czwartek, 1 maja 2014

Rozdział 17








- Jesteś wybredna.- nie musiałam długo czekać zanim znowu zaczął mnie denerwować. Kolejne dwadzieścia cztery godziny z nim. Starałam się zapanować nad sobą i swoimi emocjami. Nie dość na tym, musiałam pilnować też jego, żeby czasem nie zrobił czegoś, nad czym potem nie będę mogła zapanować. Czułam się okropnie, ponieważ sprzeciwiałam się swoim pragnieniom. Przykrym trafem niespełnione pragnienia pogłębiają się i robią się niebezpieczne.
 – Nie spałaś w lesie. Spałaś w samochodzie i masz pretensje, że chciałem dobrze.- żalił się, obserwując mnie jak wściekła zaciskam pięści i chodzę dookoła samochodu. 
- Nie wyspałam się, okej? Cały czas było mi nie wygodnie. Musiałeś się tak ruszać?
- Spałaś praktycznie na mnie nie powinnaś narzekać. – mruknął siedząc na masce złomu, który kiedyś przypominał samochód. Zatrzymał mnie nogą, przez co prawie straciłam równowagę. Spojrzałam na niego wilkiem, ale najwyraźniej się tym nie przejął, w sumie to właśnie o to mu chyba chodziło.
- Taka z ciebie profesjonalistka? Myślałem, że na misji takie sytuacje są częste i powinnaś być przyzwyczajona.
- Mówiłam ci, jak bardzo cię nienawidzę? – zapytałam kąśliwie, ale spokojnie. Stojąc nad nim widziałam dokładnie wszystkie jego tatuaże na rękach. Byłam ciekawa, co one oznaczają i dlaczego wybrał właśnie te. Starałam się pominąć uwagę, że na tych ramionach są również nieźle wyrzeźbione mięśnie… Matko, przestań tak na niego patrzeć – rozkazałam samej sobie w myślach. Ale on sam prowokuje… Dał mi swoją kurtkę ze skóry, bo było mi zimno - Jednak nie prowokuje. Po prostu będę dla niego miła, może wtedy zacznie traktować mnie lepiej.– Justin? – powiedziałam nieśmiało miękkim głosem jakby słowa, które miałabym wypowiedzieć, zaraz miały pęknąć i rozsypać się na małe kawałeczki.
- Tak? – spytał zdziwiony oblizując usta. Mógłby przestać, to już była czysta prowokacja… ten jego cholerny urok osobisty. 
- Co robimy? – jednak nad swoim głosem nie potrafię zapanować. Najlepiej byłoby się zamknąć i go pocałować... to by dużo ułatwiło. – pomyślałam.- Martwię się o nich.- wyjaśniłam pospiesznie, chcąc uniknąć jego uwodzicielskich wspaniałomyślności.
- Mamy dwa wyjścia, albo szukamy ich dalej, albo wracamy.- powiedział zdecydowanie. Tyle to ja też wiedziałam.- zakpiłam w duchu, ponieważ miałam być dla niego miła. Nie wiedziałam, że to takie trudne.
- Nie wrócę bez Monique.- złożyłam ręce na piersi. 
- Szukaliśmy ich już, skąd wiesz, że już nie wrócili? - zapytał zagryzając wargę i patrząc na moje piersi. A tak, przez mój gest zrobiły się zwarte i większe, niż są w rzeczywistości zważywszy na to, że miałam bluzkę z dużym dekoltem... Szybko położyłam ręce na biodrach. 
- Ona nie wróciłaby beze mnie.- powiedziałam stanowczo, widząc że jestem w stanie na niego wpłynąć.
- Pojedziemy powoli, może są gdzieś przy szosie? W razie czego odwiedzimy motel i miejsce, w którym się rozstaliśmy.- przekonywał mnie.
- Na pewno? – upewniłam się.
- Na pewno.
- Czym chcesz tam jechać? – zapytałam nagle. 
- Tym.- kiwnął głową w stronę samochodu. 
- Tym? – wskazałam palcem na zabytek, w którym spaliśmy.- To jest stary gruchot! – wybuchłam w końcu, przecież wszyscy wiemy, że to musiało kiedyś nadejść. - On, nigdzie już nie pojedzie.- podkreśliłam każde słowo, abyśmy się zrozumieli. Z całej siły kopnęłam nogą zardzewiałe drzwi. Zabolało. Chwyciłam się za nogę podskakując i sycząc przez zęby.
- Silnik działa, w baku jest jeszcze paliwo, o co ci chodzi? – zszedł z maski starego rzęcha i podszedł do mnie. Niestety się nie zrozumieliśmy.
- Nie rozumiesz, że jeśli pojedziemy jakieś dwie mile i to stanie, zostaniemy na tym cholernym pustkowiu, z dala od ludzi na środku jakieś pustyni? – zaczęłam wymachiwać nerwowo rękami. Przynajmniej wreszcie będę mogła go bezkarnie całować. – ktoś powinien okiełznać te chore myśli w mojej głowie. Wygląda na to, że trzeba mnie zamknąć w jakimś ośrodku poprawczym. Tak, doszła do tego osoba, którą powinni zamknąć dawno temu w więzieniu za gorsze rzeczy, więc czemu to nagłe oświecenie zawdzięczam właśnie jemu? 
- Tak, lepiej zostać tutaj niż dwie mile dalej, no bo co to za różnica.- zakpił, tym razem jemu puściły nerwy. Wsiadł do samochodu i jakimś cudem odpalił ten złom.


******


Pierwszy raz, od kiedy dowiedziałam się kim naprawdę jest Justin, miał racje. To żelastwo przejechało więcej niż dwie mile. Po drodze do hotelu odnaleźliśmy Monique i Jeva. Kąpiel w rzece nie była tym o czym by marzyli. Jednak to było najlepsze, co mogli w tamtej chwili zrobić. Na początku Monique nakrzyczała na nas. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że winnym tego ataku jest albo kelner, albo Slade. Tylko oni mogli zdobyć moją komórkę. Miałam nadzieje, że Slade nie żyje, ale coś mi mówiło, że to za mało by go pokonać. To byłoby zbyt łatwe.
- Matko boska, tyle wam to zajęło… Moglibyście sobie znaleźć inny czas na randki.- jak widać humoru jej nie brakowało, być może trzeba powtórzyć zrzut z mostu i kąpiel. Potopić ją przez parędziesiąt minut w zimnej wodzie, może to by pomogło.
- Rachelle zawsze brak wyczucia czasu. Jest jak błyskawica, nie wiadomo kiedy i gdzie uderzy.- zgrywał się Justin i posłał jej uśmiech. 
- Za to nasz cudowny uwodziciel jest niczym pijawka, przyczepia się i nie chce puścić. Jedźmy.- warknęłam wsiadając do przodu i z całej siły trzaskając drzwiami kolejnego skradzionego samochodu. Justin jeszcze chwile rozmawiał z Monique, a ja patrzyłam na nich w lusterku. Potem pomógł Jevowi usiąść na kanapie z tyłu, a sam zajął miejsce za kółkiem. Monique wolała się nie wychylać i nie być w zasięgu moich rąk. Jechaliśmy w ciszy i wszystko byłoby wspaniale, gdyby ktoś nie odważył się jej przerwać.
- Macie pomysł jak ominąć granicę? Po naszych ostatnich odwiedzinach nie przywitają nas równie ciepło jak wcześniej.- zauważył przytomnie, patrząc na Monique w lusterku.- Pewnie wzmocnili ochronę.- A to niespodzianka, naprawdę? 
- Jest jedno miejsce, ale szybko nie wrócimy tą drogą. Poprowadzę cię.- powiedziała zerkając kątem oka na mnie.
Gdy dotarliśmy do hotelu z jednej strony poczułam ulgę, ale za moimi plecami czaił się strach. Kiedy Justin zatrzymał samochód westchnęłam ciężko. Ochroniarze zajęli się Jevem i poprowadzili go bocznym wejściem, aby nie zwracać na niego zbytecznej uwagi. Był pobity i wyglądał podejrzanie dla zachowania pozorów przez otwarte drzwi samochodu słyszałam jego krzyki:
- Nie, zostawcie mnie! Ja nic nie ukradłem! Przysięgam! Moja ciocia mieszka w tym hotelu! – i dalszy ciąg, którego na szczęście nie miałam okazji wysłuchać. Jednak było to tak przekonujące, że ,,zwykli’’ ludzie uważali go za złodzieja. Patrzyli na niego z pogardą myśląc: Dobrze mu tak. Straż była ustawiona strategicznie, było ich naprawdę dużo, ale ustawieni zostali w taki sposób by goście nie czuli się osaczeni, tudzież połowy z nich nie widzieli. W murach było pełno tajnych wejść, za którymi chowała się reszta. Główne wejście zwykle emanowało spokojem. Szare schody zaskakujące swoją długością w kształcie wielkiego półkola prowadziły do drzwi sięgających pięciu metrów z licznymi, kunsztownymi zdobieniami i wyrytymi wilczymi łbami, którym z pysków zionął ogień. Na wysokości rąk znajdowały się duże złote gałki, których teraz nie było widać, ponieważ drzwi były otwarte na oścież. Za nimi zamykano czarną kratę, również misternie zdobioną wijącymi się wężami. Od schodów odcinały się kostki brukowe. Z zewnątrz pałac był biały z oliwkowym dachem i kopułą  tego samego koloru oraz wielkimi oknami. Wewnątrz zamku był hol, którego błyszcząca piaskowa podłoga z czarnymi pigmentami była dostrzegalna nawet z parkingu. W holu dominowały kolory ciepłe. Znajdowały się w nim stare meble, śnieżnobiałe sofy i pasujące do nich fotele, gigantyczny kominek, drogocenne obrazy oprawione w złotą ramkę, kwiaty w brązowych wazonach, zazwyczaj czerwone, białe lub żółte róże. Wszystko przepasane krwistą, erotyczną czerwienią. Oprócz dzieł sztuki i ogromu zamku odwiedzających przytłaczały płaskorzeźby i malowidła, które znajdowały się na kopule zamku. Każdy fragment stanowił jedną całość. Nie raz wpatrywałam się w sufit dominował na nim kolor niebieski, dlatego przypominał mi niebo, ale było też w nim coś mrocznego. Na drugim piętrze znajdował się okazały balkon, gdzie czasem restauracja wyprawiała przyjęcia. Przez trzy dni marzyłam o posiłku przygotowanym specjalnie dla mnie od Barry’ego - szefa kuchni. Wtedy myślałam, że wrócę tu jako bohaterka, niezwyciężona dziewczyna Mike'a. Jednak zanim udam się coś zjeść, muszę się rozliczyć z pewnym chłopakiem niszczącym każde moje zadanie. Justin zapalił z powrotem silnik. Spojrzałam na niego i doznałam szoku. Trzymał w ręce komórkę. Natychmiast zapomniałam o strachu i czułam jak buzuje we mnie złość. Siedzenie stało się niewygodne i zaczęłam się na nim wiercić, jakby ktoś przed chwilą zaczął je intensywnie podgrzewać. Monique odpięła pas, gdy Justin zaparkował na dziedzińcu. Poczekałam aż Monique wysiądzie z samochodu i przywita się ze wszystkimi, którzy zeszli nas zobaczyć. Widziałam Scoota wdzięcznie uśmiechającego się do Monique. Pocałował ją w rękę, a ta jak zwykle zaśmiała się i weszła do holu jakby to był jej dom.
- Poczekaj.- odezwałam się chłodno do Justina po raz pierwszy od jakiś sześciu godzin. Zatrzymałam go, kładąc rękę na jego dłoni całkiem przypadkowo i szybko zabrałam ją stamtąd.
- Słucham? Jeśli chcesz mogę przyjść później do twojego pokoju. – cicha deklaracja brzmiała w jego zachrypniętym głosie tak kusząco, ale w tej chwili byłam na niego cholernie wściekła. 
- Nie, nigdzie nie pójdziesz.- ostrzegłam surowym tonem głosu i spojrzałam w jego brązowe oczy. Pojawił się w nich znowu ten tajemniczy błysk.
- Skoro wolisz tutaj, ale wydaje mi się…- zaczął mówić, ale mu przerwałam.
- Zamknij się w tej chwili i posłuchaj. – starałam się opanować nerwy, ale zaciskałam pięści z całej siły, by nie uderzyć go w twarz. Straż różnie mogłaby to zinterpretować. – Daj mi kluczyki.- powiedziałam, mimo że nie od tego miałam zacząć. Posłusznie podał mi je, a ja szybko zamknęłam je w dłoni.- Co masz w lewej kieszeni spodni? – zapytałam spokojnie. Sięgnął tam ręką i wreszcie zrozumiał. – Dlaczego do cholery nie powiedziałeś mi, że masz ten pieprzony telefon, co? Hm… może zapomniało ci się? Nie, czekaj… może masz słabą baterie, albo w ogóle ci się rozładowała? - spojrzałam na niego naprawdę wściekła, a ton mojego głosu kipiał zaciekłością i nienawiścią. – Nie, to niemożliwe, bo przed chwilą jej używałeś..- zaczęłam udawać, że myślę bardzo intensywnie nad innymi możliwościami. Rozwarł usta i już chciał zamydlić mi oczy kłamstwami. – Nie, nie przerywaj mi.- machnęłam na niego ręką.- Nie przyszło ci do głowy, żeby hm… no nie wiem użyć jej do wzywania pomocy? Mogłabym zdać raport Mike’owi, nie siedziałabym teraz trzecią dobę z poważną raną nogi… Jev czułby się lepiej i szybciej odnaleźlibyśmy Monique. Ale trudno było o tym pomyśleć. – powiedziałam z żalem. 
- Nie wmówisz mi, że tak szybko chciałaś wracać do tego tyrana.- powiedział na swoją obronę. 
- Ach, więc tu chodzi o mnie? Martwisz się o dziewczynę, którą dopiero poznałeś? Jestem taka biedna, że sama sobie nie poradzę? Przyjechałeś tu by być bohaterem, ratować uciśnionych? – zaczęłam się ironicznie śmiać, ale w tym momencie już krzyczałam na niego. Dobrze, że drzwi od samochodu były pozamykane.- Teraz mam jeszcze większe kłopoty, niż wtedy jak ciebie tu nie było. Myślisz, że jesteś w stanie mi pomóc? Nie pomożesz ani sobie, ani mnie. Poczekaj aż trafimy na dywanik.- I nagle mnie oświeciło. Poczułam ucisk w gardle, który uniemożliwiał mi swobodne oddychanie. – A może wcale nie pracujesz dla nas? Może to Slade jest twoim szefem? Tylko ty miałeś kontakt ze światem. Zabrałeś mnie na sprawdzenie okolicy, akurat wtedy, gdy jego ludzie stali pod naszym hostelem wróciliśmy na czas. Ty coś wiesz. – spojrzałam na niego uważnie, bladł na całej twarzy. - Dokładnie wiedziałeś, gdzie znajduje się nadajnik. Miałeś tyle okazji, by podrzucić mi z powrotem telefon. Nawet przyprowadzić ich do mnie. Może planowałeś mnie zabić? Żałuję, że nie załatwiłam cię za pierwszym razem. – spojrzałam na niego jak na zdrajcę. – Przemyślę, czy nie powiedzieć tego Mike’owi. Licz się z tym, że dla ciebie to wyrok śmierci. Możesz uciekać, ale on ciebie znajdzie. Zejdź mi z oczu, o ile to możliwe nie chce widzieć cię do końca życia.- czułam jak zbiera mi się na łzy. Otarłam oczy i pospiesznie wyszłam z samochodu.
- Rachelle... - zdążyłam usłyszeć i zatrzasnęłam mocno drzwi samochodu.
- Pozbądź się tego samochodu jak najszybciej.- rozkazałam władczo i dałam strażnikowi kluczyki.
- Witaj piękna! – usłyszałam mojego ukochanego Scoota, aż miałam ochotę rzucić mu się na plecy na barana, ale byłoby to nietaktowne. Najpierw zachowanie godne najgorszej zarozumiałej damy, a potem dziecka z podwórka, które tak bardzo kocha swojego starszego braciszka, że pragnie go zadusić z tęsknoty.
- Cześć przystojniaku!- uśmiechnęłam się, ale mimo wszelkich starań w moim głosie nie było ani krzty radości, czysta złość.
- Razisz prądem, ostudź się trochę zanim pogadasz z Mikiem.- poradził. Dotknął moje ramię koniuszkami palców, aby zaraz z przesadną szybkością odsunąć dłoń, tym samym ukazując jak bardzo się poparzył. Ze skwaszoną miną, udawanym bólem i lekkim syczeniem z całej siły dmuchał na palce, aby uśmierzyć rzekomy ból. Zobrazowanie mojej wściekłości naprawdę bardzo dobrze mu wyszło. Spojrzałam na niego morderczym wzrokiem. – Mike nie jest w dobrym humorze.-  na jego twarzy też na chwile zagościł ponury wyraz. A trzeba wiedzieć, że on zawsze jest szczęśliwy. Potrafi obrócić wszystko w żart, mało tego w taki sposób, aby innych tym nie obrazić, czego Justin nie potrafił.
Od razu powinnam powiedzieć Mike’owi, co zrobił, a raczej czego nie zrobił jego nowy współpracownik. Pozwolę sobie ominąć wydarzenia, które nie powinny mieć miejsca.
- Ja wiem, że wściekłość dodaje seksapilu, ale jesteś… Na jego miejscu bałbym się ciebie.- powiedział i spojrzał znacząco na mnie, co oznajmiło mi, że Justin jest za moimi plecami.
- Szkoda, że tylko ty.- mruknęłam ciszej, patrząc jak idzie na górę po schodach, unikając ze mną kontaktu wzrokowego.
- Nowy ci dokucza? – zapytał z niedowierzaniem, jego ton głosu wskazywał na to iż jest po mojej stronie, ale w kącikach jego ust czaił się cwaniacki uśmieszek. Justin też tak robi… oboje bardzo często tego nadużywają. – Nie boi się naszej nieustraszonej Rachelle? Chcesz, to mogę ustawić go jak należy.- zaproponował, przecierając ręce i szczerząc zęby.
- O proszę cię Scoot, nie zabieraj mi tej przyjemności.- mówiąc to uśmiechnęłam się i położyłam mu rękę na ramieniu, patrzyłam na niego błagalnym wzrokiem i zatrzepotałam rzęsami. Zaśmiał się i poprawił mi tym humor.
- Uważaj, to uwodziciel, jeszcze się w nim zakochasz.- zażartował, a ja poczułam się troszkę słabo.
- Mike mi wystarczy, Scoot dzięki za troskę, ale muszę odpocząć.- szybko go ominęłam i popędziłam do swojego pokoju.











________________________________________

Nawet nie wiecie jak się cieszę, z tego że mam wolne...
Mam dla Was obiecaną niespodziankę!
Na początku chciałam to zlecić komuś, ale stwierdziłam, że spróbuję.
Nigdy nie robiłam tego typu rzeczy, dlatego nie jest idealny.
W sumie nie spodziewałam się, że tak dobrze będzie to wyglądało...
Okej, wlewam sobie... kończę to już. 
A oto on, TA DAM! Zwiastun Touch Angel : 






Możecie go znaleźć na stronie ,,Zwiastun''  Poza tym proszę o Waszą opinię
na temat rozdziału i samego zwiastunu.
Uwagi zawsze dają rady na przyszłość xD 
Mam dzisiaj niesamowicie dobry humor, życzę Wam
abyście też mieli taki napad euforii jak ja dzisiaj ;p 
Notki spodziewajcie się niedługo. ;) 

Do tego piosenka, którą większość zapewne zna,
ale nie mogłam się oprzeć, by o niej nie wspomnieć.





Poza tym mała prośba - wpisujcie się w liste informowanych,
ponieważ dużo mi to ułatwi, jeśli mam Was powiadamiać.
Jeżeli nie macie Twittera, to dajcie cokolwiek
czym mogłabym się z Wami połączyć. ;p 
Jestem dostępna zawsze dla Was na moim profilu. 
Do następnej i dziękuję stałym czytelniczkom!
Jesteście prawdziwym skarbem ;) 
Mam nadzieje, że zostaniecie ze mną do końca.


Do następnej! 


Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam, 
tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, lub po prostu wiesz, że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje
napisz komentarz.


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Rozdział 16





Jak może wyglądać poranek w towarzystwie przystojnego chłopaka? Odpowiedź: bajecznie. Moje życie nigdy nie było bajeczne, a więc…
Jestem z przystojnym chłopakiem, jest ranek, słońce świeci, ptaszki śpiewają, a ja leżę przytulona do przystojnego chłopaka, jesteśmy gdzieś w środku lasu. W sumie, to nie mam pojęcia gdzie faktycznie jesteśmy. Nie błyszczymy świeżością, jesteśmy brudni od krwi i ziemi. Boli mnie noga, a konkretniej rana na niej. Leżymy na ziemi, na której jest pełno robali. Przystojny chłopak jest oparty o pień drzewa, po którym również chodzą robale. Nie wiadomo czy przez sen jakiegoś nie połknęłam. Po tej cudownej nocy spędzonej w lesie z przystojniakiem, którego nienawidzę i z którym kiedyś się przespałam, czuje że wszystko mnie swędzi, bo pogryzły mnie komary. Jak widać, mam wspaniały humor, a mój jedyny jak na ironię towarzysz płci męskiej, który nie jest gejem ma z tego wielką radochę. Wspominałam, że ledwo uszliśmy z życiem, a moja najlepsza przyjaciółka oraz siostra faceta, który jest moim chłopakiem i równocześnie najgorszym przestępcą na świecie oraz jej partner do misji, którym jest zainteresowana zaginęli? No i jeszcze muszę opiekować się dużym atrakcyjnym, umięśnionym dzieckiem, które przy najbliższej okazji chce mnie przelecieć, (to nazywają seksoholizmem, ale możemy pominąć ten szczegół). Miało się mną opiekować, ale dziwnym trafem to ja zajmuje się nim. W sumie to on jest dla mnie jedynym (jak na razie) potencjalnym zagrożeniem. Niezły temat na książkę… 


 ,,Rachelle Roberts – Droga przez piekło.’’ 


Wyszłaby z tego naprawdę dobra biografia, przynajmniej nie byłaby nudna. 
Kiedy już wydostałam się z silnie zaciśniętych ramion Justina, w taki sposób, żeby go nie obudzić (co było naprawdę wyczynem, za który powinnam dostać medal). Ostatnim razem nie wyszło mi to za dobrze, biorąc pod uwagę, że obudził się akurat wtedy, kiedy miałam go zabić. Oczywiście na myśl o tym nie mogłam się nie uśmiechnąć. Justin wczoraj wieczorem powiedział mi, że jest tu gdzieś jakaś rzeka. Z zaciśniętymi zębami kuśtykałam w jej stronę, ponieważ czułam się brudna. Po jakiejś godzinie stałam na jej brzegu. Rozejrzałam się dookoła. Widziałam w oddali most, z którego prawdopodobnie wylecieli Monique i Jev. Postanowiłam, że jak tylko doprowadzę siebie do porządku (na ile to możliwe w dziczy) zacznę poszukiwania. Tęskniłam za moim pokojem w naszej siedzibie. Miałam też nadzieje, że Mike stęsknił się za mną przez ten czas. Tak naprawdę, czego ja oczekiwałam? Tego, że się zmieni? Właściwie tak.
Może nie liczyłam na to, że stanie się dobrym człowiekiem, ale chciałam by nie był całkiem zły. Musiała zostać w nim jakaś cząstka człowieczeństwa. Wierzyłam w to. Nie chciałam wyobrażać sobie, co robił podczas mojej nieobecności. Może ta długonoga blondyna umila mu czas? Kiedyś to była moja rola. W sumie ja też nie byłam wobec niego w porządku. Ale sam załatwił mi prywatnego trenera. Spisał się idealnie, naprawdę. Jak dowie się, że zawaliliśmy również tę misję na pewno się wścieknie. Teraz to nie wiem, czy chcę tam wracać. Moglibyśmy tu jeszcze trochę zostać… To wszystko wina Justina, on komplikuje nasze zadania i uniemożliwia nam ich wykonanie. Chociaż ja też, nie powinnam chodzić taka rozkojarzona, tylko uczyć się od niego jak dezorientować innych. Wiedziałam, że nie jest dla mnie odpowiednim partnerem. Rozebrałam się do majtek i usiadłam mocząc obie nogi w wodzie. Po zetknięciu się rany z wodą odnosiłam wrażenie jakby podpalano mi tam skórę. Szczypało. Zacisnęłam zęby i schyliłam się, żeby ją zobaczyć. W tym momencie wpadłam do wody. Niezdara ze mnie. Naprawdę nie wiesz jak bardzo masz rozwiniętą koordynację o tej porze? Twój trener ostrzegał cię, żebyś do niej nie zaglądała. – włączyła się moja szydercza podświadomość. Nie dostrzegłam wcześniej, że nurt był tak silny. Walczyłam. wierzgałam na wszystkie strony nogami i rękami, usiłowałam przytrzymać się brzegu, ale to wszystko na nic. Woda była letnia i zalewała moja twarz. Spazmatycznie łapałam powietrze... Przełknęłam ślinę i czułam jak serce wyrywa mi się z piersi. To już koniec. Popłynę sobie rzeką i wpadnę do Atlantyku. Nawet nie zdążę się z nikim pożegnać. Nie wygarnę Justinowi jakim jest idiotą, nie będę miała okazji nawrzeszczeć na Mike’a i uświadomić mu, że to, co robi jest bardzo złe. Nie powiem Monique, że jest najlepszą osobą, jaką spotkałam w moim życiu. A to wszystko przez moją głupotę. Myślałam, że umrę inaczej. Nie chciałam wtedy patrzeć na krzaki i las. Coraz trudniej oddychałam i zalazłam się łzami. Usłyszałam krzyk przedzierający się przez szum w moich uszach. Miałam w nich pełno wody. Zrobiło mi się słabo. Ujrzałam scenę jakby wyciętą z filmu. Justin w białej bokserce poprawiał włosy i uśmiechał się do mnie. Oświetlało go białe światło dochodzące z okna. Z jego ust wyczytałam coś w rodzaju Kocham Cię. Był naprawdę szczęśliwy, miał ten błysk w oczach. Patrzył się na mnie tak, jakbym była jego całym światem. Dotknął mojego policzka zbliżając się do ust. Nagle wyimaginowane wspomnienie zniknęło, a ja wróciłam do rzeczywistości.
Chwilę potem, gdy zdecydowałam się otworzyć oczy zorientowałam się, że trzymałam prawdziwego Justina w pasie wbijając w niego paznokcie. Ciągnął mnie do brzegu. Wdrapał się na ziemię i wyciągnął mnie z wody ciężko oddychając. Wyplułam wodę, której jeszcze nie zdążyłam się napić prosto w jego twarz. Zrobiło mi się zimno i wreszcie dotarło do mnie, że jestem zmarznięta, mokra i półnaga. Zakryłam rękoma piersi. Justin wytarł swoim mokrym ubraniem twarz, co w sumie nie miało najmniejszego sensu. 
- Jak ty to robisz? – zapytałam czując, że się rumienię.
- Co takiego? – powiedział pożerając mnie wzrokiem. 
- Pojawiasz się znikąd i ratujesz mi życie. – stwierdziłam, dostrzegając jak bardzo głupio brzmi to zdanie. 
- Jestem bohaterem. – odpowiedział, nie odwracając wzroku od mojego ciała.  Prychnęłam, wywracając oczami.
- Przestań się gapić. – warknęłam oburzona przyciskając, ręce do piersi jakbym chciała, żeby znikły. – Gdzie są moje ubrania?
- Nie mam pojęcia.- wzruszył ramionami i podejrzanie się uśmiechnął. 
- Nie ciesz się tak i daj mi moje rzeczy! – wrzasnęłam. Zapominając o tym, że obiema rękami zakrywam biust, uderzyłam go w ramie. Wyglądał śmiesznie, miał mokre, przylizane włosy i marszczył brwi, a na czole pojawiły mu się zmarszczki mimiczne. 
- Nie masz się czego wstydzić, widziałem cię całą. – to ostatnie słowo dosadnie podkreślił. Czy mógłby być chociaż trochę gorszym uwodzicielem? Odetchnęłam głęboko.
- Oddaj mi moje ubrania, ja nie żartuje.- westchnęłam i patrzyłam na niego z nadzieją, że zostawi mnie w spokoju. W końcu poszedł po nie. Były schowane w wysokiej trawie niedaleko najbliższych drzew należących do lasu.
- Bez nich wyglądasz lepiej.- stwierdził susząc zęby. Nie przepuści okazji do zabawy. Szczególnie do takiej, w której ja jej nie widzę. 
- Daj! – ryknęłam znów bez rezultatu. Wstałam z ziemi i miałam ochotę wrzucić go do rzeki i zadusić, zostawić na samym dnie. Oczywiście uprzednio odbierając mu moją bluzkę, spodnie i stanik. 
- Okej, ale coś za coś.- wstał i zmierzył się ze mną wzrokiem.
- Czego chcesz żmijo? - zapytałam
- Pocałunku.- uśmiechnął się czarująco. 
- Okej.- musnęłam szybko jego usta i czekałam, aż dostanę z powrotem moje ubranie. – Oddawaj!- rozkazałam pewnym tonem. Ale jak zwykle nasze zdania się nieco różniły. 
- Dłuższego.- zażądał i zanim zdążyłam zaprotestować (chłopak ma naprawdę niezły refleks, trzeba mu to przyznać) objął mnie swoim silnym ramieniem. Poczułam jego wilgotną skórę. Była cieplejsza od mojej. Pocałował mnie z pasją, jakiej długo nie czułam. Miałam wrażenie, że całuję tego chłopaka, z którym spotkałam się pierwszy raz, który był przeciwieństwem mojego nieznośnego trenera. Ta chwila czułości trwała tak długo, aż zabrakło nam powietrza w płucach. Za nic żadne z nas nie chciał go przerywać. Wiem, że tracę głowę, ale może taka się urodziłam? Próbowałam to powstrzymać, ale ten moment przypomina stan upojenia. 
- Wystarczy.- wyszeptałam, bo nie dałam rady normalnie mówić. 
- Jeszcze raz.- mruknął, pochylając się w stronę moich ust. Odsunął moją dłoń zakrywającą piersi i zarzucił ją sobie na ramię. Na jej miejscu położył swoją. Ścisnął moją pierś, co spowodowało, że przeszedł przeze mnie prąd. Bezczelnie wykorzystuje sytuację. Nadepnęłam go zdrową nogą, aby się ode mnie odczepił.
- Pieprz się.- warknęłam i z ręki, którą mnie obejmował wyszarpnęłam mu moje rzeczy i odeszłam w głąb lasu się przebrać.
- Z tobą zawsze! – usłyszałam zza pleców krzyk mojego Romeo. Jednak chcę do domu. 



******



- Jak tylko wrócimy z Monique i Jevem do Mike'a, zapominamy o tym, co nie powinno się zdarzyć. – uznałam, jedząc grzankę. Siedziałam naprzeciwko Justina na stacji benzynowej w stylu lat osiemdziesiątych z barem. Miło było coś wreszcie zjeść. Trochę nam zajęło dotarcie tutaj, ale było warto. Byłam tak bardzo głodna, że zjadłabym z wielką ochotą płatki owsiane, za którymi nie przepadam.
- To jest moja praca.- powiedział wreszcie z buzią pełną smażonego bekonu. Nie sposób było się nie śmiać z tego widoku. – Co?
- Jesz jak świnia.- powiedziałam przez śmiech. – I masz gniazdo na głowię.- jak on to robi, że wyglądając, jakby przed chwilą przeszło po nim tysiąc wściekłych wiewiórek, a parę z nich założyło sobie zapasy w jego włosach, nadal przypomina modela z okładki Teen Vogue.
- Masz coś we włosach.- nachylił się przez stół i z uwagą rozdzielił kosmyki moich włosów.
– Au!
- Przepraszam, pociągnąłem cię? – zapytał takim tonem jakim dziecko przeprasza swoją mamę, że wzięło lizaka bez pytania. 
- Żartowałam.- uśmiechnęłam się do niego.
- Nieśmieszne.- skomentował cierpko.
- A zabieranie mi ubrania to już tak?
- To część treningu.- oznajmił z szerokim uśmiechem, na twarzy. – Dobry nauczyciel ćwiczy wszędzie. – Świetnie, mamy tu prawdziwego trenera z powołania.
- Ale nie chcę ,,ćwiczyć’’ parę minut po tym, kiedy prawie umarłam.- powiedziałam mrużąc oczy.- Nie uważasz, że to przesada? Poza tym, czy naprawdę jestem taka najgorsza? - Nie wierzę, że akurat jego pytam o zdanie.
- A kto powiedział, że wtedy to ty ćwiczyłaś? Może ja próbuję się czegoś od ciebie nauczyć? - powiedział tajemniczo.
- Przestań robić mi wodę z mózgu.- powiedziałam szybko, połykając ostatni kawałek tostu.- Spróbowałbyś poćwiczyć sobie z Jeviem. Nowe doświadczenie na pewno by cię wzbogaciło. 
- Ha, jeszcze bardziej śmieszne.- zironizował i zaczął udawać, że się śmieje.
- Jak nie to nie, ale ja nie będę twoją zabawką.- powtórzyłam ku jego przestrodze po raz setny. Wciąż żywiłam tą głupią nadzieję, że za którymś razem mnie posłucha.
- Szkoda, bo świetnie się tobą bawię.- uśmiechnął się i rozłożył wygodnie na kanapie, patrząc na mnie uważnie z założonymi rękoma pod głową. 
- Jak ich znajdziemy? – zapytałam składając talerze, aby kelnerka mogła je zabrać. 
- Myślę, że przejdziemy się nad rzekę, a teraz do drzwi.- rozkazał nieoczekiwanie nim zorientowałam się co się dzieje i o co mu chodzi chwycił mnie za rękę, i wybiegliśmy z baru nie płacąc za jedzenie. 
- Nie mogliśmy zapłacić? - powiedziałam z paniką słysząc jakiś męski głos, który kierował w naszą stronę wyzwiska.
- Jesteśmy w mafii, my nigdy nie płacimy. Poza tym, masz coś przy sobie? – zapytał, widząc moją minę. – No właśnie. 
Schowaliśmy się za samochodem, Justin podszedł do drzwi kierowcy i kombinował coś przy zamku, aż go nie wyłamał.
- Co ty wyprawiasz? – spytałam zaskoczona.
- A jak ci się wydaje, księżniczko? Załatwiam nam karocę.- warknął otwierając drzwi.- Dalej, wsiadaj. – poganiał mnie.
Oszołomiona wsiadłam z drugiej strony. Justin od razu odpalił silnik i wyjechał z parkingu potrącając właściciela. Wcisnął pedał gazu i przekraczając prędkość jechaliśmy bez celu, jak najdalej od kolejnych kłopotów, których spodziewaliśmy się niedługo. 
- Działasz jak klej na problemy.- wywnioskowałam na głos, składając ręce na piersi.
- Mógłbym to samo powiedzieć o tobie.- oderwał jedną rękę od kierownicy, zaczynając przeszukiwać nerwowo całe auto. Obserwowałam go zdziwiona, gdy grzebał w kieszeni swoich spodni. Wyjął z niej zapalniczkę.- Trzymaj!- powiedział, wrzucając mi ją do rąk.- Zobacz czy działa. 
- Szczerze wątpię, żeby po kąpieli...- urwałam, ponieważ zapaliła się. Spojrzał na mnie z wyraźnym zadowoleniem na twarzy.
- Uprzedzając twoje następne pytania, jedziemy nad rzekę, spalimy tam ten samochód i poszukamy ich.- wreszcie, ktoś mi coś mówi… to się chwali. Może on wcale nie jest takim najgorszym partnerem?
- A jeżeli... – przełknęłam ciężko ślinę.
- Na pewno żyją.- zapewnił i przejechał opuszkami palców po moim ramieniu, dodając mi tym otuchy.
Po jakiś trzech godzinach przejażdżki terenowej po brzegu rzeki, doszliśmy do wniosku, że jedziemy w złą stronę, a jeszcze bardziej zadziwiające było to, że nigdzie nie widzieliśmy wraku samochodu i naszych przyjaciół. 
- Jak mogłeś nie zauważyć, że jedziemy przeciwnie do prądu wody? - zapytałam zażenowana podpierając się łokciem o szybę z ręką przy czole. 
- Dezorientujesz mnie. Dla ciebie wszystko się rusza, wszędzie widzisz ludzi.- powiedział wkurzony. 
- Próbuje pomóc.
- Nie pomagasz.- zatrzymał samochód.
- Och wiem, po prostu zawróć.- mruknęłam wściekła i machnęłam ręką bezradnie.
- To nie będzie takie proste, mało tu miejsca.- syknął przez zęby. 
- To wpakuj go do wody, tylko pozwól mi wysiąść. I tak chciałeś go spalić. 
- Tak, ale chciałem to zrobić w jakimś celu.- spojrzał na mnie. Wytrzymałam jego spojrzenie. Siedzieliśmy tak w chwili ciszy.
- Oświeć mnie.- poddana westchnęłam w końcu.
- Nie uważasz, że samochód który został skradziony i nagle sobie dryfuje po wodzie jest podejrzany? – syknął takim tonem, przez co poczułam się przy nim wyjątkowo głupia. 
- A, po to.- wydusiłam rozumiejąc. - Dobra wysiadamy i idziemy pieszo. 
- Ściemnia się. Nie znajdziemy ich już dzisiaj.
- Nie, nie i nie! Nie namówisz mnie na kolejną noc w lesie!- spojrzałam na niego przerażona, stanowczo kręcąc głową. Zdawał się panować nad sytuacją, ale ja nie. Oddalił się ode mnie i zaczął się rozglądać. 
- O patrz, tam coś jest! - wykrzyknął. Serce zabiło mi szybciej, podbiegłam do niego. Znaleźliśmy ich! Całe szczęście!- krzyczałam w duchu uradowana.
- Widzisz ten stary samochód?
- Myślałam, że widzisz Monique i Jeva...- jęknęłam zrezygnowana i założyłam ręce na piersi. Mój gwałtowny entuzjazm znikł równie szybko jak się pojawił. - No i co z tym samochodem?
- W nim dzisiaj śpimy. - oznajmił bez ustalania tego ze mną.
- Ale on jest kogoś.- napomknęłam.
- Ten skradziony też nie był niczyj.- przypomniał mi. Przed nami rozciągały się kilku hektarowe pola. W oddali widziałam jakieś gospodarstwo wiejskie. 
- A właśnie. Zostań tu.- powiedział i poszedł w stronę skradzionego samochodu. Zapalił zapalniczkę i podpalił samochód. Na początku spokojnie się podpalał. Justin zaczął biec w moją stronę. Chwile później ciszę przerwał huk i samochód eksplodował. Ptaki wystraszyły się i wyleciały w powietrze. Pewnie inne zwierzęta też były przerażone. 
- I jak, spodobało się?
- Czad, normalnie. - powiedziałam z sarkazmem.







___________________________________________

Witajcie po długiej przerwie!
Przepraszam, że musieliście tak długo czekać. 
W ciągu tych świąt wielkanocnych, spodziewajcie się
kolejnego rozdziału. 
Szykuje coś specjalnego, ale o tym później.
Najcudowniejsza piosenka, której zawdzięczacie ten rozdział: 




 Teledysk  po prostu niesamowity. Uwielbiam <3 

Zapraszam jak zwykle na mój twitter,
 jeżeli chcielibyście mnie troche powyzywać, albo po prostu pogadać. 



Jeżeli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam, tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, lub po prostu wiesz, że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje
napisz komentarz.




czwartek, 10 kwietnia 2014

Jesteście najlepsi z najlepszych!





Ogłaszam wszem i wobec, że rozdział pojawi się w niedzielę 13 kwietnia. 
Dziękuje, że tyle czekaliście i jesteście ze mną. 
Dodam 2 rozdziały w ciągu 2 tygodni. 
Wiem, że zakładając bloga powinnam być punktualna i pisać często. 
Czuje, że Was bardzo zaniedbuje. Przepraszam.
Jeżeli uda mi się lepiej dysponować czasem trzy rozdziały miesięcznie macie jak w banku. 
Kocham Was i dziękuje. ;) 




czwartek, 6 lutego 2014

Rozdział 15




Poczułam, że robi mi się zimno. Chciałam otworzyć oczy, ale za bardzo się bałam. Dreszcze przebiegły po moim ciele, co oznacza że jestem cała i zdrowa. Ach, to cholerne szczęście. Dotarło do mnie coś jeszcze, mianowicie to, że nie jestem sama. Czułam czyjś dotyk. Ktoś trzymał mnie za rękę i to z bardzo konkretną siłą. Mówił chyba do siebie, a przez szum drzew i ból głowy nawet nie usiłowałam tego zrozumieć. Leżałam na czymś twardym. Ubita ziemia, trawa, gdzie nie gdzie kamienie... na pewno to było to. A tam gdzie ziemia, trawa i kamienie… tam są też robale. Dobra, dosyć śpiąca królewno, trzeba się ruszyć. Na pewno ktoś, zauważył mój grymas na twarzy i pochylił się nade mną niżej.
Poczułam czyjeś usta… znajome, ale nim to do mnie dotarło otworzyłam oczy.
- Hej, nie tak szybko.- warknęłam czując ostry ból w nodze. Nie potrzebuje żadnego RKO. Ciemny kształt zaczął nabierać kolorów i ostrości. Okazał się być NIM. – Matko przenajświętsza… znowu ty. Dlaczego, Boże dlaczego ty mi to robisz? – westchnęłam na głos patrząc w niebo. Powoli zaczynało się ściemniać.
- Skończyłaś już? – mruknął Justin, wbijając we mnie swój wzrok. Pomógł mi wstać.- Jak się czujesz? - ależ on troskliwy… przecież ja tylko wyskoczyłam z pędzącego samochodu jakiś czas temu... Drobnostka.
- Poradzę sobie sama.- odparłam, zabierając swoje ręce z jego szyi.
- Jak zwykle... zawsze musisz być taka uparta? – zapytał mój wybawca.
- Czekaj, niech pomyślę... to bardzo trudne pytanie.- powiedziałam z przekąsem.- Myślę, że tak, inaczej nie byłabym sobą.- uśmiechnęłam się słodko. Po czym stanęłam o własnych siłach na ziemi.  – Au! - jęknęłam z bólu i spojrzałam na swoją nogę.
- Mówiłem.- bez jakiegokolwiek uprzedzenia wziął mnie na ręce.
- Nienawidzę tego. – westchnęłam.- Jak zgrywasz bohatera.- uściśliłam widząc jego niezrozumiałe spojrzenie.
- Jestem nim. – odparł z dumą, a ja wzniosłam oczy ku niebu… ponownie.
- Jesteś silny. – stwierdziłam inteligentnie, gdy z łatwością mnie niósł. Zastanawiałam się, czy przeszkadza mu rana, ale z przykrością musiałam stwierdzić, że tym razem, na pewno mu jej nie opatrzę. Dlaczego? Wiem, czym mogłoby się to skończyć, a tego właśnie chciałabym uniknąć. Teraz miałam świadomość, co tak naprawdę się dzieje i nic już nie mogłoby mnie usprawiedliwić. – Jak tam twoja rana na brzuchu... boli? – uśmiechnęłam się na samo wspomnienie naszej chwili w ciasnej łazience, mając nadzieje, że tego nie spostrzegł. Śmieszyło mnie to, że potrafiliśmy ze sobą rozmawiać w taki sposób, jakbym wcale nie należała do tego ześwirowanego świata wariatów. Jakbym wcale przed chwilą nie otarła się o śmierć, ścigana przez gangsterów, którzy jakimś cudem wiedzą kim jestem, a to jest jeszcze bardziej niepokojące. Jakbyśmy byli zwykłymi nastolatkami... na spacerze, cóż może w samym środku dzikiego lasu, ale jak zwał tak zwał.
- Nie boli.- powiedział sucho. Nastała chwila ciszy. Wpatrywaliśmy się w siebie, a ja usiłowałam się nie rumienić.
 - Dobra, przypuśćmy, że ci wierzę. Opowiesz mi co się stało i jakim cudem mam tak zmasakrowaną nogę? – stwierdziłam, że w takim układzie muszę sięgnąć po konkrety.- Gdzie Jev i Monique? – uświadomiłam sobie nagle ich nieobecność. Boże, nie możesz być nim tak zaślepiona, to nigdy się tobie nie zdarzało.– pomyślałam mentalnie uderzając się w twarz. Siostra Mike’a jest dla mnie jak rodzina… jak mogłam o nich zapomnieć? Powinnam od razu zapytać. Mam szczerą nadzieje, że Justin nie dowie się jak wielki ma na mnie wpływ, bo bez trudu by to wykorzystał. – Pamiętam jak jechaliśmy samochodem i Monique coś wykrzyczała, ale dalej film mi się urwał.- dodałam, ułatwiając mu początek.
- W sumie sam za bardzo nie wiem.- przyznał. Otworzyłem drzwi i wyciągnąłem cię z auta na ulicę razem ze sobą. Przeturlałem się pod tobą, aby się wydostać i zejść im z drogi. Chwilę później zorientowałem się, że straciłaś przytomność. Monique wyrwała otwarte drzwi trafiając w jakiś słup napięcia. W oddali był most… tam ona po prostu zjechała samochodem prosto w rzekę. Nasz uroczy Slade i jego przyjaciele prawie skoczyli za nią, ale nie mogąc wymanewrować, pojechali naprzód. Chyba Jev ,,niechcący’’ załatwił im hamulce.- Rzeczywiście nic nie pamięta…- Potem zaciągnąłem cię w głąb lasu, wykorzystałem seksualnie kiedy spałaś i czekałem, aż się obudzisz.- uśmiechnął się zadziornie. Oczywiście na ostatnie słowo zdębiałam i poczułam przyjemne uczucie w brzuchu… Chwila? Przyjemne? W pewnej chwili zaczęłam żałować, że byłam przy tym nieobecna, ale odpędziłam tą myśl, bo musiałam zacząć:
- JAK MOGŁEŚ.- krzyknęłam, ale nie dał mi dokończyć mojej litanii.
- Wyluzuj, tylko żartowałem. Zedrę z ciebie ubranie dopiero wtedy, gdy ty będziesz tego chciała.- nie przemyślałam tego, powinnam mu to odpłacić siarczystym policzkiem, ale jego obietnica skutecznie mnie pobudziła. Cholerny profesjonalista. Jak może żartować akurat teraz, gdy zgubiliśmy Monique i Jeva? Nie jestem w nastroju na takie żarty.
- To nie jest dobry moment na twoje błaznowanie, ale muszę cię uświadomić, że twoje życzenie nigdy się nie spełni.- zniszczyłam mu to fantastyczne złudzenie. Chociaż nie ukrywam, że szczególnie gdy był przy mnie, nie raz sama o tym myślałam. Mimo tego, musiałam opanować jego zboczone perswazje. Przynajmniej na teraz. – Co teraz zrobimy? – zapytałam.- W ogóle wiesz dokąd idziemy? – zmarszczyłam brwi, ale nie usłyszałam żadnej odpowiedzi.- Nie masz pojęcia, gdzie idziemy, prawda? - odpowiedziałam samej sobie, na co twierdząco pokiwał głową. Ciężko westchnęłam.
- Wygląda na to, że będziemy spać w lesie. – mówił tak radosnym tonem jakby ta dżungla była pięciogwiazdkowym hotelem z widokiem na Atlantyk, a co najlepsze nie musielibyśmy za niego płacić. Poprawka, on by nie musiał. – Dzika puszcza jest tak podniecająca.
- Ty się cieszysz? – spojrzałam na niego z dołu.- Musiałeś mocno uderzyć się w głowę przy kontakcie z asfaltem. – mruknęłam czule i pogładziłam go po głowie jak małe dziecko.
- Żywa natura. Pewnie dużo tu zwierząt. Dzikich zwierząt.- zaczął. Ach, już wiem czym się tak cieszył…
- Myślisz, że są tu kojoty, wilki czy coś w tym stylu? – spytałam, zaczynając się bać i rozglądać dookoła.
- Może lisy… Z pewnością tu dużo robactwa i wężów. Czyż nie uroczo? – uśmiechnął się z błyskiem w oczach.
- Justin, błagam jeszcze jedno słowo, a utnę ci te twoje dwa skarby sama.- powiedziałam, licząc że da sobie spokój. Nie byłam na tyle naiwna, żeby sądzić, że mi w to uwierzy, ale zawsze warto próbować, no nie?
- Lubię jak się boisz. To takie zabawne.- szepnął mi do ucha. Za to on powinien bać się mnie. Już ja to kiedyś zmienię.
- Cóż, dla mnie nie.- warknęłam wściekła, że musi mnie nieść, bo inaczej przywaliłabym mu. Jeden dzień... jeden pieprzony dzień, a ja znowu wylądowałam z nim w lesie. Nie lubię lasów, od dzisiaj.
- Nie ruszaj się. Jakiś pająk po tobie chodzi... hm tarantula, rzadki okaz.- powiedział naprawdę przekonująco, może to dlatego, że miałam fobie na punkcie tego typu zwierzątek i od razu czułam wszystkie razem na sobie. Były wszędzie. Zaczęłam się wyrywać i krzyczeć. Machałam rękami dookoła celowo natrafiając na jego twarz.
- Uspokój się, niczego na tobie nie ma. Nie możesz tak głośno krzyczeć, bo naprawdę zjawi się jakieś drapieżne zwierzę czekające na świeże mięso.- oświadczył poważnym tonem i puścił mnie.
- Przestań. Bardzo grzecznie proszę. Do czasu. – syknęłam łapiąc się za nogę, kiedy tyłkiem wylądowałam boleśnie na ziemi.
- Co ty wyprawiasz? – widząc, że się ode mnie oddala, lekko się wystraszyłam.
- Nie chciałaś, żebym cię niósł.- Ma rację, nie chciałam, ale on robi to tylko dlatego, żeby mnie zdenerwować. – Trzeba rozpalić ognisko.- Tak! Zawsze o tym marzyłam.. pobawmy się w jaskiniowców! Nasi przyjaciele przecież wcale nie zginęli.
- Dobrze, tylko wróć. – mruknęłam tylko.
- Będziesz tęsknić?
- Tak, bardzo.- zironizowałam i wywróciłam oczami.
- Nie wariuj i nie rób nic z nogą, bo zrobisz sobie krzywdę. Radziłbym nie zaglądać.- powiedział na odchodnym, zatrzymując wzrok na opatrunku na mojej nodze.
Zostałam sama. Nie chciałam zostać sama. Zaczęłam się bać. Co chwilę coś szeleściło. Słyszałam jakieś odgłosy zwierząt i przeraźliwe huczenie sowy. Nawet nie wiem, kiedy zrobiło się ciemno. Ile można zbierać głupie patyki? Zrobił to specjalnie... już ja mu się odwdzięczę, gdy wróci. Usłyszałam pękanie gałązek.. A jeśli ktoś dorwał Justina? Był bardzo przystojny, jakiś grasujący po okolicy zboczeniec mógł się nim zająć. Aż zrobiło mi się go żal… pomijając fakt, że sama chciałabym go w najbliższej chwili rozebrać. Czy moje życie musi się kręcić wokół pożądania? I to jeszcze takiego, które kręci się tylko wokół wybitnie irytującego i seksownego imbecyla? Nienawidzę go. Gdyby nie on, nie zachowywałabym się teraz jak typowy facet, który myśli tylko o jednym. Ale o tym właśnie myślę, gdy go widzę... nawet jeśli go nie widzę, to mam dość wyobraźni by podziwiać go w myślach. Przeklęty specjalista. Nagle poczułam, że coś się do mnie zbliża. Bałam się spojrzeć w tamtą stronę, zacisnęłam ręce w pięści. Ogarnij się, poczekasz aż to coś cię zje, albo ktoś walnie cie od tyłu w głowę? Idiotka. Obróciłam się... zauważyłam ruch w krzakach. Potem przerażające sapanie. Rzuciłam się biegiem w przeciwną stronę. Nie myślałam o bólu, bardziej zależało mi na tym, by uciec, a adrenalina w tym przypadku zdziała cuda. Parę minut później trafiłam na coś twardego.
- Aua.- jęknęło.
- Justin? - zapytałam.
- Nie, świnia.- mruknął, biorąc głęboko powietrze.
Leżałam na nim. Na chwilę zapatrzyłam się w jego usta.
- Z tym mogłabym się kłócić, bo jesteś tym i tym.
- Zejdziesz ze mnie? - mruknął.
- Dziwne, zwykle lubisz jak się do ciebie przyklejam.
- Może to dlatego, że rozrzuciłem z tysiąc patyków, które usiłowałem uzbierać jeszcze jakieś kilka minut temu? A parę z nich dusi mi żebra. – dodał i spojrzał na mnie z grymasem. – Co się dzieje? Czemu biegasz?
- Ktoś tu jest i obserwuje nas.- przypomniałam sobie. Szybko zeszłam z niego.
- Co ty bredzisz, wydaje ci się. – odpowiedział wstając.
- Chcesz mi powiedzieć, że nie widzisz tego dużego kształtu przed nami? - uśmiechnęłam się kąśliwe, a następnie odruchowo schowałam za nim. Widziałam jak wyjął z tylnej kieszeni nóż. Usłyszałam warczenie, ale było to coś innego niż zwykły pies.
- Ja się nim zajmę, a ty idź. Znajdę cię. Chociaż raz mnie posłuchaj.- powiedział szeptem wpatrując się w cień przed nami. Z nerwów zrobiło mi się nie dobrze. W ustach miałam metaliczny smak strachu. Cokolwiek się stanie nie chciałam tego oglądać. Posłuchałam go i pobiegłam w przeciwną stronę.




*****



Nie wiem ile biegłam. Gdy usiadłam opierając się o pień drzewa zdałam sobie sprawę, że zostawiłam Justina samego z dziką bestią. Nie powinnam się nim martwić, ponieważ to nie ja tu jestem mężczyzną. Nie wiem ile czasu minęło, ale wrócił. Umazany krwią, ale cały. W rękach trzymał gałązki. Ułożył kamienie w okrąg i w środku umieścił gałęzie. Obserwowałam go uważnie.
- Już po wszystkim.- powiedział i usiadł obok mnie.- To był zwykły wilk. Odstraszyłem go.- wyjaśnił, poprzedzając moje pytania. -  Nic mi nie jest.
- Jakby to robiło mi jakąś różnicę...- robiło i to wielką, ale czy ja muszę być z nim szczera? Nie. 
- Widzę, że humor ci dopisuje.- uciął, ale nie był zadowolony. – Jak noga?
- Dobrze.
- Pokaż.- odruchowo się odsunęłam. – Nie zrobię ci krzywdy.- obiecał ciepłym głosem. Rozdarł mój rękaw, na co krzyknęłam, ale położył palec na moich ustach. Zmienił opatrunek, a ja powstrzymywałam się, aby nie spojrzeć na ranę.
- Musiałem to zrobić. Od mojego ubrania mogłabyś mieć jeszcze większe zakażenie. – powiedział, zdjął kurtkę i położył mi na ramionach. Byłam zbyt zmęczona, by być dla niego chłodna i wredna, taka na jaką zasłużył swoim wcześniejszym zachowaniem. Było mi tak zimno. - Chodź bliżej.- spojrzałam na niego ostro.- Będzie ci cieplej, jak się przytulimy. Jeżeli będziesz chora, też nie będzie dobrze. – posłusznie to zrobiłam. Poczułam się bezpiecznie i mimo wszystkiego co nas spotkało zaznałam chwilę spokoju. Czułam jego zapach, był bardzo blisko mnie, przywarł do mojego ciała i ogrzewał je. To przypomniało mi ten dzień, w którym spotkałam go po raz pierwszy i tę noc, z której pamiętam niestety niewiele. Czułam, że gdy jest blisko bije ode mnie wewnętrzne ciepło, więc po chwili przestałam drżeć.
- Pierwszy raz, cieszę się że nie jestem sama.- powiedziałam na głos, zanim zdążyłam pomyśleć o tym, co robię.
- Miłe wyznanie jak na osobę, która co chwile mi coś zarzuca. – stwierdził tuląc mnie do siebie mocniej. Na chwile wstrzymałam oddech, zaskoczona tym gestem.
- Zdarza się. Ale naprawdę czasem jesteś nie do wytrzymania.- obróciłam głowę tak, aby widzieć jego oczy, nie myśląc o tym, że nasze twarze są niebezpiecznie blisko siebie. Tylko nie patrz na usta, bo on cie pocałuje... Chociaż właśnie tego byś chciała, czyż nie? - pouczyłam się.
- To nie ja. To ty boisz się tego, co jest między nami. Zaprzeczasz temu, co jest prawdą. – powiedział nie odchylając głowy.
- Proszę cię, przestań. – jęknęłam błagalnie zmęczona.
- Ale z czym.- zbliżył się jeszcze bardziej i oblizał usta. Jego jedna ręka oderwała się od moich ramion i ruszyła w dół do brzucha.
- Nie.- szepnęłam błagalnie, ale za wiele to nie dało. Gdy za chwile miałam się poddać, odsunął się i zaczął śmiać.
- Widzisz? Mam cię w garści.- uśmiechnął się zadziornie, tak jak tylko on potrafił. – Pociągam cie i to cię boli. A to co robię ci się podoba.
- Cholerny sadysta.- mruknęłam do siebie i odwróciłam głowę.- Jesteś gorszy niż pięć minut temu.
- Nawet jeśli ja też bym tego chciał, ostatnio groziłaś mi śmiercią. Więc mam prawo cię dręczyć.
- Nie masz. I nigdy mieć nie będziesz.- odsunęłam się od niego i usiadłam obok. – Zawsze ktoś mną rządził. Dlatego tego nie lubię. Ty też nie. Ale nie znasz takiego życia tak długo jak ja. W ogóle nic o tobie nie wiem. - uświadomiłam sobie, całkiem zapominając, że wszystko mówię na głos.
- Mi też nie jest łatwo. Jestem w tym świecie, ale nigdy mi się nie podobał. Nie mam pojęcia jak żyje się normalnie. Wiem, że jeśli chciałbym do niego wrócić, nie uda mi się. To jest jak cień, chociaż będziesz chciał przed nim uciec, on należy do ciebie i zawsze za tobą podąża.
- Przyznaję, czasem wcale nie jesteś aż taki głupi.- przyznałam, wiedząc dokładnie o co mu chodzi. Co jest naprawdę rzadkością, będę musiała to gdzieś zapisać. – Czym zajmowałeś się wcześniej? – zapytałam nieśmiało.
- Niektóre rzeczy są zbyt niebezpieczne, żeby je poznać. – powiedział, a ja doznałam pewnego rodzaju deja vu. Wiedziałam, że na żadne pytanie nic mi już nie odpowie. To by było na tyle ze szczerej, otwartej rozmowy. Gestem ręki pokazał mi, bym do niego wróciła. Ponownie ułożyłam się wygodnie, opierając się plecami o jego klatkę piersiową i przytulając się do niego. Walczyłam ze snem, miałam nadzieje, że któreś z nas odezwie się, albo on zmieni zdanie i odpowie na moje pytanie. Po chwili wtuliłam głowę w jego szyje i zasnęłam. Było tyle rzeczy, o których nie wiedziałam. Tyle niedopowiedzeń i niejasności. Wiedziałam, że kiedyś dokończymy tę rozmowę, nieważne czy to będzie mu się podobało czy nie. 




__________________________________________________


Dzisiaj będzie krótko, ponieważ nie czuje się najlepiej. 
Mam nadzieje, że rozdział nie jest tak beznadziejny, 
bo ostatnio wena mi się nieco skończyła.
Ale spokojnie, pomysły nadal są!
Ja to skończę i nigdy nie odejdę, chociaż
mielibyście mnie znienawidzić.
Tak wiem, jestem okropna.
No, to możecie powyżywać się w komentarzach.
W ciągu tygodnia powinnam coś napisać.

Zapraszam na twittera, pisać cokolwiek, nudno mi,
mam ferie tak więc proszę --> twitter





Szykuje się mała niespodzianka, tak więc 
DO NASTĘPNEJ ;D