My też zasługiwaliśmy na chwilę szczęścia nawet jeśli ma potrwać tylko chwilę. Wtedy właśnie uwierzyłam w słowa Justina. Nie jestem własnością Mike’a. To jest moje życie i mój wybór. Wybieram miłość. Pobiegłam uradowana pod drzwi Justina. Zaczęłam w nie uderzać, jakbym chciała je wyłamać. Parę sekund później stałam twarzą w twarz z wystraszonym, rozkojarzonym Justinem. Wpatrywaliśmy się tak w siebie, a ja ze wszystkich sił powstrzymywałam uśmiech.
- Dobrze, zróbmy to. – zgodziłam się po chwili ciszy i już nie mogłam się nie uśmiechnąć. Wyglądał jakby czuł wielką ulgę. Zostałam wciągnięta siłą do jego pokoju za rękę.
- On nie zasługuje na ciebie. – powiedział przytulając mnie i kładąc brodę na moim ramieniu.- Wierzę, że nam się uda.- prawie krzyknął rozweselony. Odsunął się ode mnie, aby objąć mnie mocniej w talii i unieść do góry. Oplotłam jego biodra nogami. Justin zaczął kręcić się w kółko, patrząc mi w oczy z szerokim uśmiechem. Zaśmiałam się, kładąc dłonie na jego policzki i pocałowałam go.
- A ja wierzę tobie. Pozwolisz mi chociaż to poukładać? Muszę pożegnać się ze wszystkimi. – poprosiłam, będąc już na ziemi.
- Nie wiem czy to dobry pomysł. – stwierdził z wahaniem.
- Przez cztery lata byli dla mnie jak rodzina Justin, proszę. – wpatrywałam się błagalnie w jego magnetyczne oczy.
- Dobrze, ale nie chcę by cokolwiek ci się stało. Szczególnie po wczorajszym. Bądź ostrożna.
- Myślę, że wyczerpałam już mój limit na ten tydzień. – uśmiechnęłam się i pocałowałam go ponownie. – Czemu tak na mnie patrzysz?
- Bo już myślałem, że się nie zgodzisz. - wyznał i oddał mój pocałunek. - Wyjedziemy o siedemnastej, spakuj najpotrzebniejsze rzeczy.
- Tak jest! – zasalutowałam i jeszcze raz, nie czując żadnego poczucia winy przywarłam ustami do jego miękkich, słodkich warg.
Wróciłam i wyciągnęłam walizkę spod łóżka. Otworzyłam szeroko drzwi mojej szafy i zaczęłam wkładać ubrania do torby. Byłam rozpromieniona, czułam  że potrafię swobodnie oddychać i zaczynam swoje życie na nowo. Zaczynam panować nad nim i teraz mogę zrobić wszystko. Godzina zeszła mi na krzątaniu się po pokoju. Minęło kolejne pół godziny, a ja usłyszałam, że ktoś otwiera drzwi.
- Justin? Już prawie jestem gotowa! – krzyknęłam, wychodząc z łazienki. Gdy w drzwiach zobaczyłam Monique, kosmetyki, które miałam spakować do walizki wypadły mi z rąk.
- Co ty robisz? – zapytała, widząc moją walizkę. No dalej zrób to teraz. Szybko i konkretnie. Oderwij to paskudztwo, jak plaster… Nie możesz zostawić jej tak jak Scoota. Podjęłaś już decyzję i już jej nie cofniesz. Przecież od dawna chcesz jej powiedzieć jak bardzo jesteś szczęśliwa.
- Wyjeżdżam. Na zawsze z Justinem.- mruknęłam niewyraźnie i niepewnie.
- Jak to wyjeżdżasz? – stanęła zszokowana w drzwiach.- Jak mogłaś udawać, że nic się nie dzieje? Chciałaś wyjechać bez słowa?  - nie musiałam jej już nic mówić, wszystkiego się domyśliła. 
- To nie tak. Szukałam cię, ale kiedy znalazłam cię w restauracji z Jevem nie chciałam wam psuć waszego szczęścia. Przepraszam, ja nie wiedziałam jak mam ci to powiedzieć. – wrzuciłam bluzkę do walizki i zbliżyłam się do niej. Starałam się jej wytłumaczyć, że miałam zamiar powiedzieć jej o tym wszystkim, ale z jej perspektywy wyglądało to całkiem inaczej. Pakowałam się i przypadkiem oznajmiłam, że jestem gotowa. To wcale nie wyglądało tak, jakbym liczyła się z jej zdaniem. Podjęłam decyzję sama. 
- To jest jakiś żart, prawda? – zaśmiała się z paniką w oczach. Miała posępną minę. Zawiodłam ją. - to chyba właśnie chciałam odczytać z jej całego wyrazu twarzy. Spakowałam kosmetyki do walizki, odpoczywając od krępujących mnie oczu mojej przyjaciółki.
- Nie, to nie jest żart. Wybacz mi, że cię okłamałam. Kocham go Monique. Próbowałam z tym walczyć, od kiedy się tutaj pojawił, ale z każdym dniem było mi coraz trudniej. Nie mam siły już tego ukrywać. – moje oczy się zaszkliły. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie powiedziała jej prawdy przed wyjazdem. Wiedziałam, że to już ostatnia szansa. Sama zamierzałam do niej pójść i podczas pakowania myślałam jak zacząć z nią rozmowę. Jednak ona mnie uprzedziła i cały plan, dotyczący tego, co mam dokładnie jej powiedzieć, spełznął na niczym.
- Nie, na pewno nie. Spodobał ci się z nim seks. Wydaje ci się, że go kochasz. Ty kochasz mojego brata. – była w szoku i z pewnością chciała by to, co usłyszała przed chwilą nie było prawdą. Nadzwyczajnie w świecie nie potrafiła się z tym pogodzić.
- Przykro mi, ale jestem pewna, że go kocham. Jedyne co czuję do Mike’a to wdzięczność. To wszystko. – zaczęłam kręcić głową na boki, rozkładając w bezradności ręce.
- Nie, nie możesz tak mówić. On… - wzięłam ją za rękę, żeby dodać jej otuchy. Tak bardzo chciałam, żeby zrozumiała, że koniec mojego związku z Mike’iem nie oznacza, że nie cenię jej jako przyjaciółki. Chciałam by była nią nadal. Nie myślałam o tym, czy to absurdalne w mojej sytuacji. Ja po prostu nie chciałam rezygnować z tej więzi jaką miałyśmy. Nie mogłam sobie wyobrazić dalszego życia bez jej gadulstwa, mądrości i niej samej. Troszczyłam się o nią. 
- Monique wiem, że tobie też nie podoba się to, kim stał się twój brat. Czujesz, że nie masz innego wyboru, bo jesteś jego siostrą. Nie jesteś jego własnością. Możesz jechać ze mną jeśli tylko chcesz. – przerwałam na chwilę, ale widząc, że nie ma nic do powiedzenia, kontynuowałam dalej.- Justin pomógł mi zrozumieć, że mogę zacząć normalnie żyć. Bez tego wszystkiego. Wiem, że chcesz wspierać swojego brata, ale teraz ciągniesz go za sobą w dół, a on ciebie. Musimy to zatrzymać.
- Justin tylko zagra na twoich uczuciach. Przekonasz się i pożałujesz tego. Właśnie w taki sposób odwdzięczasz się Mike’owi? Za to wszystko co dla ciebie zrobił? – wyrwała swoją rękę z mojego uścisku. Naprawdę myślałaś, że wybierze przyjaźń od więzów krwi? Kierując się uczuciami, możesz szybko stać się idiotą. Nie patrzysz trzeźwo na pewne sprawy. Patrzysz sercem, a serce czasem nie zauważa najważniejszych szczegółów.
- Stworzył nam własne piekło, w którym musimy się smażyć. Zaplanował nasze życie i nie pytał nas o zdanie. Spójrz, mogłabyś być teraz z Jevem bezpieczna. Nie martwić się każdego dnia o życie i brudne interesy swojego brata.
- Sądzisz, że jakiś dupek będzie dla mnie ważniejszy od Mike’a? Nie jestem taką suką jak ty! – wrzasnęła, a potem spojrzała na mnie z przerażeniem.
- Nie możesz mnie winić za to, co do niego czuję! – przerwałam jej wiedząc, że posuwa się za daleko.
 - Może trochę przesadziłam, ale to dla twojego dobra.- odparła zgaszona, ale jej głos nadal pobrzmiewał złością. Była oburzona tym, jak mogę już nie kochać jej brata.
- O to właśnie chodzi. Wy nie macie pojęcia, co jest dla mnie dobre! – wrzasnęłam odwracając się do niej tyłem. Myślałam, że ona mnie zrozumie i nie będzie oceniać.
- Nie powinnam ci pozwolić się do niego zbliżyć! Powinnam wiedzieć, że to tak może się skończyć! Powinnam wyczuć, że między wami się coś dzieje! Posłuchać, gdy miałaś tyle oleju w głowie, żeby go nienawidzić, kiedy poprosiłaś mnie, żebym trzymała go od ciebie z daleka! – rozglądała się po ścianach mojego pokoju chodząc w tę i z powrotem.
- Tylko mi nie mów… - ostrzegłam, wiedząc do czego brnie i uniosłam prawą dłoń do góry.
- Że co? Że puszczałaś się z nim jak dziwka? – warknęła ze złością i spojrzała mi w oczy morderczym wzrokiem.
- Zapominasz, że on robił mi to samo? – zapytałam rzewnym tonem i czułam, że coraz więcej łez zbiera się w moich oczach.
- A więc się na nim mścisz. – jej spojrzenie było okropne. Patrzyła na mnie jak na wroga, nie jak na przyjaciółkę. Miała mnie za nic nie wartą zdzirę.
- Nie, po prostu wreszcie zrozumiałam jak wygląda prawdziwa miłość, a tutaj jej nie ma. Liczyłam, że przez te wszystkie lata miałam chociaż jedną prawdziwą przyjaciółkę, ale w tym najwidoczniej także się pomyliłam. – obróciłam się w stronę okna, by nie widziała, że zaczęłam płakać.
- Wiesz co? Tak, wynoś się stąd i wsadź sobie tą przyjaźń głęboko w tyłek! – wrzasnęła, a jej słowa były jak ostre sztylety, wbijające się prosto w moje złamane serce.



******



Scoot wyjechał, więc nie mogłam się z nim pożegnać. Trudno byłoby mi to zrobić. Szczególnie po rozmowie z Monique. Wiem, że to nie było w porządku z mojej strony. Po prostu bałam się kolejnego odrzucenia. Scoot może nie zareagowałby tak jak Monique, ponieważ nie łączyła go jakaś szczególna więź z szefem, ale na pewno postawiłabym go w trudnej sytuacji. Nie chciałam by znalazł się pomiędzy młotem a kowadłem. Bezpieczniej dla niego, było nie wiedzieć o moim wyjeździe. Przykro mi, że sama nie mogę mu o tym powiedzieć, ale tak będzie lepiej.
- Gotowa? – spytał Justin z szerokim uśmiechem, wchodząc do pokoju. Nie mówiłam mu nic o mojej kłótni z Monique, bo niepotrzebnie by się denerwował. Znałam ją. Pewnie teraz siedziała w swoim pokoju i rozważała czy podzielić się z bratem tą szokującą wiadomością o moim wyjeździe i zdradzie, czy poczekać, aż ja poinformuję go o tym sama.
- Nie, jeszcze nie.- podałam mu moją walizkę. Była jeszcze jedna osoba, z którą musiałam się pożegnać.- Muszę porozmawiać z Mike’iem. – wiedziałam, że niełatwo się na to zgodzi, ale odgryzłabym sobie język z nerwów, siedząc w samochodzie gdybym tego nie zrobiła.
- Chyba oszalałaś. To zbyt niebezpieczne! – spojrzał na mnie ożywiony.
- Muszę mu powiedzieć co o nim myślę i z nim zerwać. Przecież tego właśnie chciałeś, prawda? – Nie ma to jak sięgnąć po najlepszą linię obrony. Teraz musiał się zgodzić. Jednak jego lekcje dotyczące manipulacji nie są wcale takie głupie.
- W porządku, czekam na ciebie przy schodach awaryjnych. Masz pięć minut, idę po samochód. Proszę cię, uważaj na siebie. – odpowiedział niechętnie po chwili zastanowienia, spoglądając na mnie błagalnie.
- Obiecuję. – szepnęłam i pocałowałam go w policzek.
Windą dostałam się na piętro, na którym znajdował się gabinet Mike’a. Odważnym krokiem przeszłam przez korytarz pełen ochrony i weszłam do pomieszczenia z odpowiednim numerem. Nawet nie czekałam na to, żeby Charlotte poinformowała Mike’a, że chcę się z nim widzieć. Kiedy weszłam do jego gabinetu rozmawiał przez telefon.
- W porządku. Poczekaj chwilę, zaraz oddzwonię. – powiedział służbowym tonem i spojrzał na mnie znad papierów. – Co się stało, skarbie?
- Nie jestem już twoim skarbem. Dawno mnie tak nie traktowałeś.- zszokowany zostawił papiery w spokoju, słysząc mój chłodny ton. Żeby nie było wątpliwości nad tą rozmową nie myślałam za długo. Nie umiałam zrywać z chłopakami, bo zazwyczaj nie byłam w żadnym związku i ta umiejętność po prostu nie była mi potrzebna. Musiałam wydusić z siebie wszystko, co do niego miałam, zrównać go z wiadrem pomyj i dumnym krokiem opuścić go na zawsze.
- Co ty opowiadasz? – przerwał mi oburzony i zmarszczył brwi.
- To co słyszysz, nie podoba mi się to kim się stałeś. Myślałam, że po naszej ostatniej kłótni to zrozumiałeś, ale po tym jak kazałeś mi zabić Larissę Stone już wiem, że tylko się łudzę. Nie chcę być częścią tego wszystkiego.- byłam z siebie dumna, że wreszcie mu o tym powiedziałam.- Mike ty mnie nie kochasz.
 - Ciekawe. – zaśmiał się nieoczekiwanie. Wydawał się być bardzo rozbawiony. Nie na taką reakcję liczyłam.- Skąd wiesz jak się nazywała? Grzebałaś w moich aktach? – podniósł ton głosu.
- Nawet gdybym to zrobiła, to co? - przybrałam pozę wojowniczki, ale w razie czego stałam przy drzwiach, by szybko ulotnić się w razie gdyby Mike wpadł w szał. Żeby uciec z Justinem muszę być żywa. 
- To musiałbym cię ukarać.
- Widzisz o tym właśnie mówię. Ty kochasz tylko siebie i swoje pieniądze.- zaczęłam wymachiwać rękami.
- Więc zrzucasz na mnie całą winę.- spojrzał na mnie oburzony.
- Ja nie mam sobie nic do zarzucenia.- wzdrygnęłam ramionami.
- Myślałaś, że się nie dowiem, że Justin co noc jest w twoim pokoju? Zdradziłaś mnie. – w sekundę dostałam palpitacji serca. On o wszystkim wiedział! Bawił się naszym kosztem!
- Nie, to ty pierwszy mnie porzuciłeś! To ty przestałeś mnie kochać! Siedziałeś w tym swoim laboratorium tygodniami i kazałeś zająć się sobą, a kiedy w końcu z niego wychodziłeś zamawiałeś sobie dziwki do pokoju! Od miesięcy traktowałeś mnie jak rzecz, a kiedy twój biznes się rozwinął liczyłeś się tylko ty! Byłam zabawką, którą się znudziłeś.
- I to jest powód byś obściskiwała się z moim współpracownikiem? To poniżające!
- Może dlatego, że to ty nas do siebie zbliżyłeś! Ty stworzyłeś ten chory układ między nami, za co teraz cholernie ci dziękuję! Poza tym nasze problemy zaczęły się już na długo przed tym, jak go zatrudniłeś! Więc nie zwalaj winy na niego!
- Mam już tego dosyć! Masz skończyć tą farsę! Natychmiast!
- Wszystko, co dzieje się w moim życiu, zależy od ciebie i twoich decyzji! Ty mnie niszczysz, ale nie masz wpływu na to, co czuję. Dlatego jeśli mam z kimś zerwać to tylko z tobą. - wysyczałam wściekła przez zęby.
- Jesteś moja i zawsze będziesz, rozumiesz? Jesteś na mnie skazana do końca swojego marnego życia! On już niedługo nie będzie żył! Jeszcze mi za to podziękujesz!
- Oczekiwanie na to, że się zmienisz było jak błaganie o nic. Dziękuje ci, że wreszcie zrozumiałam jaki z ciebie podły potwór! Nie zasługujesz na to, by nazywać się człowiekiem. Ludzie nie robią takich okrutnych rzeczy. Brzydzę się tobą!
- Ty suko! – ryknął głośno, jestem pewna, że cały hotel go słyszał.
- Może i jestem suką, ale nie jestem twoją własnością! – wrzasnęłam i wybiegłam z jego pokoju. Zdążyłam zauważyć Charlotte, która stojąc tyłem do okna patrzyła przerażona na mnie i Mike’a. Nie wiedziała co robić. Spoglądała pod biurko i nas, zastanawiając się prawdopodobnie czy się pod nie schować. Ochrona za wszelką cenę chciała mnie zatrzymać. Wszyscy zbiegli się do gabinetu
- Łapcie ją! - wrzasnął, a ja prześlizgnęłam się przez dwóch ochroniarzy i pobiegłam w stronę wejścia awaryjnego. Rozwścieczyłam go tą rozmową. Nie spodziewałam się niczego innego, ale nie sądziłam, że moja paranoja, jak to nazwał Justin, jest prawdziwa. Powinnam go posłuchać i odejść bez słowa, ale nie, ja zawsze muszę pakować się tam, gdzie nie trzeba i zacząć być brutalnie szczera w najmniej odpowiednim momencie. Już nie wiedziałam co jest lepsze, prawda, która może cię zniszczyć, czy kłamstwo, które uratuje cię tylko na chwilę. Teraz Justin nie był jedynym celem Mike’a. Zemści się też na mnie, byłam tego pewna. Może i jestem wariatką, ale wtedy nie żałowałam niczego. Nie mogłam tak dalej funkcjonować. To był jego świat, ja do niego nie pasowałam. Nie godziłam się z zasadami, które w nim panowały. 



*******



Justin stał na korytarzu i otwierał wejście ewakuacyjne. Biegłam najszybciej jak potrafiłam, doceniając każdy trening ze Scootem. Kilka miesięcy wcześniej zatrzymaliby mnie pewnie przy drzwiach wejściowych gabinetu.
- Nie wiem co ci palnęło do głowy. To był absolutnie chory pomysł. – odezwał się Justin zbiegając ze mną po schodach i ciągnąc mnie za rękę. Nagle usłyszałam strzał. Zatrzymałam się jakby mnie sparaliżowało. Pocisk trafił w ścianę, a zgraja ochroniarzy ścigała nas i była półpiętra za nami. Obróciłam się i zobaczyłam czarne skórzane buty do kostki na sznurówki. Były podobne do wojskowych i należały do jednego z ochroniarzy, który był tuż za nami. Nie dane mi było patrzeć długo, bo Justin chwycił moją rękę mocniej i ciągnął w dół. – Pochyl się, nie przestawaj biec. Nawet jeśli coś usłyszysz, nie zatrzymuj się. – wysapał Justin. Posłuchałam się go. Po czterech minutach przebiegliśmy cały hol. Wszyscy byli zaskoczeni, a ochrona znajdująca się na dole chciała zamknąć nam główne drzwi, ale nie zdążyli zareagować. Wybiegliśmy na zewnątrz trzymając się kurczowo za ręce. Nie mogłam patrzeć za siebie, mimo że zamknęliśmy im przed nosem drzwi awaryjne, wiedziałam, że wciąż są za nami i nie strzelają tylko dlatego, żeby jeszcze bardziej nie wystraszyć zwykłych gości hotelu.
- Gdzie jest samochód? – zapytałam rozglądając się po parkingu, który znajdował się jakieś sto metrów od nas. Pokonywaliśmy kolejne schody w biegu. Przeklinałam je w duchu, ale kiedy pokonałam ostatni stopień, zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem się na nich nie potknęłam. Powędrowałam wzrokiem za ręką Justina wskazującą auto. Zaparkował przy samym wejściu. Podbiegliśmy do samochodu i w pośpiechu wsiadaliśmy do niego. Justin usiadł na miejscu kierowcy, a ja przy nim z drugiej strony.
- Uciekniemy im. – powiedziałam zdecydowanie, widząc dwunastu ochroniarzy stojących na schodach i trzynastego, który stał na środku celując w nas pistoletem.
- Skąd wiesz? – powiedział przekręcając kluczyk i wciskając pedał gazu. Szarpnęło.
- Ponieważ w ciebie wierzę . – położyłam dłoń na jego dłoni, zerknął na mnie przez sekundę, dopóki naszej uwagi nie zwrócił huk. Ktoś oddał strzał, chcąc przebić nam oponę, ale trafił w karoserię. Dwóch kolejnych ochroniarzy pilnujących bramy właśnie biegło w naszą stronę. Justin nie mógł nic zrobić. Krzyknęłam, gdy potrącił jednego z nich. Drugi odruchowo oddalił się od samochodu widząc upadek swojego kolegi. Z piskiem opon wyjechaliśmy z bramy. Nie odzywaliśmy się do siebie prawdopodobnie dlatego, że oboje byliśmy zszokowani. Pobłądziliśmy uliczkami w razie gdyby, ktoś z ochrony jechał za nami. Gdy wjechaliśmy na autostradę poczułam się całkiem bezpieczna. Od czasu do czasu spoglądałam w przednie lusterko, aby skontrolować pojazdy jadące za nami, ale nic mnie nie zaniepokoiło.
- Gdzie jedziemy? – spytałam w końcu spokojnym głosem.
- Na razie nie wiem. Jedziemy przed siebie.- Justin nawet na mnie nie spojrzał tylko uważnie patrzył na ulicę wymijając kolejny samochód.
- Życie na walizkach, podoba mi się. – rozsiadłam się wygodnie na siedzeniu i rozruszałam lewe ramię, ponieważ trochę bolało mnie przez to ciągnięcie Justina, gdy zbiegaliśmy po schodach ewakuacyjnych.
- Zaczynam nowe życie z tobą i to jest najważniejsze.- przytuliłam się do jego ramienia i wpatrywałam się w białe pasy na drodze. - Mój dom jest tam gdzie ty.- uśmiechnął się do mnie. Czułam jego krótkie spojrzenie na sobie. Wiedziałam, że się martwił, ale wierzyłam w to, że sobie poradzimy. Z autostrady zjechaliśmy na jakąś szosę. Między nami były szeroko rozciągające się pola kukurydzy i pszenicy przecinane gęstymi liściastymi lasami.
- Najpierw ustalimy kilka zasad. – zjechał na pobocze, a ja otworzyłam oczy gdy auto zatrzymało się, a silnik przestał warczeć. Prawie spałam. Jego ramię było dla mnie bardzo wygodne, co oczywiście nie oznacza, że jemu się wygodnie prowadziło z moją ciężką głową na ramieniu. Zdziwiłam się. Zasady? Błagam już zrezygnowałam z jednych, chcę zacząć żyć inaczej, a teraz on zamierza ustalać nowe?
- Zasad? Nie sądzę, żeby… - przyłożył mi palec do ust.- No dobra, okej. – warknęłam przegrana ściągając jego palec. Zatopiłam się przez sekundę w głębi jego brązowo ciemnych oczu.
- Walczymy razem. Pierwsza zasada: Nigdy nie wątp w to, co do ciebie czuję. Choćby nie wiem co się stało, rozumiesz? – Takie zasady mogą być. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Pokiwałam głową na znak, że się zgadzam.
- Druga zasada: Nie rozpraszasz mnie kiedy jadę i posłuchasz mnie jeśli bardzo cię o coś proszę.
- To już są dwie zasady! – zwróciłam uwagę oburzona. – Postaram się jeśli będę uważała to za słuszne.- westchnął ciężko, ale pokiwał głową nie protestując.
- Po trzecie, już nigdy nie myśl o tym, żeby wracać do tego tyrana.
- Ani mi się śni. – uśmiechnęłam się szerzej chcąc go teraz pocałować. – Teraz moja kolej.
- Zamieniam się w słuch.- zrobił zabawną minę i zaczął głaskać dwoma palcami swój podbródek.
- Po czwarte, zawsze mnie kochaj, nawet gdy mówię, że cię nienawidzę.
- Obiecuję. – powiedział poważnie, a w jego oczach widziałam moje odbicie.
- Obiecuję.- szepnęłam całując go. To było niesamowite, bez poczucia winy
ten pocałunek był jeszcze bardziej elektryzujący niż wszystkie wcześniejsze.  




******




Po czterech godzinach jazdy zatrzymaliśmy się w jakieś uroczej knajpce obok stacji benzynowej by zatankować samochód. Było już ciemno. Podczas gdy Justin zajmował się tankowaniem ja, korzystając z samochodowego lusterka poprawiłam nieco rozczochrane włosy.
- Wyjdziesz w końcu z tego samochodu?
- Nie wejdę rozczochrana do tej knajpy.- spojrzałam ostatni raz w lusterko, przeczesując palcami włosy i zakładając okulary przeciwsłoneczne na czubek głowy, bo teraz nie były mi potrzebne.
- Na pewno tym wszystkim w knajpie robi to jakąś różnicę. – powątpiewał i zamknął samochód. Upewnił się, że zgasił wszystkie światła i szybko znalazł się po mojej prawej stronie.
- Chcę wyglądać ładnie dla ciebie. – zerknęłam na niego jak na idiotę.
- Po prostu jestem głodny. – wytłumaczył się. Będąc już w knajpie zajęliśmy miejsce w kącie przy oknie z dala od palących i pijących osób. Cicha muzyka country pobrzmiewała z głośników. Nad barem znajdował się mały, stary telewizor, na którym aktualnie była wyświetlana pogoda na najbliższe dni. Siedziałam naprzeciw Justina wybierając coś z karty. Kilka minut później podeszła do nas trzydziestoletnia kelnerka z krótkimi czarnymi włosami by przyjąć zamówienie.
- Poproszę naleśniki z syropem klonowym. – uśmiechnęłam się do niej oddając menu.
- Dla mnie pieczywo czosnkowe, sałatka grecka, kurczak z rożna i frytki. – spojrzałam na niego z szeroko otwartymi oczami. Jak on to wszystko teraz zje? Musi być naprawdę głodny... Wiedziałam jedno – ja za to nie zapłacę. W oczekiwaniu na jedzenie przypomniała mi się jedna rzecz.
- Umawialiśmy się, że kiedy zerwę z Mike’iem opowiesz mi o sobie. – przypomniałam z przekąsem, bo liczyłam, że sam zacznie ten temat. Pochyliłam się w jego stronę.
- To nie jest dobry moment na takie rozmowy.
- A kiedy taki nastąpi? – nagle spojrzałam na telewizor, potem na Justina i znów na telewizor, bo pewna rzecz skupiła moją uwagę.
- Rachelle, ja…
- Jesteśmy w wiadomościach…- powiedziałam spanikowana nie wierząc własnym oczom. W telewizorze był wyświetlany obraz z jednej z kamer hotelowego monitoringu. Uchwycono na nim moment, kiedy siedziałam z Justinem w samochodzie.
- Nie przesadzaj nie jest tak źle… - prychnął, ponieważ nie dotarło do niego to, co powiedziałam.
- Ale ja mówię serio! Spójrz! – jęknęłam zirytowana wskazując mu telewizor nad barem, do którego siedział tyłem. Justin obrócił się błyskawicznie.
- Młody, dwudziestoletni mężczyzna uprowadził dziewczynę z jednego z najlepszych luksusowych hoteli należących do firmy Howard Company znajdującego się na przedmieściach Nowego Yorku. Kierowca wyjechał z hotelu zaraz po tym, jak potrącił dwóch ochroniarzy. Jeden z nich jest ciężko ranny. Jeżeli ktokolwiek widział czarne lamborghini o podanych numerach rejestracyjnych proszony jest o skontaktowanie się z policją.- mówiła dziennikarka. Obok obrazu ze studia i numerów rejestracyjnych wyświetlonych na pasku informacyjnym wyświetlano moment, w którym Justin potrącił jednego z ochroniarzy.
- Chyba czas stąd zwiać i zmienić samochód. – szepnął szybko.
Nagle wszyscy w knajpie spojrzeli na nas. W mgnieniu oka wyszliśmy stamtąd i wsiedliśmy z powrotem do samochodu.
- Teraz masz pomysł gdzie jedziemy? – zapytałam, zapinając nerwowo pas.
- Co powiesz na Paryż? – zrobił to samo co ja i odpalił samochód.
- Paryż? – powtórzyłam zaskoczona, marszcząc brwi. Nigdy nie byłam we Francji. Wcześniej nie podróżowałam po Europie oprócz tego jednego razu w Mediolanie. Mike nie pozwoli nam odejść, zrobił wokół nas szum. Miałam wrażenie, że to wszystko teraz będzie łatwiejsze, ale to nie prawda. On zemści się za to, co mu zrobiliśmy. Z pomocą mediów i policji zrobi to szybciej niż się spodziewałam. Będzie nas szukał i nie spocznie póki nas nie znajdzie. Mogło mi się tylko tak zdawać, ale nie ucieknę przed nim. Nie dam rady. Nie docierał do mnie fakt, że Mike od dawna o wszystkim wiedział i śledził każdy mój ruch. Stałam się jego wrogiem i zrobi wszystko, żeby mnie złamać. Mike Howard naprawdę mnie zabije. Teraz to ja jestem jego ofiarą. Najgorszym jest ten moment, kiedy twoje największe lęki zmieniają się w rzeczywistość.





,,So where?
Do we go from here? 
With all this fear in our eyes
And where
Can love take us now
We've been so far down
We can still touch the sky
If we crawl Till we can walk again
Then we'll run
Until we're strong enough to jump
Then we'll fly
Until there is no end
So lets crawl, crawl, crawl
Back to love...''

Chris Brown - Crawl





___________________________________________

Witajcie!  Pewnie cieszycie się, że główni bohaterowie,
wreszcie wpadli na ten pomysł. 
Wiem, że czekaliście na to od dawana.
Dziękuje Wam za wszystkie komentarze 
pod ostatnim postem. 
To dzięki nim w końcu napisałam ten rozdział. 
Chciałabym, żeby następny był szybciej, ale nic wam nie obiecuje.
Nie chcę się tłumaczyć, po prostu mam parę ciężkich chwil
i mało czasu na pisanie. 
Przypominam Wam o głosowaniu, obserwowaniu, liście informowanych.
Jeszcze raz dzięki za miłe słowa, to one motywują mnie do pisania. 
Trzymajcie się, korzystajcie z wakacji. Wiecie co robić.
Ściskam Was. ;* 


Czy to Wam nie przypomina jednego z pierwszych spotkań Justina i Rachelle, 
kiedy po wspólnie spędzonej nocy, 
przystawiała mu sztylet do gardła i miała go zabić?
Bo mi bardzo.





Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam, 
tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, 
lub po prostu wiesz, że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje, 
napisz komentarz.