Rachelle to dziewczyna, która nigdy nie miała normalnego życia. Spotkała Mike’a, na początku wszystko wydawało się być niewinne, dopóki nie zaczął zabijać ludzi. Interes chłopaka zaczyna wymykać się spod kontroli. W świecie, w którym nie ma miejsca na miłość istnieje multum niewyjaśnionych spraw. Czy główna bohaterka, przebrnie przez to piekło? Cóż... niektóre rzeczy są zbyt niebezpieczne, żeby je poznać.
EDIT: Nowy rozdział 20 maja! Nie mogę się doczekać tak samo jak Wy! ;*
Nie chciałam tego zrobić. Wiem, że większość z Was pewnie ode mnie teraz odejdzie. Postawiono mi ultimatum i robię to wbrew sobie, ale muszę zawiesić bloga. Do końca miałam nadzieję, że tego nie zrobię, ale nie mam wyjścia. Tak bardzo się przywiązałam do tego bloga przez te trzy lata. Dziękuję Wam, za każde miłe słowo i każdy jeden komentarz, naprawdę podnosiły mnie one na duchu... No i proszę sama się popłakałam... To chyba najbardziej dojrzała i najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Pozostało mi tylko życzyć wszystkiego dobrego wszystkim tegorocznym i przyszłym maturzystom. Damy radę, nie? Wrócę tutaj od razu po moich maturach. Trzymajcie kciuki za mnie! ;) 1 czerwca powitam Was z nowymi pomysłami i energią. PS. Zostawcie swój kontakt w informowanych, lub napiszcie na mój email touchangelmusic@gmail.coma na pewno powiadomię Was o swoim powrocie. Rozdział może pojawi się pod koniec maja, nie znam dokładnie harmonogramu matur, ale 1 czerwca jest najpewniejszym terminem jak na razie. Wszelkie pytania możecie kierować albo na emaila, albo na twitter:@biebstouch
Nazywam się Rachelle Roberts i
się nie boję. Nazywam się Rachelle Roberts, mam dwadzieścia lat i nie jestem
mordercą. Jedyne czego chciałam to kochać i czuć się bezpieczna. Nazywam się
Rachelle Roberts byłam blisko szczęścia i mnie opuściło. Po prostu, już po
wszystkim. Moja bajkowa bańka mydlana po prostu pękła i rozpłynęła się w
duszącym powietrzu smutku. Nazywam się Rachelle Roberts i przez cztery lata,
tylko to nie uległo zmianie. Cała reszta mojego życia to ból, który wciąż rani
i rośnie, aż stanie się tak wielki, że rozedrze mi serce. Wszystko, w co
wierzyłam okazało się kłamstwem. – te
myśli kotłowały się w mojej głowie. Powtarzałam je z tysiąc razy. Z przymkniętymi oczami płakałam, powoli
tracąc przytomność...Wiedziałam, że nikt nie jest w stanie mi
pomóc. Skulona w kącie mojej celi czułam się jakby stała się jej częścią. Do
tego stopnia skupiłam się na powtórzeniu moich myśli, że ledwie zauważyłam
kiedy ktoś stanął tuż obok mnie.
- Obudź się! – usłyszałam krzyk, a następnie poczułam uderzenie w
twarz. Jęknęłam niemrawo. – Obudź się! – usłyszałam ponownie i otrzymałam kolejne zadane tą samą dłonią. Jakby się zastanowić nie dość, że nie miałam
siły aby podnieść rękę, żeby się obronić to mój policzek był na tyle
sparaliżowany, że prawie nie odczuwałam bólu. Wystarczyło, że czułam go w środku.
Zamrugałam oczami, zajęło mi dłuższą chwilę by zacząć widzieć w miarę wyraźnie.
Kiedy napotkałam intensywne niebieskie oczy wpatrujące się we mnie z
nienawiścią, uderzyłam tyłem głowy o ścianę, o którą się opierałam. Całkiem o
niej zapomniałam, chciałam po prostu jak najszybciej oddalić się od mojego
byłego. Nawet jeden centymetr byłby zbawienny.
- Spokojnie kochanie, jeszcze stanie ci się krzywda.- zaśmiał się
szyderczo uśmiechając. Doskonale wiedział, że krzywda już mi się stała i to
głównie on był jej winowajcą.
- Powiedziałam ci już wszystko, co chciałam. Nie będę przepraszać
za to, że się zakochałam.- wyszeptałam słabo, nie mając siły nawet zmierzyć się
z jego ciemnymi, wrednymi, niebieskimi oczami, w których kryło się nic innego, jak tylko okrucieństwo.
- Może by tak z nią
skończyć, misiu? – usłyszałam zgryźliwy śmiech, który mógł należeć tylko do
jednej osoby. Gorgina z rozkapryszoną miną przyglądała się mi i oczekiwała na
reakcję Howarda. Ostatnio zapewniała mnie, że mężczyzna tak bardzo się w niej
zakochał, że spełnia jej wszystkie zachcianki.
Była to czysta prowokacja. Sądziła, że zaboli mnie fakt, że teraz ona
jest z nim tak blisko, jak ja kiedyś. Popełniła wielki błąd, moje serce dotąd
pałające do niego miłością i współczuciem teraz zdążyło wypełnić się tak wielką
nienawiścią, że już nie miałam względem niego żadnych pozytywnych uczuć. Mogła mówić do
niego słodkimi słówkami, ale mnie to nie poruszało. Wcale. Znałam go też lepiej
niż ona i wiedziałam, że nienawidzi kiedy ktoś odnosi się do niego w ten
sposób. Nawet tak piękna, wysoka i zgrabna blondynka jak ona. Jest szefem, nie
misiem.
- Nie. – odparł chłodnym
tonem. Tak, zdecydowanie już je z jej
ręki.- parsknęłam z ironią w myślach. Ty
parszywa, dwulicowa przybłędo… może nie jestem już jego dziewczyną, ale odzywa
się do mnie z większym szacunkiem po tym, jak go zdradziłam niż do ciebie teraz, kiedy ponoć z nim jesteś. Nawet
wtedy, gdy był na mnie zły, nigdy nie słyszałam tak zimnego głosu, który
sprawiałby, że każdemu stanęłyby włosy na plecach.- Jeszcze nie. Znam ją. Będzie błagała mnie, żeby mogła wrócić, ale ja już nie będę taki dobry jak
kiedyś. – A to nowość… Mike i dobry to słowa totalnie się wykluczające i co do
tego nie miałam już żadnej wątpliwości.
- Skoro nie mogłam wybrać życia takiego, jakim chciałam żyć,
chociaż pozwól mi umrzeć tak jak chcę. – jęknęłam z bólu. Chcąc nie chcąc moje
oczy pokryły się łzami. Mike przyłożył palec do moich zapewne sinych ust, na co
wzdrygnęłam się. Chwycił delikatnie moją szczękę i przycisnął ją do mojego
mostka. Z nosa leciała mi krew. Drugą ręką dotknął tył mojej głowy. Syknęłam z
bólu, kiedy opuszkami palców zahaczył o miejsce, w które się zraniłam. –
Przynieście mi ręczniki! – warknął głośno, na co zmarszczyłam brwi i
podskoczyłam w miejscu. Wyciągnął rękę po biały materiał przez co mogłam
zauważyć, że jego ręka, która przed chwilą dotykała mojej głowy była brudna od
krwi. Mojej krwi. Wytarł ręcznikiem czerwoną maź, ściekającą z mojej rany.
Następnie delikatnie obtarł mój nos, z którego lała się krew i spływała po moich
ustach.
- Wezwijcie lekarza! Trzeba to zszyć! – zawołał do jednego z ochroniarzy.
– Tak szybko nie umrzesz, Rachelle. Już ja tego dopilnuję…
Trzymał mnie za głowę, kiedy nagle wszystko zaczęłam widzieć podwójnie.
Oparłam ją bezwładnie na jego dłoniach. Straciłam przytomność i po raz pierwszy
od paru długich dni zaznałam prawdziwego spokoju.
*******
Kiedy otworzyłam oczy nie byłam już w celi, ale ze względu na chłód
jaki owionął całe moje ciało wiedziałam, że wciąż znajduję się w piwnicy. Uniosłam
delikatnie głowę, chcąc sprawdzić gdzie jestem. Rozglądając się dookoła zorientowałam
się, że leżę w czymś w rodzaju kostnicy. Najśmieszniejsze jest w tym
wszystkim to, że byłam pewna, że tutaj dotrę, ale martwa.
- Wykonałem wszystkie badania. Wygląda na to, że miałaś szczęście.
Uderzenie nie było na tyle silne by rozbić ci czaszkę, ale przez najbliższe dwa
dni nie wolno wykonywać ci sporego wysiłku fizycznego. Po ranie prawie nie ma
śladu. Jeśli chcesz możesz się przejrzeć w lustrze. – odparł spokojnym tonem
doktor Rickquell, który stał nade mną z uwagą przeglądając jakieś papiery. Uśmiechnęłam się kwaśno na słowa ,,miałaś szczęście.’’ Gdybym
mogła bezboleśnie w tej chwili umrzeć, wtedy miałabym szczęście. – Skąd ta
mina? Powinnaś się cieszyć.
Nie zamierzałam mu tłumaczyć, dlaczego nie potrafię tego zrobić.
Normalnie byłby to powód do radości, ale ja naprawdę miałam wrażenie, że jestem
gotowa jak nigdy by zakończyć swoje życie. Wcześniej moja śmierć byłaby
bohaterska, szlachetna i wielka. Umarłabym z miłości. Zawsze uważałam, że to
pięknie umrzeć z takiego powodu. Teraz jednak okoliczności zmusiły mnie do
umierania egoistycznie, po prostu dla siebie, żeby oszczędzić sobie dalszego cierpienia.
Nie miałam już nic, co trzymałoby mnie w tym okropnym świecie, o który nigdy
nie prosiłam.
- Dlaczego pan to robi? – spojrzałam na niego, wzrokiem nie wyrażającym
żadnych uczuć. Zsunął okulary z nosa, kładąc dokumenty na moich nogach
przykrytych cienkim, białym prześcieradłem.
- Jestem lekarzem, a to moja praca skarbie. – odpowiedział spokojnie
ojcowskim tonem. Na pieszczotliwe skarbie, które zapewne miało mnie do niego
przekonać zareagowałam drżeniem. Lekarz zmarszczył brwi na moją reakcję, ale
czego właściwie oczekiwał? Może miałam się sztucznie zaśmiać? Od tygodnia
jestem zastraszana i traktowana jak rzecz, w dodatku straciłam chęć życia. Nie
było tak, że nie wierzyłam w jego cenność. Przeciwnie, wciąż uważałam że trzeba
szanować swoje życie i czerpać z niego jak najwięcej, ale moje życie nie było
tego warte. Nie miałam nawet możliwości by zmienić je na lepsze. Więc, po co
nim żyć i oczekiwać na kolejne przychodzące cierpienia?
- Dlaczego pomaga pan tym wszystkim złym ludziom? – spytałam ciekawa,
wbijając w niego ostre spojrzenie. Zamiast stać teraz przy mnie mógłby ratować
małe dziecko, które przez nieuwagę rodziców spadło z huśtawki. Zamiast wyjmować
kule z ciał mężczyzn, którzy świadomie wystawiali się na śmierć z pełną
premedytacją, mógłby uratować dobrą kobietę, która pełni rolę kochającej żony,
matki i babci, bez której rodzina nie wyobraża sobie życia, a jej odejście
złamie kilkanaście ludzkich serc. - Dlaczego ratuje pan życie tych, którzy
odbierają je innym?
- Rachelle, mylisz się. – pokiwał głową przecząco, uśmiechając się smutno. Wcześniej miałam go
za zwykłego wyzyskiwacza, ale troska w jego oczach o mnie zmieniła moją ocenę.
- Każdy człowiek zasługuje na ratunek. Tylko Bóg jest w stanie ocenić, czy ktoś jest dobry czy zły. Każdy zostaje oceniony w ostatecznym
rozrachunku. Moim celem jest pomagać ludziom niezależenie od tego, co zrobili
lub czego nie zrobili w swoim życiu. –
mówił kojącym tonem, w pełni wierząc w każde wypowiedziane zdanie.
- Dlaczego więc, stoi pan po tej złej stronie?
- Nie ma złych i dobrych stron. To mit, nie wierz w to Rachelle. –
przekonywał mnie, ale mimo jego silnego, pewnego głosu, nasze zdania wciąż się
różniły. – Powinnaś odpocząć. Dam ci coś, co pozwoli ci się uspokoić. – mruknął
wyjmując z kieszeni swojego białego kitla strzykawkę z przeźroczystą jak woda
cieczą. Poczułam ukłucie w jedną z żył na mojej ręce. Po chwili odpłynęłam z
błogim uśmiechem na ustach. Nie ufałam Rickquellowi, ale byłam mu bardzo
wdzięczna za jego szczere odpowiedzi, jak i tajemniczą substancję, która
pozwoliła mi chociaż przez moment uciec od koszmaru, w którym się znalazłam.
JUSTIN’S POV
Dlaczego ona? Dlaczego to właśnie przez Rachelle Roberts znalazłem
się w tak idiotycznej sytuacji? Mogłem wykonać swoje zadanie od razu, zamiast
pozwolić, żeby to ona zauroczyła mnie. Wychodząc na pierwsze spotkanie z
Mike’iem Howardem spodziewałbym się prędzej śmierci niż miłości. Pogrywałem z
piękną dziewczyną, z tą, na którą nie powinienem nawet patrzeć. Naprawdę
chciałem być tym, który zapewni jej bezpieczeństwo. Pragnąłem by była przy mnie
szczęśliwa. Spieprzyłem wszystko. Obiecałem jej, że zaczniemy nowe życie. Dałem
jej nadzieję, a następnie ją zniszczyłem. Byłem na siebie wściekły. Minął
tydzień, od kiedy wpadła na najgłupszy pomysł na świecie, aby oddać za mnie swoje życie. Nikt oprócz niej nie zdobyłby się na to. Wciąż niczego się nie nauczyła. Działa jak lep na problemy i już dawno
przestałem się łudzić, że to się zmieni. Wróciłem po nią. Scoot pomógł mi
przemknąć przez ochronę hotelu. Zaprowadził mnie do piwnicy, w której widziałem
ją po raz ostatni. Tak bardzo nie chciałem zostawiać jej samej. Bałem się tego
w jakim mogła być teraz stanie. Moje serce stanęło w momencie, w którym
zobaczyłem, że jej cela jest pusta, a ściana została pobrudzona od świeżej,
czerwonej krwi.
- Justin, chodź! – szepnął Scoot, wybudzając mnie z otępienia i
machnął do mnie ręką, bym poszedł za nim. Kiedy otworzył drzwi kostnicy, zobaczyłem ją. Kilka miesięcy wcześniej nie podejrzewałbym, że mam serce, a
teraz? Teraz czułem, że rozpada się na malutkie kawałeczki. Dziewczyna, którą
kochałem najbardziej na świecie leżała na prostokątnym, metalowym stole na kółkach w kostnicy
przykryta do piersi białym prześcieradłem. Nigdy nie widziałem jej tak bardzo
spokojnej. Podbiegłem do niej. Czule odgarnąłem jej kosmyk włosów z czoła.
Miała lekko rozchylone usta. Uśmiechała się. Wsunąłem dwa palce między jej włosy
zakrywające szyję, aby wyczuć puls. Moja ukochana wciąż żyła.
- Co z nią? – spytał Scoot pilnując drzwi.
- Zdążyliśmy.- wymamrotałem z ulgą, nie odwracając od niej wzroku.
- Panowie, co wy tutaj… - usłyszałem nieznajomy głos. Natychmiast
wyjąłem spluwę, obróciłem się plecami do łóżka, na którym leżała Rachelle i nie
zastanawiając się zbyt wiele strzeliłem. Byłem szybszy niż Scoot. Lekarz nie
był niczemu winien, ale w tamtej chwili się nad tym nie zastanawiałem. Przez nerwy strzeliłbym do każdego, kto zjawiłby się niespodziewanie obok mnie. – Zabierz go stąd. –
odparłem chłodnym tonem, nie czując wyrzutów sumienia, ani tego, że właśnie zabiłem człowieka. Liczyło się tylko to, żeby moja Rachelle była bezpieczna.
Scoot bez słowa wyszedł z pomieszczenia przekraczając zwłoki mężczyzny w białym
kitlu. Po kilkunastu minutach wrócił do kostnicy, a ciało i krew zniknęły z
podłogi.
- Rozumiem, że ją kochasz, ale musimy ją stąd zabrać. Mamy mało
czasu, jeśli wciąż będziesz pożerał ją wzrokiem. – mruknął sarkastycznie, a ja
posłałem mu mordercze spojrzenie. Gdybym nie wiedział, jakie relacje łączą go z
Rachelle stwierdziłbym, że zwyczajnie jest zazdrosny.
- Już skarbie, wróciłem. Zabiorę cię w bezpieczne miejsce. –
szepnąłem z czułością tak cicho, żeby Scoot nie usłyszał. Wiedziałem, że do
dziewczyny prawdopodobnie również nie dotrą moje słowa, ale mimo tego
potrzebowałem to powiedzieć. Zabrałem ją na ręce i z łatwością wyniosłem z
pomieszczenia. Byłem silny i jej ciężar ciała wcale mi nie przeszkadzał, ale
bardziej niepokoiło mnie to, że była lżejsza niż zwykle.
- Ja prowadzę, ty nie jesteś w stanie. – zarządził Scoot, a ja nie
zamierzałem się z nim kłócić. Położyłem Rachelle na tylnej kanapie czarnego lamborghini i usiadłem obok bruneta.
- Jedź nad Champlain. Mike’owi nie przyjdzie go głowy, że jesteśmy
tak blisko na wyciągnięcie jego ręki. – pokiwał głową, zgadzając się ze mną. Czułem się wygranym, po raz kolejny uciekłem temu, któremu podobno nie można uciec. Przez całą drogę
spoglądałem na Rachelle, leżącą spokojnie na kanapie. Kiedy dotarliśmy już do
lasu, było bardzo ciemno. Po wyłączeniu lamp przednich samochodu jedynie białe światło księżyca i gwiazd pozwoliło nam dojść do werandy osłoniętej mrokiem. Zabrałem dziewczynę z tylnej kanapy na ręce i
wniosłem do drewnianej chatki. Skrzywiłem się na widok głowy jelenia, wiszącej
w salonie. Co za ohydztwo. Oderwałem wzrok od wypchanego zwierzęcia i spojrzałem z miłością na słodko śpiącą brunetkę i
położyłem ją na kanapie. Scoot wręczył mi koc z samochodu, a ja poszedłem poszukać jakieś kołdry i poduszki. W domku było lodowato, a Rachelle
wystarczająco zmarzła już w piwnicy. Scoot włożył drewno do kominka i podpalił
je zapalniczką. Oparł się o blat stołu, obserwując jak przykrywam Rach
delikatnie kocem i kołdrą, a głowę unoszę ostrożnie i układam ją na poduszkę,
tak jakbym bał się za chwilę, że ją obudzę, co było właściwie mało prawdopodobne.
- Czemu tak głupkowato się uśmiechasz? – spytałem w końcu stając
obok niego i opierając się o wyspę w kuchni, która była połączona z salonem.
Oboje zamyśleni patrzyliśmy na Rachelle. Ta dziewczyna odbierała mi resztki
godności, przy niej okazywałem się miękki i czuły, a to nie pasowało do zawodu,
którym się zajmowałem.
- Masz szczęście, że jest nieprzytomna. Na pewno ciężejbyłoby ją
tutaj przywieźć. – uśmiechnąłem się, wyobrażając sobie jak drobna dziewczyna
awanturuje się z nami, próbując przekonać, żebyśmy ją zostawili. Oczywiście tę
walkę, wygralibyśmy z nią. Wziąłbym ją na ręce, czując jak pięściami uderza o
moje plecy i pośladki w furii, a następnie poddaje się wzdychając ioznajmiając, że mnie nienawidzi, czym bym się
w sumie nie przejął, bo wiedziałbym, że bardzo mnie kocha. – Rickquell
nafaszerował ją morfiną. Kiedy ona się obudzi, cały dom pójdzie z dymem, a ty
razem z nim. – kpiący uśmieszek wciąż widniał na jego twarzy.
- Pokazał jej nagranie? – jęknąłem niezadowolony, chociaż doskonale znałem już odpowiedź. Miałem nadzieję, że
nie zdążył tego zrobić. – Kurwa mać. – przekląłem, a szklanka znajdująca się w
zasięgu mojej ręki rozbiła się o ziemię.
- Wpadłeś stary, już gorzej być nie mogło. Znowu mnie zostawisz dla panienki.
– westchnął wciąż roześmiany i gdyby nie to, że był moim dobrym kumplem
rzuciłbym się na niego z pięściami. Musiałem się na czymś wyżyć, a że Mike’a Howarda nie
było w zasięgu mojego wzroku został mi tylko Scoot Wilson. Zacisnąłem ręce w
pięści, ale zdołałem się jednak opanować. – Muszę jechać. Mało brakowało by
jeszcze mnie zaczęli o cokolwiek podejrzewać. Wystarczy, że ty idioto znalazłeś
idealny moment, żeby się zakochać. Posprzątaj to. – wskazał na potłuczone
kawałki szkła.
- Pogadamy jak znajdziesz jakąś laleczkę, która będzie w stanie z tobą
wytrzymać. – syknąłem przez zęby. W ogóle mnie nie rozumiał. Zatrzymał się na
etapie dojrzewania i byłam przekonany, że minie jeszcze kilka lat, zanim zda
sobie sprawę czym tak naprawdę jest miłość.
- Trzymaj się brachu i zaopiekuj się nią. - poklepał mnie po plecach po
czym wyszedł cicho zamykając za sobą drzwi. Przymknąłem oczy odchylając głowę w
tył i wzdychając ciężko. Byłem pewny, że mam jeszcze sporo czasu by ułożyć
jakąś dobrą wymówkę, która zmiękczy jej serce. Niestety, z paniką zauważyłem,
że powoli mruży oczy, wybudzając się. W ułamek sekundy z powrotem ukucnąłem
przy kanapie, gładząc ją po policzku. Otworzyła nagle oczy wystraszona i
gwałtownie usiadła, po czym chwyciła się za głowę sycząc z bólu. Przez moje oczy
przemknęło zmartwienie. Ciężko oddychała trzymając lewą dłoń na klatce
piersiowej. Rozejrzała się po salonie, aż jej wzrok trafił na mnie.
- Witaj, kochanie. – szepnąłem, mając nadzieje, że jej nie
wystraszyłem. Chwyciłem delikatnie jej dłoń spoczywającą między piersiami i obiema rękoma przybliżyłem ją do ust,
całując każdy z pięciu opuszków. - Ostrożnie, uważaj na siebie skarbie.-
mruknąłem, wbijając w nią swoje pewne spojrzenie, pod którego wpływem zawsze
się zawstydzała. W jej oczach dostrzegłem szok, który potem zamienił się w
wściekłość pomieszaną ze smutkiem.
- Lepiej ty na siebie uważaj! – warknęła na mnie nagle. – Czy
kiedykolwiek zasłużyłam sobie na to, byś tak bezczelnie mnie okłamywał? –
wiedziałem, że przejdzie do sedna sprawy. Powinienem być wdzięczny Scootowi, że
poinformował mnie o tym, że ten idiota Mike pokazał jej nagranie z Gorginą, bo
inaczej kompletnie nie wiedziałbym o co jej chodzi.- Oddała ci się, to dlatego tak broniłeś ją w
restauracji, kiedy mnie sprowokowała na tyle, że byłam gotowa ją pobić? Może od początku wiedziałeś, że on nas nagrywa? – z jej głosu
ciekło jadem. Nienawidziła mnie, bo uwierzyła w to, co jej pokazano. Musiałem
ją jakoś uspokoić, może mój pomysł nie był do końca fair, ale wierzyłem w jego
skuteczność. Stanąłem na kanapie w miejscu, w którym przed chwilą spoczywały jej
plecy. Otoczyłem jej ciało nogami i pozwoliłem oprzeć się na mojej klatce
piersiowej. Zdecydowanie łatwiej nie mówić jej prawdy, kiedy nie patrzy się w
jej smutne oczy. Odczekałem kilka minut nim ponownie zacząłem mówić.
- Skarbie, nie wiedziałem nic o kamerach. Nie uważasz, że to bez sensu
wydać samego siebie? Nie spałem z Gorginą.- pogładziłem jej ramię ciepłą
dłonią. Czułem jak pod wpływem mojego elektryzującego dotyku dostaje gęsiej
skórki.
- Jak wytłumaczysz mi, że leżałeś na niej? Nie Justin, nie rób ze mnie
idiotki. Wyobraź sobie, że wiem jak to jest uprawiać seks. – mówiła chłodnym
tonem. Nie wiedziałem ile dokładnie było na nagraniu, ale mimo to postanowiłem
dalej łgać. Nie chciałem stracić w jej oczach. Moje dłonie powędrowały pod koc,
którym była przykryta. Gładziłem jej powabne uda, mrucząc jej do ucha i
dekoncentrując ją.
- Widziałaś dokładnie jak mój penis styka się z jej…
- Błagam cię, bo zaraz zwymiotuję. –
przerwała mi i spojrzała na mnie z pogardą. Śmieszyło mnie to, że jest
dorosłą kobietą i wie jak sprawić mi przyjemność, a wciąż nie potrafi rozmawiać
ze mną na ten temat. Gdyby chociaż raz porozmawiałaby ze mną o tym otwarcie
mógłbym zrobić dla niej wszystko, by poczuła się jak księżniczka. Mimo to nie
narzekałem, lubiłem eksperymentować i obserwować jak ją zaskakuję. – Nie, nie
widziałam. Przerwano mi nagraniem, w którym powiedziałeś, że nigdy mnie nie
kochałeś. Nienawidzę siebie za to, że pozwoliłam ci przejąć nade mną kontrolę i
nawet nie wiesz jak bardzo chciałabym cię teraz zranić w ten sam sposób, ale to
kłamstwo nie przejdzie mi nawet przez gardło! – zaczęła płakać. Nie miałem
pojęcia, że tak bardzo uwierzyła w tą całą prowokację Mike’a. W tej chwili
roztrzaskałbym jego parszywą gębę z wielką ochotą. Otarłem jej łzy, a ona odepchnęła moje dłonie wyrywając się energicznie z moich objęć i wstała spod ciepłej kanapy. Zaczęła trząść się z zimna.
Zdjąłem koszulkę, a ona spojrzała na mnie z lękiem. Walczyła by nie przegryźć
wargi na widok moich mięśni, niestety hormony wygrały.
- Przestań patrzeć na mnie jakbym miał zamiar zaraz cię zgwałcić. –
odparłem spokojnie, otulając ją swoją skórzaną
kurtką. Nie spojrzała mi w oczy. Ciekawszy był dla niej biały dywan na
podłodze.
- Boje się. – szepnęła, a ja pochyliłem się nad nią, by lepiej słyszeć
jej słaby, zduszony głosik.- Boje się, że w pewnym momencie stanie się coś,
przez co rozpadnę się na kawałki i jeśli to przeżyję nie będę już sobą. –
oparła czoło o moją nagą pierś, a ja natychmiast ją przytuliłem. Cała drżała. –
Jakim cudem udało ci się wyciągnąć mnie z tego piekła?
- Scoot mi pomógł, ale musiał pojechać tam z powrotem. –
odpowiedziałem, nie mówiąc jej wszystkiego.
- Mam uwierzyć, że tak po prostu zeszliście do piwnicy i nikt was nie zatrzymał? –
pytała dalej z niedowierzaniem i było już za późno, kiedy nie umiałem zachować
przy niej normalnego, neutralnego wyrazu twarzy. – Kto nie żyje?
- Zabiłem Rickquella. – przyznałem się na jedynym wydechu. Dlaczego
dopiero teraz, patrząc jej w oczy zacząłem czuć te cholerne wyrzuty
sumienia? Nie przypuszczałem jednak, że tak bardzo emocjonalnie zareaguje na tą
wiadomość. Poczułem niemal przez skórę jej głęboki żal, jakby ten facet był jej
bliski. To prawda, leczył ją kilkakrotnie, ale to tylko starszy facet i na
pewno nie jest przystojniejszy ode mnie. Wolałem, kiedy patrzyła na mnie jak na
swój ideał, a nie jak na potwora, który pozbawia życia innych. Nie wytrzymała i
spuściła oczy z powrotem na mój brzuch. - Dalej, zrób to. – podniosła wzrok
znad mojej skóry. Z jej oczu lały się łzy, a usta wykrzywiły w bólu.
- Co takiego? – jęknęła przez płacz, nie mając pojęcia, że przez ten
widok, czuję się podobnie rozbity jak ona. Nie znosiłem, kiedy płakała.
- Wyżyj się na mnie. Jestem cały twój. – rozpostarłem ramiona i
oderwałem dłonie od jej drżącego ciała. – Zrób to. – powtórzyłem raz jeszcze
dodając jej odwagi. Zaczęła bić moją klatkę piersiową delikatnymi, kobiecymi
piąstkami.
- Jak mam ci całkowicie zaufać, skoro o niczym mi nie mówisz? Nie
chcesz odpowiadać na moje pytania. Jak mam zaufać komuś, kogo nie znam? –
pytała rzewnym tonem obijając rękoma o moje piersi. Schowała mokre policzki od
łez w mój brzuch. Nie spodziewałem się, że znowu zacznie mnie wypytywać o moją
przeszłość. Teraz w ogóle nie była gotowa na to, by poznać prawdę. Była tak
zrozpaczona, że miałem pewność, że to złamie ją do końca. Nie mogłem na to
pozwolić.
- Spójrz na mnie… - poprosiłem, wskazującym palcem podnosząc powoli jej
podbródek. – Jestem twoim Justinem i zawsze nim będę. Wiem, że często ci tego
nie mówię, ale bardzo cię kocham. Jesteś najważniejszą kobietą w moim życiu. –
z radością dostrzegłem, że kąciki jej ust leciutko powędrowały do góry. - Jestem
człowiekiem, który jak na razie chce uratować ci życie i to powinno ci
wystarczyć. Powiem ci kim jestem, kiedy będę na to gotowy. – wyważyłem każde
słowo, które uciekło z moich ust. Rachelle jeszcze przez kilka pustych minut
spoglądała w moje oczy, ale potem zsunęła wzrok na moje usta. Nie potrzebowałem
słów, żeby wiedzieć czego ode mnie oczekuje. Myślałem o tym, od kiedy
zobaczyłem ją w kostnicy i tylko przez fakt, że jest nieprzytomna, a natrętny wzrok
Scoota nie dawał mi spokoju, nie zrobiłem tego. Ująłem jej policzek w dłoń, na
jednym palcu zakręcając pobliski kosmyk jej włosów, oblizałem usta i zetknąłem
je z jej miękkimi, pięknymi, lekko różowymi wargami. Starałem się całować ją delikatnie i powoli,
chociaż w mojej głowie kłębiły się nieopanowane fantazje dotyczące jej nagiego
ciała i nieposkromionej nocy, w której dwie sylwetki z dziką namiętnością
plątają się w pościeli.
- Wiem, że zabrzmię teraz jak hipokrytka, ale nie chce po raz kolejny
oddać swojego serca mordercy, Justin. Nie mam już sił. – wyszeptała w moje usta
nieśmiało. Wcześniej nie chciałem tego widzieć, ale od początku to zauważyłem,
tylko nie przyjmowałem do wiadomości. W jej oczach brakowało już odwagi i
pewności siebie. Ten potwór ją złamał. Nie chciała już walczyć, w zasadzie już
się poddała. Chciałem wiedzieć co zrobił jej ten drań.
- Rach opowiesz mi, co tam się stało? – spytałem, gładząc jej policzek.
Przez chwilę staliśmy nieruchomo w ciszy.
- Dręczył mnie kasetami z nagraniami, a to było jeszcze gorsze od
pobicia czy gwałcenia. – wymamrotała niespokojnym, drżącym i urywanym głosem po
dłuższej chwili. Miała do powiedzenia coś jeszcze, bo otworzyła usta, ale nim
jakikolwiek dźwięk się z nich wydostał zamknęła je w wąską linię i rozmyśliła się. Zamilkła. Wiedziałem, że nie mogę teraz na nią naciskać. Nie powiedziałem jej
wszystkiego o sobie i byłoby niesprawiedliwie, gdybym oczekiwał od niej stu
procentowej szczerości. - Justin, ja po prostu nie chcę by ktoś mnie ponownie
zranił.
- Obiecuję, że nigdy cię nie zranię i nie pozwolę, żeby ktokolwiek inny
to zrobił. – powiedziałem i nie przejmowałem się tym, że ta obietnica to wielka
odpowiedzialność. Chciałem ją pocieszyć i wiedziałem, że to właśnie
potrzebowała usłyszeć. Niespodziewanie objęła moją szyję i mocno się do niej
przytuliła. Kiedy moje ręce zsunęły się na jej pośladki wskoczyła na mnie
nogami i zaczęła całować mnie namiętnie w usta. Oddałem jej pocałunek, czując jak jedną ręką wbija się
paznokciami w mój bark, a drugą mierzwi moje włosy. Dziewczyna, zaczęła całować mnie po
szyi i ssać ją zostawiając na niej malinkę. Czując jak jej nogi zsuwają
się z moich bioder, uniosłem ją do góry ponownie, wygodniej układając dłonie na
jej seksownych pośladkach. Jej usta znalazły się na wysokości moich, dlatego
napierałem na nie z pasją. Po drodze zgubiłem swoją kurtkę, która spadła ze
zmarzniętych ramion Rachelle i wylądowała na podłodze na środku salonu.
Wchodząc do góry po schodach jęknąłem za pierwszym razem przerywając namiętny,
długi pocałunek. Każde przekroczenie jednego schodka powodowało, że dziewczyna
ocierała pupą o moje krocze. Z trudem odzyskiwałem silną wolę, żeby nie położyć
jej w połowie drogi na stopniu i przelecieć ją na schodach. Natomiast sam
pomysł, trafił na moją listę rzeczy do zrobienia. Stanąłem wyczerpany
bardziej zachłannymi pocałunkami niż noszeniem Rachelle czy zwykłym wchodzeniem
po schodach. Na ich szczycie, niechętnie oderwałem jedną dłoń z pośladka mojej
bogini i otworzyłem drzwi pierwszego pokoju.
- Nie tutaj, chyba że chcesz spać osobno.- mruknęła odrobinę rozbawiona w moje
usta, cmokając je słodko raz jeszcze. - Byłam tutaj, znam to miejsce. Idź do
tych środkowych. Zaskoczony otworzyłem łazienkę zamiast sypialni z wygodnym dwuosobowym
łóżkiem. Zerknąłem na Rachelle i zacząłem poruszać ochoczo brwiami, wiedząc że
ją to rozbawi. - Wanna czy prysznic? - spytałem uśmiechając się szeroko i delikatnie stawiając
jej stopy na kaflach. Zapaliłem światło, dzięki czemu z satysfakcją zauważyłem,
że jej blada twarz nabrała rumieńców, a to wszystko z mojego powodu. Podeszła
powoli do wanny kręcąc biodrami, jedną dłonią pogładziła jej brzeg. Powtórzyła
mój gest z brwiami, ale musiałem przyznać, że robiła to bardziej uroczo. Rozpiąłem jej
bluzkę, obsypując pocałunkami jej dekolt. Objąłem ją wytatuowanymi ramionami
stanowczo, jakbym nie chciał, żeby mi uciekła. Z pleców zsunąłem dłonie na dół
i zaczepiłem o szelki jej granatowych jeansów.
- Kiedyś ci to obiecałam. - jęknęła odchylając głowę w tył, a palcami obu rąk
ciągnęła za końcówki moich włosów. Zacisnęła je mocniej kiedy grzywką
łaskotałem naturalne wcięcie między jej piersiami. Pieściłem moje dwa skarby,
które schowane pod cienkim materiałem białego, dopasowanego stanika były dla
mnie najpiękniejszymi. Nie były małe i zbyt duże, idealnie mieściły się w moich
dłoniach. Przeniosłem niesforne palce na jej ramiona, czując pod nimi lekki
zarys jej kości. Przejeżdżając od ich początku, poprzez łokcie, kończąc na
nadgarstkach, które zrobiły się cieplejsze rozebrałem ją z koszuli i
podziwiałem odrobinę okrągły brzuch. Uklęknąłem przy niej łapiąc ją za kolana,
na co pisnęła zdumiona. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Lekko pchnąłem ją tak,
żeby usiadła na wannie, kurczowo przytrzymała się ramy, żeby do niej nie wpaść.
Zdjąłem z jej stóp buty, a następnie posłałem jej cwane spojrzenie i rozsunąłem
jej nogi. Zakryła jedną ręką opuchnięte od licznych pocałunków usta, zaczynając się śmiać. Wstając z klęku otarłem
się piersiami i mięśniami brzucha o jej miejsce intymne, wciąż uwięzione w
jeansach i bieliźnie. Skorzystałem z okazji i ucałowałem jej słodki pępek.
Jedną rękę wsunąłem w jej spodnie, odchylając gumkę majtek, a drugą odkręciłem
gorącą wodę. Z powrotem uklęknąłem na ziemi, ramiona wsuwając pod jej uda jakbym
chciał wziąć ją na barana. Rachelle przytrzymała się wanny mocniej i uniosła biodra do
góry. Wolnymi rękoma zdjąłem jej jeansy. Ucałowałem przez majtki jej kobiecość,
słysząc głośny jęk rozlewający się po pomieszczeniu. Następnie jednym ruchem
zdjąłem jej stanik. - Ups.- mruknąłem niewinnie, kiedy zapięcie puściło. Zaśmiała się pochylając głowę w moją stronę, jedną dłoń zatrzymała na moim jednodniowym zaroście. Całując
mnie soczyście pociągnęła zębami moją dolną wargę, a stanik wyrzuciła za moje plecy
na podłogę.
Podniosłem ją przyciskając do swojego ciała i poczułem jej nabrzmiałe sutki.
Ściągnąłem z niej szybko majtki, kiedy ona męczyła się z rozpięciem mojego
skórzanego paska od spodni. - Naprawdę nie rozumiem po co go nosisz, skoro za
każdym razem krok twoich spodni znajduje się zawsze na twoich kolanach.
- Noszę go, żebyś miała więcej zabawy. - roześmiałem się, niedbale ściągając
swoje buty. Rachelle nic nie odpowiedziała tylko spojrzała na mnie wilkiem krzyżując
ręce na piersi, przez co stały się jędrniejsze, a ja miałem ochotę zanurzyć się
w nich i niczym małe dziecko ssać, dopóki nie doprowadziłbym jej do orgazmu.
Zdjęła ze mnie bokserki, w których mój nabrzmiały członek czekał cierpliwie. Przejechała po nim zmysłowo dłonią i przegryzła seksownie wargę.
Chwytając ją za rękę, pomogłem jej wejść do wanny, a następnie zrobiłem
to samo. Obserwowałem jak nachyla się do mnie tyłem po mydło i zakręca kran. Po wrzuceniu mydła do wody natychmiast zaczęło się rozpuszczać i roznosić kwiatowy
zapach w całej łazience, robiąc puszystą pianę w wannie. Zamknąłem jej ciało w
tej samej pozycji, w której leżeliśmy na kanapie. Rachelle zsunęła
się po moim brzuchu pośladkami, aż zatrzymała się zaciskając na moim członku.
Przegryzłem płatek jej ucha, jęcząc z rozkoszy. Wtedy obudziła się w niej jej
niegrzeczna strona. Przy mnie nawet anioł staje się najgorszym grzesznikiem. Od
niechcenia zdjęła gumkę z nadgarstka, na którym wisiała też złota bransoletka z
serduszkiem i złotym kluczykiem. Zawiązała bardzo powoli włosy w luźny kok i
wiedziałem, że robi to specjalnie, bo normalnie zajmowało jej to pięć sekund.
Dziewczyno ja zaraz nie wytrzymam. Ostatni raz plącząc gumkę wokół gęstych,
długich włosów. Nagle gwałtownie nadziała się na mnie i przymknęła oczy,
promiennie się uśmiechając. Zamknąłem w dłoniach jej piersi, zaczynając je
masować i drażnić sterczące sutki. Słyszałem jak sapie i mruczy z łatwością
unosi się i opada głębiej na mój członek w wodzie. Jej plecy
były piękne, chwyciłem w dłoń garść piany i rozmazałem ją na jej obojczykach.
Moje usta dotarły do jej czułego miejsca na szyi. Przechylając głowę w bok
wymamrotała coś nieprzytomnie ujeżdżając mnie coraz szybciej.
- Tak bardzo za tobą tęskniłam Justin.- wyznała z zamkniętymi oczami. Była tak
piękna, nie wyobrażałem sobie siebie z nikim innym i gotowy byłem zabić
każdego, kto miałby zająć moje miejsce. - Kochanie jest mi z tobą tak dobrze. - objąłem ją ramieniem dociskając do
siebie po raz ostatni, wszedłem w nią najgłębiej jak tylko mogłem. - Miałeś o mnie zapomnieć, odejść ode mnie i żyć, będąc szczęśliwym. - szepnęła
niemrawo z rozwartymi ustami, a po jej ciele przeszedł dreszcz, sygnalizujący mi, że oboje doznaliśmy rozkoszy.
- Rachelle, przecież wcale tego nie chcesz.- musnąłem ustami jej wilgotną skórę
na karku. - Czy teraz oboje nie jesteśmy szczęśliwi? - uśmiechnęła się i
obróciła się do mnie przodem kładąc się na mnie. Jej ramiona z powrotem oplotły
moją szyję. - Jesteś taki cudowny, a ja wciąż nie mogę uwierzyć, że jesteś ze mną. To nie może być sen. -
pocałowała mnie w usta raz jeszcze.- A teraz zanieś mnie do łóżka, bo jestem
wyczerpana. - Myślałem, że po morfinie będziesz chciała zrobić wszystko, tylko nie spać.-
zaśmiałem się znowu zauważając iskierki szczęścia w jej oczach. Wróciła. - Nic nie zastąpi twojego ciepłego, silnego ramienia. - złożyła kilka
pocałunków na mojej klatce piersiowej i badała opuszkami palców mięśnie mojego
brzucha. Ziewnęła słodko, więc spełniłem jej prośbę i oboje wkrótce
wylądowaliśmy w łóżku przytuleni do siebie. Po kilku minutach już prawie
zasypiałem, kiedy Rachelle stanęła nagle na równe nogi i wybiegła z pokoju.
Zdziwiony wyszedłem spod ciepłej pierzyny zostając w samych bokserkach.
Zapukałem do zamkniętych drzwi łazienki.
- Kochanie, wszystko w porządku? – mruknąłem i skrzywiłem się, kiedy
usłyszałem, że wymiotuje.
- Tak, po prostu zemdliło mnie. Prawie nic nie jadłam, to normalne. –
odkrzyknęła normalnym głosem, więc nieco się uspokoiłem.
- Pomóc ci? – spytałem z troską, chwytając już za klamkę do drzwi,
gotowy żeby wejść do środka.
- Nie, nie chcę żebyś na to patrzył, wygląda okropnie.- odparła
zniesmaczona. Wszedłbym tam, żeby chociaż potrzymać jej włosy, ale skoro tak
bardzo jej zależało, żebym jednak tam nie wchodził to odpuściłem. Nie
przypominam sobie, żeby jakakolwiek dziewczyna była dla mnie tak ważna, żebym
chciał oglądać na pół strawioną zawartość jej żołądka. Po dłużej chwili Rachelle wróciła do
sypialni i wskoczyła pod kołdrę. Uśmiechnęła się do mnie, chcąc przekazać, że
jest w porządku, chociaż nie miałem pewności czy jest on do końca szczery.
Niemal natychmiast kiedy chwyciła moje ramię i owinęła je wokół swojej szyi
zasnęła. Natomiast ja nie mogłem już zasnąć, po pół godzinie wyswobodziłem ramię z jej
uścisku. Wyszedłem bardzo cicho z sypialni, tak żeby nie obudzić
Rachelle i przymknąłem za sobą drzwi. Zszedłem na dół do salonu ze
skrzypiących, drewnianych schodów. Odblokowałem swój dotykowy telefon i
wybrałem numer. W oczekiwaniu na połączenie zdążyłem znaleźć barek i
wyciągnąłem z niego dwudziestoletnią whisky. Wreszcie po drugiej stronie
odebrano słuchawkę.
- Brad? Dostaniecie tego, czego chcecie. Jutro zabiję Mike’a
Howarda. A co do Roberts, ona jest moja. – rozłączyłem się, chwyciłem do ręki
butelkę whisky. Prosto z gwinta wypiłem kilka porządnych haustów. Jutro
zakończy się ten cały koszmar. Spojrzałem w górę na drugie piętro, na którym w
łóżku leżała najpiękniejsza i najcudowniejsza dziewczyna na świecie i udając,
że wznoszę toast piłem za jej lepsze życie ze mną, lub beze mnie.
,,I want to learn to love this feeling
Now that I’ve wasted all this time
I can’t relate to what I’m missing
Now I’ve got betrayal on my mind
I’ve seen heaven in love
Heaven in life
But I was stupid enough to believe I was right...''
Laura Welsh - Betrayal
_________________________________
Zaczął się Nowy Rok, więc stwierdziłam, że zrobię wam niespodziankę.
Złamałam swoją zasadę i jak widzicie w środku rozdziału zmieniłam
perspektywę.
Mam nadzieję, że wyszedł całkiem przyzwoicie.
Rozdział dedykuję mojej kochanej Rybci ;* ( ale ci się trafiło xD)
Coś za łatwo im poszło z tą ucieczką, co nie?
W następnym nastąpi wielki przełom…
więc czekajcie na ROZDZIAŁ 45 z niecierpliwością.
Zapewne pojawi się po 17 stycznia, ponieważ
w następnym tygodniu mam studniówkę, a zaraz po niej
mam próbne matury, do których całkiem nie jestem przygotowana.
Dzięki tej piosence, ostatnia scena jest chyba najlepszą
tego typu jakąkolwiek napisałam, a jak wy sądzicie?
Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam,
tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia,
lub po prostu wiesz, że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje,
- Mamo, pobawmy się! – poprosiła
słodkim, piskliwym głosikiem. Mama siedziała na kanapie, patrzyła w włączony
telewizor, ale nie przywiązywała do niego zbytecznej uwagi. Po jej policzkach
spływały łzy, niszcząc makijaż zrobiony przed kilkoma godzinami. Nie wydawała z
siebie żadnych dźwięków. Blade, kiedyś czerwone wargi, przyciśnięte do siebie co kilka sekund przegryzała. Skulone nogi schowała pod starym, bawełnianym kocem. W roztrzęsionej dłoni trzymała telefon i zerkała
na niego nerwowo co parę chwil. Zniecierpliwiona czekała na jakąś ważną wiadomość. Naprzeciwko niej na małym stoliku zamiast kubka kawy można było dostrzec jedną wielką
butelkę czerwonego wina i kilka kolorowych butelek po piwie. Dziewczynka
szarpnęła rękaw jej beżowego swetra. – Mamo, pobawimy się? – spytała cichutko,
stając bliżej kobiety. Chciała jej poprawić humor. Nie potrafiła uspokoić
swojej mamy, ale zabawa zawsze kojarzyła się jej z radością i właśnie taką mamę
chciałaby w tamtej chwili ujrzeć. Roześmianą i uśmiechniętą. Podała jej swojego
ulubionego misia, którego już od dłuższego czasu trzymała w malusieńkich
rączkach.
- Ty głupi dzieciaku! Zostaw mnie! –
wrzasnęła wściekła w odpowiedzi mama, spoglądając na brązowe oczka dziewczynki,
które nagle zrobiły się szkliste od łez. Jej usteczka wygięły się w smutku, a
policzki zaczerwieniły. - Nigdy nie powinnaś się urodzić! – gwałtownie zabrała
dziewczynce misia i wrzuciła go do palącego się kominka. Nie usłyszała żadnego
wybuchu gniewu, jęknięcia pełnego żalu. Mała zamilkła i wpatrywała się w swojego misia, który zostaje pożarty przez ogniste płomienie z sekundy na sekundę robiąc się coraz
brzydszy i mniej kolorowy niż wcześniej. Jeden z płomieni całkowicie pochłonął jego prawe
ucho, a różowy nosek zrobił się czarny jak smoła. Głosik ugrzązł jej w gardle i
nie panowała już nad łzami, które teraz poczęły zalewać jej dziecinne, pyzate policzki.
Nie poruszyła się ani o minimetr póki nie poczuła dłoni mamy, zaciskających się
na jej ramionach. Cofnęła się o kroczek i spojrzała na nią wystraszona.
Myślała, że mama chce by ognisty potwór zjadł też ją. – Skarbie,
przepraszam cię. Nie chciałam cię przestraszyć i na ciebie nakrzyczeć. –
zamknęła córeczkę w matczynym objęciu. W jej głosie słychać było żal. Wydawało
się, że sama jest zszokowana swoim zachowaniem. Nigdy nie krzyczała na
dziewczynkę, ale nie piła też nigdy tyle alkoholu. Wcześniej wręcz go
nienawidziła. – Mamusia cię kocha. – szepnęła całując dziecko rozedrganymi ustami w
czółko.
Gorgina Anderson,
młoda dziewczyna z blond włosami, przepięknym uśmiechem i wnikliwymi oczami.
Odwaga i pewność siebie promieniała od niej na każdym kroku. Wysoka, o długich, smukłych nogach i idealnych
proporcjach ciała znała swoją wartość i nie ukrywała, że doskonale wie jak
wykorzystać swoje wdzięki. Jej każdy swobodny ruch wydawał się być w jakiś
sposób zmysłowy. Była gotowa podbić serca całego świata. Pragnęła coś przeżyć,
otrzeć się o śmierć, a przy tym nieustannie dobrze się bawić. Zbyt łudząco
podobna do mnie sprzed dwóch lat. Odniosłam wrażenie, jakbym stała przed
lustrem i przyglądała się w nim mojej nastoletniej, głupszej wersji, którą
schowałabym najchętniej w najgłębszej części swojej świadomości, tak bym nie potrafiła
do niej dotrzeć, by stała się tak mała, żeby w końcu znikła i nikt by o niej
nie pamiętał. Czemu więc pałałam do niej taką nienawiścią? Racja, nie miałam
wcześniej powodu by to robić, ale sytuacja nieco się zmieniła.
- Wróciłaś. Jak
tam romantyczne chwile w Paryżu? – mruknęła, zakładając kosmyk włosów za ucho. Jej
wredny uśmieszek sygnalizował mi przygotowanie się na najgorsze.
- Były o wiele
lepsze niż całe twoje życie, które sobie marnujesz. Po co tu przyszłaś? Mike wreszcie
postanowił cię tu zamknąć? Cholernie mi przykro złociutka, ale ta cela jest już
zajęta. – patrzyłam w jej oczy, nie czując żadnego współczucia. Szkoda, że
tylko ja wiem w jak wielkie kłopoty wpadła. Nie chciałam jej przed tym ostrzegać. Mnie nikt nie
był w stanie powstrzymać, więc dlaczego tym razem miałoby być sprawiedliwie?
Przyznaję, nie chodziło tylko o sprawiedliwość, głównym powodem było to, że
nadzwyczajnie w świecie jej nie znosiłam.
- Mogłabym ci
nawet pomóc się stąd wydostać, ale jednak tego nie zrobię. Znacznie lepiej się
czuję, obserwując jak lądujesz na samym dnie. Jakie to uczucie? – podeszła do
mnie bliżej, a w jej oczach dostrzegłam ekscytację. - Podejdź do mnie
jeszcze metr, a ci pokażę. – warknęłam chłodno. Miała znakomitą możliwość wyżywania się na mnie i właśnie po to tutaj przyszła. – Wynoś się stąd. – mój suchy, zachrypnięty głos nie wzbudzał w niej przerażenia. Brzmiał tak bezradnie i mógł tylko wzbudzać litość, której nie chciałam od nikogo.
- Szkoda,
myślałam że jednak będziesz chciała się dowiedzieć, kto próbował cię niedawno
zabić. – uśmiechnęła się triumfalnie, spuszczając wzrok na swoje wypiłowane paznokcie. Pojawiła się w
hotelu w dzień przed urodzinami Mike’a. Od początku moja chora intuicja kazała
mi na nią uważać. Nie znałam jej, ale stała się dla mnie podejrzana, gdy tylko
ją zobaczyłam. Jak mogłam ją ominąć?
Jak mogło mi nie przyjść do głowy, że to była ona? - To ja do ciebie strzelałam.
– wykrzywiła usta w fałszywym grymasie. – Gdyby nie Justin, dawno leżałabyś w
kałuży własnej krwi. Od początku wiedziałam, że coś kombinujesz, ale w życiu
nie pomyślałabym, że to z powodu miłości do seks-trenera.
- Potrzeba trochę
więcej, żeby mnie zabić niż wymalowane pazurki. – zakpiłam, uciekając wzrokiem
w bok.
- Wycelowałam
strzał idealnie w twoją głowę. Ja zawsze trafiam. - Czułam się jakbym
uczestniczyła w zabawie kota z włóczką, tylko w takiej sytuacji wolałabym być
kotem, a nie marnym kłębkiem nici. – Wiesz co? Fajnie jest żyć twoim życiem.
Byłaś tu kimś w rodzaju gwiazdy. Stworzyłaś sobie niezłe pole do popisu.
Wszyscy dbali o twoje bezpieczeństwo. – zaśmiała się krótko, energicznie gestykulując rękoma przy każdym kolejnym zdaniu. – Postanowiłaś
zostawić ich wszystkich, bez zastanowienia. Twoi przyjaciele, teraz stają się
moimi przyjaciółmi. – Czy ta dziewczyna miała jakąś fobię na punkcie zostania
moim sobowtórem? – Zrozumieli, że w końcu ich zostawiłaś, pobawiłaś się nimi,
wykorzystałaś i odeszłaś.
- Naprawdę mam to
gdzieś. Oświecisz mnie wreszcie po co tutaj przyszłaś? – syknęłam przez zęby. Ani
mi się śniło by wytłumaczyć jej, że nie ma o niczym pojęcia i nie powinna
wypowiadać się na temat mojego życia i moich przyjaciół. Traciłabym tylko czas,
ponieważ do tej pustej blond główki nic by nie trafiło.
- Skoro musisz
być taka niecierpliwa. – westchnęła ciężko, jakby to ona spędziła w tej celi
cały dzień, nie ja. Wzruszyła ramionami i wyszła aby po chwili wrócić ze
stolikiem na kółkach, na którym stał stary telewizor. Na półce pod telewizorem
znajdowały się równie wiekowy odtwarzacz płyt wideo i pojemna szuflada. Z
początku na ekranie pojawiły się czarno-białe kropki. Kiedy Gorgina wcisnęła przycisk ,,play’’ na odtwarzaczu nagle pojawił się obraz. Moje serce zabiło
szybciej. Czułam się tak jakbym oglądała moje najgorsze wspomnienia w zawrotnym
tempie. Na kasecie znajdował się film, na którym uprawiałam seks z jednym z
facetów, których musiałam potem zabić. W moich oczach zebrały się łzy.
Wpatrywałam się w ekran i cierpiałam. Pamiętałam doskonale ten dzień, a
szczegóły zaczęły powracać wraz z kolejnymi ujęciami. Zapomniałam o Gorginie,
stojącej naprzeciwko mnie z wrednym uśmieszkiem na twarzy, przyglądającej się
każdej zmarszczce na moim czole. Nie chciałam tego oglądać, przez miesiące
wymazywałam sobie te wspomnienia z pamięci. Po pierwszym nagraniu pojawiało się
następne, a po nim kolejne. Wreszcie zrozumiałam,
że Mike Howard nagrywał każde moje zabójstwo. Nie chciałam nawet wiedzieć
dlaczego i po co to robił. Przez tak długi czas, po każdym z pierwszych
morderstw, walczyłam ze sobą, żeby nie czuć do siebie obrzydzenia.
Wreszcie mi się to udało, kiedy okazało się, że ktoś jest w stanie naprawdę
mnie pokochać i wcale nie muszę dla nikego zabijać niewinnych ludzi, ani sypiać z
nieznajomymi facetami z klubu. Z tym jednym nagraniem cały ból wrócił. Był
jeszcze gorszy od tego fizycznego. Uświadomiłam sobie, że przez te wszystkie
lata byłam zbyt wielkim tchórzem by zacząć żyć tak, jak zawsze tego pragnęłam. Zamknęłam oczy,
nie chcąc patrzeć na kolejne obce ręce, obmacujące mnie, a następnie
zastygające w bezruchu, czerwone od krwi.
- Patrz na to!
Byłaś na tyle odważna wtedy, dlaczego nie jesteś teraz? Przecież oni sami się o
to prosili, a ty chciałaś być ich dziwką, nieprawdaż? – zaśmiała się po raz
kolejny. Przełknęłam ciężko ślinę, czując że głowa zaczyna mnie boleć.
Zamilkłam. – Legendarna Rachelle Roberts wstydzi się swoich złych uczynków?
Nie patrzyłam na
nią. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Oczami wyobraźni
widziałam jak Mike siada w fotelu, obok niego na ścianie znajduje się
kilkadziesiąt takich kaset z wypisanymi datami i nazwiskami zabitych przeze
mnie osób. Wciska czerwony guzik na pilocie, po chwili widzi jak półnagi
mężczyzna pcha mnie na łóżko. Jego kąciki ust unoszą się do góry. Sięga po
whisky z lodem w szklance, która stoi na stoliku obok fotela. Z satysfakcją
patrzy jak mężczyzna zdziera ze mnie ubrania, a jego ręce wędrują po całym moim
ciele. W tym momencie w oczach Howarda pojawia się radosny błysk. Na filmie dostrzega,
że wyciągam plastikową torebeczkę z białym proszkiem. Nieznajomy mężczyzna
bierze ją zachłannie i po chwili odurzony narkotykiem brutalnie wbija się we
mnie swoim przyrodzeniem. Krzyczę i udaję, że sprawia mi to przyjemność, ale po
mojej twarzy widać, że chcę aby jak najszybciej to sięskończyło. Po wszystkim
nagle chwytam w dłoń sztylet i ranię jego tętnicę szyjną. Krew zaczyna wypływać
z jego szyi i plami mi ręce, potem pościel i podłogę. Chwilę później ubieram
się, zakładam płaszcz, buty i wychodzę zostawiając martwego mężczyznę samego w
pokoju. Jednak zatrzymuję się na sekundę z wahaniem, patrząc na niego i
upewniając się, że na pewno nie żyje. Tak wyglądała moja każda noc, aż do
momentu, w którym zjawił się Justin. Po kilku minutach film nareszcie się
skończył, ale koszmar, który dział się w rzeczywistości wciąż trwał i wszystko
wskazywało na to, że szybko się nie skończy.
******
Usłyszałam
ciężarówkę, która jak mi się zdawało zaparkowała pod samą ścianą budynku. Na
początku po zgaszeniu silnika niewiele można było usłyszeć. Pojedyncze szmery
cichły i narastały, aż w końcu stawały się coraz głośniejsze na dłuższą chwilę.
Usłyszałam czyjś gorzki płacz, przez co poczułam się nieswojo. Przez moje
zmarznięte plecy przebiegł dreszcz, na którego nie chciałam zwracać uwagi, bo
wiedziałam, że jego źródłem jest strach. Następnie jakiś baryton zaczął nadawać
krótkie rozkazy surowym tonem. Kilka minut później z sąsiedniego pomieszczenia
wysypała się grupa kobiet bladych jak ściana. Nie tylko tak wyglądały ale byłam
niemal pewna, że nie jadły niczego od miesięcy. Podarte ubrania wisiały na nich
jak na wieszakach. Ledwo trzymały się na nogach. Uzbrojeni mężczyźni w czarnych
strojach treningowych przydzielali je do pustych cel. Do mojej klatki nikogo
nie przydzielono. Następnie przyniesiono wiadra z wodą i postawiono po jednym
przy każdej klatce. Biedne dziewczyny wyciągały ręce między żelazne drągi
klatki, aby choć jedną garstką złapać kilka kropel i zwilżyć nimi usta. Inne
dziewczyny, całkiem skołowane i zszokowane znalazły sobie kąt przy ścianie i
obserwowały tylko swoje współlokatorki zbierające się przy wiadrze wody. W
wiadomościach często mówią o znęcaniu się nad ludźmi, ale nikt nie jest w
stanie do końca wyobrazić sobie jak może to wyglądać. Mogą współczuć, ale tak
naprawdę nie mają pojęcia jak to jest być w takiej sytuacji. Tymczasem ja
widziałam to na własne oczy, w najbrutalniejszym wydaniu. Nie mogłam w to
uwierzyć. Kręciłam na boki głową, wpatrując się w to wszystko wzrokiem nie wyrażającym
emocji. Przypominał w tym momencie obojętność, ale wewnątrz nie mogłam pozostać
obojętna. Weszłam do
swojego bezpiecznego, wyimaginowanego pudełka i miałam zamiar nigdy z niego nie
wychodzić. Miałam nadzieję, że dzięki niemu nawet nie poczuję jak ktoś mnie
dotyka, patrzy, czy po prostu nie usłyszę co do mnie mówi. Magiczne, bezpieczne pudełko, w którym nic
mi nie grozi. Magiczne pudełko, w którym wszystko, co dzieje się poza nim nie
ma znaczenia. Jeśli miałabym zobrazować w jaki sposób się czułam obserwując,
jak biją te kobiety wybrałabym przebudzenie. Przebudzenie małej dziewczynki,
która nie zrozumiała jeszcze świata i do tej pory miała wrażenie, że jest
bajką. Dziewczynki, która nie potrafi cierpieć, bo dotychczas nie wiedziała co to ból... aż do
teraz. Już raz to przeżywałam. Kiedy wszystkie krzyki bólu ucichły, a ja
postanowiłam wyjść z mojego bezpiecznego pudełka, byłam wyczerpana. W końcu moje
oczy zaczęły się zamykać i nie mogłam powstrzymać się przed tym by nie zasnąć.
Kiedy już prawie odpływałam do krainy snu, nagle dotarł do mnie przeraźliwy
trzask. Podskoczyłam w miejscu. Oprzytomniałam natychmiast widząc jak Scoot
trzęsie z całej siły prętami klatki. Spojrzałam na niego nieśmiało i nieufnie.
Cieszyłam się, że wreszcie widzę kogoś, kto jest dla mnie bliski, ale poruszona
wydarzeniami sprzed kilku godzin nie miałam pojęcia jak się zachować. Dałam mu
więc szansę, żeby odezwał się pierwszy.
- Moja ulubiona
podopieczna nawet się nie uśmiechnie? – szepnął, kluczem otwierając moją celę.
– Nie ma mnie jeden dzień, a ty zdążyłaś już uciec i wkurzyć tym Mike’a na
tyle, że grozi ci teraz śmierć. Mogę wiedzieć co ci do cholery odbiło, droga
panno? – uśmiechnęłam się do niego, ale szybko zrzedła mi mina, a serce
podeszło do gardła. Za nim pojawiła się ciemna blondynka o niesamowicie
intensywnych, niebieskich oczach. Przez chwilę nastała cisza, kiedy mierzyłyśmy
się chłodnymi spojrzeniami. - Monique przywitaj się grzecznie. – poprosił i
przyjrzał się jej uważnie. Już było dla mnie jasne, że Monique wcale nie
chciała tu być z własnej woli, a przystojny, umięśniony chłopak po jej lewej ją
do tego zmusił. Zerknęła na niego przez ułamek sekundy z lekceważeniem.
- Ty suko! Dobrze
ci tak. Masz to, czego chciałaś. Wykorzystał cię i zwiał! Rachelle, którą kiedyś znałam nigdy by tego
nie zrobiła! Nie olałaby wszystkich przyjaciół dla jakiegoś faceta! –
pozwoliłam, żeby wykrzyczała mi wszystko prosto w twarz. Zbyt dobrze ją znałam,
żeby myśleć, że będzie inaczej. Możliwe, że to co mówiła, było rozsądne, z małym,
jednym szczegółem: Ten facet, o którym mówiła nie jest ,,jakimś’’ to był mój
Justin, którego kochałam najbardziej na świecie. - Nie zasługujesz na to, żeby
cię ratować! - nigdy nie spodziewałam się, że kiedykolwiek mnie tak bardzo znienawidzi. Otwarcie przyznała, że powinnam umrzeć, chociaż doskonale wiedziała, że naprawdę kochałam Justina i chciałam zacząć normalnie żyć. Nie miałam na celu skrzywdzić jej brata, ani się na nim mścić za to, że zrobił ze mnie swoją zabawkę i narzędzie do zabijania. Nieoczekiwanie Monique rzuciła się na mnie z
rękami. Jedynie Scoot ratował mnie przed tym, żeby w furii nie wydrapała mi oczu. Nie
wiem czy byłabym w stanie się obronić, gdyby nie on. Nie potrafiłam zrobić jej
krzywdy. – Puść mnie Scoot! To wszystko dzieje się przez nią! To ona zdradziła
Mike’a!
- Monique, ona
jest twoją przyjaciółką!- szarpał się z nią niosąc ją w stronę wyjścia z celi.
- Mylisz się, ona
była moją przyjaciółką, dopóki nie poznała fiuta swojego trenera! – wrzeszczała
na całe gardło. Scoot dzielnie ją trzymał, podczas gdy ona wyrywała mu się, machając w powietrzu nogami, gotowa mnie teraz zabić. Z trudem wyprowadził ją z celi i szepnął do niej coś,
co nie dane było mi usłyszeć. Cokolwiek to było, spowodowało że naburmuszona
wyszła z piwnicy zostawiając nas samych. Teraz już wiedziałam, co robić.
Wiedziałam, że Scoot wciąż jest moim Scootem i chce żebym żyła. Udowodnił mi
to, broniąc mnie przed wybuchem wściekłości siostry Mike’a.
- Jak mogłaś
wyjechać i się nie pożegnać. Pojechałbym z tobą. – wszedł do celi z powrotem,
kręcąc z politowaniem głową tak jak na każdym naszym treningu, kiedy zarzekałam
się, że nie potrafię czegoś zrobić, a on pokazywał mi, że to nie jest prawda. W
bardzo rzadkich przypadkach w końcu udawało mi się zrobić daną rzecz lepiej od
niego. Był moim najlepszym nauczycielem. Wierzył we mnie i moje siły bardziej niż
ja sama. Dzięki niemu zawsze czułam się silniejsza. Potrafił wytłumaczyć mi, że
jedynym moim ograniczeniem jestem ja. Jeśli przestanę podkładać sobie
przeszkody i wątpliwości pod nogi, mogę zrobić wszystko. Niestety nie potrafiłam
tej nauki zastosować w życiu. Tłumaczy to doskonale, dlaczego teraz siedzę w
tej obrzydliwej celi. Stwierdzenie ,,Nic nie dzieje się bez powodu.’’ było dla
mnie jak mocne uderzenie w twarz.
- Ona mnie
nienawidzi.- mruknęłam cicho, czując jak łzy napływają mi do oczu.
- Monique po
prostu nie potrafi się z tym pogodzić. – westchnął siadając obok mnie,
opierając się o ścianę. Obróciłam głowę w bok i spojrzałam na niego niepewnie.
– Myślałem, że już jest lepiej, ona naprawdę żałuje i tęskni za tobą. – mówił,
a ja jakoś nie byłam w stanie mu w to uwierzyć, bo przed chwilą byłam pewna, że gdyby nie on z przyjemnością pozbawiłaby mnie życia, dla swojego ukochanego braciszka. - Chciałbym… - zawahał się na chwile.
- Po prostu pytaj
i tak już nic mi nie zostało. – wymamrotałam słabym głosem.
- Dlaczego? Czy
on naprawdę jest tego wart? – spytał wzdychając z bezsilności. Wcześniej nie
byłam pewna odpowiedzi, ale teraz dokładnie wiedziałam, co powinnam powiedzieć.
Zabawne, że człowiek staje się mądrzejszy dopiero jak śmierć spogląda mu w
oczy.
- Czy kiedyś
czułeś się tak jakbyś latał? Jeśli nigdy nie byłeś zakochanym nie zdajesz sobie
sprawy jak to jest, ale jeśli już to poczujesz to nagle uświadamiasz sobie
pustkę w swoim sercu, która była tam, aż do momentu, kiedy nie poznałeś tej
jedynej osoby. Tej pustki nie da się jej zastąpić niczym innym jak tylko
miłością. Niesamowicie jest kogoś kochać. Z nią czujesz się jakbyś mógł latać i
zrobić wszystko. Potrzebujesz tylko tego, by ta osoba przy tobie była, nic
więcej. Czujesz się silny i niezwyciężony jak anioł, czujesz się po postu tak, jakbyś
latał. Wystarczy tylko spojrzeć na nią i masz wrażenie, że jest twoim niebem.
Jesteś naprawdę szczęśliwy, a wszystko wokół jest dobre. To dzięki niej potrafisz
latać, ponieważ jej miłość daje ci skrzydła. Było warto, ponieważ pokazał i
podarował mi życie, o którym zawsze marzyłam. Od tak po prostu. – przez cały czas
miałam przed oczami jego twarz, która uśmiecha się do mnie, brązowe oczy o słodko
gorzkim odcieniu, które biły radością i miłością.
- Gadasz jakbyś
była naćpana. – uniósł brwi do góry i spojrzał na mnie jak na idiotkę. – Dali
ci coś mocnego? To miło z ich strony. Muszę się dowiedzieć, co to było. –
Mogłam się domyślić. Ze Scootem można było porozmawiać na różne poważne tematy,
oprócz miłości. W tym temacie miał mniej więcej tyle do powiedzenia co
niewyżyty piętnastolatek. Szturchnęłam go łokciem między żebra. – No dobrze,
powiedzmy, że ci wierzę. – wydął usta w grymasie, sycząc z rzekomego bólu, a ja
parsknęłam śmiechem. Tak bardzo się cieszyłam, że mnie odwiedził. - Naprawdę
musiałaś mieć z nim dobry seks. – stwierdził po kilku minutach, wpatrując się w
pręty celi.
- Nie pomagasz
mi. – mruknęłam, chcąc zdzielić go mocnym uderzeniem głowę, ale po raz pierwszy
odpuściłam sobie. Miałam teraz tylko jego i wiedziałam, że robi to po to, żeby
mnie rozśmieszyć. - Nie ucieknę od niego. Mike zawsze mnie znajdzie. Nawet w
Paryżu. – narzekałam rzewnym tonem.
- Co? Nie
wiedziałem, że Justin potrafi być taki romantyczny. Myślałem, że jest typem ,,Podnieca mnie wszystko co ma dwie nogi i się rusza.’’ – uśmiechnęłam się
szeroko, bo dobrze pamiętałam kiedy sama miałam o nim takie same zdanie, po tym
jak dowiedziałam się, że jest profesjonalnym uwodzicielem.
- Był taki, ale go zmieniłam. – oblizałam
dolną wargę, powracając do wspomnień, kiedy na każdym kroku próbował mnie
zdenerwować, zawstydzić i zachęcać do przeprowadzenia jego ‘’lekcji’’ dosłownie
wszędzie. Pamiętam kiedy przyparł mnie do drzewa w lesie. Groziłam mu wtedy, że
jeśli tylko spróbuje mnie dotknąć odgryzę mu palce, chociaż od jego dotyku
dostawałam przyjemnych dreszczy i nie mogłam zaprzeczyć, że lubiłam gdy to
robił. Chciał się przekonać czy mam do niego zaufanie, przykładając mi pistolet
do głowy i udając, że chce mnie zabić, przez co nie dostałam prawie zawału. Nie
znałam go wtedy zbyt dobrze. Kiedy strąciłam jego pistolet z ręki, wciąż walcząc
z ochotą, żeby pierwsza go pocałować. Nie wytrzymał i przydusił mnie do
drzewa, składając jeden z najbardziej namiętnych pocałunków w całym moim życiu. Tak
bardzo go wtedy nienawidziłam, ale w rzeczywistości każda drobna rzecz mnie do
niego przyciągała. - Który jest dzisiaj? - spytałam ciekawa.
- Dwudziesty
szósty.
- Czyli siedzę tu
już dwa dni. Świetnie.- mruknęłam zrezygnowana.
– Mam dla ciebie
coś specjalnego. – spod bejsbolowej kurtki wyciągnął piersiówkę. Przyniósł
alkohol. Mój kochany Scoot przyniósł mi alkohol! Nagle dostałam takiego
przypływu energii, że wcale bym się nie zdziwiła, jeżeli udałoby mi się
przecisnąć przez pręty i wybiec z piwnicy. No dobrze, z tym drugim już lekko
przesadziłam, bo z pewnością ktoś zdołałby mnie zatrzymać. Scoot doskonale wiedział, czego w tej chwili potrzebuję.
- Scoot, kocham
cię! – wrzasnęłam uradowana na widok stalowego pojemnika. Bez zastanowienia
zaczęłam wlewać w siebie jego zawartość. Ku mojemu zaskoczeniu to nie była zwykła wódka. Skrzywiłam się… - Co to do cholery? – wydałam z siebie, zanim zdążyłam zgadnąć.
- Tequilla. –
mruknął z uśmiechem, zabrał mi alkohol i wziął parę łyków. – I know what
happens when she drinks patron, her closets missing half the things she bought yeah
tequila makes her clothes fall off. – zaczął śpiewać jak pijany, rozśmieszając
mnie.
- She'll start by
kicking out of her shoes, lose an earring in her drink, leave her jacket in the
bathroom stall – zawtórowałam mu i ucichłam, bo nie mogłam przypomnieć sobie
tekstu. – Co tam było dalej?
- Nie pamiętam. –
burknął i nagle zawył ponownie tą samą piosenkę, ale jej koniec.- She's just
havin' fun tomorrow she say oh what have I done, her friends will joke about
the stuff she lost, tequila makes her clothes fall off.* – zaśmialiśmy się obydwoje
kończąc śpiewać jakbyśmy co najmniej wcześniej wypili trzy piersiówki, a nie
zaczęli dopiero pierwszą.
- Pamiętam jak
męczyli nas tym w klubach.
- Ta piosenka
była beznadziejna, ale wszyscy kupowali wtedy litrami tequile.- uśmiechnęłam
się wspominając dawne czasy. Wypiłam ostatni łyk tequili, która potem piekła
mnie w gardło. Oparłam głowę na ramieniu Scoota i po raz pierwszy poczułam się
znacznie lepiej. Cisza nam nie przeszkadzała. Scoot domyślał się, że rozmowa w
tym momencie nic by nie zmieniła. Nie denerwował mnie wytykając mi błędy i nie
mówił o przyszłości, z której nie byłam dumna. Znał Mike’a tak dobrze jak ja,
wiedzieliśmy że nie zrezygnuje ze swojej zemsty i będzie robił mi krzywdę, aż
mu się to znudzi, a potem po prostu mnie zabije. Scoot spojrzał na zegarek, dochodziła piąta
rano. Musiał się zbierać, żeby nie nakryli go ochroniarze.
- Wyciągnę cię
stąd. Jeśli naprawdę kiedykolwiek kochałaś Justina, to jesteś ostatnią osobą,
która powinna tu być. – przekręcił klucz, a ja podążałam za nim wzrokiem, kiedy
w końcu zniknął mi z powala widzenia, oparłam bezwiednie głowę o ścianę i
przymknęłam oczy, żeby zasnąć chociaż na parę godzin. Nie wiem ile minęło
czasu, od tamtego momentu, kiedy ponownie otworzyłam oczy. Byłam wrażliwa na
każdy najmniejszy odgłos, ponieważ w pomieszczeniu cały czas było ciemno.
Czyjeś ciężkie kroki, zbliżały się do piwnicy. Drzwi otworzyły się wpuszczając
słabą smugę światła do środka. Przypomniał mi się mój pobyt w magazynie, kiedy
Slade razem ze swoimi kumplami torturowali mnie, chcąc wyciągnąć ode mnie skład
narkotyku i plany Mike’a, o których nawet ja nie miałam pojęcia.
- Proszę, nie rób
mi krzywdy! – jęknęłam, widząc cień męskiej sylwetki, która zmierzała w
kierunku mojej celi.
- To tylko ja. –
usłyszałam spokojny, znajomy głos. – Kiedy dowiedziałem się, że Mike zamknął
cię tutaj, musiałem przyjść.- chłopak ściągnął czarny kaptur z głowy. To był
Jev.
- Jev nie sądzę,
żeby to był dobry pomysł. Lepiej odejdź, zanim ktokolwiek się zorientuje, że tu
jesteś. – uśmiechnęłam się do niego smutno.
- Rachelle, ale
to bez znaczenia. Zrobię wszystko, żeby cię stąd wyciągnąć, bo… - zmarszczyłam
brwi, patrząc mu prosto w oczy. Speszył się i odwrócił wzrok jednak wydusił z
siebie dwa słowa, które wywróciły mój pusty żołądek do góry nogami.- Kocham
cię.- mruknął cicho. Zatkało mnie, jednak po minucie, widząc jego zakłopotanie
zorientowałam się, że bardzo martwi go brak mojej reakcji, a nie jest na tyle
odważny by to powtórzyć.
- Ale ty mnie
nawet nie znasz…
- Wtedy nad
Champlain, kiedy rozmawiałaś ze mną… - zatrzymał się, chcąc dobrać odpowiednie
słowa. - Wiem, że jesteś piękną, szczerą, cudowną i odważną dziewczyną. Jeśli
chodzi o moją historię, nie jest zbyt długa. Gdy poznałem Howarda zrozumiałem,
że tu nie pasuję. Jestem chłopakiem, który znakomicie kradł, bo nie miał
pieniędzy nawet na chleb. Potem ludzie zaczęli mnie wykorzystywać. Nigdy nie
chciałem zostać mordercą i wiem, że ty też nie.
- Jev, ja… nie
mam pojęcia co ci powiedzieć. Wiem, że robisz to teraz, bo wiesz, że mogę
umrzeć. Właściwie jestem tu by umrzeć. Niedługo mnie tu nie będzie. –
widziałam, że jego szczęka zaciska sięz nerwów, ale nie miałam zamiaru go
okłamywać. – Dlatego musisz zrozumieć, że nie zasługujesz na taką dziewczynę
jak ja. Nawet jeśli moglibyśmy się poznać bliżej, kocham kogoś innego.
- Wiem, ale
myślałem, że pozwoliłaś mu odejść. Nie pozwolę, żebyś umarła… - przerwał, bo
nagle zapaliło się światło. Jev z zadziwiającą szybkością schował się za sąsiednią ścianą. Nikt nie był w stanie go zauważyć.
Gorgina stanęła
po raz kolejny przed moją celą, a ja byłam pewna w tej chwili, że będzie to
robić codziennie. Każdego dnia będzie przypominała mi morderstwa, których dokonałam. Miałam tylko nadzieje, że kiedy pokaże mi już wszystkie Howard
nareszcie mnie zabije. Zaczęła odtwarzać maraton moich zabójstw. Na całe
szczęście dzisiaj nie była równie pyskata co ostatnio i oszczędziła sobie
pozornie uprzejmych pogawędek.
- Natomiast ta jest moją ulubioną. – oznajmiła
ze uśmiechem machając kasetą w powietrzu. Była opisana inaczej niż
wszystkie inne.
Rachelle & Justin 1.0
Kiedy zobaczyłam
hotelowy pokój zakryłam dłonią usta. Nasza pierwsza noc. Noc, o której z
początku chciałam zapomnieć, a teraz była jedną z moich najlepszych wspomnień. Wyryłam
w pamięci każde jego spojrzenie, dotyk i słowo. Czułam wręcz teraz jego ciepły
oddech na mojej skórze, który dodawał mi otuchy. Ten film przypominał mi, że
wiem po co tu jestem. Ratuję jego życie i tylko to jest najważniejsze. Nagle
zobaczyłam, że na nagraniu zamiast mnie w tym samym pokoju jest Gorgina i to
ona zamiast mnie leżała półnaga pod Justinem. Rozszerzyłam szeroko oczy z
niedowierzaniem i otworzyłam usta. Zarzekał się, że nie zrobił tego z nią.
Ponoć upił ją i zasnęła. Rano opowiedział jej o ich wspólnej nocy, która miała
nie mieć miejsca... On mnie okłamał, to mi wcisnął bajeczkę, a nie jej! Justin
mnie zdradził! Nagle film został przerwany.
- Mike, myślisz, że dałbym sobie obrobić tyłek przez jakąś dziewczynę? – usłyszałam jego głos, co spowodowało, że zadrżałam. - Chciałeś
sprawdzić ile jest w stanie dla ciebie zrobić. Udowodniłem ci, że nadaje
się do tej roboty. Znalazłem ją w Paryżu i miałem przyprowadzić ją do ciebie z
powrotem. Ten film został
nagrany w jakimś małym pomieszczeniu bez okien. Justin siedział przy stole, a
po jego drugiej stronie znajdował się Mike. Mój trener był pobity na twarzy,
więc nagranie musiało być całkiem nowe, przed samym naszym pożegnaniem.
- Czy ty naprawdę
myślisz, że jestem tak głupi, żeby uwierzyć w taką bajeczkę i od razu cię stąd
wypuścić? – warknął Mike przez zęby.
- Nie kochałem jej. Nigdy jej nie kochałem. To
była tylko zabawa. – powiedział poważnie uśmiechając się do niego. Moje serce
zostało złamane na małe kawałeczki. Dopiero teraz tak naprawdę zaczęłam
cierpieć.
Uważaj, to
uwodziciel, jeszcze się w nim zakochasz…
Justin tylko zagra
na twoich uczuciach. Przekonasz się i pożałujesz tego.
To co robisz, to jedna wielka głupota, on jest uwodzicielem
za moment nie zorientujesz
się, kiedy się w nim zakochasz
Nie
powinnam ci pozwolić się do niego zbliżyć!
Powinnam
wiedzieć, że to tak może się skończyć!
Myślałam, że go znam. Nie uwierzyłabym
w te słowa, gdybym wcześniej nie zobaczyła nagrania z Gorginą. Do tej pory
wierzyłam, że nie mógłby mnie skrzywdzić. Przy nim czułam się odmieniona – odważniejsza, lepsza, pewniejsza siebie, piękniejsza i po prostu wyjątkowa.
Nigdy nie przypuszczałam, że to wszystko, co zbudowaliśmy, co wydawało mi się
na tyle silne i trwałe, żeby poświęcić za to swoje życie, może zrujnować się w
przeciągu kilku sekund. Byłam taka głupia, a najgorsze jest to, że mogłam
obwiniać o to wszystko tylko siebie. Nauczyłam się go czuć i kochać to uczucie,
które czułam kiedy był blisko mnie. To było jak uzależnienie. Zobaczyłam moje
własne niebo na ziemi. Jednak nikt nie powinien być aż tak szczęśliwy, bo to
aż… niepokojące. Uwierzyłam w kłamstwo, ponieważ chciałam, żeby było prawdą.
Justin powoli wbijał mi w serce pociski, a ja złudnie przy każdym strzale
miałam wrażenie, że to szczęście. Bardziej mnie do siebie przywiązywał,
bym poczuła się tak jak teraz - jak wrak człowieka. Nie byłam w stanie nauczyć
się jak pozwolić mu odejść. Chyba to było najgorsze. Nie potrafiłam żyć bez
tego uczucia, którego nie mogłam przyrównać do niczego innego, co już poznałam.
Bez niego, takiego jakim go widziałam przez kilka najbliższych tygodni. Nigdy
nie pomyślałabym, że to miłość może mnie zniszczyć, chociaż istniało tysiąc powodów,
dla których nigdy nie powinnam się w nim zakochać. Może Monique miała rację,
może Justin wykorzystał mnie z pełną premedytacją? Byłam jego przepustką do normalnego
życia? Wszyscy mnie przed nim ostrzegali. Wybrał życie zamiast mnie. Zepchnął
mnie z krawędzi wysokiego wieżowca i nie skoczył za mną. Został na górze.
__________________________________________
Wesołych Świąt Bożego Narodzenia,
życzę najlepszym czytelnikom na świecie!
Ten rozdział jest taki nudny...
Obiecuję, że w kolejnych będzie się działo.
A następny jeszcze w tym roku!
Tak, musiałam znowu zrobić z Justina drania.
Myślicie, że naprawdę kocha Rachelle?
A może to tylko kolejna gra sprytnego uwodziciela?
W końcu od tego wszystko się zaczęło, nieprawdaż?
No nic, ja zdradzę tylko tyle, że nieźle się będzie musiał z tego tłumaczyć...
Ściskam Was kochani, zaglądajcie tu,
rozdział pojawi się w przeciągu kilku najbliższych dni.
Jeśli spodobał Ci się ten rozdział, bądź uważasz, że całkiem go zawaliłam,
tudzież zniszczyłam twoje wszelkie wyobrażenia,
lub po prostu wiesz, że sprawi mi to wielką radość i być może zainspiruje,