wtorek, 3 stycznia 2017

Rozdział 47





Byliśmy już w centrum miasta drogę do hotelu znałam na pamięć. Ostatni skręt w lewo i znajdziemy się na wprost czarnej, stalowej bramy, przez którą widać dziedziniec i schody prowadzące do głównych drzwi luksusowego holu. Tym razem nie wejdziemy bocznym wejściem, bo wiemy, że Mike nas nie zauważy. Nigdy już go tutaj nie będzie. Naprawdę, nie byłam gotowa na walkę z Howardem, nie pomyślałam nawet o tym, co będzie dalej. Może, gdzieś w podświadomości czułam, że powinniśmy zginąć razem z nim. Wkrótce przekonałam się, że miałam rację.
Idąc przez hol, słyszałam tylko własny niespokojny oddech i rytmiczne stukanie moich obcasów. Nadal czułam się winna, to całe bogactwo, nieważne czy zdobyte legalnie czy nielegalnie było jego dziełem. Każdy skrawek przypominał mi go, jego okropny charakter, ale i też tą jaśniejszą stronę, kiedy wydawał się bardziej ludzki. Jak silnym musiał być, żeby to wszystko postawić na nogi? Jak nieprzerwanie dążył do swojego celu? Już go osiągnął, ale nigdy tego nie zobaczył. Nigdy nie mógł się po prostu nim cieszyć, bo wciąż skupiał się na tym, że ktoś mu to odbierze. Co jeśli ludzie mają rację? Może zmarli faktycznie obserwują nas z góry? Jeśli tak jest, wcale nie ujdzie mi to na sucho. Z pewnością Howard tylko czeka aby mi się odwdzięczyć za to, co mu zrobiłam.
Justin cały czas uważał mnie za wariatkę i wcale mu się nie dziwiłam. Wiedziałam dokąd muszę iść. Dawno temu zdecydowałam się to zrobić, a żaden inny dzień nie byłby bardziej idealny. Musiałam uwolnić te biedne kobiety z piwnicy i upewnić się, że następne już nigdy do niej nie trafią. Oprócz mnie nikt się nimi nie przejmował. Wiele z nich siedziało w klatkach już długie miesiące. W smrodzie, krwi i ciemności, której przerwanie oznaczało tortury strażników. Nie wyobrażam sobie kolejnego tygodnia spędzonego w tym mroku, a spędziłam tam zaledwie kilka dni. Czułam, że tylko ja mogę uratować je i przy okazji odwdzięczyć się wszystkim ludziom, którzy dzisiaj przeze mnie zginęli.
Zjazd windą w dół do piwnicy, przyprawił mnie o zawroty głowy. Nie wierzyłam, że mi się uda, ale to się nie liczyło. Justin był ze mną, trzymał moją rękę i nie byłam sama. Mimo, że to była moja sprawa, on zdecydował się mi towarzyszyć. Strażnik jak zwykle pilnował drzwi. Szłam pewnym krokiem, czując że Justin cały czas jest za moimi plecami. Modliłam się tylko by nie wyjść z roli. Od tego czy strażnik mi uwierzy, zależało dosłownie wszystko.
- Szef przysłał mnie tutaj, muszę przesłuchać jedną dziewczynę.- oznajmiłam i uśmiechnęłam się do niego. Spojrzał na mnie nieufnie, potem zwrócił wzrok w kierunku Justina z bardzo poważną miną i kiwnął głową, wpuszczając nas. Rażące światło oślepiło nas na kilka sekund, a razem z nim powitał nas nieprzyjemny zapach, do którego po prostu nie można się przyzwyczaić. Gdy strażnik bacznie nas obserwujący w końcu zamknął drzwi i zostawił nas z kolegą w środku, mrugnęłam do Justina.
- Przyszłam przesłuchać tę dziewczynę. – powiedziałam, wskazując na samotną dziewczynę w środkowej klatce od prawej ściany. Wzdrygnęła się, ale nie patrzyła na mnie. Kiedy strażnik zająknął się, chcąc zacząć się sprzeciwiać, nagle zadzwonił mój telefon. – Przepraszam na chwilę… - mruknęłam szybko i niewyraźnie udając, że odbieram telefon, aby wyjść na wiarygodną. - Tak? Ale… - grałam zdziwioną i zdenerwowaną, jak to przystało na rozmowę z szefem. - Jest pan pewny? Dobrze, przekażę. – odparłam spokojnie i włożyłam telefon do kieszeni spodni . – Zmiana planów, Howard chce abyś natychmiast wypuścił te dziewczyny, nie będą mu już potrzebne. – mężczyzna był bardzo zaskoczony. Ani przez sekundę nie zadrżał mi głos, byłam z siebie dumna. W dodatku chyba nawet nie mrugnęłam. Tylko modliłam się, żeby nie zaczął zadawać głupich pytań, bo nie zdążyłam ułożyć sobie w głowie odpowiedzi. 
- Głuchy jesteś? Nie zrozumiałeś? Ruszaj się! - otrząsnął go z szoku surowy głos Justina.– Zorganizuj im ubrania, przecież tak nie mogą wyjść na ulicę! – warknął oburzony. Mężczyzna zmieszany oddał mu klucze i odszedł. Gdy tylko zniknął nam z oczu, zabrałam klucze od Justina i zaczęłam otwierać klatki.
- To ona! Mówiłam, że po nas wróci!- odezwał się głos z tyłu pierwszej klatki od drzwi. Zdezorientowane kobiety patrzyły na mnie jak na wybawicielkę. Kobieta, która mnie rozpoznała była o kilka lat starsza ode mnie. Przepchnęła się łokciami i wyszła przed szereg. Przekręciłam kluczyk w kłódce, a ona zamiast wyjść z klatki jako pierwsza i pobiec do uchylonych przez Justina drzwi, prowadzących na tyły hotelu, przytuliła mnie i zaczęła płakać. Przez krótką chwilę milczała, czułam jak w moich objęciach bardzo powoli staje się mniej spięta. - Pamiętam cię, jako jedyna stąd wyszłaś. Wiedziałam, że nas tutaj nie zostawisz. 
Była niesamowita, większość kobiet zamkniętych tutaj przypomniało posągi bez emocji, ale ona do nich nie należała. Nie zapomniała o nadziei, chociaż wielokrotnie robiono jej krzywdę. Jej słowa poruszyły resztę kobiet, odsłaniając zasłonę nieczułości i pogardę względem siebie. Nie patrzyły już na mnie z podejrzeniem. czy z lękiem, który przez pobyt tutaj został przyklejony do ich twarzy i zastygł. Zaufały mi. Dałam im szansę, a one mi. Chociaż wyglądały mizernie, na ich twarzach pojawiło się coś na kształt przebłysku radości. Kobieta, która mnie rozpoznała wciąż obejmowała moją szyję, w tak paniczny sposób, jakbym była jej kołem ratunkowym na środku głębokiego oceanu. Szepnęłam do niej, że Mike już nigdy ich nie skrzywdzi. Dobrze, że żadna z nich nie zdawała sobie sprawy, że to ja byłam jego dziewczyną. Nie wiem, czy wtedy tak łatwo skorzystałyby z mojej pomocy. Dostały ubrania personelu, tylko tyle udało się załatwić. Ich własne ubrania dawno zostały spalone. Po kilku minutach klatki świeciły pustką. Justin i ja kierowaliśmy się do wyjścia. Niespodziewanie usłyszałam czyjś szloch. Zatrzymałam się.
 – Poczekaj chwilę. – szepnęłam do Justina puszczając jego rękę i całując go w policzek. Odrobinę wydawał się zaniepokojony, ale stanął przy drzwiach, obserwując mnie czujnie. Powoli szłam w kierunku narastającego płaczu. Dziewczyna, która schowała się za dużymi metalowymi skrzyniami mogła mieć szesnaście lat. Siedziała przy ścianie ubrana już w strój sprzątaczki, zakrywała oczy i policzki skostniałymi dłońmi.
- Hej… - spojrzała na mnie z paniką i przestrachem. – Nie bój się, czemu nie wyszłaś razem z nimi? – spytałam ją miłym i spokojnym tonem głosu, żeby jej nie spłoszyć.
- Skąd mam wiedzieć, czy nie chcecie mnie gdzieś wywieźć? Gdzieś, gdzie będzie jeszcze gorzej niż tutaj? Może to jest kolejny podstęp…
- Wiem, że trudno zaufać komukolwiek, jeśli przeżyło się takie piekło…
- Nawet jeśli nagle chcesz pomóc, ja nie wyjdę stąd tak po prostu. Ja... nigdy tego nie zapomnę... – westchnęłam, wiedząc, że nie mogę jej tu zostawić. Była całkowicie zagubiona i oszołomiona. Przez chwilę, myślałam, że wpadnę w furię. Jak mógł skazać na taki los, tak młodą dziewczynę? Tak młodą jak ty, kiedy go poznałaś? Może powiesz, że wtedy było inaczej? – drwiłam z samej siebie w myślach. 
- Opowiedz mi o tym.
- Co ty możesz wiedzieć…
- Hmm… Co ja mogę o tym wiedzieć? – było to przekomiczne pytanie z uwagi na to, że zadano je mnie. Jednak ona była młoda, naiwna i myślała, że wszystko kręci się wokół niej. Miała do tego prawo. Kolejna osoba podobna do mnie… Coraz bardziej wierzę, że to doświadczenia kreują nasz charakter, a my nie mamy na niego wpływu. - Byłam kiedyś nastolatką, która szukała problemów, w sumie nie było to tak wcale dawno i…  też zostałam tutaj uwięziona. – po tych słowach chyba zyskałam jej uwagę. - Był przystojny i oznaczał kłopoty. Obiecał mi lepsze życie. Miałam tylko trzymać się go i być mu wierna. Zabierał mnie na wycieczki, kupował drogie prezenty. Na początku byliśmy partnerami do zabawy, ale później, kiedy zaczęłam lepiej go poznawać zauroczył mnie. Bardzo go kochałam.- zamilkłam na chwilę, bo wspomnienia ścisnęły mi gardło, a do oczu napłynęły łzy.- Nie zorientowałam się, kiedy zaczął mnie krzywdzić. Byłam cierpliwa, ale to nic nie zmieniało. W końcu też tu wylądowałam. Mogłabym jeszcze więcej ci o tym opowiedzieć, ale to naprawdę długa i nużąca historia. - otarłam łzy z policzków. Przez minutę obie milczałyśmy.
- Jak mam tak po prostu wrócić? – jęknęła niemrawo, spoglądając mi głęboko w oczy.
- Posłuchaj, nie będę cię okłamywać, pamięć o tym wszystkim co przeżyłaś, odbije się na twoim życiu. Na pewno tak łatwo nie dopuścisz obcych do siebie, ale to nie znaczy, że nie warto spróbować.- uśmiechnęłam się pokrzepiająco. W sumie nie sądziłam, że będę się zwierzać jakieś małolacie, ale na jej miejscu chciałabym od kogoś to usłyszeć, żeby móc ruszyć dalej.
- Myślisz, że będziesz w stanie pokochać kogoś mocniej?- spytała nieśmiało.
- Tak, już to zrobiłam. – uśmiechnęłam się smutno, zakładając kosmyk za ucho. Zerknęłam na Justina, który na całe szczęście nie miał pojęcia o czym mówię. Bardzo dobrze.
- A co z tym, że każdemu trafia się ta druga połówka, jedna, najprawdziwsza miłość na całe życie?
- Cóż ten chłopak jest nie tylko moją prawdziwą miłością, ale też najlepszym przyjacielem. Czasami uczucia mogą nas mylić, ale jeśli będzie cię kochał i będziesz mogła na nim polegać tak jak na najlepszym przyjacielu i zaufać mu na tyle, że może kiedyś opowiesz mu o tym wszystkim, to będziesz wiedziała…- w tym momencie zostałam zaskoczona dosyć silnym jak na tak wychudzoną dziewczynę uściskiem. Wydaje mi się, że do mojego lewego ucha dotarło jakieś przygłuszone ,,dziękuję.’’ Potem wstała i wyszła, machając do mnie i lekko się uśmiechnęła.
Byłam wzruszona, zbyt wiele emocji tłumiło się w moim sercu. Miło jest odetchnąć z ulgą, że wreszcie zrobiło się coś dobrego.
- Kochanie? – usłyszałam jego kojący głos i przymknęłam oczy, otulając się moimi rękoma, gdy chłodny wiatr wdarł się przez otwarte drzwi piwnicy, do których prowadziły strome schody. Jedynie światło z ulicznych latarni na zewnątrz padało przez nie na korytarz i puste, otwarte klatki. Ciepłe ramiona Justina otuliły moje zmarznięte barki, a jego usta ucałowały mnie opiekuńczo w czoło.
- Tak bardzo cię kocham.- mruknęłam cicho, dotykając brodą jego skórzanej kurtki i opierając się na jego silnym ramieniu. Jego dłoń pogłaskała moje włosy. Kiedy otworzyłam oczy widziałam klatkę, w której ja zostałam uwięziona. Splotłam jedną dłoń z jego, oderwaliśmy się od siebie, czując, że pora już iść. – Teraz Monique.
- Dzwoniłem do Scoota, wszystko jest już gotowe. Jedziemy na górę do jej pokoju. – odpowiedział spokojnie, na co ja zmarszczyłam brwi.
- Co masz na myśli mówiąc ,, wszystko jest już gotowe’’? – podniosłam odrobinę głos.
- Nie spodoba ci się to, ale Scoot przyznał mi rację. – Świetnie, uwielbiam jak oboje knują coś za moimi plecami. – Zdecydowaliśmy się na pewne środki ostrożności.- kiedy wydusił z siebie to zdanie spojrzałam na niego podejrzliwie. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Wszystko było na swoim miejscu. Scoot wyszedł nam naprzeciw.
- Boże jak się cieszę, że jesteście cali! – przywitał się z Justinem uściskiem dłoni, a mi prawie zmiażdżył żebra, pozbawiając mnie na kilka sekund oddechu. Nie zastanawiając się już więcej, po prostu ominęłam go i weszłam do sąsiedniego pomieszczenia.
Monique ubrana tak, jak ją zapamiętałam w magazynie w czarny top, skórzaną kurtkę i spodnie, siedziała na środku pokoju, przywiązana kostkami i nadgarstkami do krzesła. Na jej głowie jawił się jakiś chaos. Włosy zakrywały jej oczy. Wszystko wskazywało na to, że nie obyło się bez szarpaniny... Bałam się cokolwiek powiedzieć. Gdy zrobiła energiczny ruch głową , by choć odrobinę zgarnąć włosy z twarzy, odsłoniła swoje błękitne oczy przepełnione nienawiścią. Jakby tego było mało, ja zamierzałam dodać jej do tego więcej powodów.
- Rachelle… - wyglądała trochę, jakby nie była w stanie uwierzyć, że stoję przed nią. Przez krótką chwilę miałam nadzieję, że ostudziła w sobie te wrogie emocje, lecz kiedy tylko zobaczyła Justina za moimi plecami, umiała dodać dwa do dwóch. - Skoro wy dwoje tu jesteście, to oznacza, że…
- Monique, ja…
- Jeśli zamierzasz cokolwiek do mnie mówić, najpierw niech on stąd wyjdzie.- przerwała mi stanowczo.
- Zostawcie nas same. – poprosiłam nieśmiałym głosem, spoglądając na Scoota, bo oczami mojej duszy widziałam całkowity protest Justina i w tej kwestii nie mogłam na niego liczyć.
- Scoot zostań. Nie ufam jej. – mruknął Justin, uważnie obserwując Monique.
- Jestem przywiązana do krzesła, chociażbym chciała nie mogę jej skrzywdzić! – syknęła do niego z przymrużonymi oczyma. Po krótkim namyśle oboje skinęli do siebie głowami i z niechęcią wyszli.
- Wiesz, to wszystko nie byłoby potrzebne, gdybym miała pewność, że nie chcesz zrobić mi krzywdy.- chciałam być z nią szczera, pokazać że nadal zasługuje na jej przyjaźń mimo, że bardzo brutalnie ją odtrąciła. Dlaczego mnie nie rozumie?
- Po prostu powiedz to, co musisz i zejdź mi z oczu... – wyrzuciła z siebie rozgoryczona. Z każdym jej atakiem, coraz trudniej było mi zacząć. Myślałam, że już zaakceptowałam to, co się stało, że łatwiej będzie mi o tym mówić. Justin wiedział co czuję i był tam ze mną, więc nie musiałam mu tego opowiadać, przeżywać od nowa. Myliłam się, moje słowa zrobią jej krzywdę. Zranią jej serce. Niezależnie od tego czy powiedziałabym jej prawdę, czy nie mówiła nic i tak zachowam się jak potwór. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ten moment zapamięta do końca życia. Nie tak wyobrażałam sobie tę chwilę. Powinnam ją teraz przytulić, pocieszać, pomóc jej tak, jak tylko potrafię. Jak mogłam to zrobić, skoro to ja byłam winna temu wszystkiemu? Przyjaciółka powinna stać po jej stronie, być z nią, a nie walczyć.
- Rozumiem twoje zachowanie, ale wiesz, że mam rację. – westchnęłam zrezygnowana. Rozejrzałam się po pokoju, zaczęłam szukać czegoś, czym mogłabym szybko rozerwać sznury, które ją krępowały.
- Co robisz? – spytała zdenerwowana moim zachowaniem. – Czego szukasz?
- Mam. – mruknęłam zadowolona, znajdując wreszcie pilnik w torebce należącej do Monique, która leżała na komodzie. Justin nie byłby zachwycony jakby widział, że właśnie próbuję ją uwolnić. - Jestem tutaj, dlatego że wciąż jesteś dla mnie ważna. – kontynuowałam dalej, przecinając węzły na jej kostkach, a później nadgarstkach. - Nie mogę tak po prostu pozbyć się tych wszystkich wspomnień. To ty byłaś osobą, której mogłam się zwierzać, z którą mogłam się dobrze bawić i czułam się jakbym miała siostrę. Nie wymyśliłam sobie tego, ty też tak uważałaś, a potem się zmieniłaś.- powiedziałam szczerze, patrząc jej w oczy. Uważałam, że jeśli zechce się na mnie rzucić tak jak wtedy, kiedy byłam uwięziona w piwnicy powinna móc to zrobić. Nie oznajmię jej, że Jev i Mike nie żyją ze świadomością, że tym razem ona czuje się jak więzień.
- Ludzie się zmieniają. Powinnaś coś o tym wiedzieć.
- Monique, ty reagujesz złością i nienawiścią na tych, którzy chcą być blisko ciebie!  - wskazałam na nią dłonią, cały czas patrząc na nią błagalnym wzrokiem. - Nie możesz akceptować tego, że mogłam pokochać kogoś innego i mścisz się na mnie za to, że jestem naprawdę szczęśliwa? – uśmiechnęłam się lekko, a pierwsze łzy spłynęły po moich policzkach. Kucałam przed nią, patrząc na nią z dołu. - Pamiętasz, kiedy to wszystko się zaczęło? Justin był dla mnie irytującym dupkiem, a ty wtedy otworzyłaś mi oczy, pomogłaś poradzić sobie z negatywnymi emocjami i uwolniłaś mnie od tych ciągłych zakazów. Od tamtej pory robiłam to, co dyktowało mi serce. Nie chciałam nikogo zdradzać i ranić. Wszystko byłoby w porządku, gdybyście pozwolili mi odejść w spokoju. – serce mi pękało, widząc jak w jej oczach również zbierają się łzy.
- Zostawiłaś mnie! Zostawiłaś mnie z tym wszystkim! Z jego gniewem! Z tymi obrzydliwymi rzeczami! – machała rękoma gestykulując ze zdenerwowania. W jej głosie usłyszałam żal, którego z resztą od początku nie skrywała. Minutę później, wciąż nie utrzymując ze mną kontaktu wzrokowego, ściskała w rękach potargane włosy na głowie. Obie cierpiałyśmy. Tak bardzo chciałam teraz coś zrobić, ale wiedziałam że już nie jest tak jak dawniej. Nie mogłam jej nawet dotknąć.
- Nie odeszłabym bez słowa. Chciałam wyjechać z Justinem, ale bałam się tobie o tym powiedzieć.  Nie miałam zamiaru ciebie zostawiać! Proponowałam ci, żebyś uciekła razem z nami! – wstałam i podeszłam do łóżka, chcąc się choć odrobinę uspokoić, żebym mogła mówić dalej.-  Posłuchaj mnie, nie proszę cię o to, żebyś nadal była moją przyjaciółką, ale moim obowiązkiem jest, żeby teraz tobie otworzyć oczy. –  Monique była zszokowana tym, co usłyszała. Nie marzyłam o tym, że nagle się pogodzimy, ale wszystko szło na dobrej drodze do tego, żebyśmy mogły znosić swoją obecność. W pokoju zawisła cisza. Trwała tak długo, dopóki nie zadała tego jednego pytania.
- Gdzie jest mój brat? – wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na nią. Była zmartwiona, niespokojna, ale wciąż nieświadoma tego, co zaboli ją najbardziej. Zacisnęłam usta i usiadłam na łóżku, bo miałam wrażenie, że zaraz ugną się pode mną nogi. 
- Nie chciałam, żebyś dowiedziała się od kogoś innego. To byłoby okropne. – zakryła dłonią usta. - Przed magazynem, kiedy już Scoot zabrał cię do hotelu… Wiesz, że nie zrobiłabym tego, nie chciałam naprawdę. - widziałam wyraz szoku na jej twarzy, jej oczy robiły się szkliste. - On nie żyje…
Po kolejnej chwili, w której było słychać tylko nasze oddechy, wpadła w atak złości.
- To Justin do niego zadzwonił, to wy przygotowaliście na niego zasadzkę! On nigdy nie chciał cię zabić Rachelle! Nigdy by tego nie zrobił! Nie pozwoliłabym mu na to! – krzyczała płacząc i zwijając się z bólu. Zaczęła kiwać się gwałtownie do przodu. Z wyglądu przypominała osobę doprowadzoną do obłędu.
-  Naprawdę, nie chciałam tego. – powtarzałam jak w transie przez łzy, zaciskając ręce w pięści. - Ja nie mogłam pozwolić by zabił Justina.
- Nie obchodzi mnie to, że go kochasz, zapłaci mi za to.- krzyczała z nienawiścią.
- To nie on, to ja zabiłam twojego brata.- otworzyła szeroko oczy i zaczęła krzyczeć.
- Morderczyni! – to wyzwisko było gorsze niż wymierzenie najmocniejszego uderzenia w twarz. Już nie miałam odwagi spojrzeć jej w oczy. Ta wiadomość była najgorszą jaką usłyszała w swoim życiu, a to nie był jeszcze koniec.
 - I Jev… on chciał mnie chronić. Kula jednego z ochroniarzy trafiła w niego. Osunął się w moich objęciach na podłogę. – zamknęłam oczy i skuliłam się na łóżku. - Monique jest mi tak przykro… - jęknęłam zachrypniętym głosem. Zasługiwałam na to, żeby teraz się na mnie mściła, ale ona nie miała nawet siły by wstać.
- Czego ode mnie oczekujesz? Rozgrzeszenia? Pochwały? Nigdy ci tego nie wybaczę! – wybuchłam płaczem, tylko na tyle było mnie stać. – Czy Jev powiedział coś zanim umarł? Muszę to wiedzieć. Jesteś mi to winna.
- On… kazał ci przekazać, że bardzo cię kocha i nie żałuje, że tak postąpił. Obiecał mi, że wszystko będzie dobrze. – krztusiłam się własnymi łzami. Nic nie jest dobrze, to boli. Nie powinnam kłamać, ale ona potrzebowała to usłyszeć. Pójdę smażyć się w piekle, ale nie chciałam zadawać jej kolejnego bólu. - Gdyby nie on…- na moment straciłam głos. – On uratował mi życie.
- Powinnaś umrzeć razem z Mikiem! Powinnaś teraz gnić razem z nim w tej ziemi! On nic nie zrobił! Powinien żyć! Jak mogłaś mi go odebrać! – wyżywała się na mnie. Czułam, że chciałabym zniknąć. Cały czas w głowie powtarzałam jedno słowo, Morderczyni!... Morderczyni!... Morderczyni!
- Wiesz, że nie byłam w stanie nic zrobić! – wrzasnęłam spanikowana, odganiając od siebie głosy w mojej głowie. Człowiek już tak ma, że niezależnie od sytuacji zawsze będzie się bronił, gdy w końcu przeleje się szala goryczy.
- Byłaś! Mogłaś wezwać pomoc!
- Wtedy, gdy szukali mnie by odstrzelić mi łeb? – patrzyłam w kierunku Monique, ale i tak jej nie widziałam, przez łzy, którym nie było końca.
- Widzisz, jesteś pieprzoną egoistką! Pozwoliłaś mu umrzeć! – moje wyrzuty sumienia wzrastały. Przez całą drogę zadawałam sobie pytanie, czy mogłam zrobić coś więcej. Monique zdawała się uważać, że nic nie czuję, kiedy w ciemnym pokoju razem z nią płakałam i miałam wrażenie jakby ktoś kazał mi połknąć żarzący się węgiel.
- On zmarł w kilka sekund na moich kolanach! – wrzeszczałam nadal wstrząśnięta tym wszystkim, nie miałam sił na kolejne kłamstwa i wyrzuty sumienia.
- Nie jesteś Bogiem, on na pewno mógł żyć! Gdybym wciąż tam była…. On mógł żyć… To na moich kolanach powinien umrzeć! Nic by się nie stało, gdybyś nie pokochała tego idioty! Życzę ci, żebyś cierpiała tak jak ja, żeby ktoś zabrał ci go, tak jak ty zabrałaś mi Jeva.
- Kiedyś sądziłam, że jesteś przeciwieństwem swojego brata. Nigdy nie byłaś mściwa. Czy ty naprawdę sądzisz, że ja ci go zabrałam? On zmarł, zastrzelony przez jednego z ochroniarzy Mike’a! To była jego decyzja! Powinnaś to uszanować! – wytarłam łzy, mając dość. -  Naprawdę nie poznaję cię. Mam ci przypomnieć co było chwilę przed tym? Miałaś zamiar mnie zastrzelić, zanim Scoot się zjawił. Jak mogłaś chcieć mnie zabić!?
- Byłam zagubiona! Cóż, jesteśmy kwita, moja przyjaciółka, którą kiedyś znałam nigdy nie zabiłaby mojego brata!
- Obie straciłyśmy ważnych dla nas ludzi! Myślisz, że dobrze się z tym czuję? Może trudno ci w to uwierzyć, ale ja naprawdę kochałam twojego brata i do końca nigdy nie zostanie mi obojętny. Wiesz co on powiedział? Przyznał, że nigdy mnie nie kochał, że miłość jest tylko słabością. Nie mogłam tego słuchać. Od początku kiedy pochłonęła go ta cała praca czułam się jak zabawka. Nie miałam chwili, żeby go nawet uspokoić. Celował do mojego chłopaka! To już nie był twój brat. Zostałyśmy same, Monique! Czas żeby żyć dalej. Przyszłam tutaj, by wreszcie zrobić to, co należy. Potrzebuję cię. Potrzebuję mojej jedynej przyjaciółki. – podeszłam do niej i wyciągnęłam w jej stronę rękę.
- Jesteś bezczelna! Jak możesz mnie prosić o to, po tym jak zabiłaś mojego brata! – odepchnęła moją dłoń i wstała nabuzowana, wywracając krzesło, na którym siedziała przed chwilą. - W dodatku jesteś powodem śmierci chłopaka, którego kochałam! Nie jesteś w stanie wyobrazić sobie takiego bólu! Nigdy tak wiele nie straciłaś! Nie jesteś sama, twój Justin wciąż żyje! – odwróciła się do mnie tyłem i otworzyła drzwi, które prowadziły na balkon.- Nie chce mieć z tobą nic wspólnego! Brzydzę się tobą. Może Mike nie zachowywał się normalnie, wiem to, ale każdy potrzebuje kogoś, kto będzie w niego wierzył! Jestem jego siostrą i nie pozwalam ci obrażać go po... śmierci! Był dobrym bratem, a dzięki tobie nie miałam czasu żeby się nim nacieszyć! - przerwała, aby złapać trochę oddechu i uspokoić się. - Nie dałaś mu wystarczająco szans, żeby pokazał ci jaki jest naprawdę. Zabierz to wszystko, jest tyle warte co ty, moja stopa tu nigdy więcej nie postanie! Ja... Nie chcę cię znać! – nigdy wcześniej nie przypuszczałabym że kiedykolwiek spojrzy na mnie z takim obrzydzeniem. Kiedy wyszła na balkon pobiegłam za nią, bojąc się że będzie chciała skoczyć. Na całe szczęście przedostała się między barierkami do opustoszałego sąsiedniego tarasu restauracji i nie obróciła się ani razu. Potem usłyszałam tylko jak chłopcy wbiegają do pokoju.
- Gdzie Monique? – spytał Justin, chwytając mnie za ramiona i ciągnąc do pokoju. Dla niego musiałam wyglądać jak niepewna samobójczyni, stojąca na krawędzi. – Uwolniłaś ją!?
- Wyszła. – odparłam szeptem patrząc na dywan.
- Jak to wyszła? – dopytał Scoot nie dowierzając. Podniósł krzesło, które leżało na podłodze.
- Nie mogłam jej zatrzymać. Wystarczy, że zabiłam jej brata i chłopaka, nie uważasz? – Nie chciała mijać się z chłopakami, którzy stali pod drzwiami i zapewne słyszeli wszystkie nasze krzyki. Dopiero dłuższa chwila ciszy zmusiła ich do zainterweniowania. Boże, gdyby Mike tu był wiedziałby co robić.
- Idę jej poszukać, może zrobić sobie krzywdę! Wiedziałem, że nie powinienem zostawiać was same! – powiedział zdenerwowany Scoot i wybiegł z pokoju trzaskając drzwiami.
- Przyszłam tutaj, by wreszcie zrobić to, co należy. – niemrawo szepnęłam,  wycierając nos w rękaw.
- Wiem, skarbie… - mruknął Justin przytulając mnie mocniej i całując mnie w głowę. – Nie obwiniaj się. Nie było dobrego wyjścia z tej sytuacji. Musiałaś coś wybrać.
- Zawsze jest jakiś sposób…
- Nie tym razem kochanie, nie tym razem. – poczułam jak jego ciepła dłoń gładzi moje spięte plecy.
Śmierć jest gorzka. Ta gorycz jest tym bardziej uciążliwa, że wyczuwamy ją całym ciałem. Niefortunnie ten smak zostaje tylko z tymi, którzy nadal żyją. Gorzkość, która pobudza naszą pamięć wbrew naszej woli, żebyśmy nigdy nie zapomnieli o tych, których straciliśmy. Mogłam przewidzieć, że nie da się zjeść ciastka i mieć ciastko. Nie miałam prawa jej szukać. Monique odeszła, tak jak ja uciekłam od jej brata. Miała rację. Pewne czyny nigdy nie zostaną wybaczone.






___________________________

Nie po raz pierwszy nie dałam rady. 
Odpuściłabym sobie tę notkę, gdyby nie jedna rzecz, 
a właściwie sentyment. 
Sentyment do tego, co napisałam i opublikowałam
właśnie w ten dzień 3 stycznia w 2013 roku. 
Chciałam Was zaskoczyć, ale teraz 
zaczęłam studenckie życie, jestem na swoim wymarzonym
kierunku i niedługo zaczynam serię zaliczeń
dlatego mimo wszystko wiem, że 
chociaż bardzo chciałabym się w pełni skupić na pisaniu nie mogę. 
Oczywiście, mogłabym dodawać rozdziały byle jakie, 
tak abyście nie odchodzili, nie czekali i nie niecierpliwili się,
ale to jest wbrew mnie.
Jeżeli mam coś publikować, 
muszę czuć, że lepiej nie potrafiłam tego napisać.
Nie chodzi tu o brak pomysłów, po prostu czasem siadam
i nie wiem jak coś opisać.
Przepraszam, ale jestem tylko człowiekiem.
Szanuję Was i jest mi wstyd, że tak mało mogłam Wam pokazać,
ale nie umiałam inaczej.
Na koniec życzę Wam wszystkim, żeby ten Nowy Rok
dał Wam wiele wspaniałych wspomnień i radości.
Mam nadzieję, że nie ze względu na mnie, ale na 
moje opowiadanie będziecie ze mną ten ostatni rok. 





piątek, 16 września 2016

Rozdział 46





Każda bajka dla dzieci dzieje się w wesołym świecie. Niebo jest niebieskie lub różowe, a ziemia zielona, po brzegi wypełniona kolorowymi kwiatami. Bohaterowie są różni, mogą być zwierzętami, wróżkami czy ludźmi. Podobieństwo między nimi jest jedno, znaczna większość z nich jest uśmiechnięta. Promienne słońce wstaje razem z nimi, a księżyc wraz z gwiazdami usypia ich do snu. Nikt nie wspomina o problemach czy złamanych sercach, bo w bajkach miłość i przyjaźń są  najważniejsze i nikt nie decyduje się ich lekceważyć. Wszyscy żyją długo i szczęśliwie.
Dziewczynka zebrała w swoim maleńkim serduszku całą odwagę, by otworzyć oczy. Nie była wypoczęta, ponieważ śniła koszmary tak straszne i realistyczne, że wyczerpały ją bardziej, niż dwie poprzednie bezsenne noce. Koc na podłodze nie był tak miękki i wygodny jak jej łóżko w przytulnym, dziecięcym pokoju. Mężczyzna zauważając, że się obudziła, natychmiast znalazł się przy niej. Naturalnie wzdrygnęłaby się, ale jego obecność była dla niej już codziennością, nieprzyjemnym elementem dnia i nauczyła się panować nad emocjami na tyle, aby ich mu nie okazywać. Skłoniła ją do tego postawa mężczyzny, który widząc jej przerażenie czerpał z niego chorobliwą satysfakcję i radość. Jej kosmyk włosów za sprawą jego palców powędrował za ucho, przy okazji niespodziewanie wyrywając jeden z nich.
- Dzień dobry, skarbie. – powiedział spokojnym i miłym głosem nie pasującym do jego groźnych oczu. Długi, brązowy włos skierował w stronę światła dochodzącego zza okna okalanego kratami. – Sprawdzimy czy twoja mamusia jest naiwnym, prawdomównym niewiniątkiem czy też bystrą, podstępną kłamczuchą.
- Moja mama nie kłamie! – wydusiła oburzona, patrząc mu z nienawiścią w oczy.
- Tak sądzisz, słoneczko? Może kiedyś obiecywała ci, że nigdy cię nie zostawi? – uśmiechnął się nieszczerze. - Wciąż uważasz, że nie kłamie? W takim razie gdzie ona jest? – dziewczynka spuściła głowę, chcąc ukryć żal. Nie wiedziała. – Posłuchaj, mam dla ciebie dwa cukierki.- wyciągnął z kieszeni słodycz zawiniętą w plastikowy skrawek kolorowej folii i obie dłonie wystawił w jej kierunku, chcąc aby wybrała, który sobie życzy – ten z lewej czy z prawej dłoni. Chwyciła niechętnie jeden, ponieważ nie ufała temu człowiekowi. Dziwiła się mu, dlaczego ją częstuje, bo przez kilka najbliższych dni nie troszczył się o to, by miała co jeść. Gdyby nie jego pracownik, który przynosił jej potajemnie posiłek pod wieczór złożony z płatków śniadaniowych i mleka, dawno umarłaby z głodu. – Dobry wybór. – mruknął i poczekał, aż cukierek rozpuści się w jej ustach. Był bardzo słodki o smaku truskawki. – Lubisz słodycze, prawda? – skinęła lekko głową, obserwując mężczyznę swoimi mądrymi oczami. – W porządku, a teraz ten drugi. – namawiał z szerszym uśmiechem. Małe palce przyjęły kolejny podarunek. Gdy tylko znalazł się w jej buzi, natychmiast go wypluła. Jego gorzkość spowodowała u niej odruch wymiotny. Zasługiwał na tytuł najbardziej obrzydliwego cukierka, jaki kiedykolwiek jadła w swoim sześcioletnim życiu.- Czujesz to? Tak smakuje śmierć. – po tych słowach zrozumiała, że bajki ją oszukały, że prawdziwe życie jest zupełną odwrotnością tego, co widziała w telewizji lub tego, co tata czytał jej w książkach. Mężczyzna podniósł cukierek i zawinął go w folię. Dzierżąc go razem z włosem w zaciśniętej pięści wyszedł, zostawiając ją samą w ciasnym, mrocznym pomieszczeniu, które nie było wesołe pomimo tego, że tak jak w bajkach, za oknem świeciło słońce.





Jeśli ktoś nas zapyta: Czy wierzysz w czary? Zazwyczaj odpowiadamy ,,nie''. Jednak nasza sytuacja zmienia się w momencie, w którym mierzymy się z czymś, na co nie mamy wpływu, czymś, co jest ponad nasze siły. Zaczynamy wierzyć cuda, jakąś magiczną moc, która jest w stanie zrobić daną rzecz za nas. To właśnie wtedy, w najgorszych chwilach, wszyscy wierzą w to, co nieprawdopodobne. Nie łatwo pogodzić się ze stratą kogoś bliskiego. Chcemy wierzyć, że przeżywamy ją we własny, niepowtarzalny sposób, jednak to przykre doświadczenie nie czyni nas wyjątkowymi. Istnieje jeden schemat ogólny dla wszystkich. Według jego autorów jest pięć faz przeżywania żałoby.
ZAPRZECZENIE
Plac pełen samochodów nagle opustoszał. Kurz wzniesiony przez odjeżdżające pojazdy opadł na ziemię, ale w skwarze pod słońcem widać było, że wiruje w przestrzeni, chcąc znaleźć zaszczytne miejsce w kałuży krwi albo wcisnąć się pomiędzy łuski, pociski, kawałki ostrego szkła i kamienie. Ostatni strzał należał do mnie, jedynie jego echo rozbijało się po dziurawych ścianach. Każda myśl w mojej głowie przepływała wolniej, a kolejny nawet najmniejszy ruch przestał być dla mnie widoczny. Nie miał najmniejszego znaczenia, podobnie jak każdy kolejny oddech. Czułam się jak duch, straciłam zimną krew, adrenalina zniknęła. Zawitał spokój, ale tylko pozornie, bo nie towarzyszyła mu ulga. Nie wiedziałam jak to wyjaśnić, ale czułam śmierć panoszącą się dookoła. Patrzyła mi prosto w oczy i drwiła ze mnie, ostrzegając że mnie nie ominie. Otrząsnęłam się z szoku ze łzami, którymi zaczęłam się dławić i podbiegłam do Justina leżącego na asfalcie. Z początku czułam się zagubiona, nie wiedziałam co robić, potrzebowałam zaczerpnąć oddechu, żeby odważyć się go dotknąć.
- Proszę. – szepnęłam, drżącymi palcami badając jego twarz. Jedną trzęsącą się ręką przytrzymałam jego dłoń, która wciąż była ciepła. – Kochanie, proszę… – łkałam, nie mogąc pojąć, że zostałam sama, że jego już ze mną nie ma. Był brudny od krwi. Rozpięłam jego koszulkę, chcąc zacząć masaż serca. Nagle jego dłoń ścisnęła moją, a z moich ust wyrwał się krzyk. Pod zakrwawionym ubraniem miał kamizelkę kuloodporną, a kula utknęła w niej zamiast w jego sercu.
GNIEW
Uderzyłam go w barki z całej siły. Patrzył na mnie i lekko się uśmiechnął. Jego ręka pogładziła uspokajająco moje ramię, zataczając na nim kręgi opuszkami palców. Zmarszczyłam brwi, próbując odzyskać mowę. Zaczęłam się jąkać. Jeden głęboki oddech więcej przywrócił mój temperament na właściwe miejsce.
- WYSTRASZYŁEŚ MNIE! – wrzasnęłam rozgorączkowanym głosem, wycierając wilgotne powieki i policzki.
- Od razu wystraszyłeś… - teraz moje oczy, przez które przebijało się otępienie pomieszane ze zmartwieniem, w przeciągu jednego mrugnięcia zamieniły się w oczy ziejące niewyobrażalnie nieposkromioną wściekłością.
- Dlaczego się nie odezwałeś?! Dlaczego nic nie zrobiłeś?! – odepchnęłam się rękoma od jego klatki piersiowej i wstałam z asfaltu. Nie mogłam na niego patrzeć, nie zasługiwał na te łzy, które zobaczył, kiedy otworzył oczy. – Dlaczego pozwoliłeś mi myśleć, że ty… - nie dokończyłam, bo nie chciało mi to przejść przez gardło. Wciąż byłam roztrzęsiona, a on nie potrafiłby mnie uspokoić. Nie po tym, jak upozorował swoją śmierć! Dlatego nie będąc w stanie spojrzeć ani na niego, ani na Mike’a, który w przeciwieństwie do Justina na pewno został zastrzelony, szybkim krokiem szłam jak najdalej od tego pobojowiska. Uciekałam, bo przecież to robiłam przez całe życie, kiedy tylko poczułam się zagrożona.
- Rachelle, musiałem to zrobić. Nie odważyłabyś się… – powiedział spokojnym tonem, kiedy ja stanęłam w miejscu i obróciłam się do niego, by spojrzeć mu w oczy. Chwyciłam go kurczowo za nadal rozpiętą w połowie koszulę.
- Nigdy więcej… – warknęłam wściekła.- Nigdy więcej nie żartuj sobie tak ze mnie! Byłam pewna, że nie żyjesz! Przez te kilka minut przeżyłam największe katusze w moim życiu! Nie masz prawa robić mi takich rzeczy! – krzyczałam rozżalona. Chwycił mnie za ręce, bym nie wymachiwała nimi w powietrzu z nerwów.
- Czy ty mnie słuchasz? Przerywasz mi…
- Wiesz, kto ma problemy ze słuchem? Ty! Zamykając mnie podstępnie całkiem niedawno po tym, jak mówię, że pracujemy razem! – spuścił głowę w dół, oblizując dolną wargę. – Och, tylko nie graj mi tu pokrzywdzonego! Już nigdy nie dam się tak oszukać!
- Powinnaś być szczęśliwa. Wygraliśmy. Co jest nie tak? – spytał, na chwilę zatrzymując wzrok w guzikach koszuli, które zdecydował się zapiąć.
- Co jest nie tak? Zabiłam kilkoro ludzi, wszędzie pełno krwi i te ciała leżące na placu, a ty pytasz mnie co jest nie tak?! – Czy naprawdę po moim wyrazie twarzy nie widać, że dla mnie to zbyt wiele?  
- Kochanie jesteś zbyt wrażliwa i za dobrze ich oceniasz. Pamiętaj, że nie znaleźli się tu przypadkiem. Wiedzieli co ich czeka, nie byli niewinni, zasługiwali na to, żeby umrzeć, a nawet prosili się o to. - po moich plecach przeszły ciarki. Dotychczas czułam je tylko w obecności Mike’a. Najbardziej niepokojącym było zdanie, które kiedyś już słyszałam. Prawdopodobnie całkiem nieświadomie Justin je powtórzył. Wiedziałam, że bliżej mu do diabła niż do anioła i ma pewnie swoje za uszami jak każdy, ale do cholery, czy ja naprawdę znam tego chłopaka z którym wiążę swoją przyszłość?
POCZUCIE WINY I ROZPACZ
- Ty nic nie rozumiesz, prawda? Zemściłam się na nim.
- No i? – spytał, kręcąc głową z uniesionymi wysoko brwiami jakby zabicie człowieka nie było niczym złym, ani wstrząsającym.
- Zachowałam się zupełnie jak on. - Czy naprawdę jestem taka zła? Ja po prostu chciałam uratować go przed nim samym. Nie wiedziałam, że będę musiała go zabić. Spełniły się jego słowa… Zabijanie, to jedyny sposób, aby żyć. - Ja go zabiłam Justin, rozumiesz? Co teraz będzie? – nie wiedziałam, że kiedykolwiek się do tego przyznam. Nie miałam już siły i upadłam na kolana ponownie. Klęczałam na betonie, w samym środku magazynu i zalałam się łzami. Do czego to wszystko doprowadziło… Obarczona wyrzutami sumienia nie miałam siły, by iść dalej. Wiedziałam, że muszę się stąd ruszyć, ale nie mogłam. Miałam zostawić te wszystkie ciała? Znajomych i nieznajomych? Oni wszyscy zginęli przeze mnie i przez moją głupotę. Jestem pieprzoną egoistką. Poświęcenie dla miłości to piękna rzecz, ale zrozumiałam, że to co przed chwilą się stało to była rzeź, nie poświęcenie, z którego powinnam być dumna. Rzeź spowodowana przez dwóch egoistów, którzy przeżyli. Poświęcenie opłacone życiem innych. Justin przykucnął przy mnie jak przy małym płochliwym dziecku.
-  Ćśś kochanie, poradzimy sobie. - przytulił mnie mocno i pocałował w czoło, lecz mi wcale nie zrobiło się lepiej. – Skarbie, wiem, że to trudne, ale musimy stąd iść. Nie mogą nas tu znaleźć, dość już problemów mamy na głowie.- spojrzałam na niego, wiedząc że moje oczy są opuchnięte, a usta wykrzywia grymas. Podał mi rękę, pomagając mi wstać. Kilka minut później Justin schował kamizelkę do bagażnika, a w rękawiczkach zebrał pełne magazynki. Następnie prosił, abym mu pomogła broń opuszczoną przez Mike'a podczas upadku, włożyć mu do ręki, tak aby wszystko wyglądało na samobójstwo, ale ja tylko pokiwałam stanowczo głową na boki, odmawiając. Patrzyłam jak pochyla się nad jego ciałem, które zapewne utraciło już swoje naturalne ciepło, i unosi jego ciężką, bezwładną rękę. Miał otwarte oczy, miałam wrażenie, że nas widzi. Nie zapomnę tego widoku do końca życia. Wycie syren policyjnych zmusiło mnie do ściągnięcia wzroku z twarzy Howarda, puściliśmy się biegiem do samochodu. Kiedy odjeżdżaliśmy i byliśmy już kilkaset metrów od magazynu, obracając się i patrząc przez tylną szybę samochodu widziałam, jak w mgnieniu oka policja otoczyła magazyn ze wszystkich stron, jakby dostali wcześniej informację o tym zdarzeniu. Założyłabym się, że Mike miał coś z tym wspólnego, gdyby nie był trupem.
Droga, którą przemierzaliśmy przypominała pustkowie. Na autostradzie łatwiej byłoby nas złapać. Nuda, spowodowana powtarzającymi się polami, ogromnym, gęstym lasem lub hektarami piasku jednak została zniwelowana, ponieważ mieliśmy dosyć wrażeń. Chyba oboje potrzebowaliśmy chwili na rozmyślanie. Nie potrafiłam sobie wyobrazić jak powinnam czuć się po tym, co się stało. Naprawdę do samego końca wierzyłam w Howarda. Chociaż krzywdził mnie przez tyle lat, nie pragnęłam jego śmierci.
Od dwudziestu kilometrów coraz częściej pojawiały się ostre zakręty i gwałtowne wzniesienia. Na jednym z nich inny samochód, jeden z nielicznych, które mieliśmy okazję mijać, zajechał nam drogę. Justin początkowo uderzał w klakson samochodu kilkakrotnie, aż w końcu z niebywałą precyzją zatrzymał się kilka centymetrów od maski drugiego samochodu. Pomimo tego, że nie wątpię w jego umiejętności to i tak nieprzyjemne dreszcze rozbiegły się po moich plecach.
- Co jest kurwa?!- wykrzyknął Justin zirytowany, uderzając o kierownicę. O ruszeniu się z miejsca nie było mowy, zakręt był niebezpieczny, ulica wąska, groziło nam wylądowanie w rowie. Wściekły Justin patrzył na kierowcę. Nie wytrzymał, wysiadł z samochodu trzaskając drzwiami. Wyczuwając w powietrzu kłopoty zrobiłam to samo. Nieznajomy mężczyzna z uśmieszkiem wysiadł ze swojego rang rovera, mierząc się wzrokiem najpierw z Justinem, a później ze mną. Jego spojrzenie lekko mnie sparaliżowało, dlatego oparłam się o rozgrzane od zachodzącego już słońca drzwi naszego samochodu z założonymi na piersi rękoma. Postanowiłam obserwować ich z daleka, bo już zbyt często zawieram kontakty z chłopakami, do których powinnam bać się odezwać. Facet miał wytatuowaną prawą rękę, od ramienia do nadgarstka wiła się po niej jaszczurka.
- Kto by pomyślał, że dwójka takich szczeniaków jak wy zrobi coś, co planowałem od tylu lat.- zaczął ze sztucznym uśmiechem bić nam brawo.
- Kim ty do cholery jesteś? – spytał Justin, który w razie czego, był gotowy rzucić się na niego w każdej chwili.
- Jesteście całkowicie zieloni, jeśli mnie nie znacie… Cóż, nazywam się Charles Price, a i przepraszam, że was spłoszyłem. – obrócił się stronę swojego samochodu i pstryknął palcami. Mężczyzna siedzący z przodu na fotelu pasażera włączył syrenę policyjną.- Myślałem już, że nie zdążę wam pogratulować.
-  Nie wiem o czym mówisz. – mina, którą zrobił Justin, była miną za którą najlepsi aktorzy dostają Oscara. Nawet ja byłabym w stanie uwierzyć, że jest zwykłym chłopakiem, który nie brał udziału w żadnej strzelaninie i naprawdę znalazł się tu przejazdem.
- Spokojnie, nie jestem gliną, po prostu lubię używać ich zabawek. – zaśmiał się rozbawiony własnym żartem. – Ciebie nie znam, ale ty… - teraz ostentacyjnie wpatrywał się we mnie. – Rachelle, dziewczyna Howarda. Nie wyglądasz na zrozpaczoną.- stwierdził i uśmiechnął się cwaniacko, wyciągnął pudełko papierosów, wyjął z niego jeden, a później zapalniczką podpalił. Wsunął używkę w usta i zaciągnął się długo. Z rozwartych lekko ust wydostawały się kłęby dymu. - Myślicie, że uwierzyłbym, że największy drań, który stąpał po Nowym Yorku i dorobił się fortuny na zabijaniu innych ludzi tak po prostu popełnił samobójstwo?
Chyba poczucie winy miałam wypisane na twarzy, bo po krótkiej ciszy dodał - Wszystko jasne, to tobie powinienem pogratulować najbardziej.
- Nie sądzę, żebym miała się z czegokolwiek tłumaczyć.- odparłam, patrząc mu odważnie w oczy. Co ja sobie myślałam, że się wystraszy, przestanie zadawać pytania? Ten mężczyzna potrafił zidentyfikować właściciela hoteli, wielkiego, dobrze zapowiadającego się młodego biznesmena Mike Howarda, wiedząc też, że jest tym Mike'iem, bezlitosnym mordercą. Wygląda na to, że Charles Price to nie byle kto. Ugięły się pode mną kolana.
- Oczywiście, że nie, przecież każdy korzysta z takich okazji. 
- Nie czekałam na okazję. Nie chcę jego pieniędzy i nie jestem dla ciebie konkurencją. Spędziłam z nim sporą część mojego życia, skończ proszę tą okropnie fałszywą, uprzejmą gadkę.
- W takim razie się dogadamy... Dobrze, przejdźmy do rzeczy. – przydeptał niedopałek papierosa podeszwą swoich drogich, czarnych butów. - Nie chcę was oglądać nigdy więcej! Jeśli znów wejdziecie w drogę mi i moim ludziom, naprawdę tego pożałujecie. – nagle ton jego głosu zmienił się diametralnie, mimo, że o to prosiłam nie byłam na to przygotowana. - A teraz wybaczcie mi, idę świętować śmierć mojego największego wroga. Macie szczęście, że Mike mi zawadzał, gdyby nie to, że przez was nie żyje, pewnie bym was zabił. Potraktujcie to jako wyraz wdzięczności. Dla waszego dobra, lepiej, żebyście nie zmienili zdania.
Potem zwyczajnie zostawił nas z konsternacją na twarzy.
To ten moment, kiedy uświadamiasz sobie, że każdy twój czyn ponosi za sobą konsekwencje. Gdyby Mike wciąż żył, wiedziałby jak pozbyć się Charlesa. On wiedział wszystko, miał znakomity instynkt w tych sprawach.
TĘSKNOTA
- Co teraz? - spytał Justin, nadal wyprowadzony z równowagi.
- Musimy wrócić do hotelu.- odparłam, wsiadając do samochodu.
- Wyjeżdżamy! - sprzeciwił się i zmarszczył brwi, uderzając w kierownicę, co nie zrobiło na mnie wrażenia. Przyzwyczaiłam się, że rzadko się zgadzamy.
- Nie będę znowu uciekać. Pozwoliłam Ci urządzić strzelaninę, teraz Ty zrobisz to, o co cię proszę. Zawieź mnie do hotelu.- rozkazałam mu zdecydowanym głosem. Nawet nie włączył silnika.-  To moja jedyna szansa, póki nikt nie wie, że Mike nie żyje.- w oczach zebrały mi się łzy, bardzo zależało mi na tym, by zrobić co należy. Położyłam dłoń na jego kolanie i spojrzałam na niego błagalnie.
- Ale ona... 
- Musi się dowiedzieć ode mnie.
- Znienawidzi Cię.
- Uwierz, już bardziej nie może.
- Mówiłaś, że już nie raz rzuciła się na Ciebie, to teraz...
- Pozwolisz jej mnie zabić?
- Oczywiście, że nie.
- Więc mamy plan.
AKCEPTACJA





____________________________________

NASTĘPNY 19 WRZEŚNIA

piątek, 20 maja 2016

Rozdział 45


Gdybym miała wybierać, chciałabym, żeby ten dzień nigdy się nie wydarzył, ale…
Zacznijmy wszystko od początku.


Z uśmiechem na twarzy otwierałam powoli oczy, wybudzając się ze snu. Sunąc ręką po ciepłej pościeli, rozgrzanej przez ciało mojego chłopaka zdziwiłam się, kiedy dostrzegłam, że miejsce obok jest puste. W moim sercu nastał jakiś niepokój. Odkryłam ciepłą kołdrę otulającą mnie do połowy brzucha i jedną dłonią delikatnie odgarnęłam włosy do tyłu. Rozejrzałam się po pokoju i zakryłam twarz ręką, ponieważ promienie słoneczne zaczęły razić mnie w oczy. Nie dostrzegłam żadnego śladu jego obecności. Kiedy chciałam go zawołać, usłyszałam charakterystyczny dźwięk garnka odbijającego się od podłogi, a następnie przekleństwo zabarwione uroczą, poranną chrypą. Wciąż tu był. Wszystko, co działo się kilka godzin temu nie było snem. Teraz byłam tego pewna. Uśmiechnęłam się szeroko, zakładając białą koszulę. Zamierzałam po cichu zejść na dół, żeby nie wystraszyć mojego ulubionego, początkującego kucharza. Schodząc po ostatnim schodku w moich ustach zagościł gorzki smak. Nie mdliło mnie jeszcze, ale mój żołądek zdecydowanie domagał się wreszcie czegoś do jedzenia. Podeszłam bezszelestnie do Justina. Zakryłam dłońmi jego oczy, a nos zetknęłam z jego ciepłą skórą na szyi by poczuć jego wodę kolońską.
- Dzień dobry, moja piękna. – odparł, ale nawet na mnie nie spojrzał. Byłoby to miłe powitanie gdyby jego głos brzmiał normalnie.
- Chyba nie taki dobry. – mruknęłam zaspania, dłonie z jego oczu przesunęłam na umięśnione barki, aby rozmasować jego spięte ciało. – Ktoś wstał dzisiaj lewą nogą. – dodałam zanim usłyszałam jego zadowolone westchnięcie. Chyba powinnam go częściej masować.
- Mam dzisiaj ważny dzień. – powiedział lakonicznie. Jego tajemniczość zawsze budziła we mnie niepokój. Powinnam wtedy domyśleć się, że szykuje się coś poważnego, ale wolałam nie wnikać w szczegóły. Wiem, to wbrew mojej naturze, ale dopiero co mnie uratował i naprawdę nie życzyłam sobie kolejnej awantury.
- Gdzie jedziemy tym razem? – spytałam podekscytowana, mając nadzieję, że wkrótce mój dobry humor również mu się udzieli. Miałam dość Nowego Yorku. Do Paryża też mi się jakoś nie spieszyło. Jednak oczywistym było to, że nie możemy tu zostać. Usiadłam na jednym z kuchennych blatów, chcąc wreszcie zwrócić na siebie jego uwagę. Justin miał nieobecny wzrok, nie patrzył na mnie teraz z miłością, był zbyt daleko myślami. Może sądził, że ukrywając go w naleśnikach, których zapach zaczął roznosić się po całym pomieszczeniu nie zauważę, że coś jest nie tak.
- Nigdzie nie jedziemy. Tu na razie jesteś bezpieczna, potem coś wymyślę. – miałam dziwne wrażenie, że jestem mu całkiem niepotrzebna. Zachowywał się tak, jakby chciał się mnie pozbyć, jakbym była natrętnym problemem lub przeszłością, której nie da się zmienić. Stwarzał pozory, że wszystko jest w porządku, żeby nie zrobić mi przykrości. Nie odezwałam się, usiadłam przy stole i czekałam, aż sam zechce ze mną rozmawiać. Zjadłam swoją porcję śniadania, a cisza między nami trwająca już co najmniej piętnaście minut zrobiła się dla mnie kłopotliwa. Z każdą upływającą sekundą miałam wrażenie, że oddalamy się od siebie. Racja, należałam do nieco gadatliwych osób, ale Justin nigdy przedtem nie był taki cichy i bierny jak teraz.
- Ważny dzień… Jakie masz plany? – przerwałam uporczywą ciszę, położyłam pusty kubek po herbacie na stół  i patrzyłam w jego ciepłe, brązowe tęczówki niby niczym się nie różniące, a jednak nieobecne.
- Mam kilka spraw do załatwienia na mieście. – odpowiedział, wybudzając się wreszcie z własnego świata, do którego nie pozwolił mi dotąd wejść. Spojrzał na mnie po raz pierwszy tego poranka, ale szybko uciekł wzrokiem w talerz. Już wiedział po moim ostrym spojrzeniu, że tak łatwo nie zanurzy się w swoich rozmyśleniach ponownie.
Nagle telefon w jego ręce zaczął wibrować. Podeszłam do niego i dosłownie nic nie było w stanie powstrzymać mnie przed odebraniem tego połączenia.
- Bieber? - ledwo utrzymałam wyrwany telefon, kiedy usłyszałam głos tego potwora. Włączyłam głośnik, a wściekły Justin gestykulował nerwowo, że pozbawi mnie głowy jeśli pisnę chociaż słówko. - Wyobraź sobie, że jedna z moich kamer wychodzących na ulicę dostrzegła twoje czarne lamborghini z moją dziewczyną na tylnej kanapie…
- Ona nie jest już twoją dziewczyną! – warknął zaborczo do słuchawki w odpowiedzi Justin. Teraz rozumiałam dlaczego był taki spięty i nie zwracał na mnie uwagi. Czekał aż Howard się z nim skontaktuje. Tylko po jaką cholerę? Co on znowu wymyślił?
- Nie oddam jej jakiemuś kretynowi, a w szczególności tobie. – powiedział z kpiną i wyczuwalną w głosie nienawiścią. - Przysięgam, że jak tylko cię znajdę…
- Świetnie, widzimy się dzisiaj o czwartej w magazynie, tym przy składowisku odpadów, kojarzysz? – mruknął rozbawiony, przerywając mu szereg karalnych gróźb. Potem pokazał mi swoje białe zęby skomponowane w jednym z najniewinniejszych uśmiechów i bezczelnie rozłączył połączenie. Nie wiem czy tylko miałam takie wrażenie, czy Justin faktycznie chce go bardzo wkurzyć.
- Czy ty już totalnie upadłeś na głowę?! – wydusiłam z siebie, patrząc na niego w szoku.
- Nie wiem, o co ci chodzi kochanie… - uśmiechnął się i pocałował mnie w policzek tak po prostu, zabierając talerze ze stołu. Więc teraz udajemy, że tej rozmowy w ogóle nie było? Świetnie…
- O co mi chodzi? Justin, czy ty wiesz w co się pakujesz?! Co ty właśnie zrobiłeś?! – zaczęłam machać rękami i jąkać się ze zdenerwowania. - Uważasz, że jesteś w stanie go pokonać razem z wszystkimi jego ludźmi? Jak możesz podejmować takie decyzje bez uzgadniania tego ze mną? Poza tym to jest najgłupszy plan, o jakim słyszałam, wcale tego nie przemyślałeś! - Znał mnie na tyle dobrze, że nie trudno zgadnąć, że jego szczeniacki, brawurowy pomysł mi się nie spodoba.
Po tym jak wkładając do zlewu naczynia, nawet nie obrócił się w moją stronę, postanowiłam wyjść. Nie wiem czy wtedy zdawał sobie sprawę, jak bardzo go potrzebuję. Wybiegłam z domu, czując jak serce łomocze mi w piersi, a łzy zbierają się w oczach. Ciężko było mi poradzić sobie z tyloma emocjami naraz. Obijałam się o drzewa, słyszałam jak Justin mnie woła, ale tak jak on wcześniej ignorowałam go idąc coraz szybciej. Stanęłam dopiero przy brzegu jeziora, nie mogąc złapać tchu. Chwilę później poczułam ciepłą dłoń na swoim ramieniu.
- Zostaw mnie. – szepnęłam, zamykając oczy, kiedy zerwał się wiatr rozwiewający moje rozpuszczone włosy. Mimo tego, odsunął ode mnie rękę by zamknąć w objęciach moje rozedrgane ciało. Przegryzłam wargę, a że stałam do niego tyłem i nie widział mojej twarzy uroniłam kilka łez. – Dopiero co drugi raz mu uciekliśmy, a ty tak po prostu chcesz mu sam się podłożyć pod ręce? Co z tobą nie tak? – wyjąkałam i ukryłam twarz w dłoniach.
- Usiądźmy proszę.- powiedział również szeptem. Zrobiłam to, co kazał i znowu czułam jak mnie obejmuje.- Dzisiaj to musi się skończyć. – powiedział zdecydowany, odgarniając włosy z mojego czoła.
- Chciałeś mnie tu tak po prostu zostawić, nic mi nie mówiąc? Znienawidziłabym cię, gdybym nie odebrała tego telefonu, jak mogłeś? – spojrzałam w jego oczy, mając świadomość, że zasłużył na to, by zobaczył jak bardzo mnie to zabolało.
- Przemyślałem to, przysięgam. Nie będę wiecznie przed nim uciekał. Najważniejsze żeby już nigdy nie zrobił ci krzywdy.
- Mylisz się, dla mnie najważniejsze jest to, żeby ciebie nie stracić. Nie pozwalam ci nigdzie wyjeżdżać. Jesteś najlepszą rzeczą jaka spotkała mnie w życiu. Nie obchodzi mnie Mike. Najważniejsze żebyśmy byli razem, a jeśli ty zamierzałeś, tak po prostu dać mu się zabić, to wolałabym tam umrzeć razem z tobą. – te słowa chyba były najbardziej szczerymi ze wszystkich jakie kiedykolwiek udało mi się wypowiedzieć. Nie dość na tym, byłam ich pewniejsza niż kiedykolwiek. Odkryłam przed nim całą siebie, pozwoliłam na to by widział jak się rozpadam i jak bardzo mi na nim zależy. Koniec z maskami odważnej, twardej i niezależnej. Od teraz mógł czytać ze mnie jak z otwartej książki, a mi wcale nie było z tym źle.
- Wiem co robię Rachelle, obiecuję wszystko będzie dobrze. – delikatnie ujął w swoją męską dłoń mój policzek i zerknął na mnie łagodnie z opiekuńczością. Uśmiechnął się do mnie, ale widziałam, że jego oczy również były wilgotne.
- Czemu akurat dzisiaj? – spytałam próbując się jakoś pozbierać.
- Ktoś mnie nauczył, że działanie pod wpływem impulsu wcale nie musi być złe. – zaśmiał się, a ja wiedziałam że mówi o mnie. W sumie jakby nie patrzeć, wszystko co do teraz mieliśmy, zbudowane zostało właśnie z tego jednego magicznego impulsu, który kazał mi jednak go nie zabijać, a z drugiej strony wpakował mnie w miłość, którą kiedyś uznawałam za chorobę. – Moglibyśmy tutaj jeszcze posiedzieć, ale muszę pokazać temu dupkowi, gdzie jego miejsce.- powiedział zaciekle, po tym jak spojrzał na zegarek.
- Sam? Jadę z tobą. – zaprotestowałam i wstałam z ziemi w tym samym momencie co on.
- Nie rozpędzaj się tak. Ty grzecznie zostaniesz tutaj. – objął mnie ponownie silnymi ramionami, całując w czoło jak małą dziewczynkę. Niestety, nie podziałało. Jestem dużą dziewczynką, a on nie może mi nic zakazać. Przez ostatnie kilkanaście minut tłumaczyłam mu, że nie powinien mnie tutaj zostawiać samej, a do niego jak zwykle to nie docierało.
- Możesz już przestać? To nie ty powinieneś się na nim mścić. To mi zniszczył życie przez pięć lat, a ty nawet nie jesteś w stanie do dzisiaj powiedzieć mi, kim do cholery jesteś! – dźgnęłam go lekko wskazującym palcem w mostek. - Powiedziałeś, że wszystko mi powiesz, kiedy tylko z nim zerwę. Więc teraz moja kolej… Jadę z tobą, albo w tej chwili mówisz mi o sobie wszystko, co chcę wiedzieć! – zmarszczył brwi. Nie podobał mu się mój szantaż? Tak myślałam. – Zatem, jedziemy.
- Jeszcze się nie zgodziłem.
- Uwierz mi Justin, naprawdę nie musisz się zgadzać. Poza tym, potrzebujesz pieniędzy. Wątpię, że jest tu jakiś schowek z bronią i magazynkami, a twoje dziesięć kul na krzyż raczej nie wystarczy, żeby zabić mojego byłego. Wiem, gdzie je znajdziemy. – uśmiechnęłam się z wyższością. W zasadzie modliłam się, żeby wciąż tam były, ale on nie musiał o tym wiedzieć. Kiedy byłam tu ostatnim razem Jev i Nate ukryli pieniądze z handlu w szopie na dworze pod podłogą. Slade i jego przyjaciele raczej nie zaglądali do niej. - Nie zostawisz mnie tutaj, jadę z tobą. To nie jest tylko twoja walka. – obdarowałam go szybkim, ale zachłannym pocałunkiem w usta, na który czekałam od samego przebudzenia i ruszyłam na poszukiwanie zielonych, nielegalnie zarobionych papierków.




******



Mój chłopak otworzył szeroko oczy ze zdumienia, gdy pomachałam mu plikiem pieniędzy przed nosem. Chowając je do tylnej kieszeni jego spodni, poklepałam jego lewy pośladek i wyszłam z szopy z triumfalnym uśmiechem. Dopięłam swego i byłam z tego dumna. Nawet jeśli Justin z irytacji miałby wyrywać sobie włosy z głowy, zamierzałam wsiąść do czarnego lamborghini stojącego przed domem. Na całe szczęście Scoot znalazł inny samochód by wrócić do hotelu, a ja nie musiałam przemierzać z Justinem całego lasu pieszo. Ostatnio przeżywałam osobliwy wstręt do przyrody po kilku pamiętnych dniach spędzonych na odludziu. Bardzo dziękuję, ale nie zamierzam tego powtórzyć.
Zatrzymaliśmy się najpierw przy sklepie z bronią, położonym kilka kilometrów od stacji benzynowej. Otworzenie drzwi sygnalizowały miedziane dzwonki. Gdzieś na zapleczu pobrzmiewała muzyka z radia, którą psuły zakłócenia. Krępy mężczyzna w podeszłym wieku wyszedł zza zaplecza. Polecił Justinowi kilka modeli broni, dołączył do nich dodatkowe magazynki i wyciągnął naboje z szuflad zamykanych na klucz. Wszystkie te przedmioty trzymał w rękach z nabożną czcią, a patrząc na nie uśmiechał się sam do siebie. Na pierwszy rzut oka widać, że to specjalista z pasją, a swojej broni nie sprzeda w niepowołane ręce.
- Może mi pan pokazać zezwolenie? – mruknął podejrzliwym, niskim głosem. Justin uśmiechnął się do niego, przytrzymując mój łokieć.
- Myślę, że to naprawdę nie jest potrzebne.
- W takim razie bardzo mi przykro, ale u mnie nic pan nie dostanie. – poinformował Justina, a na jego twarzy pojawił się grymas. Położył pomarszczoną dłoń na lufie jednego z pistoletów, aby schować go do gabloty. Zerknęłam kątem oka na Justina, czułam, że nie jest zadowolony z obrotu sytuacji. Jego palce zbyt mocno zacisnęły się na mojej ręce, więc poruszyłam nią by ją puścił. Justin zrobił krok do przodu, jedyna przestrzeń jaka dzieliła jego od mężczyzny była odległością od jednego końca lady do drugiego. Wyciągnął pistolet dotychczas spoczywający za paskiem jego spodni i wycelował go kilka centymetrów od głowy właściciela sklepu. Jego łyse czoło się pomarszczyło, zacisnął zęby i powoli podniósł ręce do góry.
- A teraz może pan spakuje te wszystkie rzeczy do siatek i zapomni, że w ogóle tu byłem? – warknął zniecierpliwiony.
- Justin, kamery…– syknęłam cicho, kiwając głową w stronę monitoringu. Powędrował za mną wzrokiem, a jego zapał nieco ostygł.
- W takim razie poproszę jeszcze kasety z nagraniami z dzisiejszego dnia.- mruknął, przewracając oczami.
- Jest pan bezczelny! Wezwę policję! – krzyknął otępiały sprzedawca w odpowiedzi.
- Obawiam się, że mogą nie zdążyć zanim kula wyląduje w pana głowie. - spojrzałam na niego, kręcąc z politowaniem głową i położyłam na ladzie plik pieniędzy. Słodko i pokrzepiająco uśmiechnęłam się do mężczyzny prosząc go, aby nie zwracał uwagi na zachowanie mojego chłopaka. Pokiwał głową nieufnie i przysunął w naszą stronę siatkę z bronią i magazynkami do wymiany.
- Nie musiałeś mu grozić… Wyżyjesz się na Howardzie. – odparłam spokojnym tonem pchając go ku wyjściu ze sklepu, kiedy z satysfakcją otrzymał siatkę. Mężczyzna wciąż nie mógł otrząsnąć się z szoku, chociaż podziękowałam mu i życzyłam miłego dnia. Niewątpliwie pierwszy raz miał do czynienia z tak wyjątkowo dziwną parą. Drogę do magazynu zajęła nam kłótnia, która początkowo miała być tylko wymianą zdań.
- Masz szczęście, że go nie zabiłeś… - westchnęłam zirytowana opierając się o szybę. Dobrze, że zjadłam coś przed telefonem od Howarda, bo teraz nic bym nie przełknęła.
- Nie zabiłbym go, ale nie musiałaś mu tyle płacić…
- Przystawiłeś mu pistolet do czoła, wiesz co by się stało, jakby zszedł tam na zawał albo… - chciałam kontynuować dalej, ale Justin zatrzymał samochód i przerwał mi zdaniem:
- Jesteśmy na miejscu. – odpiął pasy i poszedł do bagażnika, chcąc zabrać najpotrzebniejsze rzeczy.
Wysiadłam z lamborghini trzaskając drzwiami.
- Bądź delikatna! Naprawdę mogłem zostawić cię nad jeziorem.- spojrzał na mnie z wyrzutem marszcząc brwi. Następnie skupił się całkowicie na złożeniu broni i załadowaniu wszystkich magazynków do pełna.
- Wpakowałabym ci się na dach i tak czy siak, w końcu bym tu przyjechała Justin. – uświadomiłam go powoli podchodząc do bagażnika z dłońmi w kieszeniach. - Wiem, że wcześniej upierałam się, że wole pracować sama, ale tak naprawdę potrzebujemy siebie i to we dwójkę jesteśmy niepokonani. – w jego oczach krzyczało wręcz powątpiewanie, ale zamknął drzwi i chwycił mnie za rękę podprowadzając do magazynu. Przytuliłam się do niego i uśmiechnęłam się, całując go w policzek. – Zaufaj mi.
Wszystkie okna na parterze były wybite, a drzwi zostały już dawno wyrwane z zawiasów. Weszliśmy po schodach na najwyższe piętro. W powietrzu wciąż unosił się cynk i kurz. Widocznie remont nigdy nie miał zostać skończony. Nierówna podłoga oberwana z płytek wołała o pomstę do nieba, a okruchy gipsu i cementu leżały gdzie popadnie. Justin otworzył kopniakiem chyba jedyne sprawne drewniane drzwi w tym budynku. Pozostało nam tylko czekać. Mieliśmy przewagę i byliśmy pierwsi. Z okna obserwowaliśmy każdy przejeżdżający samochód.  Byłam pewna, że Mike nie przyjedzie sam. Usiadłam przy ścianie, nie przejmując się tym, że za chwilę będę cała biała.
- W środku naładowanych jest sześć naboi, oszczędzaj je. – powiedział patrząc mi w oczy, przegryzłam wargę.- Wiesz jak go odblokować? – spytał na co pokiwałam twierdząco głową i wzięłam od niego zgrabny pistolet, bardzo wygodny do trzymania, a następnie położyłam go na kolanach. Spojrzałam na jego zegarek. Była za dziesięć czwarta. Niespodziewanie usłyszałam pisk kół. Kilkanaście metrów od głównego wejścia, wychodzącego na plac zatrzymało się pięć czarnych samochodów.
- Pamiętaj, że bardzo cię kocham. Uważaj na siebie. – pocałował mnie w usta, a potem założył na pierś karabin. Poczułam pewien niepokój, miałam dziwne wrażenie, że on się ze mną żegna.
- To jak to rozegramy ty na lewo ja na prawo? – spytałam tylko, bo wiedziałam, że nie mamy już czasu na dłuższą rozmowę. Od teraz tylko poprzestałam na tym, że musimy to przeżyć, aby te słowa nie były moimi ostatnimi.
- Trzymaj się za mną. – powiedział, podbiegając do drzwi. Byłam o jeden krok z tyłu za nim. Starałam się utrzymać zimną krew. Kiedy miałam przekroczyć próg, nagle bezczelnie zamknął mi drzwi przed nosem i zatrzasnął je. – Zostań tutaj. – rozkazał chłodnym tonem, a potem usłyszałam tylko jak zakłada blokadę na drzwi i żeby upewnić się, że uziemił mnie na dobre założył kłódkę. Nie wierzę! Po prostu nie wierzę!
 - Wypuść mnie! Nie tak się umawialiśmy! – warknęłam wściekła, uderzając w drzwi pięściami. Słyszałam już, że schodzi ze schodów, nawet na chwilę się nie zatrzymując. Skoro nie miał żadnych wątpliwości, musiał podjąć tę decyzję zanim się tu znaleźliśmy. - Nie o to mi chodziło w pracowaniu razem. – mruknęłam do siebie, wiedząc że już go nie zatrzymam. Beznadziejnie bezsilna i oszukana, jak mogłam liczyć na to, że kiedyś będzie inaczej? Czemu nigdy nie pozwolą mi działać? Za chwilę miała się toczyć walka o mnie i o moje życie, a ja tymczasem zostałam zamknięta przez swojego cholernie nadopiekuńczego chłopaka. Miałoby to sens, gdybym sama nie była mordercą do cholery! Ale byłam!
Zostałam całkiem sama. Nie odważyłam się spojrzeć w okno,  znajdowałam się na najwyższej kondygnacji budynku, ale mimo tego byłam bardzo łatwym celem. Słyszałam krzyki, potem przez chwilę było niepokojąco cicho, aż do momentu, w którym padł pierwszy strzał. Wraz z nim padały kolejne, a ja zatykałam uszy i załzawione oczy, bo z każdym następnym strzałem modliłam się, żeby ofiarą nie był On. Ręce zaczęły mi się trząść, próbowałam wydostać się z tego pomieszczenia i mu pomóc. Niestety na próżno, ale nie chciałam się tak szybko poddać. Ciężkie kroki dały mi znać, że ktoś wchodzi na górę i jest coraz bliżej pomieszczenia, w którym zostałam uwięziona. Wstałam i na początku tylko celowałam pistoletem w drzwi, ale potem uznałam, że niezależnie od tego, kto jest po drugiej stronie, muszę się stąd wydostać, więc kopałam w nie nogami i uderzałam jedną ręką, bo w drugiej trzymałam pistolet, który łaskawie mi dano. Nie myliłam się, kiedy wydawało mi się, że słyszę Nate’a, gwiżdżącego wesoło pod nosem. No dalej idioto…
- Nate?! To ty?! – krzyknęłam, mimo że to było dosyć ryzykowne. – Otwórz te cholerne drzwi, frajerze!
- No już, już, czemu tak walisz? – uśmiechnął się z perłowo białymi zębami. Uważał pewnie, że powinnam mu się teraz kłaniać, zanim mnie zabije. Nikogo z nim nie było, więc chciałam jak najszybciej go ominąć. Zatrzymała mnie jego ręka, spojrzałam na nią przełykając ślinę.
- Nate, czy ty naprawdę przez te wszystkie lata niczego się nie nauczyłeś? – spytałam, żeby zyskać na czasie, a zanim zdążył odpowiedzieć zabrałam mu broń i wyrzuciłam przez stłuczoną szybę w oknie, równocześnie atakując go kolanem między nogami. Jęknął jak małe dziecko. Tyle wystarczyło bym już nie czuła się tak beznadziejna i bezsilna.
-  Zawsze marzyłam by to zrobić. – parsknęłam z ironią, patrząc jak ręką masuje swoje genitalia. - Było miło Nate, ale nie mam teraz czasu.  – przebiegłam przez drzwi, które na całe szczęście zdążyły pomieścić mnie i jego pochylonego w progu, cierpiącego przeze mnie, tym razem z mniejszym męskim ego niż zazwyczaj.
Zeszłam bardzo powoli ze schodów, nie chcąc robić hałasu. Trzymałam się ściany, żebym w razie czego mogła się za nią ukryć. Schodząc na ostatni stopień wychyliłam się i szybko schowałam się za nią ponownie. Korytarzem przechodziło dwóch umięśnionych facetów, ale na szczęście byli zwróceni tyłem do mnie. Kiedy już upewniłam się, że zniknęli w następnym pomieszczeniu, zeszłam ze schodów i schowałam się za pobliską ścianą działową. Nasłuchiwałam czyjś kroków, wydawało się być czysto. Chcąc odnaleźć jak najszybciej Justina, przebiegłam przez halę, widząc moją kolejną potencjalną kryjówkę – karton ze styropianem. Nie dane mi było do niego dobiec, ponieważ przylgnęłam gwałtownie do ściany, a tuż nad moją głową przeleciał pocisk.
- Witaj przyjaciółko. – drgnęłam słysząc ironiczny głos Monique. Z jednej strony poczułam ulgę, ale gdy tylko spojrzałam na jej wyraz twarzy zaczęłam się bać, a strach mój wzmógł się bardziej kiedy czerwona plamka celownika zatrzymała się między moimi piersiami.
- Monique, nie zrobisz tego.- jęknęłam zrozpaczona. Jak mogłyśmy znaleźć się w tak chorej sytuacji? Sama byłam gotowa oddać za nią życie, a teraz ona tak po prostu celuje do mnie z pistoletu jakbym nic dla niej nie znaczyła. Dlaczego w ogóle oni się tutaj znaleźli? No tak, mogłam się tego spodziewać. Kolejna gierka w stylu Mike'a Howarda. Jeśli naprawdę chcesz być z nim, jesteś gotowa by zabić najbliższe ci osoby? Może odpowiedź powinna być prosta. Miłość jest najważniejsza. Jednak zawsze zostawało jedno ,,ale’’ ponieważ ich również kochałam. Byli dla mnie jak rodzina.
- To nie zmuszaj mnie, żebym to zrobiła. Przyznaj, że popełniłaś błąd i wróć do nas. – miałam wrażenie, że sopel lodu, którym chciała się stać, zaczął topnieć.
- Nie, bo chcecie zabić chłopaka, którego kocham. Nie będę już nigdy więcej przykładać rąk do tych wszystkich zbrodni. Zmieniłam się, nie jestem tą samą osobą.- mocniej zacisnęłam rękę na uchwycie pistoletu, jednak w przeciwieństwie do tego, który trzymała Monique mój wciąż był skierowany w dół.
- Spójrz na siebie. Jesteś taka sama jak my. Myślisz, że jesteś wyjątkowa i dobra? W rzeczywistości jesteś najgorsza z nas wszystkich. Mike stał się potworem przez ciebie! – syknęła z nienawiścią.
- Nieprawda. – upierałam się, powstrzymując łzy. - Dobrze o tym wiesz, że stał się potworem, bo właśnie takim chciał być! – broniłam się, ale mimo wszystko wiem, że mogłam zrobić więcej, żeby Mike nie zaszedł tak daleko. Byłam zszokowana, że właśnie teraz postanowiła obwiniać mnie za wszystko, jakby to moim marzeniem było mordować ludzi.
- Gdybyś nie spędzała jego urodzin z Justinem nie strzeliliby do ciebie i Mike nie czułby się zagrożony! – nie był to element zaskoczenia, że tak bardzo mnie nienawidzi, że żadne rozsądne zdanie do niej nie trafi. Nienawiść, którą czuła była silniejsza od niej. Jeszcze nigdy nie widziałam takiego obłędu w jej oczach. Zawsze wiedziałam, że ona i jej brat są do siebie bardzo podobni, ale ten obłęd uczynił ich niemal identycznymi.
- Strzeliliby do kogoś innego!
- Mylisz się. – podeszła do mnie bliżej. - Ty to zrobiłaś i ty za to zapłacisz. Wszystko jest twoją winą! – przyłożyła mi pistolet prosto do serca, a ja nie potrafiłam odpłacić się jej tym samym, więc zanim zastanowiła się nad tym, czy pociągnąć za spust, strąciłam go na ziemię, a następnie kopnęłam w stronę kartonu by znalazł się pod nim. Schowałam pistolet i przycisnęłam jej ręce do boków, sama krzywiąc się, mimo że specjalnie to nie bolało, to wiedziałam, że i tak nie jest zbyt przyjemne. Monique zgięła ręce w łokciu i zrobiła to samo co ja, pchając mnie na ścianę, aby moje plecy boleśnie się od niej odbiły. Wstrzymałam oddech i odepchnęłam ją od siebie. To jej nie wystarczyło, atakowała mnie, a ja jedynie potrafiłam bronić się unikami, bo nie potrafiłam jej uderzyć. Przewróciłam się na podłogę, trzymając dłoń na pulsującym od bólu policzku, prawie zapomniałam jak spektakularny jest jej prawy sierpowy, ale nigdy nie miałam okazji poznać go na własnej skórze i to naprawdę dosłownie. Zdarłam sobie skórę na łokciach, musiałam złapać kilka dłuższych oddechów, bo zaczęło kręcić mi się w głowie. Monique uklęknęła przede mną, a ja zwyczajnie pozwoliłam na to, by jej ręce zaczęły mnie dusić.
- Monique… Dość, przestań. – szeptałam bezdźwięcznie, czując że brakuje mi powietrza, uderzałam w jej przedramię. Nie miałam tyle siły, żeby rozplątać się z jej uścisku, więc odchyliłam głowę do tyłu ze zrezygnowaniem. Nagle w progu pojawił się Scoot, a ja nawet nie mrugnęłam okiem, bo nie miałam już sił. Czułam jakby moja głowa miała mi zaraz wybuchnąć, a policzki piekły jakbym podstawiła twarz pod żarzący się węgiel.
- Monique, zostaw ją! Zabijesz ją, słyszysz? – krzyczał do niej, kiedy jej ręce coraz mocniej zaciskały się na mojej szyi. Zerknęłam na broń pod kartonem. Scoot to zauważył, zebrał z podłogi broń i tym razem czułam się jakbym była klockiem domino, ponieważ Scoot celował do Monique, ona do mnie, a mi został pistolet, którym prędzej zabiłabym samą siebie niż ją.- Monique! – zmienił ton głosu, co nie uszło też jej uwadze. Obróciła głowę w jego stronę, jej reakcja była natychmiastowa.
- Żartujesz sobie kurwa ze mnie? – warknęła wzdychając i wreszcie mnie puszczając. Wstałam z ziemi, myśląc że już się poddała, ale wtedy niespodziewanie kopnęła mnie w biodro. Wrzasnęłam z bólu i znowu upadłam na podłogę podpierając się rękoma.  Scoot stanął błyskawicznie pomiędzy nami w obu dłoniach trzymając pistolety, jeden wycelowany we mnie, drugi w nią.
- Wyjedziesz stąd, wrócisz do samochodu i nie będziesz w tym uczestniczyć. Zdradziła jego, nie ciebie. – oznajmił powoli, spokojnym głosem. Nie wierzyła mu, że do niej strzeli, więc pewniej przytrzymał broń, a ona nie wiadomo czy dla zasady, a może zupełnie instynktownie i nieświadomie cofnęła się do wyjścia. – Zabiorę ją do twojego brata.- obiecał, ale widziałam, że jedna powieka mu drgnęła. Monique pokiwała ze zniesmaczeniem głową i wyszła z pomieszczenia.
- Dziękuję. – szepnęłam na wypadek, gdyby ktoś miał nas usłyszeć. Scoot schował broń, a ja nie mogłam go w tej chwili nie przytulić. Byłam zmęczona i wyczerpana. Może chciałam być odważna, ale to nie wystarczy by przestać się bać.
- Ja cię nie widziałem. – szepnął mi do ucha, głaszcząc mnie po plecach. Nie mogliśmy już dłużej tak trwać, dlatego on szedł w kierunku, z którego przyszłam udając, że wciąż usiłuje mnie znaleźć, a ja musiałam dostać się na parter, bo na placu słyszałam jakieś krzyki. Dobiegłam do windy, chciałam zjechać nią na dół. Drzwi zamknęły się w idealnej chwili by obronić mnie przed dwoma pociskami oddanymi z karabinu, ale mogę śmiało powiedzieć, że mentalnie zdążyłam poczuć ból nimi spowodowany. Wcisnęłam guzik z wyrytym na środku, jajowatym zero i nagle zgasło światło. Winda nie poruszyła się. Z moich ust wydostało się wyraziste przekleństwo. Nie mogłam otworzyć drzwi, więc z racji tego, że winda nie spełniała swojej funkcji nacisnęłam guzik awaryjny i uniemożliwiłam tym samym otworzenie drzwi z drugiej strony. Spojrzałam na samą górę. Bingo – mruknęłam z zadowoleniem zauważając szeroką kratę na suficie. Wydostanie się szybem? Czemu nie, przecież na filmach dają radę… - przekonywałam się w myślach, zapominając, że bohaterowie w tych filmach zachowują się jakby mieli siedem żyć i zawsze spadają jak koty na cztery łapy z najwyższych apartamentów. W drodze wyjątku posiadają super moce i chodzą bez problemu po ścianach. Weszłam najpierw bez butów na barierkę, zdjęłam kratę, wróciłam po buty, upewniłam się, że mój pistolet nie wypadnie mi z kieszeni, wyrzuciłam buty przez kratę, a następnie podciągnęłam się na rękach i wyszłam z windy, w której można dostać klaustrofobii. Bez złudzeń, zajęło mi to więcej czasu, niż się zdaje, bo buty były na tyle nieposłuszne, że wlatywały z powrotem na dół,  dlatego musiałam sznurówkami obwiązać się w biodrach. Moim jedynym wyjściem był szyb wentylacyjny, ale tym razem nie miałam pojęcia czy na końcu spotkam miękki, ale śmierdzący kosz na śmieci. Spotkałam jednak szczura i o ile do żywych nie żywiłam jakiegoś strachu i wstrętu, przy martwym ledwo powstrzymywałam wymioty. Ludzie naprawdę nie śnili nawet o niektórych poświęceniach w imię miłości. Lepiej byłoby dla ciebie, gdybyś wciąż był żywy, bo jak do ciebie dołączę zrobię z nieba twoje prywatne piekło. Musiałeś mnie do cholery tam zamknąć? – humor wciąż się mnie trzymał, przynajmniej pozwalał mi opanować strach. Wydostałam się z magazynu na ulicę, teraz największym kłopotem był mój brak orientacji w terenie. Nie miałam bladego pojęcia z której strony budynku właśnie się znajduję. Przeszłam szybko wzdłuż ściany jednej z hal zgięta w pół by nie było mnie widać przez okna, a właściwie pozostałości po nich.
- Hej, tam jest! – krzyknął jakiś mężczyzna, nie spojrzałam w tamtą stronę, by się nie zatrzymać i nie ulec chwilowemu sparaliżowaniu. Wyprostowałam się i po prostu biegłam najszybciej jak tylko mogłam. Z okien i za mną, na zewnątrz magazynu, regularnie padały strzały. Wchodząc w pusty korytarz nadziałam się na hak wystający z muru i zraniłam się w nogę. Było to dosyć duże rozdarcie, w pięć sekund miałam poplamione całe spodnie od krwi. Urwałam połowę rękawa mojej bluzki i zawiązałam ciasno wokół uda w miejscu zranienia. Z zaciśniętymi zębami przeszłam do magazynu, starając się być cicho.
- Nie tak szybko panienko. – warknął męski głos tuż za mną. Kolejny strzał przeleciał zbyt blisko, więc ze strachu podskoczyłam w miejscu. Źrenice mężczyzny stojącego przede mną przestały się poruszać. Gdybym się nie odsunęła, upadłby na mnie. Ktoś zastrzelił go od tyłu, kiedy mężczyzna wylądował na ziemi, zza jego pleców wyłonił się uśmiechający szeroko Jev.
- Jev! – zawołałam uradowana, chcąc mu podziękować za ten brawurowy strzał, ale zwrócił on uwagę również innych. Usłyszałam tylko krótkie ,,Uważaj…’’ Nie zdążyłam zorientować się co się dzieje, a Jev zasłonił mnie własnym ciałem i przyjął pocisk, który należał się mnie. Wyciągnęłam pistolet, czując jak jego ciężar ciała przenosi się na mnie i razem z nim upadłam na podłogę. Strzeliłam dwa razy do dwóch strażników Mike’a, ich ciała parę sekund później leżały na podłodze, ale nie docierał do mnie fakt, że to ja ich zabiłam.
- Jev! Słyszysz mnie? Nie umieraj, proszę! – krzyczałam i uderzałam w jego policzek żeby go ocucić. Patrzył na mnie smutnymi oczami, ale wciąż był ze mną. Z jego brzucha wylewała się krew, która plamiła mi ręce. Jego głowa leżała na moich udach.- Jev, proszę…- chwyciłam go za rękę.
- Wszystko będzie dobrze. – wysapał ciężko, trudno było mu znieść ból. – Jesteś tego warta, zabij tego skurwysyna... – wydawało się, jakby miał umilknąć, ale jego wargi niespokojnie drżały. - Myślałem, że to ja uratowałem ciebie, ale to ty uratowałaś mnie. – odparł ledwo i nim zdążyłam mu cokolwiek odpowiedzieć, dodać otuchy czy poprosić by wytrzymał ból, uśmiechnął się i zamknął oczy. Kiwałam głową, nie mogąc uwierzyć w to, że to co widzę jest prawdziwe. Uścisk ręki się rozluźnił, a jego dłoń swobodnie opadła na podłogę. Nie było go już ze mną. Otarłam łzy, które już przez jakiś czas spływały z moich oczu zupełnie niekontrolowanie, zabrałam pistolet z ziemi, ostatni raz spojrzałam na ciało Jeva i biorąc głęboki wdech skierowałam się na plac, przekraczając dwa pozostałe ciała, w tym jednego mężczyzny, który przypadkiem zabił Jeva zamiast mnie.
Miałam sześć kul, musiały mi zostać dwie, albo trzy. Śmierć Jeva tak mnie zdezorientowała, że nie wiedziałam czy czasem nie wykorzystałam przed chwilą więcej niż trzeba. Nareszcie dzieliła mnie tylko ściana od wejścia na plac przed magazynem. Byłam wystarczająco blisko by usłyszeć rozmowę, która z pewnością musiała dotyczyć mnie.
- Wreszcie zauważyłeś, że ona jest czymś więcej niż zabawką? – spytał Justin, a ja odetchnęłam z ulgą słysząc ten hipnotyzujący głos. – Nigdy na nią nie zasługiwałeś. Bez niej jesteś całkiem sam. – po tych słowach nastąpił szyderczy śmiech, który również znałam jak własną kieszeń.
- Uważasz, że ty zasługujesz? Nie dorastasz jej do pięt, jedynym twoim kołem ratunkowym jest ta śliczna buźka. Muszę jak najszybciej wybić jej ciebie z głowy. Będzie łatwiej, kiedy będziesz martwy. – wychyliłam się zza ściany by zbadać sytuacje. Na placu pozostali tylko we dwoje, reszta ludzi była już nieżywa. Leżeli na ulicy w dziwnych pozycjach, we własnych kałużach krwi. Jedni zwróceni twarzą do asfaltu, drudzy z upiornie otwartymi oczami skierowanymi prosto w chmury.
- Dalej, Howard dosyć tej paplaniny, zabij mnie. Czy nie to chciałeś zrobić, kiedy tylko dowiedziałeś się, że mnie kocha? – widok Justina poplamionego od krwi łamał mi serce. Uśmiechał się kpiąco do Howarda, w przeciwieństwie do innych nie bał się go. Był zbyt pewny siebie. Wtedy zrozumiałam co tak naprawdę chce zrobić. On nie chce walczyć. Chce zginąć. To była nasza ostatnia noc razem. Ostatni dzień. Zrozumiałam, że on nie chce umrzeć, wie że będzie musiał to zrobić, żebym mogła normalnie żyć, że życie z nim również nigdy nie będzie normalne. Nie takie, o którym mu opowiadałam.  Byłam na siebie wściekła, że powiedziałam mu o tym, że moim marzeniem jest prowadzić proste i spokojne życie. Uważał, że musi umrzeć i nie ma innego wyjścia, żebym mogła je spełnić. Dużo wysiłku kosztowało mnie, bym zapłakana nie weszła na plac. Nie mogłam się rozklejać przed Howardem, chciałam zemścić się na nim z równie nieczułym i nieludzkim wyrazem twarzy, który znosiłam przez tyle lat. Zemścić się za tych wszystkich niewinnych ludzi, których zabił. Howard stał do mnie tyłem, tylko zmiana w wyrazie twarzy Justina, który wyglądał jakby zobaczył ducha uświadomiła mu, że powinien się obrócić.
- Nareszcie, jest nasza gwiazda! Bez ciebie to żadna atrakcja. – uśmiechnął się do mnie chamsko, przyglądając się swojej broni. Zignorowałam Howarda bardzo rozbawionego całą sytuacją. To był jego żywioł, kochał rzeź, krew i śmierć. Jednak nigdy nie znajdował się po tej gorszej stronie, stronie która należała do przegranych i cierpiących. Przyjrzałam się Justinowi zimnym wzrokiem, to chyba sprawiło, że postanowił zostawić wszystko mnie. Miałam tak właściwie przed sobą dwóch zadufanych w sobie chłopaków, którzy do wszystkiego podchodzili jak do zabawy. Tylko, że zamiast gry w piłkę nożną woleli do siebie strzelać z pistoletów. Nie zmieniło się nic od dnia, w którym po raz pierwszy spotkaliśmy się we trójkę, oprócz tego, że moje uczucia z jednego przeszły na drugiego i ośmieliłabym się powiedzieć, że teraz są tysiąc razy silniejsze.
- Jesteś prawdziwym potworem, diabłem, który powinien smażyć się w piekle. – przymrużyłam oczy podchodząc do Mike’a.
- Uznam to jako komplement. – wyszczerzył białe zęby.
- Niesłusznie, bo nim nie był. – odparłam z odrazą. – Jesteś potworem, który mnie bił, notorycznie ranił, wykorzystywał i zmuszał mnie do robienia świństw. To ty wpakowałeś mnie w to gówniane życie, obiecując mi każdego kolejnego dnia, że z tym skończysz. Dla ciebie liczą się tylko pieniądze i władza. Myślisz, że jesteś bogiem i wolno ci wszystko. Nie Mike, nie jesteś bogiem, życie nie jest grą, a ty nie zmienisz świata, w taki sposób by należał do ciebie.
- Nie zgrywaj świętej, miło było ci mieszkać w pięciogwiazdkowym hotelu, wydawać pieniądze na ubrania i błyskotki. Wcześniej nie narzekałaś, lubiłaś to – tu na chwilę zamilknął, usiłując się zastanowić -  jak to ujęłaś ,,gówniane życie.’’ Ja tylko daje ci wybór. Wciąż możesz być ze mną, albo zginąć razem z nim. – wycelowałam pistolet w Mike’a, który wcale się tym nie przejął. - Odłóż to. – spojrzał na mnie jakby chciał oświadczyć, że popełniam kolosalny błąd. Jego ramię napięło się, ukazując żyły.
- Sam tłumaczyłeś mi, że w obliczu niebezpieczeństwa nie odkłada się broni.- na jego twarzy obmalowała się żądza mordu. - Zapomniałeś też o bardzo ważnej rzeczy. Śmierci, śmiercią nie zwyciężysz.
- Kotku, przestań się wygłupiać. Nie potrafisz zabijać, pamiętasz? Złamiesz się, jak zawsze. – chciałam w jego oczach zobaczyć chociaż odrobinę strachu i chyba dzisiaj mi się udało.
 - Zadam ci ostatnie pytanie, kochasz mnie? – zaczął znowu się wrednie śmiać, jakbym powiedziała coś przezabawnego. Jeśli wciąż mnie kochał i za wszelką cenę chciał odzyskać potrafiłabym to zrozumieć. Jeśli po raz kolejny wykorzystał mnie, a jego celem była jak zwykle rozrywka z oglądania czyjegoś cierpienia, powinnam strzelić bez zastanowienia.
- Kochanie, miłość to słabość, a ja słabości nie mam.- odparł rozbawiony, patrząc mi prosto w oczy.
- Właśnie dlatego, że tak myślisz nie zasługujesz, żeby żyć.-  śmiał się dalej. Nie wierzył, że będę w stanie to zrobić. Ja też nie, ale wtedy on machnął ręką w bok i strzelił do Justina bez żadnego ostrzeżenia, a ja nie mogłam go powstrzymać. Nie miałam czasu by temu zapobiec, więc mój drżący palec również zsunął się po spuście. Trafiłam w jego serce, co do którego istnienia miałam wątpliwości. Wykorzystałam wszystkie naboje w magazynku i trzy strzały, skierowałam prosto na człowieka, któremu kiedyś tak wiele zawdzięczałam. W rzeczywistości miał rację, nigdy nie chciałam tego zrobić, ale zrozumiałam, że jeśli on będzie żył, ja nie będę mogła. Zastanawiam się jak człowiek, którego kochałam mógł odebrać mi wszystko na czym mi zależało. - Zabrałeś mi wszystko. – szepnęłam zakrywając usta dłonią, a kiedy spojrzałam na Justina leżącego kilka metrów dalej zaczęłam płakać, wpadłam w atak paniki. Upadłam na kolana w szoku i zaczęłam krzyczeć. Krzyk ten, był czymś więcej niż wyrazem bólu. Mówią, że sprawiedliwość dosięgnie każdego, tylko dlaczego ja musiałam wykonać ten pieprzony wyrok? 




,,Faces in the crowd
Faces in the crowd will smile again
And the devil may cry
The devil may cry at the end of the night


They will parade upon your victory
You'll put a smile upon their faces
The world will be yours for the taking
The story you birth will be ageless
Just learn to love pain and be patient."

The Weeknd - Devil May Cry



________________________________________

Witajcie kochani! 
Nawet nie wiecie jak bardzo się Wami stęskniłam! 
Ten rozdział to było dla mnie wielkie wyzwanie.
Mam nadzieje, że udowodniłam Wam, że warto na mnie czekać.
Pewnie sądziliście, że tak właśnie skończy się
 to opowiadanie... cóż jednak nie xD
Co oznacza, że będzie gorzej...
Liczę na Wasze szczere komentarze.
Nigdy Was o to nie pytałam więc..
macie jakieś pomysły, kim naprawdę może być Justin?





Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam, 
tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia, 
lub po prostu wiesz, że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje, 
napisz komentarz.

ROZDZIAŁY | LISTA INFORMOWANYCH| ZWIASTUN | KONTAKT